• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[11/12.09.1972] nie grzeb w grzybni || Ambroise & Benjy

[11/12.09.1972] nie grzeb w grzybni || Ambroise & Benjy
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#1
30.05.2025, 14:06  ✶  
noc z 11 na 12.09.1972, las między Exmoor a Dartmoor

Nie było sensu prowadzić poszukiwań w większej grupie, szczególnie, że okrąg, jaki wyznaczyli przy pomocy wahadełka był stosunkowo szeroki i rozległy. Jeśli Romulus i Prudence faktycznie znajdowali się gdzieś wewnątrz wskazanej połaci terenu, należało założyć, że poszukiwania będą trwać przez znaczną część nocy, jeśli nie dłużej. Ekipa poszukiwawcza miała naprawdę dużą część bardzo gęstego lasu do przejścia wzdłuż i wszerz, toteż bez wątpienia należało, aby rozdzielili się na mniejsze zespoły.
Dokładnie tak też zrobili, dosyć naturalnie dobierając się w mniejsze duety. Geraldine poszła z Astarothem, za którego przyjęła odpowiedzialność. Elias wyszedł z Corneliusem. Natomiast Ambroise bez większego zawahania podążył z Benjym.
Nie musieli rozmawiać o swoich dalszych planach. Wystarczyło zaledwie jedno przelotne spojrzenie, aby obaj wiedzieli, że prędzej czy później zamierzają się rozdzielić. Żaden z nich nie potrzebował pilnować tego drugiego, jak to było w przypadku Riny i Rotha. Żaden z nich nie był także typem króla miejskiej dżungli, co dotyczyło grupy takiej jak Corio i Eli, w której co prawda Lestrange doskonale znał się na tych terenach, ale razem mieli być zdecydowanie bardziej skuteczni.
Natomiast Roise i Benjy? Oczywiście, że każdy miał iść w swoją stronę, gdy tylko uznają to za zasadne. Nie potrzebowali kręcić się tu razem, jeśli w pojedynkę mieli być niemal tak samo, jeśli nie bardziej skuteczni. Być może to oznaczało brak krycia tyłów i nieco większe zagrożenie ze strony...
...no właśnie. Ze strony czego? Tego akurat nie wiedzieli. Nie mieli zielonego pojęcia, kto albo co postanowiło podłożyć tamten świstoklik. Nie byli nawet pewni, że chodzili po właściwym miejscu. To wszystko było wyłącznie domysłami na podstawie kilku obserwacji, jednak z pewnością nie mogli czuć się tutaj całkowicie bezpiecznie. To także obaj doskonale wiedzieli. Mimo to, rozdzielenie się wciąż było najbardziej klarowną decyzją, jaką mogli podjąć.
Chwilowo jednak szli razem, praktycznie ramię w ramię. Nie zamienili ani słowa, ale nie było to niewygodne milczenie. Raczej zgoda, ciche zrozumienie. Prudence zniknęła razem z Romulusem. Dwie osoby dosłownie wyparowały z ganku, praktycznie sprzed drzwi.
Ambroise nie pozwolił sobie myśleć o tym zbyt intensywnie, nie zamierzał tego ponownie roztrząsać (szczególnie, że nie miał już więcej spostrzeżeń w związku z wizją, jaką miał jako widmowidz) ani zbyt wiele o tym mówić, ale nie dało się ukryć, że przez wzgląd na powód, z jakiego znaleźli się tej nocy w lesie, w ich marszu nie brakowało skupienia na czymś innym niż na dyskusji.
Ostatnie szare światło dnia zgasło już zupełnie, ale w ich przypadku nie robiło to większej różnicy. Zresztą. Prawdziwe życie lasu zaczynało się właśnie wtedy, kiedy cień przestawał rzucać kształty na drzewa a odgłosy nocnych owadów i ptaków wypierały dźwięki dnia.
