• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 11 Dalej »
RE: [Jesień 72, 8-9.09 Spalona Noc, Morpheus & Antonius] Pieśń ptaków i węży

RE: [Jesień 72, 8-9.09 Spalona Noc, Morpheus & Antonius] Pieśń ptaków i węży
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#1
14.05.2025, 12:07  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.05.2025, 12:20 przez Anthony Shafiq.)  

—08/09/1972—
Anglia, Londyn
Morpheus Longbottom & Anthony Shafiq
[Obrazek: m8XzqoX.png]

Your life is butterfly,
One instant of a spark fly...
One day and one night –
The short moment of candle bright.



Dostrzegł go, a cały świat odkształcił się, nadął i skurczył jak jego żołądek, którego treści podeszły mu do gardła.

To nie była miłość, nie w sensie, który powszechnie był rozumiany pod słóweczkiem "love". Gdyby Anthony miał znaleźć najwłaściwsze słowo, to byłoby to greckie agápē, miłość bezwarunkowa, miłość ostateczna, miłość wszechobecna, która wypełniała go zawsze, gdy tylko pomyślał o swoim przyjacielu. O drugiej połowie własnej duszy. Nie kochał sam siebie tak jak kochał Morpheusa i nic nie było w stanie przez lata tego zmienić - ani rywalizacja w ocenach, wyjce od ojca punktujące go, że jest gorszy od kundla z Warowni. Nie mógł tego zmienić Godryk Longbottom wyzywający go od zniewieściałych węży infekujących zdrowe tkanki jego rodziny pedalstwem, nie mogła zmienić tego strata Alcuina, dystans który odgrywali na salonach przez dwadzieścia lat. W końcu nie zmieniało tego postępujące szaleństwo Niewymownego, jego pragnienie autodestrukcji, podjazdowa wojenka w nielegalnej organizacji. Nie zmieniało tego nic, ponieważ skromna kukułka zwiastująca nadejście śmierci i pełen patosu pyton elastycznie dostosujący swoje ciało do panujących warunków trwali obok siebie od dekad. Trwali obok siebie od stworzenia świata.

Pieśń ptaków i węży trwała. Jego anam cara nie zgasł w szalejącym pożarze, nadzieja rozkwitła w sercu Anthony'ego, a ciało oblało się w końcu ulgą, która sprawiła, że przy pierwszym kroku zachwiał się.

Choć może były to efekty wydarzeń, które ledwie moment temu dotknęły jego osobę? Niespodziewany atak oszalałych w chaosie szlam, oskarżenia wylewane na niego wraz z farbą zasychającą w nieznośnym procesie na twarzy, między włosami, na skórze, ubraniu, dłoniach. Szarpanina i ciosy, czy powinien do tego przywyknąć? On, czystokrwisty oskarżany przez przygłupią tłuszczę. Był winien. Nie musieli krzyczeć tego w jego twarz, ego skruszało już dawno przez tygodnie poczucia winy, odkąd Morpheus przyznał mu się, że zaczął narażać się w tej absurdalnej wojnie domowej. Był winny bierności. Był winny zaniedbania. Ale jeszcze, jeszcze nie był winny śmierci połowy swojej duszy.

Gdy dostrzegł w tłumie Morpheusa, podziękował Juliánowi obiecując, że gdy kurz opadnie spotkają się, a on dołoży wszelkich starań, by móc jakkolwiek spłacić ten dług. Podziękował mu i rozeszli się gdy auror wciąż musiał szukać słodkiego zapewnienia o bezpieczeństwie najdroższego skarbu, gdy dyplomata znalazł go, dostrzegł i... już do niego biegł. Och tak, biegł, bo nie podszedł do niego, próżno było szukać nonszalancji i zwyczajowego dystansu. Właściwie wpadł w Morpheusa, przyciskając go mocno do siebie, lepiąc się czernią paskudnej mazi. Żywy. Ciepły. Śmierdzący spalenizną, jakby wyszedł z piekła.

