—09/09/1972—
Anglia, Londyn
Jessie Kelly & Anthony Shafiq
![[Obrazek: WLJDuCB.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=WLJDuCB.png)
When you're down and out,
When you're on the street,
When evening falls so hard
I will comfort you.
I'll take your part.
When darkness comes
And pains is all around,
Like a bridge over troubled water
I will lay me down.
Sen.
Mara.
Delirium.
Pukanie do drzwi.
Sadza.
Kaszel.
Czerń.
Tym razem biały zegar wskazywał dziewiątą, kiedy znów ktoś zapukał do jego drzwi. Nie był pewien co jest rzeczywistością, a co marą. Przez przestronne okna salonu wpadało nie wpadało wrześniowe słońce - ciemne chmury wciąż unosiły się nad Londynem, zegar jednak nie mógł kłamać. Mógł?
Dźwignął się z sofy, która niegdyś była biała, przeszedł niegdyś białym dywanem. Sadza. Ślady. Odciski rąk. Stóp. Wszechobecny zapach spalenizny.
Ból.
Jeśli bolało, to znaczy, że żył, prawda?
Monochromatyczny salon, stał się duopolem bieli i czerni - skali szarości brudu przyniesionego przez niego samego. Nie miał sił spłukać z siebie nocnej walki, nie miał sił dotrzeć do własnego łóżka, nawet teraz miał ochotę zignorować pukanie do drzwi.
A jednak, ktoś mógł być w potrzebie. A jednak, ktoś mógł chcieć się z nim zobaczyć, upewnić się, że wszystko dobrze.
Morpheus...?
Żył. Na pewno żył. Był żywy, kiedy się rozstawali i chciał zostać sam, a Anthony'emu nie pozostało wiele, jak uszanować jego prośbę, teraz - gdy wiedział że proroctwo było tylko metaforą. Przynajmniej w tej kluczowej części. I zaiste - jeśli miał spłonąć cały Londyn, a Morpheus miałby to przeżyć, to Shafiq z całego serca wolał, aby działało to w tę stronę, a nie odwrotnie...
Jonathan...
Nieprzyjemny uścisk w żołądku, pociągnął za sobą obite pięściami napastników miejsca. Sińce wypchnęły z niego powietrze, mężczyzna zachwiał się i oparł o ścianę tuż przy framudze, pozostawiając kolejny odcisk podłużnej dłoni. Selwyn raczej nie będzie chciał się z nim widzieć w najbliższych dniach. W najbliższym życiu. Czy w gniewie, w żałości, we własnym nieszczęściu powiedział mu kilka słów za dużo? Mimo, że Londyn płonął? Mimo, że na prawdę nie mieli na to wszystko czasu? Wspomnienia karuzeli otchłannego tanga były mgliste, czy może raczej zadymione, ale pamiętał to zranione spojrzenie byłego przyjaciela, gdy powiedział mu, że odchodzi z biura. A może widział w jego twarzy odbicie własnego bólu? Własnej alienacji?
Charlotta?
Porzucił królową u progu tego wszystkiego, ale finalnie zwrócił jej dzieci, gdyby miała tu przyjść to z całą gromadką, już by słyszał jak się niecierpliwią czekając by łaskawie otworzył. Tak, uznał, że odwiedza go wdowa Kelly i... cóż, nie pomylił się aż tak.
– Jasper...– chciał go powitać, ale zaniósł się kaszlem i zamiast słów posypały się suche odkrztuśnięcia. Odsunął się od progu pozostawiając otwarte drzwi i przestrzeń dla chłopaka, by ten wszedł do środka. Anthony Shafiq wyglądał
jak odwrotność siebie. Brudny, ujebany czarną sadzą oraz magiczna czerwoną farbą, którą miał przyklejoną do włosów, twarzy, skóry szyi i ramion. Jego szata była postrzępiona, niemal się dymiła! Wszędzie w białej przestrzeni salonu i przestronnego holu prowadzącego w głąb mieszkania była czerń. Czarne odciski stóp, czarne szurania, ślady rąk znaczące trasę Shafiqa wzdłuż korytarza, ale też do sofy i z powrotem. Odczłowieczona przestrzeń wyglądająca zwykle jak wysterylizowane z codziennego życia muzeum teraz w czerni i bieli nabierało śladów obecności kogoś, kto żył. Kogoś kto przetrwał. – Wejdź...– poprosił słabo, a gdy Kelly znalazł się wewnątrz apartamentu, Anthony zamknął za nim drzwi.
– Mam...– odchrząknął i podjął dalej cicho – mam kilku ocalonych u siebie, więc musimy być cicho, pewnie jeszcze odsypiają... – wzruszył ramionami nieco przepraszająco. Miał? Nie był pewien. Może tylko w jednej sypialni gościnnej spała Quintessa, skrzydło Morpheusa czekało na niego, ale ten raczej jeszcze się nie pojawił. Bletchley'owie zaś... może byli tylko snem. Może nie. Niedługo się okaże. Shafiq łapał resztki nici z porwanej pajęczyny. – Wszyscy zdrowi? Gdzie się zatrzymaliście?