W tym wypadku nie było inaczej. Mimo tego, że oni sami poruszali się cicho, las dookoła nich wręcz dudnił życiem. Cykady grały w krzewach dzikich jeżyn, gdzieś daleko dało się słyszeć pohukiwanie sowy. Nad ich głowami raz na jakiś czas przelatywał nietoperz albo przemykało drobne stworzonko, przeskakując z gałęzi na gałąź. W miękkim mchu kryły się jaszczurki i inne niewielkie zwierzątka. Zarówno węże, jak i żaby, których coraz głośniejsze kumkanie wraz z chlupotem wody sygnalizowało, że zbliżają się do znajomego strumyka wpadającego do niedużej sadzawki.
Jeszcze nie weszli w bardziej podstępne tereny. Chwilowo przemierzali gęsty, ale wyjątkowo przyjemny las. Taki, do którego za dnia można byłoby wybrać się na grzyby, rozkoszując się pięknem natury. W innych okolicznościach pewnie byłby to zresztą plan na jeden z następnych dni. Teraz? Teraz szli dalej, rozglądając się dookoła, skupieni na obserwacji otoczenia. Do ich oczu dotarły pierwsze rozbłyski na tafli wody i...
...no właśnie. Rozbłyski. Podczas, gdy wszystko wokół było pogrążone w ciemności, woda w jeziorku dosłownie lśniła. I to nie za sprawą rosnących w niej roślin. Nie ze względu na wodorosty, algi czy pływające w niej zwierzęta. O nie.
- Grzyby - odezwał się pierwszy raz, odkąd znaleźli się w lesie, w dodatku tonem nawet nie próbującym ukrywać nagłego przypływu entuzjazmu.
Bowiem nie były to zwykłe prawdziwki. O nie. To były wyjątkowo dorodne, fluorescencyjne, doskonałe osobniki jednego z rzadszych gatunków. I zdecydowanie cholera by go wzięła, gdyby nie przyspieszył kroku, zbliżając się do nich. No, cudowne. Były cudowne. Prawdziwie magiczne.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#2
30.05.2025, 22:31  ✶  
Las był spokojny. Nie martwy - nigdy nie był martwy, nawet o tej porze. Kroki stawialiśmy ostrożnie, bez pośpiechu, miękko, bo nie chcieliśmy naruszyć porządku tej leśnej nocy. Nie musieliśmy mówić, Ambroise znał ten rytm równie dobrze jak ja - dlatego poszliśmy razem - widziałem i słyszałem, jak jego sylwetka poruszała się prawie bezszelestnie, tylko trochę głośniej ode mnie - obaj szliśmy w podobny sposób, korzystając z tej wiedzy, której nie sposób się nauczyć z książek. Tu nie chodziło o technikę, tylko o szacunek, by nie wchodzić z butami tam, gdzie wszystko żyje według własnych reguł. Kiedy coś się poruszyło w zaroślach po lewej, zaledwie skrzyżowaliśmy spojrzenia, nie było powodu do paniki, przynajmniej nie w tej części lasu. Zaraz wchodziliśmy w gorszą - wciąż razem...
Nie rozdzieliliśmy się jeszcze, chociaż wiedziałem, że w końcu to nastąpi - z rozsądku, bo las był zbyt gęsty, a czas... Cóż, nie sprzyjał żadnej zwłoce. To był tylko etap wspólnej drogi, wiedzieliśmy, że przyjdzie moment, w którym każde z nas pójdzie swoją stroną gąszczu - taki był plan, nawet jeśli nie mówiliśmy o nim na głos. Póki co, jednak wciąż szliśmy razem, ramię w ramię, chociaż każdy z nas co jakiś czas znikał na moment za pniem lub głębszym skupiskiem paproci.
Było czarno jak smoła, ale to nie miało znaczenia, bo kiedy zna się rytm lasu, zna się też jego ciemność, a kiedy zna się zapach powietrza przed strumieniem, wie się, że ten jest blisko. Jeszcze zanim go usłyszałem, poczułem zmianę - powietrze zrobiło się bardziej wilgotne, chłodniejsze, osadzało się mgiełką na skórze. Po paru metrach, jakie przeszliśmy, rozległ się rechot... Żaby... Mnóstwo żab, musiały okupować całą bliską okolicę. Ich jazgot był głośny, pewny siebie, nie wycofały się, nie zamilkły - to był dobry znak. Świadczył o tym, że nie było w pobliżu nic, co by je spłoszyło. Nic dużego ani groźnego - jeszcze nie.
Chwilę później dotarł do nas chlupot, już nie tylko kumkanie, więc znajdowaliśmy się przy jeziorze. Nie musieliśmy się porozumiewać na głos - wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy, ten las znał nas, a my znaliśmy jego punkty orientacyjne. Woda mieniła się delikatnym blaskiem, chociaż nie było światła, niebo było zasnute tak gęstymi chmurami, że nie mogliśmy zobaczyć księżyca, a jednak tafla jeziorka błyszczała. Zatrzymaliśmy się na skraju polany. Spojrzałem w lewo, potem w prawo, i już z tej odległości wiedziałem, co widzę. Grzyby były widoczne nawet z tej odległości - rozsiane po brzegu i pniach, gdzieniegdzie na gałęziach. Może nie potrafiłbym ich teraz nazwać - nie miałem przy sobie podręcznika, ale znałem je jak zna się coś, czego nie sposób źle zidentyfikować.
Jeszcze zanim Ambroise zdążył wykrztusić jedno, podekscytowane słowo - „grzyby” - wiedziałem, że przyspieszy, i rzeczywiście, ruszyliśmy szybciej, chociaż nadal cicho, ostrożnie, z jakimś nie do końca uświadomionym dodatkowym zamiarem.
Nawet w tej sytuacji, kiedy szukaliśmy zaginionych, nie potrafiliśmy się powstrzymać. Las nie dawał takich prezentów na wyrost - jeśli coś oferował, należało to przyjąć, tylko ostrożnie, bo tego miejsca nie wolno było zadeptać.
Strzeliłem go lekko w ramię - tak, jak robią to starzy towarzysze broni. Wskazałem brodą, nie mówiąc ani słowa, w kierunku grupy dorodnych osobników rosnących tuż przy skraju wody, a potem wzrokiem naprowadziłem go wyżej - drugie tyle - inny gatunek, te wyjątkowe, cenniejsze - zwisało z dolnych gałęzi pobliskiej olchy, jakby czekały właśnie na nas. Nie było mowy, żebyśmy przeszli obok - nawet jeśli szukaliśmy Prudence,  nawet jeśli Romulus zniknął... Kilka z ziemi, parę z góry, z gałęzi - wystarczy - nie musieliśmy nawet przystawać na dłużej.
- Zobasz na te na gałęsi. - Powiedziałem półgłosem - wskazałem w górę, gdzie z cienkiej, pochylonej brzozy zwisały trzy dorodne owocniki. - Tamte s ziemi, to złoto, ale te s góly... Uśmiechnąłem się krzywo - Szą zajebiste... - Mruknąłem cicho, bardziej do siebie, niż do niego. Napięcie między nami znikło na moment, jakbyśmy byli znowu chłopcami, mieli czas, bo nic się nie paliło, ale... Paliło się. - Zgalnijmy tylko palę i isiemy dalej.
Nawet jeśli szukaliśmy ludzi, a trop urywał się i prowadził w ciemność - las dawał. Nie zamierzaliśmy mu odmówić.


