• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn Klinika magicznych chorób i urazów v
1 2 Dalej »
[09.09.1972] 3:33 || Roise, Romy, Prue, Corio

[09.09.1972] 3:33 || Roise, Romy, Prue, Corio
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#11
03.06.2025, 15:06  ✶  
To miejsce pęka w szwach od osób potrzebujących, ale tobie trafił się naprawdę upierdliwy hipochondryk. Mężczyzna łazi za tobą i skarży się na objawy, których zwyczajnie nie ma - jego kaszel jest wyraźnie wymuszony, nie ma żadnych oparzeń, na temat których się zarzeka, chociaż próbujesz obejrzeć jego rany. „Widzi pan? Niech pan dotknie tej skóry, jest gorąca jak diabli”, narzeka i narzeka, odciągając cię od ważniejszych spraw... A wokół brak kogoś, kto mógłby go od ciebie zabrać. Musisz uporać się z tym problemem sam.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#12
03.06.2025, 20:39  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.06.2025, 20:42 przez Prudence Fenwick.)  

Prue nie czuła się jakoś specjalnie niepewnie. Była w końcu w Mungu, pracowała tu kiedyś, była poniekąd u siebie, więc nie przeraziło ją to, że rozdzieliła się ze swoim szefem. Powinni być tu bezpieczni, nic takiego im nie groziło, nie było więc sensu panikować i siać zamęt. W końcu będzie musiał jej mignąć w tłumie, nie mogło być inaczej. Był dość charakterystyczny, wyróżniał się na tle ludzi, nawet jeśli otaczali ją z każdej strony.

Dosyć szybko dotarło do niej, że nie był to Mung który zapamiętała. Nie ma się co dziwić, przecież w szpitalu znajdowały się aktualnie tabuny ludzi potrzebujące pomocy. Trudno było się między nimi poruszać, do tego dochodzili pracownicy, którzy też chyba nie do końca wiedzieli, co właściwie się dzieje, komu powinni pomóc, w co się zaangażować. Niespecjalnie była zaskoczona tym, co się tutaj działo. Całe miasto zgubiło gdzieś swój rytm, wszystko co znane stawało się obce, przez to do czego doszło na zewnątrz. Każdy radził sobie jak mógł, czyż nie?

Miała wrażenie, że przez moment dostrzegła gdzieś daleko znajomą, jasną czuprynę. Fakt, Ambroise mógł znaleźć się w Mungu, niby widziała go wcześniej na jeden z ulic, jednak było to wystarczająco dawno, na pewno zdążyłby się już znaleźć w swoim miejscu pracy. Zapewne tak jak i ona przemierzał wtedy tłum, by pomóc swoim współpracownikom. Wszystkie ręce do pracy były przydatne tego wieczora, ludzie ich pokroju byli szczególnie przydatni zważając na to, ilu rannych miało tutaj trafić. Nie mogli myśleć o sobie, uciekać z miasta, to nie świadczyłoby o nich najlepiej, więc fakt - nie dziwiło jej to, że Greengrass był w Mungu.

Przeniosła wzrok na zegar, który wskazywał trzecią trzydzieści trzy. Wspaniała godzina, zawiesiła się na nim dłuższą chwilę, jej myśli zaczęły łączyć cyfry z faktami, które naturalnie zaczęły pojawiać się w jej głowie. Diabelska godzina, godzina demonów, moment kiedy światy się ze sobą mieszały, gdy łatwiej było przejść z jednego do drugiego. Mrugnęła dwa razy, żeby wrócić do rzeczywistości. Na szczęście tym razem jej oderwanie nie trwało zbyt długo. Nie mogła sobie pozwolić na kolejne momenty słabości. Nie tym razem.

Miała wrażenie, że usłyszała bardzo głośne Cornelius gdzieś za sobą. Odwróciła się, aby zobaczyć skąd dochodził ten głos. Ku jej niezadowoleniu dostrzegła znajomą twarz. - Potter. - Burknęła cicho do siebie pod nosem. Oczywiście, że powinna przewidzieć, że i on się tutaj znajdzie. Nie był to jednak czas na to, żeby skupiać się na dawnych niesnaskach, wszyscy znaleźli się tutaj po to, aby pomóc poszkodowanym. Odetchnęła głęboko i ruszyła się wreszcie przed siebie.

Nie tak łatwo było przepychać się między spanikowanym tłumem ludzi, którzy potrzebowali i poszukiwali pomocy, ale Bletchley była zawzięta, gdy się na coś uparła, to potrafiła to osiągnąć, zacisnęła więc zęby i zaczęła przemykać między nimi, no próbowała to zrobić, nie zakładała, że szybko się tam znajdzie, ale nie liczył się czas, ale osiągnięty efekt.


!Nigdy nie przestawaj leczyć

// leczenie, choroba milforda


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#13
03.06.2025, 20:39  ✶  
To miejsce pęka w szwach od osób potrzebujących, ale tobie trafił się naprawdę upierdliwy hipochondryk. Mężczyzna łazi za tobą i skarży się na objawy, których zwyczajnie nie ma - jego kaszel jest wyraźnie wymuszony, nie ma żadnych oparzeń, na temat których się zarzeka, chociaż próbujesz obejrzeć jego rany. „Widzi pan? Niech pan dotknie tej skóry, jest gorąca jak diabli”, narzeka i narzeka, odciągając cię od ważniejszych spraw... A wokół brak kogoś, kto mógłby go od ciebie zabrać. Musisz uporać się z tym problemem sam.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#14
03.06.2025, 23:19  ✶  
- Bez przesady, Roman. Co jak co, ale numerologię traktuję niezmiernie poważnie - rzucił, starając się ignorować głębszy sens, jakiego bez wątpienia zaczęły nabierać te wszystkie wyliczenia.
Nie mogli panikować. Wystarczyło, że sytuacja i tak była dostatecznie fatalna. Dlatego Ambroise naprawdę usiłował zatrzymać karuzelę, na której rozpędził się Potter, nie chciał zajmować na niej dedykowanego mu siedziska. O ile jeszcze jakieś miał, po tym, co przyjaciel mu insynuował.
Że niby brukał znaczenie tak poważnych kwestii? Że niby ich nie szanował?
Nie miał zielonego pojęcia, skąd biorą się romulusowe insynuacje, jakoby nie brał sprawy na serio. Przecież numerologia była istotna. Niezmiennie ważna i znacząca. Pełniła niezaprzeczalną rolę w życiu każdego czarodzieja. Niezależnie od tego, czy ten miał dostatecznie otwarty umysł, by w nią wierzyć, czy też był zupełnym ignorantem o umyśle (ha tfu) konia bezrefleksyjnie patatającego przez padół życia.
Oczywiście, że Ambroise nie żartował sobie z tego wszystkiego. Nie bez powodu tak instynktownie i odruchowo zaczął karmić uszy Romka czymś na kształt numerologicznej mowy motywacyjnej.
Jakżeby mógł jednocześnie wypowiadać to tym tonem i sobie żartować. To były wstrętne pomówienia. Wyjątkowo paskudne zarzuty kogoś, kogo miał za swojego najlepszego przyjaciela, a kto najwyraźniej tego wieczoru przechodził jakąś niepokojącą transformację. Oby nie trwałą, bowiem to wydanie Pottera nie wydawało mu się tak właściwe jak zwyczajowa postawa przyjaciela.
Ten Romulus zachowywał się tak, jakby...
...jakby coś go opętało. A była trzecia. Trzecia trzydzieści trzy. Dziewiątego września. Tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego drugiego roku. Jedna dziewiątka. Jeden i dwa, czyli trzy. Ta siódemka mogła być tam dla niepoznaki. A może jednak nie? Może była tam właśnie zupełnie celowo? Dla Pottera, który jak sam ochoczo wspomniał, był numerologiczną ósemką? Osiem i siedem to było piętnaście. Jeden i pięć dawało sześć. Sześć było kolejną wielokrotnością trójki. Trójka była zła.
Zawsze była zła.
Choćby trójpodział władzy, który w ostatnich miesiącach już całkowicie się nie sprawdzał, bo tak po fakcie nigdy nie miał tego robić. Taki był plan, czyż nie? Dawać złudzenia a potem nagle wszystko rujnować. Doskonały plan, dzięki któremu Ministerstwo znajdowało się na skraju upadku.
To samo zdawało się również tyczyć Munga (w którym też były trzy grupy: dyrekcja, pacjenci i pracownicy) szczególnie dzisiaj, gdy raz po raz wychodziły na wierzch kolejne dowody na to, jak bardzo szpital był nieprzygotowany na okoliczność masowej tragedii. Nie dlatego, że nikt nie był w stanie tego przewidzieć, tylko przez to, że...
...ósmy września tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego drugiego roku. Osiem. Dziewięć. Jeden. Siedem. Dwa. Dziewięć i jeden. Osiem i dwa. Dwie dziesiątki i siódemka. Dwadzieścia siedem. Był środek nocy, gdy wszystko eskalowało. Nocy na dziewiątego. Dwadzieścia siedem na dziewięć dawało trzy...
...trójka. Trójka faktycznie zwiastowała nieszczęścia.
Rzecz jasna, raczej każdemu dosyć trudno byłoby założyć, że kiedykolwiek wydarzy się coś chociażby trochę przypominające wydarzenia, jakie faktycznie miały miejsce tej nocy. Skala pożarów ogarniających Londyn była olbrzymia, przytłaczająca w swojej intensywności. Jednakże fakty mówiły same za siebie. Szpital nie przeszedł próby czasu, wszystko zaczęło walić się po zaledwie kilku godzinach. Z pewnością trzech... ...tak, to już była reguła.
W tym momencie nie było tu już nawet cienia spokoju. Wszystko ogarnął chaos. Procedury dawno przestały obowiązywać. Nie było mowy o poprawnym przeprowadzaniu działań związanych z triażem. Każda ocena była dokonywana na podstawie zaledwie wyrywka informacji, bo przez brak rąk do pracy, na jednego pacjenta mieli żałośnie mało czasu.
A teraz jeszcze dodatkowo go tracili, bo trzecia (zła godzina) robiła z Romulusa to, co pełnia z wilkołakami. Zmieniała go. Prawie wył do szpitalnych lamp, świadomie rezygnując z roli lidera, czego zwykły Roman nie odrzuciłby tak lekką ręką. Przecież Roise go znał. Coś go ewidentnie opętało.
- No, kto by pomyślał, że tak łatwo pogardzisz rolą, która jest ci wręcz przyrodzona - wydobył z siebie najcięższe możliwe westchnienie, jednocześnie kątem oka obserwując reakcję przyjaciela.
Tak, testował go. Oczywiście, że go testował. Sprawdzał, jak bardzo to coś (panika? trauma? paranoja?) opętało mu kumpla.
- I to na rzecz Corneliusa - dodał tym samym tonem, wkładając w te słowa wyjątkowo dużo pozornej ignorancji, żeby być w stanie wywołać wewnętrzny sprzeciw w głębi duszy Romulusa.
A przynajmniej taką miał nadzieję. Chciał sprawić, że w przyjacielu wybuchnie inicjatywa silniejsza od płomieni szalejących tej nocy w Londynie. Jak dotychczas, Potter (rzecz jasna) miał w sobie żar, jednak bił nim nie w tym kierunku. Emanował nim pod postacią słowa. Oni zaś potrzebowali działać, nie gadać, działać. Szczególnie, gdy na horyzoncie pojawiła się jeszcze jedna szansa.
Ta, która wreszcie pchnęła Pottera do drogi. Kumpel Ambroisa zaczął torować sobie drogę w kierunku ich trzeciego towarzysza. Greengrass kiwnął głową, zamierzając ruszyć tuż za dupą Romulusa, korzystając z niego niczym z żywego tarana, kiedy...
...teraz to on poczuł szarpnięcie za brzeg rękawa, przenosząc wzrok w kierunku kogoś, kto postanowił go spacyfikować. Od razu tego pożałował. Niestety, jego niedawny cień (człowiek bliżej nieokreślonego wieku, z rozczochranymi włosami, zadziwiająco czystym ubraniem i przesadnie rozdygotanym głosem) najwyraźniej był odporny na jakiekolwiek formy autorytetu i właśnie wrócił z limbo, do którego Roise posłał go niespełna dziesięć minut przed natknięciem się na Romulusa.
- Panie uzdrowicielu, panie uzdrowicielu, bo ja - paplał wtedy mężczyzna, niczym zacięta katarynka.
Chodził za nim praktycznie krok w krok (tak jak bez wątpienia zaczynał to robić w tej chwili) usiłując nakłonić Greengrassa do przyjęcia go w trybie ekspresowym i na dowód odśrodkowych poparzeń drugiego stopnia prezentując swoje ramię, które było nie tylko nietknięte, ale wręcz zdumiewająco dobrze nawilżone jak na kogoś, kto rzekomo ledwo wydostał się z płonącego domu.
Teraz też wyglądał tak, jakby miał zamiar kontynuować. Wystarczył zaledwie jeden gest: wyciągnięcie zaróżowionej ręki w kierunku Ambroisa, żeby ten wiedział, do czego zmierzają.
- Pański nadgarstek jest czerwony, bo drapie go pan bez przerwy od dziesięciu minut. Nie od oparzenia. I nie, pańskie płuca się nie gotują - powiedział sucho, naprawdę starając się brzmieć tak, jakby w dalszym ciągu miał jeszcze cierpliwość do tego człowieka.
A nie miał. Naprawdę nie miał. Musiał pozbyć się tego typa. Raz a dobrze.
- Proszę usiąść - stwierdził wreszcie. - Na siedząco będzie łatwiej sprawdzić, czy pańskie tkanki nadal są elastyczne i czy rzeczywiście pan się nie ugotował - to była głupota, czysta głupota.
Ale działała.
Z miną człowieka, który właśnie nareszcie został potraktowany poważnie, mężczyzna zajął miejsce na krzesełku, które właśnie zwolniło się tuż obok miejsca, gdzie stał Ambroise. Moment później ponownie wbił wzrok w Greengrassa, praktycznie od razu rozchylając wargi. Nie trzeba było być jasnowidzem, żeby wiedzieć, że zaledwie pół sekundy, może mniej dzieliło go od kolejnego proszę pana, bo ja.
Usiłując powstrzymać się przed wzięciem głębokiego wdechu i jeszcze cięższym westchnieniem, Roise pochylił się niezaprzeczalnym okazem zdrowia biednym poszkodowanym bohaterem (on prawie zginął, bo ratował gołębie sąsiadki!), mrużąc przy tym oczy i kiwając głową. Spojrzał mężczyźnie prosto w oczy, mając nadzieję, że wygląda tak, jakby miał zaraz przeprowadzić bardzo skrupulatne badanie. No, przynajmniej na tyle, na ile pozwalała sytuacja i brak dostępu do jakiegokolwiek osprzętu medycznego. Czysta improwizacja. Fachowa procedura wizualnej kontroli stanu zdrowia.
Abstrahując od tego, że tak czy inaczej nie wcisnąłby w kolejkę akurat tego człowieka, bo doskonale wiedział, że nic mu nie jest. To była jedynie hipochondria, paranoja i potrzeba znalezienia się w samym centrum uwagi. Nie faktyczna konieczność pomocy uzdrowiciela.
Zamiast podjęcia próby wyjaśnienia tego temu człowiekowi (nie był Romulusem, nie spełniał się jako magipsychiatra) postanowił jednak przeznaczyć te cholerne dwie minuty na wizualne badanie pacjenta, chwilę po tym przechodząc do ustnego podsumowania.
- Pana puls jest miarowy, oddech nie jest przyspieszony, pańskie źrenice reagują normalnie, skóra nie wykazuje ani oznak przekrwienia, ani poparzenia. W dotyku jest lekko cieplejsza niż zwykle... ...jak skóra każdego człowieka, który znajduje się w zatłoczonym budynku - poinformował jak najbardziej profesjonalnym, opanowanym tonem głosu, starając się, żeby jego opinia była dostatecznie fachowa.
Choć tak po prawdzie mówiąc, szczerze wątpił w to, żeby takie nie inne rozwiązanie przyniosło coś na dłuższą metę. Jasne, mógł na moment wprowadzić mężczyznę w stan zamyślenia, jednak raczej nad zmianą strategii, nie nad tym, czy rzeczywiście nie warto byłoby zachować się rozsądnie i już sobie darować.
- Ale ja - no oczywiście, oczywiście, że typ musiał wyrzucić z siebie te dwa słowa.
Ambroise kolejny raz niemal westchnął ciężko, usiłując kryć oznaki rozdrażnienia.
- Nie skończyłem, proszę mi nie przerywać. Nie ma pan gorączki, nie ma pan żadnych ran. Kaszel jest wymuszony. Nadwyręży pan sobie struny głosowe, jeśli będzie pan kontynuował - stwierdził w momencie, w którym pacjent szykował się do wyrzucenia z siebie kontynuacji monologu na temat swoich domniemanych obrażeń i okropnego stanu zdrowia.
Wykorzystał chwilę, żeby wyprostować się do pionu, przyjmując pozycję gotową do odejścia. Niech go Merlin uchowa przed zostaniem tu minutę dłużej. Cztery, trzy, dwa, jeden...
- Ale ja - noż kurwa.

Foliowa czapka (I) - Romulus jednak trochę mnie przekonał. Leczenie (III) - na hipochondryka.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Bloody brilliant
Soft idiot, a sappy motherfucker, a sentimental bastard if you will
wiek
33
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Wysoki, bo 192 centymetry wzrostu, postawny, dobrze zbudowany mężczyzna. Czarnowłosy. Niebieskooki. Ma częściową heterochromię w lewym oku - plamę brązu u góry tęczówki. Na jego twarzy można dostrzec kilka blizn. Jedna z nich biegnie wzdłuż lewego policzka, lekko zniekształcając jego rysy, co nadaje mu surowy wygląd, mimo to drobne zmarszczki w kącikach oczu zdradzają, że często się uśmiecha lub śmieje. Inna blizna, mniejsza, znajduje się na czole. Ma liczne pieprzyki na całym ciele. Elegancko ubrany. Zadbany. Bardzo dobrze się prezentuje.

Cornelius Lestrange
#15
05.06.2025, 00:11  ✶  

Cornelius nadal tkwił w tym samym miejscu, nie tyle z własnej woli, co z poczucia, że każda próba ruszenia się naprzód, w tę kotłującą się rzekę ciał, może zakończyć się większym zamętem niż to warte. Wiedział, że nie znajdzie Prudence przez forsowanie tłumu, potrzebował momentu, punktu zaczepienia, oddechu i planu, i właśnie wtedy go dostrzegł - Romulus, nieomylnie, nie do pomylenia z nikim innym, nawet w tych warunkach, nawet w tłumie, zaczął przedzierać się w jego stronę, nie szybko, ale wyraźnie, z tą swoją determinacją. Oczywiście, Lestrange zauważył też Ambroise’a, tamten również miał wyraźny zamiar zbliżyć się do niego, ale zanim zdążył wykonać drugi krok, już ktoś, nie do końca zidentyfikowany, choć zapewne upierdliwy, zaczepił go stanowczo, skutecznie odciągając go w przeciwnym kierunku, Greengrass był stracony, pozostało ich dwóch... I właśnie wtedy, dokładnie w tej chwili, kiedy wydawało się, że jeśli nie nastąpi katastrofa, to trzecia trzydzieści trzy obejdzie się bez kolejnych ofiar (wybacz, Roise), Cornelius usłyszał to przeklęte, przeciągłe, pełne egzaltacji i okropnie znajome:

- Panie Lestrange, Matka mi pana zesłała! - Rozległo się obok niego, zaskakująco blisko, z tonacją tak szczerą w niezdrowym entuzjazmie, że Corio natychmiast zachciało się uderzyć głową o ścianę, przy której stał, najlepiej mocno i kilka razy, tak, żeby stracić przytomność i uniknąć tego spotkania. Dźwięk tych słów zawisł w powietrzu jak klątwa, która zadziałała zanim jeszcze została wypowiedziana w pełni, klątwa trzeciej trzydzieści trzy, bez dwóch zdań, to musiała być wina godziny, jaką Lestrange zobaczył na zegarku, nie było innego wytłumaczenia.

Cornelius zamknął na moment oczy, nie musiał się odwracać, nie musiał się upewniać, znał ten głos - Crouch - owszem, nie spędzał z nim świąt, nie prowadził z nim rodzinnych korespondencji i, dzięki wszelkim możliwym siłom magicznym i nie, nie był z nim na ty, ale znał go. Brat ciotecznego stryja wuja pradziadka matki, a może tylko jego szwagier, co z pewnością nie wyczerpywało pełnej genealogicznej listy koligacji, ale nie miało żadnego znaczenia, poza tym, że dawało temu człowiekowi pełne, niezbywalne i okrutnie nadużywane przekonanie, iż może do Corneliusa mówić publicznie w sposób tak poufały, jakby wciąż dzielili się sekretami w dzieciństwie, którego, na szczęście, nigdy nie było. Było to, rzecz jasna, jednostronne poczucie bliskości, bo Corio nie pamiętał, by kiedykolwiek dobrowolnie usiadł z nim do serdecznej, szczerej rozmowy, wspólnego posiłku, nie mówiąc już o jakiejkolwiek wymianie zdań przekraczającej granice grzecznościowych formułek podczas pogrzebów lub innych, bardzo niefortunnych, okazji.

Człowiek z kategorii tych, którzy wiedzą, że ktoś zna się na medycynie, ale nigdy nie rozróżniają, czy chodzi o usuwanie skutków ugryzień zwierząt, sekcje zwłok czy zielarstwo, a ponadto, zawsze, dosłownie zawsze, nie tyle prosi o pomoc, co się jej domaga. Nie minęło więcej niż pięć sekund, nim Crouch dotarł do Corneliusa i rozpoczął swoją tyradę, właściwie, to już z odległości kilku kroków zaczął mówić, a raczej wypluwać z siebie słowa w tym charakterystycznym dla hipochondryków stylu desperackiego przekonywania, że cały świat właśnie ignoruje ich nadchodzącą śmierć.

Lestrange nieznacznie zmrużył oczy, po czym przyłożył dwa palce do nadgarstka pacjenta, próbując ukryć, że zrobił to z entuzjazmem człowieka, który ocenia jakość marmuru przed zakupem nagrobka, własnego nagrobka, warto dodać, a on nie miał jeszcze stu lat i nie był niezdrowo zainteresowany ustawieniem się przed życiem pozagrobowym, jak to starzy ludzie mieli w zwyczaju. W ostatniej chwili przypomniał sobie, że cały ten teatrzyk odbywał się w miejscu publicznym, w którym był reprezentantem instytucji i nazwiska, więc zmienił wyraz twarzy na coś w rodzaju zrozumienia.

- W takiej sytuacji najważniejsze to działać błyskawicznie, a ja na nie mogę, niestety, teraz zejść z oddziału - tu rozłożył ręce, wskazując tłum i ogólny chaos - potrzebuję absolutnie koniecznych komponentów do specjalnego eliksiru, żeby panu pomóc. Całe szczęście, może pan chodzić, to nawet wskazane, więc proszę to przekazać kobiecie w fartuchu koloru liliowego, kręci się gdzieś między piętrami, ona będzie wiedziała, co zrobić, bez tego nie ruszymy dalej. - Stwierdził, przy czym doskonale wiedział, że w Mungu była tylko jedna pielęgniarka, która upierała się przy noszeniu szaty innej, niż limonkowa, a tamtego koloru różowej gumy balonowej, w jakim miała mundurek, nie dało się pomylić z lilą, nawet z lilą-różem, więc wysyłał pacjenta na poszukiwania nawet nie świętego Graala. Nawet nie było mu z tym źle.

Corio nie czekał, tylko sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza, skąd wyjął swój wysłużony notes, ten sam, który towarzyszył mu przy niezliczonych autopsjach, przesłuchaniach i badaniu nagłych zgonów w podejrzanych okolicznościach, i wyrwał z niego kawałek kartki. Wyciągnął pióro wieczne, pochylił się, oparł kartkę na ścianie, stwarzając wrażenie, że notuje coś bardzo istotnego, chociaż tak naprawdę skreślił pośpiesznie kilka falistych, pozawijanych linii, udających pismo lekarskie, wśród których dało się, ewentualnie, wyczytać jedynie jedną, czytelnie napisaną literę „L”, zupełnie wyrwaną z nieistniejącego kontekstu. Podał ją Crouchowi, robiąc to z powagą, jakby właśnie wręczał mu przepustkę do uzdrowienia, to kłamstwo było tak absurdalne, że aż brzmiało prawdopodobnie. Wystarczyła chwila, a Crouch, zdeterminowany i rozpalony poczuciem misji, już obracał się na pięcie, z zamiarem przemieszczenia się w kierunku najbliższej dyżurki, pewnie w celu pytania o czarownicę w liliowych szatach. Cornelius obserwował, jak jego sylwetka znika za zakrętem, i przez moment pozwolił sobie na krótki uśmiech pod nosem.


/Leczenie (III), żeby stwierdzić, że ma tu hipochondryka.
/Dowodzenie (II), żeby wysłać hipochondryka na misję.
/Popularność (0), choć tu wykorzystana, jako zawada.
/Gigant (I), jest widoczny
/Foliowa czapka (I) o godzinie trzeciej trzydzieści trzy.
Albo Roman
Przygrzewają, odgrzewają
Potem wody dolewają
To zupa Romana
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki - mierzy 193 cm. Elegancki, wyprostowany, z reguły z pogodnym uśmiechem na twarzy, ale często można również spotkać niecne ogniki w jego oczach, szczególnie kiedy przebywa w towarzystwie zaprzyjaźnionych sobie osób. Oczy szaroniebieskie, włosy ciemnobrązowe. Cechuje go nieskazitelnie gładka skóra, bez jakichkolwiek niedoskonałości. Nie uświadczy żadnych blizn. Ubiera się elegancko, zawsze adekwatnie do sytuacji. Bywa, że w jego towarzystwie kręci się biały, puchaty kot.

Romulus Potter
#16
06.06.2025, 13:14  ✶  
Ta, traumę to na pewno jakąś miałem. szok również, ale co z tego, skoro co jakiś czas słyszałem głosy? Nie zamierzałem się tym dzielić z Ambroisem. Już i tak miał mnie za wariata. Co by to było, gdybym mu jeszcze powiedział, że dym unoszący się nad Londynem lata za mną i szepcze mi do ucha? Nie, wcale nie sprośne rzeczy. Raczej zawinienia...
No, uznałby, że całkiem mi odwaliło. Wolałem już świrować żartem, niż na poważnie. Ot, drobne zatajenie prawdy dla dobra własnego samopoczucia, a przede wszystkim zdrowia psychicznego. To ostatnie było szczególnie istotne. W końcu byłem magipsychiatrą. Takie stawiałem sobie zalecenia. Byłem więc usprawiedliwiony.
– O, jak ty mnie znasz, Greengrass. Najwyraźniej jesteś specjalistą od czarodziejskich umysłów – skwitowałem jego przytyki. Może... Może faktycznie powinienem liderować? Ale to nie miało sensu. Po co nam koroner jako specjalista? Chyba nie chcemy oceniać przyczyn zgonów, żeby uratować świat?
– A tak serio, to poświęcenie z mojej strony. Ty też czasem mógłbyś podkulić ogon dla większego dobra – podsumowałem, znajdując wygodniejsze wyjście z tej sytuacji. To nie była trauma ani osobiste problemy. To moje bohaterskie czyny pchały mnie do takich decyzji. Tak, właśnie tak. Zamierzałem się tego trzymać. – Tak, i to na rzecz Corneliusa – dodałem, choć prawda była taka, że to JA miałem WIĘKSZĄ wiedzę od Corneliusa. Dlatego to on powinien się zająć dowodzeniem, a ja – myśleniem.
Uśmiechnąłem się, gdy Ambroise’a zaczepił jakiś natręt. Przynajmniej nie mógł mi się odgryźć. Niestety, mnie też jakiś typ wyłapał. Wyglądaliśmy zbyt inteligentnie jak na ten tłum. I byliśmy wysocy. Za łatwo było nas wychwycić.
Wysłuchałem tego nieznajomego mi mężczyznę z poważną miną, z niezbyt poważnymi futrzakami na ramionach, po czym zarzuciłem sobie Pana Puszka na kark. Obejrzałem rękę natręta, dotknąłem, pomacałem jego palącą dłoń. Zdawało się, że nic mu nie dolega. Spojrzałem mu w oczy, dotknąłem czoła, potem karku, na koniec znowu dłoni.
Cóż, postanowiłem być dupkiem. Nie wiem, czy rzeczywiście coś mu było, czy nie. Powierzchowne badanie niczego nie wykazało i nie pokrywało się z zeznaniami. Zresztą, z tego co widziałem, byli tu poważniej poszkodowani niż on. A on wyglądał na zwykłego hipochondryka, więc...
Phi. Szkoda, że nie słyszałem myśli Ambroise’a. Ale jako magipsychiatra w trzy sekundy i tak bym hipochondrii nie wyleczył. To taka obsesja, że potrzebowałbym kilku solidnych sesji. Pozostawała więc improwizacja. No i moja wrodzona śmiałość do kłamania, choć sam nie znosiłem być okłamywany. Ale to wszystko w ramach wyższego dobra, panie władzo Romulusie Czujny.
– Faktycznie, ma pan rację – stwierdziłem, puszczając jego rękę. – Niestety, jak pan widzi, panuje totalny chaos. Wszystkie wanny mamy zajęte, ale może pan sobie pomóc w warunkach domowych. Lodowata kąpiel. Najlepiej z lodem himalajskim, ale jeśli pan nie ma, może być zwykły. Zanim pan wejdzie do balii, proszę wziąć pięć listków melisy i stworzyć z nich odwrócony pentagram na powierzchni wody. Zamieszać. Trzy razy w prawo, następnie trzy razy w lewo, a na koniec ponownie trzy razy w prawo. Wejść do wody i kontrolować temperaturę swojego ciała. Powinna spadać już w pierwszej godzinie. Siedzieć do skutku – powtórzyłem mu cały proces, żeby zapamiętał. – Pamięta pan? To doskonale – dodałem, klepiąc go po ramieniu na otuchę. – Uda się panu. Ja w pana wierzę. Proszę siedzieć w tej lodowatej wodzie DO SKUTKU – powtórzyłem jeszcze raz, po czym pożegnałem się z nim i spojrzałem na Ambroise’a, który nadal się motał ze swoim pacjentem. A przecież mieliśmy świat do ratowania!
Zamierzałem mu pomóc dokładnie tak samo: wysłuchać, ocenić sytuację, rzucić parę poważnych stwierdzeń, a na koniec zalecić kąpiel z lodem i melisą. Dałem też obojgu interesantom wizytówki. Niech zapiszą się do Lecznicy Dusz na rozmowę. Ze zniżką.
– Wszystko z tobą w porządku, Ambroise? Wychodzisz z wprawy – zauważyłem kpiąco, łapiąc go za łokieć i ciągnąc w stronę Corneliusa. Ratowanie świata nie mogło czekać. Pan Puszek chybotał mi się na ramieniu, wbijając pazury, żeby się utrzymać, ale byłem do tego przyzwyczajony.
– CORNELIUSIE! – zawołałem jeszcze raz, jakby nie mógł nas przecież wypatrzyć w tym tłumie. My byliśmy najwyższymi przystojniakami świata, a Pan Puszek stał się najwyższym kotem świata. Hehe.

| foliowa czapka, leczenie, kłamstwo
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#17
08.06.2025, 22:33  ✶  

Dostrzegła w oddali znajomych mężczyzn, wiedziała, że najlepiej będzie, jeśli to tam się znajdzie. Nie, żeby czuła się niezbyt pewnie w szpitalu, aczkolwiek nie była tutaj jeszcze w takich warunkach. Wolałaby jednak nie być tu zupełnie sama, bo nigdy nie wiadomo, kto mógł wleźć tutaj wraz z tymi wszystkimi ludźmi. Jasne, Mung powinien być bezpieczny, tak samo jak ministerstwo, a już miała szansę dość drastycznie przekonać się o tym, że wcale tak nie było. Lepiej było znaleźć się u boku znajomych osób, bo jakie by nie były ich stosunki (nawet tak nieprzyjemne jak z Romulusem), to jednak nie sądziła, że pozwoliliby na to, aby przytrafiło jej się coś złego.

Właśnie przez to zaczęła przemieszczać się przed siebie, może dosyć powoli, ale jednak udawało jej się ruszyć. Poruszanie się w takim tłumie nie należało do najłatwiejszych, szczególnie dla osoby jej gabarytów, dlatego właśnie trzymała się raczej ściany, żeby nie pozwolić nie daj Merlinie na to, aby ktoś ją popchnął, bo mogłaby zaliczyć glebę, a jeśli doszłoby do tego, to podejrzewała, że dość trudno byłoby jej z powrotem stanąć na nogi. Skupiała więc całą swoją uwagę na tym, aby nie dać się porwać tłumowi no i wywrócić, sporo ją to kosztowało, ale jakoś udawało jej się trzymać tych dwóch postanowień.

Widziała trójkę mężczyzn, którzy znajdowali się blisko siebie, trudno byłoby nie zauważyć ich nawet w największym tłumie, bo wyróżniali się wzrostem na tle większości ludzi, zwłaszcza, gdy znajdowali się grupie - nie dało się ich przeoczyć. W tym momencie to było naprawdę spore ułatwienie, właściwie była wdzięczna za to, że tak łatwo było ich znaleźć. Wiedziała, że poczuje się pewniej, gdy znajdzie się obok nich.

Pozostało jej parę kroków, była naprawdę blisko, gdy poczuła szarpnięcie, dość mocne - ktoś postanowił ją zatrzymać, udało mu się to, bo Bletchley nie miała raczej zbyt wiele siły, aby się temu przeciwstawić, łatwo było wymusić na niej przystanek. Nie była szczególnie zadowolona z tego obrotu sytuacji, odwróciła się posyłając mężczyźnie pioruny z oczu, w mitologii mogłaby robić za meduzę, szkoda, że nie posiadała takich umiejętności jak ona, sporo by jej to w tej chwili ułatwiło. Odsunęła się o krok, chcąc zrzucić z siebie dłoń zaciskającą się na jej ramieniu. Nie lubiła, kiedy obcy ludzie przekraczali jej granice, kiedy dotykali ją bez uprzedzenia, sprawiało to Bletchley ogromny dyskomfort.

Facet kaszlnął na nią, właściwie to prosto w jej twarz. Prue skrzywiła się przy tym okropnie, nie miała za bardzo jak przed nim uciec, i zaczynało ją to irytować. Do tego przesunął jej dłoń tak, aby dotknęła jego ciała, sugerując, że jest poparzony. To było trochę za dużo, jak na jeden moment. Prue czuła się coraz bardziej nieswojo. - Nie jestem panem, tylko panią, mam chrypkę. - No i ani grama makijażu, była też nieco umorusana w popiele, nie sądziła jednak, że tyle wystarczy do tego, aby typ wziął ją za faceta.

Podwinął rękawy, aby pokazać Prue swoje wyimaginowane poparzenia, nawet zerknęła okiem na jego przedramię, ale niczego nie zobaczyła. Znowu przy tym zakasłał, ale ten kaszel wydawał się jej nie być raczej zbytnio prawdziwy.

Miała świadomość, że trudno będzie jej się go pozbyć, wyglądał na kogoś, kto bardzo mocno przejmował się swoimi obrażeniami, tyle, że te nie istniały, była tego pewna po tym, jak mu się przyjrzała.

- Musi pan udać się na trzecie piętro, korytarzem prosto, później w lewo, następnie znowu prosto, będą schody, wtedy w prawo, kolejne schody, znowu prosto, później łagodnie w lewo, kolejne schody i drzwi po prawej. Tam znajduje się gabinet Piromeny, która jest najlepszą specjalistką od poparzeń, nie ma nikogo lepszego w tym szpitalu, proszę tylko nikomu o tym nie mówić, bo na pewno znajdą się przed jej drzwiami tłumy. - Mówiła cicho, jakby dzieliła się z nim swoją największą tajemnicą, liczyła na to, że typ jej uwierzy, właściwie dlaczego miałby tego nie zrobić? Wyglądała jakby mówiła prawdę. - Proszę powiedzieć, że przysłała pana Dorinda, na pewno przyjmie poza kolejnością. - Mniejsza o to, że nie istniał taki gabinet, kogo to właściwie w tej chwili obchodziło?

Gdy w końcu zrobił krok w przód, Bletchley skorzystała z okazji i ruszyła przed siebie. Musiała spadać, gdyby przypadkiem postanowił wymusić na niej powtórzenie tych wskazówek. Nie zwlekała, widziała nadal znajome sylwetki w tłumie, wreszcie do nich dotarła.

- No jestem, co teraz? - Rzuciła mierząc wzrokiem po kolei Corneliusa, Ambroisa i Romulusa. Musieli działać dalej, ktoś na pewno wiedział, gdzie są w tej chwili potrzebni.


//leczenie

Koniec sesji


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (2915), Cornelius Lestrange (2585), Pan Losu (376), Prudence Fenwick (1867), Romulus Potter (1605)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa