08.09.1972 - Umrę, a cię znajdę
Nie podobało mu się to, co zrobił: ciążyło mu, że pozostawił tę kobietę samą sobie, że odszedł od niej i pobiegł szukać swojego przyjaciela wśród tego całego dymu i ognia. Że ludzie ginęli wokół niego, a jedyne, o czym on teraz był w stanie myśleć, to czy jego przyjaciel żyje i jest bezpieczny. Mógł przecież być wszędzie: mógł być w mieszkaniu, mógł wyjść z kolegami na piwo, mógł choćby spacerować po pieprzonym parku. Tak, w nocy. Mógł robić cokolwiek i być gdziekolwiek, nawet poza Londynem. A Dacre i tak leciał jak idiota, przedzierając się przez kłęby dymu i słupy ognia, żeby dotrzeć wreszcie na Aleję Horyzontalną, do pubu Ozzy'ego. Bo najpewniejsze miejsce, gdzie mógł być, to było właśnie tam. Bo najpewniej był o tej porze w pracy, przygrywając klientom na swojej magicznej gitarze, uwodząc ich swoim głosem.
Myśl, że mogłoby go zabraknąć była dla Dacre przerażająca, nie do przyjęcia. Nie był pewien, co by zrobił, gdyby okazało się to prawdą, ale nie mógł sobie tego nawet wyobrazić: jego przyjaciel był z nim niemal do zawsze i tam miał pozostać' bez niego dalsze życie nie było możliwe. Wampir był przerażony, że Lupinowi mogło stać się coś złego. Nie przyjmował w ogóle do świadomości, że ten mógłby nie przeżyć mimo, że widział, jak wielkich zniszczeń dokonał ogień. Mimo, że mijał po drodze rodziny wyjące z bólu, bo ktoś został w budynku. Mimo, że mijali go czasem biegnące płonące postacie. Że kłęby dymu zasłaniały mu widoczność, że jęzory ognia wyłaniały się co chwilę z tych kłębów, że było potwornie gorąco - nie do wytrzymania. Kilka razy Darce miał wrażenie, że nie da rady dotrzeć do Osirisa, że padnie osłabiony, niezdolny do dalszego ruchu, bo było za gorąco. Owszem, był wampirem, więc ogień nie mógł go zabić, ale przecież mógł skutecznie spowolnić... chyba. Być może to było jedynie przypuszczenie, wysnute na podstawie tego, że naprawdę ciężko było mu się poruszać wśród tych płomieni; ciężko było mu przebyć nawet kilkadziesiąt cali, nie mówiąc już o tym, że miałby pokonać wiele setek metrów. Sam nawet nie wiedział, jak dotarł ostatecznie do celu, ale gdy zobaczył, że pub przyjaciela też jakimś cudem przetrwał, nieznacznie się uspokoił.
- Ozzy! - zawołał - Osiris! Lupin! Luniaczku! Gdzie jesteś?!
Głos mu się nieco łamał, ale tylko dlatego, że był teraz przerażony wszystkim tym, co się działo - wierzył, że jego przyjaciel żyje, że nic mu nie jest, skoro pub przetrwał. Po prostu nie widział go w tym całym dymie, płomieniach i wszechogarniającym przerażeniu; wśród tych wszystkich biegających na wszystkie strony ludzi - Ozzy!!!
Nie miał pomysłu, jak lepiej zlokalizować przyjaciela. Nie chciał jednak uwierzyć, że coś złego mu się stało. To nie było możliwe.
@osiris lupin