!Strach przed imieniem


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#3
30.05.2025, 22:31  ✶  
Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#4
30.05.2025, 23:45  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.05.2025, 23:51 przez Ambroise Greengrass-Yaxley. Powód edycji: po uzgodnieniu jednak na sztuki )  
Grzyby. Nie, nie po prostu grzyby. Nie zwykłe prawdziwki albo borowiki, nie kilka owocników maślaka, nie żadne kurki ani gąski. Nie, nie, nie. To były grzyby. Najprawdziwsze z prawdziwych. Grzybowe bydlaki. Takie, których dostrzeżenie było u niego zdecydowanym powodem czegoś na kształt ekscytacji, ale też nie nierozsądnego rzucenia się do działania.
Ruszył przed siebie, nadal ramię w ramię z Benjym, nawiązując milczące porozumienie w tym, co tak właściwie zamierzali zrobić z tym fantem. Jasne, mieli zupełnie inne priorytety. Naprawdę ważne sprawy, ale...
...cholera, mieliby to tak zostawić? Wystarczyło zaledwie kilka spojrzeń, jedno skinienie głową i parę machnięć podbródkiem, jakimi obdarzył go Fenwick, żeby obaj wiedzieli, że dwie czy trzy minuty nie miały nikogo zbawić. A przynajmniej tak zamierzali stwierdzić, energicznie ruszając w kierunku jeziorka i polany.
Nie mieli stracić zbyt wiele czasu, bo nie zamierzali zebrać wszystkiego, czyż nie? Zaledwie po kilka grzybów każdego rodzaju, szczególnie, że osobniki te były wyjątkowo okazałe. W zupełności miały im wystarczyć po trzy zebrane przez każdego z nich.
Zresztą. W takich sytuacjach obowiązywała bardzo prosta zasada: zostawiasz, żeby móc tu ponownie wrócić, żeby rosło, żeby las wiedział, że nie jesteś zachłanny. Ambroise zamierzał trzymać się tej reguły.
- Ja spróbuję zdobyć te z góry - mruknął w kierunku Benjy'ego, również nie mówiąc zbyt głośno.
Sam nie do końca wiedział, czemu, bo przecież grzyby, nawet halucynogenne nie mogły go usłyszeć i uciec im z miejsca, w którym je znaleźli. No, przynajmniej ten gatunek... ...właściwie to mieszanka trzech różnych gatunków rosnących tuż obok siebie w jednym ekosystemie... ...nie mogła tego zrobić. Bywały bowiem osobniki posiadające coś na kształt jaźni, zazwyczaj zbiorowej, ulokowanej nie tyle w owocnikach, co w strukturach grzybni, która gwałtownie cofała swoje zewnętrzne części, gdy czuła się zagrożona. W efekcie te magiczne grzyby rzeczywiście uciekały, jednak w tym wypadku zdecydowanie im to nie groziło.
Nie musieli szeptać, ale nadal to robili. Nie odzywali się głośniej niż to było konieczne. No cóż. Nawyki.
- Ty sięgnij po te na dole - teoretycznie to była tylko sugestia, jednak nie dało się ukryć, że ze względu na ton głosu Ambroisa wybrzmiała raczej jak pospiesznie sformułowany plan.
Nie, nie miał nawet najmniejszych wyrzutów sumienia związanych z rządzeniem się w kwestii ich grzybowych zbiorów. Co jak co, ale na florze znał się zdecydowanie lepiej niż Benjy. Może nie operował nożem tak dobrze jak jego przyjaciel, ale w przypadku odcinania nóżki owocnika od grzybni dosłownie nie miał sobie równych. Był samozwańczym specjalistą w dziedzinie grzybobrania.
A teraz połasił się na najwyżej rosnące osobniki. Te, które zdecydowanie wyglądały najlepiej ze wszystkich przedstawicieli gatunku widocznych gołym okiem w tym miejscu. Niestety nie mieli czasu na głębsze poszukiwania. Nie zamierzał jednak nad tym ubolewać, bo mieli zupełnie inne priorytety. To, co było dostrzegalne musiało im wystarczyć.
I zresztą mieli wyjątkowego farta. Takie zbiory nie zdarzały się zbyt często. Ba, trafił na coś podobnego zaledwie kilka razy w całym swoim życiu, ponieważ okoliczności musiały zgrać się niemal idealnie. Właściwa wilgotność, odpowiedni stopień użyźnienia gleby. Najprawdopodobniej niedawno zdechło tu kilka zwierzyn, bowiem właśnie dzięki ich szczątkom tak dobrze rosły te konkretne grzyby. Do tego pora roku, temperatura, stopień nasłonecznienia.
Oczywiście, nie zamierzał teraz zaczynać wykładu na ten temat, ale cholera, nawet nie próbował ukrywać entuzjazmu na te nieoczekiwane zbiory. Nie wydawało mu się to też jakoś wyjątkowo konieczne. Nie przy Benjym, który też ewidentnie doskonale wiedział, o co chodzi. To znacząco ułatwiało sprawę.
- Tylko po kilka. Resztę zostawiamy. Wiesz - oznajmił, znacząco spoglądając w kierunku Fenwicka.
Wiedział, prawda? Oczywiście, że Benjy wiedział, co Roise miał na myśli. Greengrass był tego nawet bardziej niż pewien. W przeszłości Rookwood był tak samo przesądny jak on, jeśli chodziło o las. O to, że nie zostawiało się śladu pustki. Nie zabierało się wszystkiego. To były dary, które należy przyjąć z rozsądkiem, z czymś na kształt czci wobec dobrodziejstw lasu. Nie zbrukać, wyrżnąć w całości a następnie zadeptać resztki.
Nie potrzebowali zbyt długich narad. Nikt nie wysnuwał obiekcji, przez które najpewniej tylko straciliby więcej czasu niż mieli przeznaczyć na całe zbiory. Praktycznie od razu ruszyli do akcji. Roise sięgnął do kieszeni torby, która zabrał ze sobą na poszukiwania, wyciągając stamtąd gęstą materiałową torebeczkę. Jeszcze zanim sięgnął do różdżki.
Zazwyczaj zbierał do niej przeróżne dziko rosnące rośliny. Tym razem miała przysłużyć się równie szczytnemu celowi. Chwilowo nie próbował wdrapywać się na górę. Nie chciał poniszczyć delikatnych gałęzi. Zamiast tego wyciągnął różdżkę, wykonując kilka płynnych ruchów i próbując ściąć owocniki przy pomocy zaklęcia, ostrożnie przenosząc je do torby.

Kształtowanie (III) - ścięcie grzyba #1
Rzut Z 1d100 - 10
Akcja nieudana


Translokacja (I) - transport grzyba #1 do torby
Rzut O 1d100 - 7
Akcja nieudana


Kształtowanie (III) - ścięcie grzyba #2
Rzut Z 1d100 - 29
Akcja nieudana


Translokacja (I) - transport grzyba #2 do torby
Rzut O 1d100 - 69
Sukces!


Kształtowanie (III) - ścięcie grzyba #3
Rzut Z 1d100 - 99
Sukces!


Translokacja (I) - transport grzyba #3 do torby
Rzut O 1d100 - 65
Sukces!


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
31.05.2025, 16:22  ✶  

Szliśmy bez słowa - Ambroise po lewej, ja po prawej, ramię w ramię w równym, spokojnym tempie. To nie było zwykłe błądzenie po lesie, po ciemku - trzeba było wiedzieć, jak się poruszać, kiedy się zatrzymać, a kiedy zaufać temu, co nie do końca da się wyjaśnić. Całe szczęście, mój kompan rozumiał to tak samo jak ja - nie trzeba było słów, w zupełności wystarczyło spojrzenie, lekki gest dłoni, zmiana tempa stawianych kroków. Takie rzeczy buduje się latami - nie przez wspólne herbatki, tylko przez wspólne głupie akcje, kłopoty, przypały... A te mieliśmy wszyscy w gronie, w którym znaleźliśmy się razem na wsi.
Las między Exmoor a Dartmoor był inny - starszy, dzikszy, w bardziej czarodziejskiej okolicy, na przykład Dolinie Godryka, ludzie mówiliby, że ma rozbudowaną świadomość, ale nawet tutejsi mugole z pewnością to czuli, chociaż nie potrafili tego nazywać. Czułem ją - pulsującą głęboko pod warstwami ziemi i mchu, w popękanych korzeniach i ciemnych dziuplach. Ta świadomość obserwowała nas, wiedziała o naszej obecności, możliwe, że nas oceniała, i tylko czekała, aż się potkniemy... Nie potykaliśmy się, nie łamaliśmy zasad poruszania się po lesie - nie zbaczaliśmy z obranego kierunku, nie tylko, bo nie mieliśmy na to czasu - byliśmy szybcy, ale ostrożni, żeby z jednego zaginięcia nie zrobiła się większa tragedia. Już teraz nie wiedzieliśmy, jak to się skończy. Prudence i Romulus zniknęli bez śladu - niby żadne z nich nie należało do typu „bezbronnego mieszczucha”, ale chyba wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że oboje byli zbyt uparci, by prosić się nawzajem o pomoc i współpracować, nawet wtedy, kiedy robiło się naprawdę źle, a po tylu godzinach, to wyglądało już na „naprawdę źle”.
Zbliżaliśmy się do płytkiego jaru prowadzącego do małego jeziorka - obaj znaliśmy ten teren z poprzednich przejść, liście uginały się pod naszymi stopami, ale żaden z nas nie wydał ani jednego, zbędnego dźwięku - tu się nie mówiło głośno, tu się słuchało, przede wszystkim, słuchało - tylko szelest kroków, który nie zaburzał porządku rzeczy. W oddali słyszeliśmy czasem trzask, może lisa, może czegoś większego, ale las nie był niespokojny. Jeszcze nie...
