adnotacja moderatora
Odznaka - Piszę, więc jestem (Hannibal Selwyn)
Przedwczoraj odbył prawdopodobnie jedną z najtrudniejszych rozmów w całym swoim życiu. Wczoraj z tego powodu, jak i otrzymanego mu przez Millie tarota mógł skończyć nieco pijany narzekając Woody'emu na swoje życie.
Dzisiaj jednak, chociaż wciąż jego myśli krążyły głównie wokół Jeana, można było powiedzieć, że miał się całkiem dobrze. Może dlatego, że dzisiaj umówił się ze swoim kuzynem w The Globe, aby pomóc mu przećwiczyć sztukę, nad którą pracował, a przecież bliska obecność teatru pomagała narzucić inną maskę i udawać, że wszystko było w jak najlepszym porządku, kiedy absolutnie tak nie było. A może dlatego, że jednak wywołany nasennymi eliksirami sen radził sobie z odsuwaniem w dal problemów nie gorzej, niż każdy inny sen. W każdym razie powoli było lepiej. Na razie tyle.
– No dobrze. Całe szczęście to przedstawienie dla dzieci dla dzieci, więc nie będzie długie — powiedział chodząc po scenie na Sali Zachodniej, jednej z dwóch mniejszych sal w teatrze i to w niej miał się też odbyć jeden ze spektakli dla najmłodszych czarodziei. Krążył tak w kółko, ubrany elegancko, prosto z pracy, przewracając kolejne kartki scenariusza. – Hm, jeśli dobrze pamiętam pierwotna wersja miała brzmieć Martynka I infernusy. Cieszę się, że zmienili koncepcję. To jeszcze raz, kogo grasz? Tego dobrego ducha, który jej pomaga, czy... – Przewrócił że światem kilka stron. — Tego, który próbuje ukraść jej pamiątkę po prababci, bo twierdzi, że należała do niego?