Ostatnie dwadzieścia cztery godziny bez wątpienia obfitowały w najróżniejsze emocje. Wszystkie wydarzenia mające miejsce uprzedniego wieczoru sprawiły, że wracając nad ranem do gościnnej sypialni, Ambroise nie przewracał się w łóżku ani chwili dłużej niż to było konieczne. Zresztą, jeśli miał powiedzieć coś z całkowitą pewnością to to, że przez lata spędzone u boku Geraldine dosyć skutecznie pozbył się problemów z bezsennością. Zdecydowanie spał przy niej spokojniej.
Przez ostatnie miesiące przekręcał się jednak z boku na bok, zaliczając również nawrót problemów z zasypianiem. Częściej niż rzadziej podświadomie wybierał minimalną ilość snu, byleby tylko nie mieć poczucia straty czasu na coś, czego osiągnięcie i tak przysparzało mu problem. Nie relaksował się, gdy wreszcie zasypiał. Nie odpoczywał jak człowiek. Nie. Tak naprawdę istniały dla niego dwie opcje.
Albo wpatrywał się w sufit, obserwując cienie poruszające się za karniszem, za zasłonami. Albo pogrążał się w bardzo płytkiej drzemce, najczęściej przerywanej przez nawracające koszmary, z których budził się ze słusznym wrażeniem, że nie zaśnie już ponownie tej nocy. Nie chcąc użalać się nad własną higieną snu, zazwyczaj wstawał z łóżka, angażując się w zajęcia mające przyspieszyć mu upływ czasu.
W pewnym sensie to właśnie z nimi wiązał jego nagłe zacieśnienie relacji pomiędzy nim a Prudence Bletchley. W innym razie miałby ją raczej za zwykłą byłą koleżankę ze szkoły, później ze stażu uzdrowicielskiego i wreszcie z pracy, choć na innym oddziale. Za kogoś, z kim nie prowadził już żadnej zimnej wojny, której rozpętanie zawsze wisiało na włosku, gdy jeszcze byli dużo młodsi. Za osobę o dosyć osobliwych zainteresowaniach i jeszcze bardziej zastanawiającym stylu bycia.
Lubił Prue bardziej niż większość kolegów i koleżanek ze stażu. O zgrozo, bo było to dowodem całkowicie nieprzewidzianej zmiany podejścia, jakie do niej miał. Nie wkurzała go aż tak bardzo. W gruncie rzeczy dało się z nią porozmawiać, nawet jeśli niezbyt długo i raczej nie na wszystkie tematy, bowiem miała przy tym tendencję do zacinania się na własnych myślach. To wszystko jednak wystarczyło, aby nie uważał jej już wtedy za najgorsze zło tego świata.
W gruncie rzeczy, przez parę lat miał ją za na tyle nieszkodliwą, że gdy usłyszał o osobistej tragedii, jaka dotknęła ją jeszcze podczas pracy w Mungu, osobiście przyłożył rękę do załatwienia jej innej posady. Poniekąd uważał to za całkiem normalne. Ot, towarzyska przysługa. Tym bardziej, że jak mało komu, wierzył w jej umiejętności i zdrowy osąd. Nie sądził, że miał pożałować tamtej rozmowy z Corneliusem.
Nijak nie spodziewał się po niej jednak tego, co miał okazję odkryć podczas swoich wieczornych i nocnych eskapad związanych z potrzebą zrobienia czegoś, aby wykorzystać nieprzespane noce. Odkrycie tej innej, nieznanej mu wcześniej strony Bletchleyówny było dla niego początkowym zdziwieniem, ale w gruncie rzeczy wcale nie głębokim szokiem. To do niej poniekąd pasowało. Poza tym, sam dosyć mocno maskował swoje zainteresowania. Nie powinien być zatem zszokowany, że inni w pewnym stopniu też to robili.
Całe szczęście, mimo kilku pierwszych trudnych nocy po wyjściu z jaskini doppelgangera oraz tym, co miało miejsce podczas pożaru Londynu dosłownie na jego oczach, każda kolejna noc na nowo wyglądała dla niego trochę spokojniej. Ta ostatnia była wręcz całkowicie błoga. Szkoda tylko, że minęła tak szybko i niepostrzeżenie. Gdy obudził się w miękkiej pościeli w gościnnej sypialni, wybiła naprawdę późna godzina. Przynajmniej jak na niego.
Teoretycznie mógł spać dłużej, ale miał kilka spraw do załatwienia w stolicy. Potrzebował stanąć na nogi, zejść po kawę, rozbudzając się na tyle, aby móc przebrać się w coś wyjściowego i opuścić Exmoor.
Wchodząc do pustej kuchni, raczej nie nastawiał się na to, że w najbliższym czasie spotka żywego ducha. Przynajmniej, jeśli chodziło o domowników, nie pomoc kuchenną Ursuli. Miał raczej wrażenie, że przez dłuższy czas będzie tam zupełnie sam. Nie chciał jednak zbyt mocno przeszkadzać skrzatom w pracy (w końcu one zawsze były na swoim posterunku), toteż raczej sprawnie przejął dzbanek kawy i filiżankę ze spodkiem, opuszczając pomieszczenie.
Nie musiał zbyt długo zastanawiać się nad miejscem, do którego zmierzał. Wystarczyła chwila namysłu oraz jedno szybkie spojrzenie na jesienną aurę za oknem, aby postanowił udać się do biblioteki, korzystając z możliwości uchylenia wysokich drzwi tarasowych i patrzenia przez nie na gęstą mgłę unoszącą się nad wrzosowiskami.
Było cicho i spokojnie. Idealny późny początek dnia, który wyjątkowo nie brzmiał jak cisza przed burzą. Było po prostu dobrze.
Siadając na głębokim fotelu, nalał sobie filiżankę kawy, jednocześnie sięgając po gazetę. Dzisiejszą, najpewniej pozostawioną tam przez jakiegoś przytomnego skrzata, bowiem po przebojach ze świstoklikiem w domu podjęto dodatkowe środki zabezpieczające przed podobnymi sytuacjami. W spokoju zaczął przeglądać kolejne strony, szukając jakiegoś względnie ciekawego artykułu, który mógłby przeczytać. W razie czego zostawała mu krzyżówka, choć zdawał sobie sprawę z tego, że w tym domu nie tylko on rości sobie do niej prawa.
Kto pierwszy ten lepszy, nie?
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down