Uśmiechnąłem się mimowolnie, bo znałem to miejsce - niewielki, ukryty zbiornik, głęboki jak na swoją wielkość i obrzeżony przez korzenie drzew, które zdawały się czerpać wodę prosto ze źródła. Teraz tafla wody błyszczała, i to nie od księżyca, bo niebo było zachmurzone, to światło nie pochodziło z góry. Fluorescencyjny poblask odbijał się w wodzie, ale pochodził z linii brzegowej i z gałęzi nad jeziorem. Już wiedziałem - zanim Ambroise zdążył to powiedzieć, jeszcze przed tym, jak wyrwało mu się to jedno słowo, które zawsze wypowiadał z tym samym rodzajem dziecięcego zachwytu, jakby miał dziesięć lat i właśnie znalazł zajebiście dużego borowika. Rzeczywiście, te grzyby były piękne - rosły gęsto, miały szerokie kapelusze, żarzące się delikatnym błękitem i fioletem, miejscami odrobiną różowej poświaty. Nie znałem ich nazw, bo nie musiałem - wystarczyło mi spojrzeć na nie, by wiedzieć, mimo że nie wszystkie z tych grzybów umiałbym nazwać - nie bawiłem się w klasyfikacje, raczej w użytkowanie - to znałem ich działanie. Halucynogenne, rytualne... W dużych ilościach mogły zdziałać cuda... Albo zniszczyć komuś psychikę...
- No, dobla, skolo i tak tędy pszechosimy... - Powiedziałem cicho. - To nie wypada nie poczęstowaś szię kilkoma, s dołu i s góly, tak dla stalej szkoły.
Nie potrzebowaliśmy tłumaczyć więcej - Ambroise kiwnął głową, on też wiedział, że takich rzeczy się nie mija. Skinąłem mu z uznaniem - zawsze wiedziałem, że rozumie te same rzeczy co ja - grzybnia takich grzybów to nie półka w sklepie z wyprzedażami, nie zabierasz wszystkiego, co ci się podoba, zostawiasz ślad, ale nie dziurę, tak działa równowaga. Las w tym rejonie nigdy nie był łaskawy, ale tej nocy był... Inny - gęstszy, jakby nagle przypomniał sobie, że nie musi być dla nas przejrzysty, więc gdy zaoferował nam takie dary, oczywiście, że nie mogliśmy mu odmówić, ale musieliśmy współpracować szybko i skutecznie, i nie na pałę - to dobrze, że obaj wierzyliśmy w zasadę: „Bierzesz tylko tyle, ile trzeba, las daje, ale pamięta też chciwość.” - tak było łatwo się dogadać, nie traciliśmy czasu na dyskusję.
Zsunąłem plecak z ramion i zawiesiłem go na gałęzi obok siebie, wyciągnąłem nóż z pochewki - stary, trzonek był ciemny od wydłużenia przez upływ lat, bez ozdób - po prostu dobry nóż. Przykucnąłem, wziąłem pierwszy trzon grzyba między palce, ostrożnie, tak jak się trzyma coś dennego, i przeciąłem go tuż przy ziemi. Grzyb poddał się bez oporu - nie drżał, nie zgasł, błyszczał - to był dobry znak.
- Dobrze. - Wypuściłem powietrze, kiwnąwszy głową. Ułożyłem grzyb w lewej dłoni, po czym uniosłem różdżkę, żeby translokować go do plecaka. Zebrałem jeszcze dwa z tego samego gatunku - każdy obcinany ręcznie, jeden po drugim, po każdym powtarzałem zaklęcie, nie zmieniając pozycji. Trzy to wystarczająco - pozostałe zostawiłem nietknięte. Wytarłem nóż w spodnie, potem schowałem go na miejsce, oglądając się na Greengrassa.
Zostawialiśmy większość polany nietknięte - światło wciąż biło miękko z reszty grzybni, żadne nie przygasło, kapelusze się nie zamknęły, to były dobre znaki. Las nie miał nam tego za złe. Tak to działało - jeśli bierzesz tylko tyle, ile trzeba, nie robisz sobie wrogów... Ani wśród ludzi, ani wśród roślin.
- Myslis, sze tyle styknie? Idziemy dalej? - Spytałem kumpla, przypatrując się, czy czegoś nie ominęliśmy - może był tu jakiś ciekawszy gatunek?

Translokacja (◉○○○○) - grzybek do plecaka
Rzut O 1d100 - 39
Akcja nieudana

Translokacja (◉○○○○) - grzybek do plecaka
Rzut O 1d100 - 73
Sukces!

Translokacja (◉○○○○) - grzybek do plecaka
Rzut O 1d100 - 29
Akcja nieudana


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#6
01.06.2025, 01:56  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.07.2025, 01:15 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
To  był dziwny dzień. Tak właściwie to dziwne półtora dnia. Dzień z kawałkiem, może nie do końca czterdzieści osiem godzin, ale mimo braku możliwości skontrolowania położenia wskazówek na tarczy zegarka (niestety, nawet przy fluorescencyjnych grzybach było na to zbyt ciemno), Ambroise miał wrażenie, że zbliżają się do końcówki jedenastego września. Zaś od niej było już wyjątkowo blisko tego, żeby mógł stwierdzić, że odkąd dwa dni temu pojawił się w Exmoor, praktycznie raz po raz przydarzało mu się coś co najmniej osobliwego.
Wczoraj chodziło o wyproszenie się po pijaku na czyjeś wesele, tym razem to było halucynogenne grzybobranie podczas akcji ratunkowej. Czy powinien myśleć o tym, co czekało na niego następnego dnia? A może raczej w dalszym ciągu powinien płynąć z prądem niemal tak rwącym jak ten w strumyku wpadającym do pobliskiego jeziora?
Rzecz jasna, znaczna część wydarzeń, jakie miały miejsce, była wynikiem jego własnego działania. Bez wątpienia był tego świadomy. Co lepsze: w żadnym wypadku mu to nie przeszkadzało, ponieważ praktycznie wszystkie te zdarzenia były znacznie bardziej pozytywne niż cokolwiek, co działo się w jego życiu w poprzedzających je miesiącach.
Poza tym zwykł brać odpowiedzialność za podejmowane decyzje. Nie uciekał od ponoszenia konsekwencji. Zarówno tych pozytywnych (jak dotychczas podczas pobytu w Exmoor), jak i nieco mniej przyjemnych albo wręcz negatywnych. Być może dało się powiedzieć wiele na temat Greengrassa (szczególnie, że ludzie uwielbiali oceniać cudze uczynki i dużo gadać), ale z pewnością nie to, że ślizgał się niczym wąż, byleby tylko nie być odpowiedzialny za swoje zachowanie.
Kiedy zatem postanowił podjąć się zbierania grzybów z góry pochylonego drzewa, nie z ziemi, zamierzał doprowadzić ten proceder do samego końca. Nawet jeśli już przy pierwszej próbie poczuł się tak, jakby las robił sobie z niego jaja. Nie wyszło. Zaklęcie nie przyniosło oczekiwanego skutku.
Zdecydowanie nie wydawało mu się, by przecenił swoje zdolności w zakresie pozyskiwania grzybów z gałęzi, które wcale nie znajdowały się aż tak daleko od czubka jego głowy. Może nie wisiały tak blisko, że mógł do nich sięgnąć ręką, nawet stając na czubkach palców. Bowiem, szczerze: nie zamierzał skakać, jakby znowu miał dziesięć lat. Nie, gdy miał różdżkę umocowaną w specjalnej kieszonce wszytej w rękawie płaszcza. Nie, gdy doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że wtedy nie obyłoby się bez uszkodzenia grzybni.
Spróbował jeszcze raz. Noż cholera. Ze wszystkich prób powiodła mu się wyłącznie jedna. A on naprawdę potrzebował trzech sztuk, nie mniej, nie więcej. Trzy. Miały być trzy. Ponownie machnął różdżką.

Kształtowanie (III) - grzyb #1 obcięcie
Rzut Z 1d100 - 44
Slaby sukces...


Kształtowanie (III) - grzyb #2 obcięcie
Rzut Z 1d100 - 40
Slaby sukces...


Tym razem było nieco lepiej, ale grzybnia...
...nawet z tej perspektywy widział, że nie obyło się bez jej naruszenia. Co gorsza, obserwując sposób, w jaki świeciła teraz ta część drzewa, Ambroise miał wrażenie, że jeszcze moment i las zacznie się na niego wkurwiać. Poświata stała się znacznie bardziej różowa, już nie taka subtelna, zaś owocniki na gałęzi zadrżały niespokojnie. To naprawdę miało miejsce, jeszcze nie ćpał. Spróbował rozproszyć pozostałości nieudanych zaklęć. Nie chciał rozjuszyć tego miejsca.

Rozproszenie (III) - narobione szkody
Rzut Z 1d100 - 60
Sukces!


Całe szczęście, grzyby na powrót przybrały swoją dawną formę. Świeciły bladoniebieskim, nieco fioletowym światłem. Po różu pozostała wyłącznie lekka poświata. Greengrass kiwnął głową do siebie samego, biorąc głębszy wdech. Ulga. Teraz pozostało wyłącznie przenieść grzyby do torby, co zrobił już własnymi rękami. Magia ewidentnie była tu kapryśna.
Moment później, słysząc pytania padające z ust przyjaciela, przeniósł wzrok na Benjy'ego. Gdyby chodziło o jakąś inną dziedzinę, możliwe, że Ambroise zawahałby się na dłużej niż pół sekundy. Jednakże w tym wypadku praktycznie nie musiał myśleć, zanim odpowiedział. Od prawie półtorej dekady pracował na oddziale, na którym regularnie stykał się z różnymi roślinami i substancjami. Ponadto już wcześniej doskonale wiedział, co i jak. W końcu wychował się w najbardziej znanym rodzie pełnym magibotaników i zielarzy.
Mógł śmiało powiedzieć, że może nie wyssał tej wiedzy z mlekiem matki (z wiadomych względów), jednak bez wątpienia przyswoił je gdzieś pomiędzy wdychaniem dymu z fajki ojca a wpychaniem sobie do gęby liści najróżniejszych roślin. Wystarczyło zatem mrugnięcie czy dwa, szybkie rzucenie spojrzenia na pozostałości nóżek po grzybach (bowiem jego genialny przyjaciel zadał pytanie, gdy już zaczął pchać owocniki do plecaka) po którym Roise zdecydowanie kiwnął głową.
- Wystarczy - przytaknął, nie czując potrzeby dyskutować na temat tego, co, kiedy i jak zrobią ze swoimi zbiorami.
Niezależnie od przyszłego wykorzystania tych dóbr naturalnych, z pewnością mieli dostateczną ilość. Nieważne, czy chcieliby zjeść ją na surowo, wysuszyć i zeżreć, czy może na przykład zrobić z nich wyciąg do nasączenia bibułek do fajek. Obojętnie, czy mieli podzielić się zbiorami po równo, czy rozdzielić je pomiędzy większą liczbę ludzi.
To były prawdziwe grzybowe skurwiele. W przeciwieństwie do Benjy'ego, Ambroise mógłby bez problemu wymienić ich pełne nazwy (nawet z uwzględnieniem bardziej potocznych synonimów nazw), po czym wyciągnąć z pamięci konkretne dane na temat właściwości. Takie rzeczy miał w małym palcu u stopy. Czuł się w nich wyjątkowo pewny.
A to bez wątpienia dużo mówiło, bo choć na ogół nie był przesadnie skromny i powątpiewający we własną wartość. W tym wypadku zdecydowanie był jeszcze bardziej ugruntowany w przekonaniu o swojej szerokiej wiedzy w zakresie alternatywnego grzybobrania. Zresztą. Była ona poparta zarówno teorią, jak i praktyką. Lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte były dla niego szczególnie obfite w...
...przeróżne doznania. Bardzo różnorodne. Nie żałował ani jednego z nich. Wszystkie bez wyjątku prowadziły do tego, że od dłuższego czasu coraz poważniej zastanawiał się nad wydaniem własnego poradnika grzybiarskiego w poręcznej wersji kieszonkowej. Takiej mieszczącej się w spodniach przeznaczonych do leśnych wędrówek, z których teraz wyciągnął niewielki mieszek, jednocześnie czubkiem buta robiąc dołek w ziemi. Wysypał sobie część zawartości sakiewki na wnętrze dłoni, moment później pochylając się, żeby umieścić ją w wykopanym wgłębieniu i przysypać wszystko już przy pomocy ręki.
- Możemy iść. Nie sądzę, żeby było tu jeszcze coś ciekawego - stwierdził, nie dodając oczywistego, czyli tego, że mieli swoje dużo ważniejsze zadania.
Nawet jeśli w innych okolicznościach zdecydowanie byłby za tym, żeby tu jeszcze pozostać, przejść się między drzewami, być może trochę bardziej sprawdzić okolice jeziorka. Tym razem nie mogli pozwolić sobie na coś takiego. Romulus i Prudence nadal byli zaginieni.
I choć Roise czasem zdecydowanie czuł się tak, jakby dużo prościej byłoby zamienić i jedno, i drugie na kilka garści suszonych halucynków. Cóż, w gruncie rzeczy jeszcze nie podpadli mu na tyle, żeby rzeczywiście chciał to zrobić.
- Ruszajmy dalej - machnął głową w kierunku, w którym planowali podążyć, tylko lekko ubolewając nad przerywanym obcowaniem z dobrami natury.
To mogło być tak udane grzybobranie. Ostatnio było ciepło i tak ładnie padało...
Ech.

Koniec sesji


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (2541), Benjy Fenwick (1582), Pan Losu (29)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa