Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Weszliśmy do środka, kiedy właśnie zaczynało kropić - deszcz był jeszcze nieśmiały, jakby nie mógł się zdecydować, czy spłukać wszystko wokół, czy tylko zamglić powietrze tym ledwo zauważalnymi kropelkami wilgoci. W połowie września powietrze w nadmorskiej mieścinie stawało się chłodne, przepełnione solą i wilgocią, którą czuło się w ubraniach i włosach, a chmury, grube, wisiały nisko nad dachami i kablami telefonicznymi. Kawiarenka wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętałem - jakby pamiętała jeszcze czasy, gdy do miasteczka przypływały parowce, a na tarasie grała muzyka z patefonu - nieco przekrzywiony daszek, stare szyldy z wyblakłymi literami i szyby, na których kurz uparcie trwał, mimo starań właścicieli, żeby go doczyscić. Miała drewnianą antresolę, lekko skrzypiącą przy każdym kroku, i balkon z żeliwną balustradą, z której przy ładniejszej pogodzie można było patrzeć na morze - dziś wszystko jednak było spowite mgłą i chłodem. Wewnątrz pachniało kawą, drewnem i jakimś lekkim, cynamonowo-korzennym zapachem, który - byłem pewien - wydobywał się z wnętrza pieca, gdzie właśnie piekła się szarlotka.
Bez słowa kiwnąłem głową w stronę schodów prowadzących na antresolę - na górne piętro prowadziły wąskie, skrzypiące stopnie, po których człowiek mojej postury wchodził z naturalnym odruchem kulenia się. Wybrałem jeden z tych stolików, przy których światło lampy nie dosięgało już krawędzi blatu, a jej przytłumiona poświata pozwalała udawać, że jest się trochę bardziej ukrytym, niż się było w istocie. Górne piętro było niemal puste, co nie dziwiło mnie wcale - pogoda nie zachęcała do spacerów, a jeszcze mniej do przesiadywania nad morzem. Zamówiliśmy kawę i szarlotkę - bez zbędnych słów i uzgadniania. Kelnerka przyjęła zamówienie z cichym: „Już przynoszę.”, a potem zostaliśmy sami wśród starych krzeseł, drewnianych stolików o powycieranych blatach, i ciężkiego zapachu kawy i cynamonu. Z balkonu dobiegł trzask - może wiatr poruszył ramą, może ktoś nieopatrznie trzasnął drzwiami na dole, światła się nie zmieniły, ale cień na ścianie poruszył się ledwie zauważalnie. Zmrużyłem oczy, odgiąłem się lekko na oparciu krzesła i przesunąłem palcami po nadgarstku, oparłem łokieć o stół i zacząłem nieświadomie bawić się rzemykiem, który nosiłem od lat - stary, wysłużony, raz zawiązywany zbyt ciasno, raz zbyt luźno, na nierówny węzeł, którego nie potrafiłem już rozplątać, nie miał wartości, ale przylgnął do mnie - był zbyt zużyty, żeby spełniać jakąkolwiek funkcję, ale trzymałem go z uporem, bo miał mi coś przypominać. Palce przesuwały się po skórzanym pasku, zawijając go, rozciągając, poprawiając splot, który kiedyś zrobiła mi chyba moja siostra, jeszcze w szkole, albo może ktoś inny... Nie pamiętałem już dokładnie, ale ruchy były znajome - kojące w swojej powtarzalności. Nie byłem w stanie przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz siedziałem tak długo bez mówienia, ale nie czułem przymusu, to była jedna z tych rzadkich chwil, które nie wymuszały niczego, co nie przyszłoby samo. Cisza nie nakładała potrzeby zamiany jej na ciężar rozmowy, nie wymuszała kontaktu wzrokowego, jej obecność wypełniała przestrzeń między nami bardziej niż słowa.
Połowa września potrafiła być zaskakująco chłodna w tej części wybrzeża, od rana wisiały chmury - ciężkie, szare, rozciągnięte nad miasteczkiem, a powietrze miało ten szczególny zapach soli, wilgoci i rdzy, gdy chodziło o aurę pogodową, była już jesień - zaczynała się, ale nie subtelnie, przyszła gwałtownie, dziś prawie całkowicie wyparła lato - wiedziałem, że już nie odejdzie, dni będą coraz krótsze, deszcze staną się normą, a wiatr będzie szarpać połami płaszczy i wdzierać się pod kołnierze. Taras na piętrze stał otwarty, drzwi były zamknięte na klamkę, nie na zamek, nie zaciągało od nich chłodem, chociaż porywy wiatru wdzierały się niekiedy do środka. Przez szybę widać było, jak na dachach pojawiają się pierwsze kropki deszczu, maleńkie, rozmazane na czerwonych dachówkach, liście wirowały tuż przy framugach, ktoś na zewnątrz zaciągał się papierosem, a inny poprawiał szalik. Przez okno, które wychodziło na uliczkę, widać było przechodniów chowających się pod parasolami - przechodzili pospiesznie, zgarbieni, jakby wrzesień przytłaczał ich czymś więcej niż tylko pogodą. Możliwe, że tak było - londyńskie pożary zostawiły piętno na wszystkich ludziach, nieważne, czy czarodziejach, czy mugolach.
Z dołu dobiegł dźwięk porcelany - talerzyk uderzający o spodek, a potem o tacę, cichy gwizd czajnika, czyjeś przytłumione śmiechy. Kelnerka w końcu pojawiła się u szczytu schodów z tacą, na której parowała kawa. Odstawiła wszystko na stół z wprawą i niepotrzebnym uśmiechem, po czym zniknęła równie cicho, jak się pojawiła. Nie sięgnąłem od razu po filiżankę, obserwowałem, jak para unosi się w powietrzu, zawieszona między nami.
!Strach przed imieniem
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)