– Spójrz na siebie, jak Ty wyglądasz! – wymamrotał mu w bark, a potem odsunął się trzymając wciąż dłonie na jego barkach, zaciskając nerwowo palce na ciele, które w jego wyobraźni skatowane leżało właśnie w gruzach Warowni. Czarne smugi płynące z uszu i roztarte nad linią warg, nadpalone włosy, szaleńczy tik... Nie trzeba było być mistrzem dedukcji, patrząc po tym jak wygląda okolica, że Morpheus raczej nie pojawił się w niej po raz pierwszy... Anthony odruchowo sięgnął do kieszeni po chusteczkę, chcąc zetrzeć krew. W pierwszej chwili nie zauważył jednak, że jest już nasiąknięta farbą, którą teraz nieco lunatycznie rozcierał pod lewym uchem przyjaciela. Na usta cisnęły mu się wyrzuty, na usta cisnęły mu się gorzkie żale na temat tego, że ich nie uprzedził, że nie dał znać, że jest w takim stanie w jakim jest, jakby to była jego wina. Ale tłumił je i nie było to aż takie trudne, gdy od dwóch godzin w jego wyobrażeniu Morpheus był martwy.

– Nie odstąpię Cię dzisiaj ANI NA KROK – oznajmił nieoczekiwanie, bo kontrapunktem mimo wszystko biegła w jego umyśle zdrada Jonathana. Fakt, że nie pojawił się w Ministerstwie. Fakt, że oni dwaj mieliby biegać i się narażać, a on potem miałby czynić honory realizatora ich ostatniej woli. Jeśli mieli spłonąć... spłoną wszyscy trzej. Jeśli dziś miała być ostatnia noc i jego życia, był na to gotowy. Ulga i wściekłość. Niebezpieczna mieszanka, przydająca mu energii, pozwalająca odzyskać rezon, który utracił podczas gwałtowności ataku wymierzonego w jego osobę. – Rzucimy bogom wyzwanie – dodał, krzywiąc się strasznie w momencie, gdy zdał sobie sprawę, że chusteczka była już brudna wcześniej i zamiast pomóc przyjacielowi, przydał mu tylko straszności w jego prezencji. Odnosił się oczywiście do wizji, którą Longbottom otrzymał przed miesiącem od Matki. – Będę osłaniał Twoje włochate długie dupsko, choćby to miała być ostatnia rzecz jaką zrobię w życiu. Nie oddam Cię im – dodał, zdobywając się nawet na szczątek uśmiechu. Z twarzą utytłaną czerwoną farbą wyglądało to nieco makabrycznie, ale ta noc miała być symfonią szaleństwa, można było więc z powodzeniem uznać, że ubrany był adekwatnie do okoliczności.


ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#2
27.05.2025, 14:16  ✶  

Szedł niezauważony, przepychając się między tłumem uciekającym w różne strony. Mówił, ale nikt go nie słuchał. Jego kroki nie wydają już dźwięku, a serce nie może dłużej bić, zastanawiał się, czy on też to czuł, czy wyjął ze swojego żołądka astrolabium i ściskał je w dłoni cały czas, zamierając za każdym razem, gdy traciło rytm. Tak to sobie wyobrażał, te wszystkie tykające zegary i nierówne oddechy mieszkańców Praw Czasu, huk pożarów i paniki w oddali, okraszone cichutkim tętnem kogoś, kogo tam nie było. Marzycielska wersja wydarzeń, którą wolał pielęgnować, zamiast pogodzić się z tym, że tak nie było.

Jednak nie szedł sam. Przeszłość kroczy obok niego, dotrzymując mu towarzystwa, choć błagał ją, by go zostawiła. Jedyny cień, jaki rzucał, należał do jego bólu, przylegający do każdego jego ruchu. Był już stary, tak potwornie stary, nawet jeżeli ledwie osiągnął pół swojego przewidywanego życia, nawet nie. Gdyby tylko mógł sprawić, by ktoś na niego spojrzał, naprawdę na niego spojrzał, może wtedy mógłby być wolny. Morpheus zaczynał się obawiać, że może być przeklęty, by krzyczeć wiecznie.

Ten wewnętrzny krzyk zamarł w połowie dźwięku, gdy nastąpiła kolizja, kolejna tego dnia, na ułamek spalająca duszę w jedną całość. Krótki rezonans chwili, dostrzeżenie czerwieni na twarzy, lecz nieprawidłowy zapach, chemiczny, uspokoił go. Farba, nie krew. Farba nie krew.

Farba. Krew. Farba. Krew. Nie krew. Nie krew.

Spanikowany oddech urwał się, przerwany atakiem kaszlu, oddech oddany w ramię przyjaciela. Nie byli jedynymi takimi, którzy odnajdowali się w ramionach znajomych i przyjaciół, uciekających w popłochu w stronę domów rodzinnych. Biegła kobieta z trzema kotami wciśniętymi w sowią klatkę, uciekająca przed pożarem i trzymająca fioletową tiarę na głowie, jakby to była jej ostatnia deska ratunku, była rodzina z dzieciakami, szukająca miejsca do teleportacji, losowe imiona, wykrzykiwane przez kakofonię głosów, a to wszystko okraszone migotaniem zaklęć, wzmocnionymi głosami pracowników BUM-u. Nie chciał myśleć o Brennie, o Eriku, o swoich braciach, o Woodym zamkniętym w najgorszej dzielnicy, która prawdopodobnie płonęła jak pudełko zapałek. Ilu będą musieli pochować?

— Spójrz w lustro. Później będziesz się tłumaczył — charknął. Pył osadzał mu się w gardle już od wielu godzin, od większej ilości godzin, niż wszystkim dookoła, jego ciało drżało. — Kukułki zwiastują śmierć, oczywiście, że musiałem tutaj zostać.

Patrzą prosto na niego, ale go nie znają, przechodnie, znajomi, nawet rodzina. Widzą to, co spodziewają się zobaczyć i pod pewnymi względami mają rację, ale nie wiedzą, co czai się tuż pod powierzchnią. Każdego dnia czuł się coraz mniej związany z tymi częściami siebie, których się od niego oczekiwało. Jest przemoc, która wbija się w jego serce, błagając o uwolnienie. Anthony o niej wie, on wie o ogniu, który go trawił od zawsze. Jednak doskonale zdawali sobie sprawę, oboje, że kiedy ten pożar zdecyduje się przejąć kontrolę, nie będzie potrzebne pozwolenie. Zrobi, co zechce. Część, która najbardziej przerażała Morpheusa? W głębi duszy chciał wypuścić. Pragnął wolności, którą to może mu zapewnić.

Nie zamierzał zatrzymywać Anthony'ego, nie tracił czasu, aby go przekonywać, że to głupie. Zapłacze, dopiero gdy pod jego pieczą, śmierć wygłosi sentencję kary. Zapłaczą, gdy już nigdy nie będzie rano.

— Musimy iść do Nory, tamtą stroną, tę już sprawdziłem, muszę coś zjeść i... — kolejny napad kaszlu. Oderwał się od przyjaciela, odgonił jego troskę na sposób typowo Longbottomowy, jak natrętną muchę i zza przypalonej pazuchy wyjął magiczny pergamin z piórem. Historię piszą zwycięzcy. Uniósł go w powietrze, aby ten rozpoczął zapisywanie tego, co zobaczy Morpheus, co powie, co dzieje się dookoła. Wierny pergamin, który towarzyszył mu przez lata pracy w Departamencie, gdzie często miał zajęte dłonie, aby jednocześnie pisać, pióro, oddające jego charakter pisma i notujący wszystko w starożytnych runach, nieodgadnione dla przeciętnego czarodzieja.

Jakiś odległy dźwięk zwrócił uwagę Morpheusa, spojrzał na zegarek na nadgarstku, którego szkiełko tarczy było pęknięte, uniósł głowę na zasłane nocą i łuną pożarów, jakby pomagało mu to coś obliczyć, nawet jeżeli gwiazdy skryły się za ciemnym dymem i chmurami popiołu. Złapał Anthony'ego za ramię, jakby w nagłym pośpiechu, jakby coś miało się wydarzyć; zapewne tak się działo i nie mogło ich być przy tym.

Ulica Horyzontalna płonęła. Ogień nie przychodził tylko z budynków, jego źródłem były także serca ludzi. Czerwone języki tańczyły jak dusze niecierpliwe, jak sny, które ktoś zbyt długo ignorował. Dym unosił się ku niebu jak modlitwa, jak pytanie, nad którym zastanawiał się też Morpheus, dlaczego właśnie teraz. Nie było jeszcze jesieni. O Dolinie nie chciał nawet myśleć.

Wśród popiołu widział ludzi, a każde spojrzenie mówiło to samo: Nie wiem, dokąd iść, ale wiem, że muszę iść. A on notował, każdy budynek, każde wybite okno, aż jego oczy nie umiały się skupić na niczym innym tylko określaniu zniszczeń i nadpalonych numerów budynków. Notował twarze i znane mu imiona.


Zwady:
Słabe płuca (I)
Choroba przewlekła (I): Cukrzyca

Przewaga:
Starożytne Runy (I)


And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#3
27.05.2025, 17:47  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.05.2025, 22:55 przez Anthony Shafiq.)  
Morpheus odgryzł się mu i Anthony przez moment nie rozumiał czemu miałby patrzeć w lustro, skoro najistotniejsze było to, że jego przyjaciel jest żywy. Półżywy. Zdecydowanie jeszcze nie Martwy. Po chwili jednak skołowane oczy opadły na ubrudzone czernią dłonie, w tak paskudny nieregularny sposób, niewłaściwy, nieodpowiedni, niesymetryczny...
Mimowolnie potarł czystszą dłonią tą brudniejszą dłoń, jakby chciał zetrzeć skazę. Mimowolnie uformował wiązkę translokacyjnej magii by od siebie odpędzić barwnik. Na nic to się zdało. Brudzidło było magiczne, choć za wcześnie było Shafiqowi to rozeznać - w końcu nie znał się wcale ani na sztukach wykorzystujących farby, ani na rzemiośle per se.

Chwilę potem sapnął, sapnięciem z pogranicza irytacji i rozbawienia, a stalowe oczy znów utkwione były w twarzy Somni. Pan Snów, Pan Przepowiedni, Pan Zwiastowania Śmierci. Widział go, widział jego zmęczenie, jego rozdzierające serce pragnienia, widział kolekcję masek, trywialnych, kokieteryjnych zachowań, bełkotu ukrywającego pustkę, spaleniznę która pochłaniała go dzień po dniu. Czuł własną, czuł jego czuciem. Czuł ich śmierć nie taką fizyczną, ale psychiczną, która postępowała wobec marazmu. Nadmiaru i niedomiaru splecionych ciasno w ich doczesności. Podobnie jak przed momentem wykonał ten gest ku Julianowi, składając mu solenną przysięgę wdzięczności za wyrwanie z rąk oprychów, tak i teraz pochylił na moment czoło nim ruszyli, pochylił je ku Morpheusowi. Nie po to by coś obiecać, nie po to żeby go wesprzeć, bo miał poczucie, miał głębokie przeświadczenie, że sam fakt, że stoją wobec tego piekła razem, tchnie w pierś jego umiłowanej duszy nadzieję, tak jak tchnęło nadzieję w jego pierś sam fakt, że go zobaczył. Mogli być głęboko nieszczęśliwi. Ale stali obok siebie. Kukułka i...

...smok?

W swojej megalomanii, w swoim nabrzmiałym ego, zwykł mówić, że jego zwierzęciem totemicznym z pewnością jest smok. Gdy porównywali swoje patronusy, elegancki i majestatyczny wciąż pozbawiony nóg pyton królewski został zidentyfikowany jako gatunek beznogiego azjatyckiego smoka i choć wszelkie źródła mówiły co innego, Anthony trwał przy swoim. Teraz jednak ogień oczyszczał, ogień trawił ułudę. Ogień poddawał próbie charakter i wolę. Smok niósł ze sobą bogactwo i szczęście, ale nie tworzył pary z kukułką, dlatego też Shafiq w swoich podarkach dla Longbottoma skłaniał się ku symbolice bardziej okazałego drobiu - czyli ku feniksowi. Tymczasem teraz, w tym nagłym dziwnym zrozumieniu sytuacji, w przełknięciu dawno wyschniętej przerażeniem i trwogą śliny, pojął istotę procesu.

Zwiastowana przez drobnego ptaka Śmierć... była częścią cyklu, powtarzalnego okręgu symbolizowanego w tak wielu kulturach giętkim gadzim kręgosłupem.

– ... a wąż składa w darze odrodzenie. Gdzie Ty tam ja Somnia. – Odetchnął bliskością z nim, metafizycznymi więzami, które czyniły z nich jedną istotę spoglądającą w dwie odmienne strony. Jak Morpheus widział przyszłość i poruszał się po przeszłości, tak Anthony osadzał się w teraz. Jak Morpheus spalał się wpisanym w swój kosmogram ogniem, tak Anthony tonął w wodzie wpisanej we własny układ planet i gwiazd. Działanie i emocje. Chaos i porządek. Gniew i smutek. Czerwień i błękit. Nikt nie wziąłby ich za podobnych jak dwie krople wody, istota ich relacji pomyślana była we wzajemnym dopełnieniu.

Nie miał przy sobie jedzenia, ale skoro mieli iść do klubokawiarni, wierzył, że jest to kwestia czasu, aby Morpheus się posilił. Ruszył oczywiście - zgodnie ze swoimi słowami za nim - i bez słowa pojął ich obecną pracę badawczą. Znajomy teren, zaprzężenie umysłu do pracy, gdy ciało zdradziecko wciąż dygotało, kiedy tylko odsunęli się od siebie. Teraz jednak pozyskiwanie danych zdało się zasadne. Pożar był ponad wszelką wątpliwość efektem czarnomagicznych praktyk, potężnego zaklęcia, które najprawdopodobniej miało swoją moc, swoje zasilanie z czeluści Limbo. Zapalały się konkretne budynki, a dopiero od nich kolejno zajmowały się kolejne.
– Tam – Morpheus odznaczał się wybitnym zmysłem obserwacji, ale od głównej przecznicy rozgałęziały się uliczki i zaułki, rzeczy, które mogły umknąć. Pocieszał się, że był dlań jakkolwiek przydatny, nie dopuszczając do siebie myśli, że jego skołatane serce i duszności wynikające to z otaczającej ich auty, stresu i plejady drażniących go natrętnych myśli czyniły go raczej balastem aniżeli asem w rękawie. W końcu Anthony też wyciągnął swój notes. Złocisty ołówek wyglądał kuriozalnie w utytłanych dłoniach, a jego zapiski dalekie były do elegancji i szyku ministerialnych not, które z taką lubością rozsyłał jeśli już był w pracy. Jego zapiski nie miały też zbyt wielkiego sensu, będące raczej spisaniem strzępków myśli. Chaotyczne, nieskładne, tak naprawdę służyły czemuś innemu - ich główną funkcją było wyciszenie się, odzyskanie kontroli nad sobą, oddechu, którego nie mógł nabrać pełną piersią. Myśli, które w końcu mogły być bardziej, sensowniej...

– Widziałeś Jonathana? – wypalił w końcu, gdy zatrzymali się, by upewnić się od naocznych świadków, który z budynków zapłonął pierwszy. Później będą potrzebować mapy, żeby nanieść te punkty. Dostrzec wzorzec. Na tym etapie nie miał pojęcia, że na mapie pojawi się cała gigantyczna linia rozdzierająca wyspę na dwoje. Zadrapanie. Pokaz siły. Bluźnierstwo. Był jednak egoistyczny w swoim pytaniu, które padło, gdy ludzie odeszli. Choć może masochistyczny? Teraz, gdy największy kryzys został zażegnany, gdy wykręcająca mu zmysły obawa została uciszona i zaopiekowana, gdy dwóch Krukonów weszło na trop prawdy i starej koleiny zbierania faktów... Teraz mógł posypać solą inne miejsce. Choć uważał, że całkiem nieźle zapanował nad głosem.

Brzmiał niemal nonszalancko.


Anam cara, zwierzę totemiczne wąż, nerwica natręctw, drobny lęk (utrata kontroli)
ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#4
03.06.2025, 12:50  ✶  

Morpheusa pożerał ból, którego nie dało się dotknąć, nie sposób było go opatrzyć ani ukoić zaklęciem. Przestał odróżniać siebie od cierpienia, istnieli razem, spleceni jak korzenie drzew rosnących w ruinach historii. To nie był ból krzyku ani łez, ale cichy, rozchodzący się pod żebrami ucisk, niczym popiół po pożarze. Niewidoczny dla oka, a jednak obecny w każdym geście, w zbyt długim spojrzeniu, w ściskaniu dłoni tak, jakby trzymał w niej nie swoją przyszłość, lecz resztki odwagi. Jego ciało nie nosiło śladów ran, poza tą odrobiną krwi, a jednak każdy ruch sprawiał wrażenie, jakby przechodził przez zasłonę ognia, której nie widział nikt poza nim.

Czasami udawało mu się wierzyć, że ćma, która wlatuje w ogień, wyłania się z niego wypełniona światłem.

Nagle wybuch, musieli się uchylić, gdy szklana szyba ekskluzywnego zakładu męskiego fryzjera, wybuchła milionem tęczowych pryzmatów, gdy fałdy poukładanych elegancko ręczników zajęły się od preparatów, których butelki rozbiły się od temperatury, kapiącej z wyższych pięter. Adres i dostrzeżone 

W chaosie tego wszystkiego, na chwilę stając się żoną Lota, słupem soli pośród płonącej Sodomy i Gomory, ukaranej za grzech empatii, otwarcia się na innych, przez samozwańczego boga, Morpheus zatrzymał się, przestając na chwilę patrzeć na chmury, niosące zagładę i pozwolił płatkom śmiercionośnego pyłu opadać na jego twarz. Czy ich wróg obserwował też lot ptaków i wyprawiał Auspicje, czy miał swojego augura, który interpretował dla niego lot myszołowa i orła, aby wskazać wolę Bogów? Teraz nie było na co patrzeć, żaden bóg nie mógł mu odpowiedzieć na pytanie, czy robi dobrze.

— Od kiedy cierpienie stało się tak... pozbawione zwycięstwa?

Nie oczekiwał żadnej odpowiedzi na to, bo żadne z nich ich nie miało, a godzinami mogli filozofować nad tym, czy kiedykolwiek ta victoria tam istniała, czy to była inna nazwa na nadzieję.

Szli jednak dalej, a on obserwował, zapisywał. W jego krwi płynął rodzinny obowiązek. Sprawdzał każdą wskazaną wiadomość, co dwie pary oczy to nie jedna, zwłaszcza gdy nie był to spacer przez różane arboretum w środku maja, a przez płonącą ulicę. Najważniejsze było widzieć. Co dokładnie płonie. Zanotował sklep Potterów ze smutkiem i te miejsca, które widział wcześniej, skupiał się na tym, co paliło się pierwsze, co było najbardziej zniszczone. Kakofonia ludzkich tragedii rozbrajała go od środka i nie wiedział przez chwilę, co powiedzieć Anthony'emu, jakby nie zrozumiał pytania.

Zniszczony sklep spożywczy, zniszczony sklep z artykułami dla egzotycznych magicznych pupili, martwe, spalone sowy leżące na bruku, śmierdzące i dymiące zwęglonymi piórami i wnętrznościami rozdeptanymi przez biegnących przechodniów, porzucone i pogubione w ucieczce przedmioty, krew na bruku. Wszystko to notował.

— Widziałem Erika w Norze Nory... — powiedział Morpheus bezmyślnie, trochę jakby żartem, podnosząc z ziemi jakiś przedmiot, sentymentalny wisiorek, ale nie nosił na sobie żadnych znaków umożliwiających identyfikację właściciela, więc odłożył go w dokładnie to samo miejsce. — Widziałem się z nim tuż przed naszym spotkaniem. Z Jonathanem. Nic mu nie... — przerwał mu kaszel, który zwinął go prawie w połowie. — Nic mu nie jest. Zabezpieczył... Ważną rzecz. — Zreflektował się Morpheus.



Zwady:
Słabe płuca (I)
Choroba przewlekła (I): Cukrzyca

Przewaga:
Starożytne Runy (I)


And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#5
03.06.2025, 13:45  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.06.2025, 13:49 przez Anthony Shafiq.)  
Anthony'ego pożerał ból, którego nie dało się dotknąć, nie sposób było go opatrzyć ani ukoić zaklęciem. Nie był tego do końca tego, odwracając w swojej codzienności twarz od cierpienia, choć przecież współistnieli razem, spleceni jak korzenie drzew rosnących w spopielonych ruinach teraźniejszości. To nie był ból krzyku ani łez, ale cichy, rozchodzący się pod żebrami ucisk, niczym popiół po pożarze. Niewidoczny dla oka, a jednak obecny w każdej myśli, w impulsywnie podejmowanych decyzjach, w zbyt długim spojrzeniu, w niedowierzaniu, że jego dłużnicy postanawiają iść za nim mimo wszystko. Jego ciało nie nosiło śladów ran, poza tą wylanym kubłem magicznej farby i kilkoma stłuczeniami, a jednak każdy ruch sprawiał wrażenie, jakby trwał w zasłonie dymu i ciasnych zależności, którą widział tylko on.

Czasami udawało mu się wierzyć, że ćma, która wlatuje w ogień, jest w stanie go zgasić.

Czasami.

– One nigdy nie były ze sobą połączone. Cierpienie jest kwintesencją życia, nie zwycięstwa. A i tak, ku szlachetności prowadzi to cierpienie, któremu nadajemy sens. Tak aby mogło się stać zwykłym odczuwaniem bólu.– Odpowiedział, powstrzymując język by nie wypowiedział tego w łacińskich myślach spisanych przed laty we własnym zaczarowanym pamiętniku. Czy wiedział skąd czuje to co czuje? Czy w ogóle miał to tego prawo? Ktoś zapewne sprawnie by mógł wypunktować mu brak opanowania i nadwrażliwość, która w końcu wyjrzała na światło londyńskiej pożogi. Nie był Morpheusem, jego brat owszem umarł, ale nie w trwającej od dwóch lat wojnie. Nie nosił brzemienia profetyzmu, jego miłość nie trwała bolesnych dwudziestu lat milczenia, a kwitła niedawno - w perspektywie Somni - zawiązanego romansu.

A jednak cierpiał stanem, którego nie umiał nazwać, zidentyfikować, zracjonalizować. Bo jego miasto płonęło. Bo on też otoczony był wieloma osobami, których los był niepewny teraz. Bo czuł w swej potrzebie kontroli i absurdalnego poczucia odpowiedzialności za bieżący bieg polityki koszmarną odpowiedzialność za obecną sytuację.

Krew na rękach

Rzucił okiem na poczernioną skórę, mankiety, poczuł zasychającą na twarzy śmierdzącą maź. Był winny. Choć nie piastował urzędu sędziego Wizengamotu wydał już wyrok, choć cały czas czekał na wymiar kary. Za karę jednak ktoś mógłby uznać to co działo się obecnie. Delikatnie przygryzł wargę w nerwowym geście i od razu go pożałował. Chemiczno-magiczny posmak pozostał na podniebieniu, pomimo wszędobylskiego dymu. Powstrzymał jednak odruch wymiotny, zatrzymując się ledwie na moment, by zmusić ciało do posłuszeństwa. Musiał się wziąć w garść,

– Och tak – odpowiedział tylko w odpowiedzi na oba fakty. Erik... Nora... Jonathan... zabezpieczanie ważnej rzeczy. Tak. Clemens. Quintessa? Przełknął ślinę. Wykluczenie było paskudną zmorą i wiedział o tym błędzie poznawczym, który teraz szarpał jego trzewiami. Nader dziecinnym, żeby nie powiedzieć infantylnym. Wykluczony z grona. Nie dość dobry. Operujący zbyt małymi możliwościami. Za słaby. Wątły. Porcelanowy.

A przecież to ceramiczne wiertła były jednymi z najwytrzymalszych na świecie.

Rozproszył się w zadaniu, rozproszył się w przytłaczającym odczuciu alienacji.

Niepotrzebny.

Może rzeczywiście powinien wrócić do Ministerstwa? W końcu już przeżył swoją wielką przygodę, wyszedł i szlamowata zgraja wyładowała na nim swój gniew na zastaną w Londynie sytuację. Oczywiście, był pewien że tego nie zrobi chociażby z powodu Morpheusa. Łypnął na niego okiem, oceniając na ile skorupa będąca jego przyjacielem była tego dnia bardziej żywa czy martwa. Podobnie jenak jak w lecie, gdy ścierali się z magicznymi roślinami, miał wrażenie, że wyzwanie hartuje go, a brawura krewi Longbottomów czasem z nawiązką przykrywa geniusz Slughornów.

Jaką krew miał on?

Gryzipiórka i hieny cmentarnej.

Prawda była taka, że gdyby nie Morpheus nie byłoby go tutaj. Gdyby nie jego przyjaciele, upierający się że pozostaną w Londynie, dawno przeprowadziłby się do Hiszpanii.

Chciał coś powiedzieć, rozładować napięcie, ale głos uwiązł mu w gardle. Pisał więc. Notował, choć z pewnością dostrzegał mniej niż Longbottom, który się w tym specjalizował. Więcej energii mimo wszystko poświęcał pilnowania ich pleców. Może nawet celowo nie trzymał różdżki by wydawać się bardziej bezbronnym. By móc zareagować, gdy ktoś spisze go na straty tak, jak zrobili to jego bliscy. Tak jak zrobił to Jonathan.

– Nie jestem pewien czy nie powinniśmy iść w drugą stronę, tak żeby zobaczyć czy Quintessa jest w mieście, czy utknęła w dolinie. Widziałem Blethleya wcześniej, tyle dobrego że czarna zasłona nie uniemożliwia teleportacji. Ale kominki... te zostały zablokowane. – Zmuszał się, by skupić się na zadaniu. By obmyślać kolejne kroki, a nie patrzeć smutno w dal... za siebie. Zmuszał się by nadać swojemu cierpieniu sens. Wtedy byłoby tylko zwykłym odczuwaniem bólu.

ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#6
04.06.2025, 14:54  ✶  

Sytuacja się zaogniała. I w sensie dosłownym i we wzrastającym zagrożeniu. Chaos wyciągał z ludzi to, co najgorsze, BUM-owcy latali w tę i w tamtą, wzmocnione różdżkami głosy, próby ewakuacji, błędne teleportacje, a do tego nie uciekali tylko przed ogniem, który magicznie się rozprzestrzeniał. Uciekali przed zaklęciami ciskanymi na tych, którzy się pojawili w złym miejscu w złym czasie oraz na tych, którzy byli ich celami.  Dym nie pachniał już tylko spalenizną, niósł w sobie coś gorzkiego, jakby płonęły wspomnienia.

Jak sklep z tak zwanym mydłem i powidłem, który ściągał mugolskie przedmioty i produkty i wprowadzał na Magiczny rynek. Nowość, dość kontrowersyjna, ale mająca swoich amatorów, głównie pośród mugolaków i bardzo ciekawskich. Morpheus zauważył, że spłonął do cna, nie pozostała półka na półce i chociaż nigdy nie wstąpił do niego, poczuł ukłucie żalu, bo ciekawość była najnaturalniejszą i najwspanialszą z ludzkich cech. Pergamin zanotował zniszczenia, gdy on odwrócił od nich wzrok.

— Quintessa teraz... — zerknął na zakurzony zegarek i otarł go o przypaloną szatę. — Pomagam jej przygotować miejsce dla potrzebujących pomocy w Antykwariacie. Oprócz drobnego oparzenia i zbitej szyby, nic jej nie jest. Oczywiście o wszystkich się martwi.

Tak jakby oni się nie martwili o wszystkich dookoła. Nagle zauważył podejrzaną grupkę. Złapał boleśnie Anthony'ego za ramię i wcisnął ich oboje w zaułek. Mógł się mylić, ale nie zamierzał ryzykować, ani swojego bezpieczeństwa, ani życia Shafiq'a, więc poprowadził go brudnym skrótem na Pokątną, aby dotrzeć do Nory Nory, przekazać im informacje o Horyzontalnej i Tessie.


Koniec sesji


And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Anthony Shafiq (2348), Morpheus Longbottom (1534)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa