Nie spodziewałem się tego po niej. Zwłaszcza nie tej pewności. Tego uporu. Uporu… którego szczerze nie znosiłem. Był jak uporczywy chwast. Wyrwiesz? Odrasta. Wpełza pod skórę i udaje, że to coś pięknego, że niby rozwój osobisty, a w rzeczywistości tylko wrzód na nerwach.
– Słabe to jest. Sama jesteś jak paskudny robal – rzuciłem z pogardą, już się do niej nie odwracając. W sumie nie zasługiwała teraz na więcej uwagi niż przypadkowy pająk w namiocie.
Zająłem się czymś ważniejszym – sobą. Zamierzałem przygotować sobie iście królewskie, leśne posłanie. Miałem różdżkę. Nie swoją, ale świeży nabytek, i wyglądało na to, że jako tako się dogadywaliśmy. Literki wirujące wokół Prudence może i nie były sztuką wysoką, ale sygnał wysyłały jasny. I jeszcze nie zniknęły. Reasumując: działało.
– Damy radę, co? – rzuciłem półgębkiem do różdżki, bo skoro z jedynymi ludźmi w tym lesie rozmowy nie wychodzą, to może z drewienkiem coś z tego będzie?
No więc posłanko. Wygodne, strategicznie umiejscowione i estetyczne – wiadomo. Może nawet dorzucimy liściastą kołderkę? Albo dwie? Jak się rozszaleję, to i z paproci zrobię zagłówek.
– Miłego niezbliżania się do mnie! – rzuciłem przez ramię z gorzką satysfakcją, niemal jak życzenie dobrej nocy, choć ton zupełnie temu przeczył.
Potem nachyliłem się, zerkając na mech, ziemię i liście, jakbym wybierał miejsce pod królewskie łoże. Moje posłanie musiało być wygodne, dostosowane do moich plecków. Delikatnych, przyzwyczajonych do najlepszych materacy świata, idealnej sprężystości i absolutnego braku paprochów. A tu? Cóż... Sam środek lasu. Katorga. Prawdziwa tortura dla kogoś tak wyrafinowanego jak ja. Ale nie miałem wyboru. Musiałem improwizować. Wyciągnąłem różdżkę – nie swoją, ale już prawie się dogadywaliśmy, a przynajmniej tak mi się wydawało – i zamierzałem machnąć pierwsze zaklęcie, gdy…
…wszystko poszło się... Ach!
Zamarłem. Palce zacisnęły się na drewnie różdżki, a serce zabiło mocniej. Bo usłyszałem głos. Nie ten, co mnie prześladował w koszmarach. Nie głos Prudence. Inny. Ale znajomy. Ten śmiech. Ten cholerny śmiech wydobywał się z mojej piersi.
Nieświadomie wycelowałem różdżką w stronę, z której dochodził głos, jakbym instynktownie szykował się do ataku. Ale to nie był atak. To był czysty, nieprzetworzony szok. Niedowierzanie. Jakby ktoś zerwał zasłonę rzeczywistości i postanowił pokazać mi alternatywną wersję snu. Czy ja znowu śniłem?!
– Benek?! – wyrwało mi się. Głos mi zadrżał. – Benek, to naprawdę ty?! Czy… czy to znowu jakiś pieprzony majak?! – zapytałem, wpatrując się w niego z niedowierzaniem... ale przecież akcent się zgadzał. Te seplenione słowa, podszyte francuszczyzną... Znałem je aż za dobrze. Miałem trzymać się z daleka od Prudence, ale tym razem przymknąłem na to oko. Przecież przede mną stał mój zbawiciel!
– Jak tu się dostałeś?! Utknąłem tu z tą krową. Poranna gazeta była świstoklikiem, a ten las… ten las jest kompletnie szalony. I ona też, całkiem postrzelona. ODSUŃ SIĘ OD NIEJ – dodałem ostrzegawczo, łapiąc go za łokieć, żeby choć trochę odciągnąć od roześmianej Prudence. Miałem wrażenie, że z każdą minutą zbliżała się do jakiegoś granicznego punktu obłędu. Psychopatyzm level expert.
– Jak najbardziej jestem istotą rozumną i potrzebuję ratunku! Jak tu dotarłeś?! Gdzie jest świat?! Gdzie dom?! POTRZEBUJĘ WRÓCIĆ DO DOMU!!! – głos mi zadrżał, najpierw próbowałem mówić spokojnie, ale z każdym słowem emocje brały górę. Panika wkradała się do krwi. – NIE MAM ZAMIARU ROZMAWIAĆ! Mów mi natychmiast, gdzie mam iść. GDZIE MAM IŚĆ, ŻEBY DOTRZEĆ NA MIEJSCE?!
Za długo, zdecydowanie za długo znajdowałem się w tym lesie. To źle na mnie działało. Nie chciałem już tu być. Pragnąłem wrócić do domu, do domu cioci Uli, do mojej kołderki i skrzata, który zrobi mi gorącą czekoladę na dobry sen.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)