Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Siedział nieruchomo na skalnej półce ukształtowanej przez naturę na podobieństwo parkowej ławki w dwóch trzecich zawieszonej nad przepaścią. Oddychał miarowo i powoli, milcząc od dobrych kilku minut. Zastygł w miejscu, wpatrując się w horyzont, opierając się na łokciach tuż obok Geraldine, z nogami zwisającymi nad krawędzią, tak wysoko, że od samego patrzenia w dół robiło mu się dziwnie lekko w klatce piersiowej. Nie odczuwał jednak obawy przed osunięciem się do morza szumiącego kilkanaście metrów pod nimi.
Nie byłby to zresztą pierwszy raz, gdy znalazłby się w morskiej toni dokładnie w tym miejscu. W przeszłości zdarzało mu się skakać stąd wraz z przyjaciółmi. W czasach, gdy wszystko zdawało się łatwiejsze, choć w rzeczywistości mogło być przecież wygładzone działaniem nostalgii. Brał to pod uwagę, mimo wszystko odczuwając jednak ten rodzaj głębokiego spokoju, gdy tak siedzieli razem w tym miejscu.
Nie musieli nic robić. Nigdzie się spieszyć. Nie potrzebowali nawet rozmawiać. Wystarczyło, że tak po prostu trwali obok siebie, dotykając się ramionami i pozwalając nocy płynąć. Było późno. Nie wiedział, jak późno, ale z pewnością długo po północy. Dookoła nich panowała niemal zupełna cisza pozbawiona jakichkolwiek śladów cywilizacji. Zupełnie tak, jakby wyłącznie tylko oni dwoje pozostali jeszcze na świecie.
Oni i dwa psy buszujące tuż za ich plecami. Nie musieli ich pilnować. Wystarczyły te okazjonalne głośne sapnięcia, czasem krótkie skomlenie, trzask drobnych gałązek skarłowaciałej kosodrzewiny łamanych pod ciężarem łap. Sierść musiała im się mierzwić od soli i wiatru, łapiąc wilgoć z powietrza, ale to nie miało teraz znaczenia. Były szczęśliwe. Mogły hasać wolno między głazami, łapiąc trop, na chwilę oddalając się od siedzących ludzi, aby po chwili wrócić, trącając jedno bądź drugie w rękę i znowu znikając pod osłoną nocy.
Było chłodno, ale nie zimno. Pachniało wilgocią, morzem i zbutwiałymi liśćmi, może odrobinę mokrym drewnem i tą charakterystyczną mineralną nutą skał bezustannie rzeźbionych przez fale. Patrzył przed siebie. Daleko, tam gdzie na granicy czerni morza i jeszcze ciemniejszego nieba połyskiwała drobna linia świateł małej miejscowości. Z tej odległości, te drobne punkciki wyglądały jak roje świetlików zawieszonych nad pofalowaną taflą wody.
Słysząc nieoczekiwany dźwięk, uniósł głowę, spoglądając w górę. Psy za ich plecami także podniosły głowy, jeden zaszczekał ostrzegawczo, ale zaraz znów opuścił pysk i zaczął węszyć, najwyraźniej nie uznając odgłosu za zagrożenie. Niebo było poszarpane chmurami, ale lekko rozmazany, zamglony księżyc prześwitywał przez cienką warstwę szarości.
Zlokalizowanie źródła hałasu nie zajęło mu ani jednej zbędnej sekundy. Najpierw dostrzegł jeden kolorowy rozprysk, potem następny i następny. Cała seria kolorowych wystrzałów rozświetliła ciemny nieboskłon. Fajerwerki rozrywały niebo plamami czerwieni, zieleni i złota układającego się w rozmaite kwieciste kształty. Nie pasowały do tego spokojnego, cichego, niemalże wymarłego miejsca, przez co wydawały się jeszcze bardziej nierzeczywiste niż w mieście. Drobne błyski rodziły się i gasły nad senną wsią zupełnie tak, jakby ktoś w pobliskiej wiosce przypomniał sobie nagle, że lato nie powinno odejść bez pożegnania. Uśmiechnął się pod nosem, sam do siebie, patrząc jak iskry rozchodzą się powoli i nikną w chmurach. Przynajmniej czyjś wieczór był wyjątkowo udany.
Ich własny stał się zresztą znacznie łagodniejszy, bardziej senny i spokojny niż jeszcze kilka godzin wcześniej. Wszystko, co wydarzyło się z początku wieczoru zdawało się być coraz bardziej odległe, nieistotne i ulotne. Emocje opadły zastąpione przez głęboki oddech i chłonięcie chwili. Było dobrze.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down