• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
1 2 3 4 5 … 11 Dalej »
[09.09.1972] Podobno | Helloise&Baldwin&Scarlett

[09.09.1972] Podobno | Helloise&Baldwin&Scarlett
Ancymon
"Niewierny jest ten, kto żegna się, gdy droga ciemnieje"
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Nie jest ani wysoka, ani niska, mierzy dokładnie 168 cm. Włosy w kolorze jasnego blondu, ślepia kocie w odcieniu lodowego błękitu. Oczy duże, nosek mały i nieco zadarty, pełne usta na których często widnieje zaczepny bądź pogardliwy uśmiech. Pachnie słodko, lecz nie mdło, mieszanką wanilii, porzeczki i paczuli.

Scarlett Mulciber
#1
10.07.2025, 16:29  ✶  
[Obrazek: 2d5f29ccd5c981d696e3dc6de3ccd9bf.jpg]
Podobno życie takie jest

Stała, słuchając jak strzela i iskrzy, jak syczy i huczy, jak gruz się osypuje.
Wpatrywała się w zasnute kruczoczarnymi chmurami niebo jakoby chciała wywróżyć z nich przyszłość.
Stała, słuchając jak w akompaniamencie krzyków i pisków i błagań ludzi, demony składają swoje przesiąknięte chichotem szepty.
Stała, mrużąc ślepia, czując jak nagromadzona złość powoli zaczyna odpuszczać, odpływać i ta jedynie uskakuje na dźwięk głosu czarownicy dla której chwilę wcześniej ryzykowała życiem własnym, a teraz nie mogła znieść jej żałosnych jęków. Jej życie już nie miało znaczenia, jej strach, jej troski, jej los, to nie było już ważne.
Słuchała Helloise, gdy ta prowadziła rozmowę,  gdy uspokajała i gdy starała się odesłać kobietę - gdzieś, gdzie nie miało znaczenia.
Nie podeszła, bo bezpieczniej dla nieznajomej było zostać dalej od niej i jej płaczliwego skowytu. Westchnęła.
Nos palił porażką. Wydęła usta, wiedząc, że ten gorzki posmak będzie za nią stąpać jeszcze dłuższy czas, a Ona nie mogła traktować go jak coś więcej niż posmak.
Spójrz na nią, chwilę - zmarszczyła nos w niezadowoleniu, zaraz przybierając nonszalancki wyraz twarzy. Upierdliwe. Powiodła spojrzeniem na rozdygotaną kobietę, która co prawda nieco się uspokoiła, a jednak wciąż była irytująca.
Stanęła tuż obok niej, ociągając się przy tym znacznie, wiodąc spojrzeniem za jasnowłosą, która była dużo atrakcyjniejszym widokiem, szczególnie obserwując to co ta wyczynia.
Jak słodko - szepnęło spojrzenie, które karmiło swoją frustrację jakże urokliwymi obrazami, gdy Hela wbijała obcas w dłoń jednego z napastników. Zmrużyła oczy na ów gwałtowny ruch i mimo, że nie słyszała, bo w całym tym zamieszaniu nie było możliwe usłyszeć, to poczuła wręcz trzask kości. Usłyszała zaś pisk, gdy uratowana niewiasta pisnęła w przerażeniu, gdy Helloise nastąpiła na dłoń mężczyzny, a Mulciber się mimowolnie skrzywiła stwierdzając, że jest bardziej upierdliwa niż przed chwilą.
Czarownica zbierała różdżki niczym trofea, a Scarlett nie mogła oderwać od niej spojrzenia i sama nie była do końca pewna dlaczego. Czy to ten niepokój, który powodowała? A może spokój, który towarzyszył będąc tuż obok?
Opanowanie, które działało niczym hamulec.
Jasnowłosa wróciła, a Scarlett z niewzruszoną nicią obserwowała ich wymianę zdań.
Nie zasługiwali. Miała rację.
Nieznajoma została odesłana. Gdzie? To już nie było zmartwienie blondynek.
-Upierdliwa - mruknęła, obserwując miejsce, gdzie jeszcze chwilę wcześniej stała nieznajoma. I chociaż dykcja Scarlett była bezbłędna, to jej akcent szeptał, że dziewczyna nie była tutejsza. Powoli odwróciła wzrok w kierunku Helloise przez dłuższą chwilę przypatrując się jej twarzy w kompletnej ciszy, gdy błękitne tęczówki badały każdy detal jej buzi, zatrzymując się na oczach towarzyszki, utrzymując kontakt wzrokowy jak zwykła robić.
-Scarlett - rzuciła w końcu, wyciągając rękę w kierunku kobiety.
Zerknęła w kierunku budynku, po czym delikatnie skinęła głową
-Chodźmy stąd... nawet jeśli kusi zostać - jej spojrzenie na powrót zaległo na błękitnych oczach towarzyszki- Właściwie co za syropkami częstujesz, hm? - na jej usta wpłynął delikatny, zaczepny uśmiech. Blondynka powoli ruszyła do swojej torby, którą podniosła.
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#2
25.07.2025, 13:31  ✶  
Helloise nie myślała o żadnej z tych kobiet tyle, aby zdołały ją zirytować. Nie myślała zbyt głęboko również o tamtych mężczyznach. Niemyślenie było w tym wszystkim najupojniejsze. Nie myślała, zasłuchała się w instynkt i jemu pozwoliła się poprowadzić. Coś pierwotnego popchnęło ją do wkroczenia w tę scenę, w której jej pobratymcy starli się z obcym stadem. Ten sam zwierzęcy podszept siał w niej w trakcie walki strach, gdy sytuacja wymagała od niej cofnięcia się, i dyktował rytm słania zaklęć, gdy pojawiał się moment słabości po drugiej stronie.
Gdy kurz po starciu opadł, nie oczekiwała niczego. Jeśli obca chciała płakać, mogła ją utulić. Jeśli chciała odejść, nie zamierzała jej zatrzymać. Nie szukała imion, nie czekała wdzięczności, nie interesowło jej, co będzie dalej. Pozwoliła, aby ta sytuacja była prosta — my kontra oni.
— Cierpi — skontrowała miękko uwagę Scarlett, choć nie brzmiała wcale, jakby zależało jej na wybronieniu drugiej czarownicy. Potrafiła ją jednakże zrozumieć: sama pamiętała, jak ciężko patrzyło się zza niemożliwych do wyhamowania strumieni łez.
Nie uciekała od spojrzenia Mulciber. Pozwoliła jej drążyć w swoich oczach, wręcz zapraszając do zwiedzania nieruchomych tęczówek oprawionych odległym uśmiechem. Byłaby to może twarz bardziej delikatna, gdyby nie smugi sadzy i przekrwione, podrażnione oczy.
Hela uścisnęła wyciągniętą do niej dłoń lekko, choć przeciągle, jakby bardziej niż wymienione imię interesowało czarownicę, aby przez warstwę brudu Spalonej Nocy poczuć pod palcami układ kości i miękkość skóry dziewczyny. Nie od razu podała własne imię; zastanawiała się chwilę, czy w ogóle jest ono potrzebne. Dopiero gdy cofnęła dłoń, przypomniała sobie o nim.
— Helloise — wypowiedziała jak przelotne powitanie z ust kogoś, kto myślami błądził gdzie indziej. A błądziła po kipiącej irytacją Scarlett, dopóki ta nie pospieszyła jej do odejścia z tego miejsca.
Hela podniosła kosz, w którym podzwaniały buteleczki leczniczych eliksirów, wzięła miotłę i powiodła spojrzeniem po spalonym horyzoncie Horyzontalnej.
— Gdzie miałybyśmy iść? To dziś jest wszędzie. — Nie była to bynajmniej przeszkoda i bez szemrania ruszyła z towarzyszką na spacer przez piekło.
Tam, gdzie się urodziła, ogniste iskry trzaskające na niebie widziała częściej niż krople deszczu. Znała ogień — patrzenie, jak pożera znienawidzone betonowe miasto dawało jej pewną satysfakcję. Mimo jednak krążącego w żyłach opium i złośliwych zachwytów, nie potrafiła w pełni wyzbyć się podskórnego poczucia zagrożenia. Cały czas czekała, z której strony nadejdzie nowe niebezpieczeństwo. Z tego chaosu — choćby nie wiadomo, jak pięknym nie był — wciąż i wciąż wyglądała śmierć, aby typować, kogo następnego ma strawić rumowisko bądź zabłąkana klątwa. Helloise nie chciała umrzeć — nie tutaj.
— Częstuję rajem. Jest tam cicho i spokojnie. — Uśmiechnęła się, choć raj, który oferowała był zdradliwy. Z czasem bowiem jego cisze zamieniały się w pustki, a spokój w pułapkę stagnacji i niemocy. Po cóż jednak mówić o rzeczach nieprzyjemnych? — Jak nos?


dotknij trawy
The Nocturn's Delight
When I grow up,
I wanna be a heretic.
wiek
20
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
malarz i aktor
Normalnie skóra zdjęta z ojca! 177 cm wzrostu, waży koło 70 kg. Szczupły młodzieniec, chodzi wyprostowany emanując pewnością siebie. Ma wyjątkowo jasne włosy, które od razu zdradzają jego pochodzenie od Malfoyów. Oczy jasne w szarym odcieniu. Można odnieść wrażenie, że jest wiecznie z czegoś niezadowolony, ale wrażenie to umyka, gdy otwiera usta - charyzmatyczny chłopiec z łagodnym, może nieco chrapliwym głosem.

Baldwin Malfoy
#3
05.08.2025, 18:23  ✶  
Wydostać się z Nokturnu. Nie. Zejść na Podziemne. Tak. Musiał sprawdzić co u Ojca. Nie. Wyjść. Wrócić na górę.
Szedł - nie, on się wlókł, na wpół pijany od alkoholu w żyłach, na wpół od bólu, który promieniował od nasady nosa na całe ciało. Na pamięć, licząc kroki, Baldwin Malfoy próbował przedostać się z powrotem do domu.
Nawet nie patrzył. Nie musiał. Londyn nigdy nie miał przed nim tajemnic; nawet teraz, gdy większość miasta przykrywały gruzy, a spanikowani ludzie obijali się o niego, nie zauważając niczego co się dzieje dookoła. Potknął się parę razy o wyrwany kawałek kostki brukowej; zahaczył o jeden czy dwa wystające pręty.
Horyzontalna. Frida. Frida. Bogowie, musiał wracać. Zasiedział się.
Skręcił w kolejną uliczkę.
No i chuj.
Kątem oka dostrzegł dwie osoby. Więcej towarzystwa mu potrzeba. Kobiety? Może. Ćmiło go we łbie, nie był w stanie złapać ostrości. Ale nie kryły twarzy za maskami - chociaż tyle. Już jedno spotkanie ze śmierciożerczym pedałem mu wystarczyło. Na samą myśl o tym poczuł niesmak w ustach. Splunął krwią do studzienki kanalizacyjnej. Przy odrobinie szczęścia mieszanka śliny i juchy spadnie wysłanemu w trzy diabły na spacer po kanałach na magirasistowski łeb.
Oparł się ciężko ramieniem o ścianę jednego z ocalałych budynków. Brudną, wygrzebaną gdzieś z kieszeni szaty chusteczkę docisnął do złamanego nosa. Pierdolona Sfora. Zaśmiał się. Chrapliwie, ciężko. Końcówką języka zlizał krew uparcie ściekającą mu z nosa na górną wargę. W sumie to planował przeczekać aż ta dwójka sobie polezie. Zwiesił blond czerep, pozwalając przez moment krwi kapać na kostkę brukową. Jedna kropla. Kolejna. Co za dziwaczne miniaturowe dzieło sztuki - jak w tych dziwacznych mugolskich testach psychologicznych. A ty co widzisz w ciemnej plamie i dlaczego odpowiedź ‘rozdeptanego chrabąszcza” nie należała do najlepszych. Żadnego zaczepiania. Pójdą sobie, to się spróbuje teleportować do domu. Nie. Nie mógł się pokazać w tym stanie dziecku.
Zacisnął powieki. Kurwa. Dobra, zmiana planów. Elastycznym trzeba być w życiu. Selwyn mieszkał po drodze. Mógł tam się przemyć i dopiero wrócić do siebie. Ewentualnie dostać się do teatru. A potem do domu.

A potem usłyszał znajomy głos. Nawet bez Milforda poznałby ten ostry, niemal niewyczuwalny akcent. Scarlett Mulciber. Pierwsza do szwędania się w noc taką jak ta.
- Yo, babygirl.- Zachrypiał. Na tyle głośno, żeby na pewno go usłyszała. Podniósł głowę, napierając ramieniem na ścianę jeszcze mocniej. Może starał się wyglądać bardziej cool? Odrobinę. Czy mu to wychodziło? A za chuj. Baldwin bowiem nie dość że szatę miał aktualnie całą przykurzoną i uwaloną popiołem, to twarz z kolei brudną od krwi cieknącej z wyraźnie potrzaskanego nosa. W dodatku raz po raz zanosił się suchym kaszlem gruźlika, od tego cholerstwa w powietrzu, którego zdążył się nałykać. Tak czy inaczej docisnął chusteczkę do nosa, drugą, wolną rękę wyciągając w stronę swojej blondynki, jakby oczekiwał, że ta natychmiast rzuci mu się w objęcia.
Zmierzył nieuważnym spojrzeniem drugą kobietę, może odrobinę zbyt długo zatrzymując wzrok na jej koszyczku z różnościami. A potem na dekolcie jej szaty i dopiero na końcu - na twarzy. Ale nie przyglądał jej się szczególnie uważnie. W głowie mu huczało od bólu, wypitego wina i adrenaliny, a z Mulciberówną w zasięgu wzroku nie był to najlepszy moment na obczajanie innych panienek.
- Nowa koleżanka?
Ancymon
"Niewierny jest ten, kto żegna się, gdy droga ciemnieje"
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Nie jest ani wysoka, ani niska, mierzy dokładnie 168 cm. Włosy w kolorze jasnego blondu, ślepia kocie w odcieniu lodowego błękitu. Oczy duże, nosek mały i nieco zadarty, pełne usta na których często widnieje zaczepny bądź pogardliwy uśmiech. Pachnie słodko, lecz nie mdło, mieszanką wanilii, porzeczki i paczuli.

Scarlett Mulciber
#4
10.08.2025, 19:08  ✶  
Helloise - szepnęły za kobietą myśli, a przez usta Mulciber przebiegł cień uśmiechu.
Sięgnęła po swoją torbę, którą zostawiła na ziemi tuż przed potyczką, zerkając raz w czas za towarzyszką.
- Gdzie? Ma to jakieś znaczenie? hum.. możemy do mnie - wzruszyła ramionami, a jej usta wpłynął zawadiacki uśmiech.
Zajrzała do środka torby, aby ukradkiem zerknąć przez lusterko, chcąc się upewnić, że sytuacja w domu jest opanowana - i ku jej zadowoleniu wszystko zdawało się być w porządku. Zamknęła torbę, powoli ruszając. Pozwalając sobie na bezdźwięczne westchnięcie.
-Gdy stoimy zwracamy na siebie dużo bardziej uwagę... - zauważyła, idąc wzdłuż alejki, skacząc wzrokiem po każdej mijanej osobie. Czekała z utęsknieniem na świt - jakby ten miał przynieść ukojenie, spokój, jakby promienie słońca miały zakończyć koszmar jaki rozgrywał się na ulicach miasta. Jakby wraz z nim wszystko miało dobiec końca. Starała się nie błądzić myślami dalej niż czubek własnego nosa, wiedząc jak zdradliwe to było.
Yo, babygirl - zadźwięczał jej w uszach głos, którego słuchała każdego dnia, każdego wieczora, który miał swój kształt i brzmienie nawet na splamionych farbą kartkach, gdy w codziennym pędzie wysyłał jej list. A jednak tego dnia jego głos był zarówno zbawieniem co i przekleństwem. Wzrok poszybował w kierunku chłopaka, aby zadrżeć gdy oczekiwania zderzyły się z rzeczywistością. Złapała bezdźwięcznie oddech, a rozbiegane spojrzenie oceniało stan Malfoya.
-Baldwin... - szepnęła, zaraz ruszając w jego kierunku, aby zgodnie z przewidywaniami chłopaka, wpaść mu w ramionami, wciskając się w niego mocno, może zbyt mocno. I w normalnych okolicznościach wcisnęłaby w niego nos jak zwykła to robić, ale ten szybko dał o sobie znać, krzyżując jej plany.
-H-Ha? - obróciła się w kierunku Helloise - Tak, można tak powiedzieć - wyłapała wzrok kobiety -nic tak nie łączy jak wspólny wróg... nieprawdaż? - dodała, a na jej usta wpłynął szelmowski uśmiech. Na powrót obróciła się w kierunku chłopaka, niechętnie poluźniając uścisk, aby przyjrzeć mu się dokładniej.
-Helvete - prychnęła, unosząc dłoń na wysokość policzka chłopaka, a jednak nie dotykając ani jego policzka, ani tym bardziej potrzaskanego nosa, nie chcąc sprawić mu więcej bólu, mimo chęci uduszenia go - Pokaż mi ten nos, trzeba to opatrzyć... może, może mam coś... - zagryzła wargę, krwi było sporo, a ona nie była żadnym medykiem, bo zamiast tego wybrała duchy, prawo i obsesyjny stalking, który każdego dnia uskuteczniała na Malfoyu.
-Znasz się na złamanych nosach, Hela? - zerknęła w kierunku kobiety. Co prawda nie wiedziała czy nos jest złamany czy nie, ale czy to miało znaczenie?
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#5
04.09.2025, 15:22  ✶  
Helloise była tamtej nocy tylko obserwatorem. Oglądała, jak ogień i popiół wystawiają tuż przed jej nosem intensywną sztukę o śmierci i zniszczeniu, w której czarownica mogła współuczestniczyć. Nie miała przy tym żadnego planu ani celu, poza tym jednym, aby przed nastaniem poranka stawić się tam, gdzie zaprosił ją zaprzyjaźniony Śmierciożerca. Świtu nie było widać jeszcze na horyzoncie, miała więc godziny dla siebie i mogła wędrować po Londynie tam, gdzie ją niósł los. Nie było powodów, aby nie powędrować zatem za Scarlett do jej domu, skoro ta złożyła taką propozycję; Helloise przystała na to milcząco, ruszając za dziewczyną.
Nie była podczas tej przechadzki nadto rozmowna. Przytłoczona ilością spływających zewsząd intensywnych wrażeń i do pewnego stopnia ogłupiona opium, całkowicie oddała się obserwacji. Od czasu do czasu krótkimi pomrukami przestrzegała jedynie na wszelki wypadek przed tą czy inną zalegającą na ich drodze przeszkodą bądź drobnym niebezpieczeństwem.
Dojrzała znajomą blond czuprynę, jeszcze nim Baldwin zdecydował się odezwać, lecz nie zdradziła się z tym, gotowa minąć go i iść tam, gdzie ją poprowadzi Scarlett. Tymczasem ta — ku zdziwieniu Heli — poprowadziła je prosto do Malfoya, który jakże zgrabnie w swoim opłakanym stanie wpasowywał się w krajobraz. Mimo krwi, nie sprawiał wrażenia krytycznie rannego.
Gdy wymienił pierwsze czułe powitania z jej nową koleżanką, Helloise pozdrowiła go z taką samą lekkością, z jaką witała jego i Lorraine, przechodząc między kowenowymi ławami:
— Chwała niech będzie Matce, że wciąż kroczysz żyw przez tę noc, Baldwinie.
Do koszyczka zajrzeć było ciężko, ponieważ wiklinowe klapy opuszczono. Dekolt natomiast stanowił mniejsze wyzwanie: wcięcie było dość głębokie, a materiał lekki i płynący. Zbyt lekki jak na wrześniowe wieczory; płaszcz — jak dobra chrześcijanka — czarownica zdjęła z grzbietu i oddała wcześniej potrzebującej. Aura Londynu tchnęła jednakże takim gorącem, że gdyby Hela potrzebowała się ogrzać, z pewnością znalazłaby ciepły kąt.
— Nie przedstawiłeś mi nigdy wcześniej Scarlett. — Nie tyle patrzyła wprost na Baldwina, a bardziej snuła spojrzeniem po tej dwójce, zwiedzając bezwstydnie ich zażyłość, czułe gesty i słowa. — Znalazłam ją dziś, gdy… heroicznie… wyszła sama przeciwko trzem rozbójnikom w obronie kobiety. Ciebie też — uniosła wzrok na jego nos — natchnęło poczucie rycerskości?
Helloise także uzdrowicielem z prawdziwego zdarzenia nie była, lecz jako farmaceutka plasowała się już nieco bliżej medyka od spirytystki i obiecującej prawniczki. Wiedziała, co należy podawać, na jakie dolegliwości i… na oko umiała ocenić czasem odpowiednią dawkę.
— Mogę pomóc z bólem i krwią — uchyliła klapę koszyczka, aby przejrzeć swoje zasoby — ale obawiam się, że nie dałabym rady poskładać go prosto.


dotknij trawy
The Nocturn's Delight
When I grow up,
I wanna be a heretic.
wiek
20
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
malarz i aktor
Normalnie skóra zdjęta z ojca! 177 cm wzrostu, waży koło 70 kg. Szczupły młodzieniec, chodzi wyprostowany emanując pewnością siebie. Ma wyjątkowo jasne włosy, które od razu zdradzają jego pochodzenie od Malfoyów. Oczy jasne w szarym odcieniu. Można odnieść wrażenie, że jest wiecznie z czegoś niezadowolony, ale wrażenie to umyka, gdy otwiera usta - charyzmatyczny chłopiec z łagodnym, może nieco chrapliwym głosem.

Baldwin Malfoy
#6
09.11.2025, 16:04  ✶  
Odetchnął z ulgą. A przynajmniej na tyle na ile pozwalał potrzaskany nos, który przypominał o sobie z każdą sekundą jak upierdliwa nieopłacona dziwka. Czuł metaliczny smak krwi na języku, rozrzedzony popiołem i dymem, który zdawał się już być nieodłączną częścią powietrza. A przecież pamiętał kiedy Londyn pachniał szczynami nie śmiercią. Dziś stolica stała się pierdolonym pogrzebem, a on - kolejnym, spóźnionym żałobnikiem.
W pierwszej chwili rzeczywiście jej nie rozpoznał. Zresztą i obraz Scarlett zlewał się w nierówne maziaje na tle burej uliczki, ale ta miała nad Helą znaczną przewagę - Baldwin wiedział dokładnie jak pachnie. Znał smak jej skóry, ciepło ciała. Poznałby ulubioną kochankę nawet z wyłupanymi ślepiami.
Dopiero teraz, gdy peak wyrzutu adrenaliny był dawno za nim, poczuł znajome uczucie. Coś między ulgą a wyrzutem sumienia.
Helloise.
Samo imię czarownicy miało smak dawnych, lepszych dni. Poranków w kowenie. Modlitw ku czci Matki.
Wyszczerzył się więc w uśmiechu, prezentując wszystkie zakrwawione od ściekającej krwi zęby (żadnego mu nie wybili!), ale wyszło nieco gorzej niż zamierzał - bardziej jak grymas kogoś kto zaraz puści z bólu pawia na buty koleżanki.

- Hela, Hellunia, Helleneczka.- Zarechotał ocierając usta dłonią. Nie przejmował się uwalonym rękawem. Wszystko i tak było brudne. Świat był brudny. On był brudny. Spojrzał na Scarlett - na jej piękne jasne włosy przyrpuszone piołem. Na dłoń, która spoczywała bezwładnie na jego piesi. Ulga była absurdalna. Mogli trwać w środku piekła, a kiedy tu była… Nie myślał więcej. Nachylił się i ucałował Mulciberównę. Krótko, bo krótko, ale jakby się dłużej pochylał - to pewnie udławiłby się krwią.
Przeklął więc głośno. Odchylił głowę. Każdy kolejny oddech był przerwany napadem kaszlu, mechanicznym przypomnieniem, że oddychać trzeba, nawet kiedy nie jest to przyjemne.
Kiedyś myślał, że potrafi trzymać się z dala od kobiet, które miały w oczach iskrę zdolną podpalić pół miasta. Teraz stał w samym środku pożaru z dwiema takimi wariatkami.
Pierdolona ironia losu.
.- Nie spodziewałem się…- Krótka przerwa na kaszel. Docisnął do ust ujebaną chusteczkę, żeby nie pobrudzić bardziej tulącej się do niego Mulciberówny. Głowę kierował w stronę Heli. - Ciebie w Londynie. Nie siedzisz w Kniei? Chociaż…- kolejna przerwa reklamowa na oplucie się popiołem i krwią.- Tam teraz pewnie jeszcze bardziej się jara, nie?
Wcisnął chusteczkę do kieszeni, uznając, że szmatka więcej smarków nie przyjmie. Trudno. Od czegoś miało się jeszcze rękaw.

Ciebie też natchnęło poczucie rycerskości?
Jedno zdanie. Wystarczyło jedno zdanie, które wbiło się pod skórę jak drzazga.
Przyćmiony alkoholem umysł w jednej chwili wypełniły wspomnienia skatowanego brygadzisty. Śmierciożercy, którego posłał w diabły zamiast oddać organom ścigania. Ogień. Krzyk. Tak wiele krzyku.
Zacisnął palce na ramionach Scarlett, przyciągając ją do siebie odrobinę mocniej.
- Powiedzmy.- Odparł jedynie.- Byłem w Necro. Zakład stoi, Lorraine ponoć też bezpieczna. Zeszła na dół.- Nie konkretyzował dokąd. Może do Changów, może do ojca.

- Nie było okazji was zapoznać. Scarlett jest całkiem… nowa w Londynie. Dobrze, że wpadła na ciebie, Hel.
Skinął głową słysząc propozycję zatamowania krwi. A że nos będzie trochę krzywy… Oj tam, jakoś to przeżyje. Nie będzie pierwszym pokiereszowanym artystą. Taki van Gogh nie miał na przykład ucha. A on miałby się przejmować nosem?
- Dawaj pani co tam masz.- Wyrzęził słabo, żałośnie płaczliwym tonem.
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#7
25.03.2026, 23:44  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.03.2026, 23:44 przez Helloise Rowle. Powód edycji: literowka )  
Zawsze pokrzepiało zobaczyć kogoś, z kim wiara łączyła człowieka; zobaczyć duszę, która rozmawiała z tymi samymi bogami i u tych samych szukała wsparcia. Trudno jednak było Helloise poczuć smak dawnych lepszych dni i poranków w Kowenie, gdy Baldwin stał przed nią brudny, ranny i zakrwawiony. Nie był to widok, który by ją usposabiał sielankowo, szczególnie gdy wokół nich wrzało i każda kolejna sekunda niezakłóconej rozmowy była możliwa wyłącznie dzięki łutowi szczęścia.
Mimo to czarownica znalazła w sobie siły, aby — gdy Malfoy powtórzył po trzykroć jej imię — rozciągnąć usta w uśmiechu, który zdawał się potwierdzać: we własnej osobie. Nie sięgał ten uśmiech nieobecnych oczu zaczerwienionych od podrażnień z żaru i pyłów.
— Knieja płonie. Mój dom przestał być schronieniem. Dotarło do niego to. Dotarło… — powiedziała to niemal z obojętnością, choć dało się z niej wyłowić wątłą nutę tęsknoty. Nie za chatą. Za wszystkimi drzewami, które odchodziły. Nie potrafiła wytłumaczyć, co dotarło konkretnie do jej domu. Wydawało jej się, że wie. Czy na pewno? — Powierzam mój dom Matce. Sama idę do jej domu. Modlić się za nas wszystkich. To pozostało.
Widziała wystarczająco; zmęczenie zaczynało w niej narastać i coraz mocniej przygniatać. Zamierzała udać się do Kowenu — gdzie indziej? Nie znała w Londynie wielu innych miejsc, w których mogła czekać spotkania z Leviathanem. Mogła oddać się tam modlitwie — zdawało się to najwartościowszym sposobem na wykorzystanie tego czasu. Spodziewała się, że nie tylko ona wpadła tej nocy na to, aby udać się przed ołtarze Matki, lecz liczyła, że, choćby w ścisku i panice, znajdzie w kącie którejś z komnat zacisze.
— Scarlett nie tylko na mnie wpadła — zauważyła pod nosem czarownica przeglądająca zawartość kosza. Ucieszyły ją wieści, że Lorraine była w bezpiecznym miejscu. Nie zapytała, dlaczego Baldwin nie podążył za nią. Skoro ona miała gdzie się podziać, zapewne i on mógł się tam za nią udać.
Kobieta wyciągnęła z kosza dwa flakony i dwie puste fiolki. Przykucnęła przy krawężniku, stawiając kosz pod murem najbliższego budynku. Zadanie odmierzenia w tych warunkach odpowiedniej dla Baldwina porcji eliksirów nie było bynajmniej proste — wokół wirował popiół, mięśnie czarownicy były pospinane stresem, a ruchy nie do końca precyzyjne. Zrobiła jednak, co mogła.

// rzucam WOP4 na dobranie dawki eliksiru z tego posta, który opisałam jako EZ-1; wynik 76; działanie znieczulające
Rzut PO 1d100 - 27
Akcja nieudana


// jw; EZK-1; wynik 80; działanie zatrzymujące krwawienie
Rzut PO 1d100 - 74
Sukces!


Zważywszy na okoliczności, może powinna była działać szybko, lecz Helloise była powolna, poruszała się ociężale. Przyjrzała się dwóm fiolkom wypełnionym mętnymi, kolorowymi cieczami, po czym wstała i obie podała Baldwinowi.
— Mam nadzieję, że ci pomogą. Doraźnie. Zobaczymy się w niedzielę na nabożeństwie — rzuciła enigmatycznie, żegnając oboje kochanków, po czym przeszła kilka kroków wzdłuż ulicy niczym w transie i deportowała się.

Postać opuszcza sesję


dotknij trawy
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Baldwin Malfoy (1053), Helloise Rowle (1313), Scarlett Mulciber (886)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa