• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[Jesień 72, 16.09 Regent's canal | Lorien & Anthony] Between memory and water

[Jesień 72, 16.09 Regent's canal | Lorien & Anthony] Between memory and water
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#1
01.10.2025, 22:30  ✶  

—16/09/1972—
Anglia, Londyn
Lorien Mulciber & Anthony Shafiq
[Obrazek: VC2mkJT.png]

The canal tells you stories
The canal sings you songs
They hang in that space
Between memory and water



Na Atrium pojawił się zgodnie ze zwyczajem, z dziesięciominutowym wyprzedzeniem. Oficjalna ministerialna szata została odwieszona w szafie biura Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego. W biurze panowały i tak pustki, ze względu na sobotnią aurę nadgodzin, których nikt nie oczekiwał.

Od Spalonej Nocy minął tydzień. Ludzie powoli jak magma krzepli. Chmury po kilku dniach w końcu się rozwiały.

On pozostał w biurze.

Był ciekaw, czy Lorien to cieszyło. W biurze trzymała go głównie zawiść i próba udowodnienia sobie i temu tępemu gryfonowi, że wie co się dzieje oraz, że panuje nad sytuacją. Musiał jednak zmierzyć się przez ten tydzień z dwoma prawdami: gdy tylko zalepili kryzys spowodowany brakiem kadrowym, stracił absolutnie zainteresowanie. Oraz. Jonathan doskonale prowadził biuro w zwykłej, monotonnej rutynie, tysiąckroć lepiej niż on byłby w stanie kiedykolwiek. Kiedyś powiedziałby, że się uzupełniają, dobry zarządca musiał odnajdować się w sytuacjach pożaru i pokoju. Oni po prostu byli w biurze obaj. Dziś zacisnąłby usta i nie powiedziałby nic.

Tymbardziej więc cieszył się z liściku od Lorien, rad podwójnie, że zdecydował się zajrzeć do biura w sobotę i ucieszyć ją odpowiedzią.

W jednym z odczyszczonych już luster poprawił krawat, wygładził kamizelkę i ułożył nieco lepiej poły wełnianej niebieskiej marynarki, na którą i tak powędrowało czarne palto. Nogawki grafitowych spodni zakrywały cholewkę eleganckich czarnych sztybletów, szyję zaś obwiązał kaszmirowym błękitnym szalikiem. Pojawienie się sędziny rozświetliło jego twarz szczerym uśmiechem zarezerwowanym dla najbliższych, zwłaszcza w miejscach publicznych. Zaproponował jej ramię i skierowali się do wyjścia.

Przeszli się.

Kanał Regenta zwykle malowniczy teraz przerażał nadżartymi ogniem kikutami drzew. Depresyjnie zszarzały pejzaż Londynu wypełniali jednak ludzie uwijający się przy kolejnych miejskich parcelach. Ludzie zwracający uwagę bardziej niż mętna woda, pamiętająca ich krzyki i rozpaczliwe gąsienice wymienianych między sobą wiader.

Szare oczy Anthony'ego ześlizgiwały się po tych rodzajowych scenkach, dość obficie polany żywicznymi perfumami szalik wygrywał przynajmniej na razie w walce ze swądem spalenizny.

– Jak minął Ci tydzień? – zapytał miękko, mając pewne przypuszczenia dedukowane na podstawie zadania, które wysłała mu przy okazji swojej dzisiejszej propozycji, wolał jednak usłyszeć to od niej, aniżeli dopowiadać sobie w głowie potencjalne scenariusze, które być może, nie miały wcale miejsca. – Udało mi się zamówić szklarzy do Little Hangleton, jutro wyślą kogoś do zebrania pomiarów – podzielił się przy okazji nowiną. – To z dobrych wieści. Ze złych, moi rodzice planują pojawić się na Mabon. – Głos wybrzmiał prawie tak samo lekko, referował przyjaciółce najważniejsze punkty. Prawie swobodnie. Prawie
Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#2
04.10.2025, 17:05  ✶  
Spóźniła się na spotkanie tylko odrobinę. Zaledwie parę minut, a idąc lekko wsparta o drewnianą laseczkę, nadal pogrążona była w rozmowie z małą grupą stażystów. Żegnali się jednak już grzecznie, gnani kolejnymi obowiązkami, Ach młodość.
Posłała przepraszające spojrzenie Anthony’emu, kończąc dyskusję z ostałą się dwójką, ostatniego zatrzymując tylko na chwilę, aby… przedstawić go swojemu przyjacielowi.
- Pan Roderick Finnigan, nasz tegoroczny absolwent. Niezwykle uzdolniony w kwestiach prawa handlu międzynarodowego. Serce mi pęka na samą myśl, że będę go musiała oddać do waszego Departamentu, ale cóż… Marnowałby się u nas.
Zachwycała się przez chwilę nad czerwonym aż po uszy czarodziejem. Brakowało tylko cioteczkowego pociągnięcia za policzki. W chwilach takich jak ta, gdy Lorien Mulciber promieniowała tą dziwaczną dumą ze swoich kursantów, można było odnieść wrażenie, że świat wcale nie jest aż taki zły. Wojna czy nie - młodzi ludzie wciąż dorastali, kończyli swoje kursy, odnajdywali swoją drogę… Tylko oni od lat tkwili w tym samym miejscu.
"Ktoś musiał. Padło na nich." powtarzała często.

W końcu jednak opuścili Ministerstwo Magii. Użycie sieci Fiuu było niemożliwe - kominek nie przetrwał pożaru, połączenie zostało zerwane; teleportacja - zbyt niebezpieczna, biorąc pod uwagę, że żadne do końca nie wiedział co zastaną w środku.
Został więc spacer.
Opierała się na ramieniu Anthony’ego nieco bardziej niż zwykle, starając się odciążyć wciąż nie w pełni sprawne ciało. Ale nie krzywiła się, nie narzekała. To był po prostu miły spacer.
Odruchowo pociągnęła go na drugą stronę ulicy - z dala od ciemnej toni kanału, do którego pod żadnym pozorem nie zamierzała się zbliżać. Unikała nawet patrzenia w tamtą stronę, jakby z obawy, że woda wyczuje jej obawę. To było głupie. Wiedziała. Ale nie mogła nic na to poradzić.
- Jak ci minął tydzień?
- Męcząco.- Przyznała uczciwie. Ale pokręciła głową dając znać, że nie, nie chodziło o zdrowie. Czuła się dobrze. Podniosła kołnierzyk swojego czarnego płaszcza, żeby ochronić szyję od chłodnego podmuchu wiatru.- Na szczęście nie ucierpieliśmy jako Departament w zeszłotygodniowych atakach, ale… ostatni raz widziałam tak podzielony Wizengamot w ‘63. Zmieniono nam harmonogramy sesji, a Biuro Aurorów naciska na procedowanie w trybie przyspieszonym spraw kilku podejrzanych o kontakty ze Śmierciożercami. - Westchnęła, pomijając przy okazji najważniejszą z kwestii. Sprawę Koroleva. Nie chciała o tym rozmawiać w żadnym potencjalnie publicznym miejscu.
Słuchała Anthony’ego, gdy opowiadał o Little Hangleton. Wspaniale. Aż przykro było myśleć o przepięknej rezydencji Shafiqa w takim stanie. Ale cóż, z pewnością prezentowała się lepiej niż jej własna kamienica.

Bo przed kamienicą właśnie przystanęli. Pożar jaki pożarł połowę dzielnicy, odcisnął wyraźne piętno na budynku zlokalizowanym tuż przy samym Regent’s Canal. Chociaż sama konstrukcja budynku wciąż się trzymała, podobnie zresztą jej nienaruszone fundamenty i dach, to już z zewnątrz było widać pierwsze naruszenia. Nie mniej, kilkoro robotników wysłanych z ramienia mugolskich władz już krzątało się, próbując doszorować z sadzy ściany i cudem zachowane okna. Skinęła im w milczeniu głową, podchodząc do drzwi wejściowych, trzymających się na słowo honoru.
- Nie cieszy Cię przyjazd rodziców.- Nie zapytała. Zauważyła.- Zatrzymają się u ciebie czy u Jacqueline? Jak się w ogóle ma twoja siostra?- Pchnęła drzwi, które ustąpiły zdecydowanie zbyt łatwo. Zrobiła mentalną notatkę, że je trzeba wymienić jako pierwsze.
W środku było jeszcze bardziej przygnębiająco niż na zewnątrz. Gdy już zniknęli mugolom z oczu, wyciągnęła różdżkę oświetlają korytarz na parterze. Po niegdyś drogich, ręcznie malowanych włoskich tapetach pozostały resztki częściowo zwęglone, częściowo zalane po próbie gaszenia budynku. Wszystkie meble - zabytkowy stolik, komoda nawet głupi wieszak na płaszcze były zwęglone.
- Mabon… Prawdopodobnie spędzę je z Alexandrem i ciocią Seliną. Rozmawiałam z matką. Oświadczyła mi, że nie planują powrotu do Londynu póki nie doprowadzimy go do porządku. Nie mówię, że nagle kusząca stała się wizja vetowania budżetów na reparacje, ale…- Zawiesiła głos i zaśmiała się cicho. Cóż je pozostało? Śmiać się. Podniosła przewróconą lampkę z potłuczonym kloszem.- Wiem też, że córka mojego szwagra, Scarlett, jest bardzo… jakby to powiedzieć… zaangażowana w życie rodziny. Może też pojawi się na Mabon. Przejdźmy na górę.
Wskazała na schody prowadzące na piętro. Tam straty z pewnością były dotkliwsze. Na parterze poza korytarzykiem, kuchnią i jakimś dodatkowym schowkiem na miotły nie było nic ciekawego.
Teraz dopiero Anthony mógł sobie uświadomić jak niewielka w gruncie rzeczy była to kamienica.
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#3
06.10.2025, 10:08  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.10.2025, 07:38 przez Anthony Shafiq.)  
Każdy moment w Atrium, gdy mógł sobie pozwolić na cichą obserwację, nie był absolutnie momentem straconym. Widok przyjaciółki otoczonej grupką uczniaków rozmiękczał mu serce, nastrajając idealnie na dzień, który miał być wypełniony łagodnym wiatrem przemierzającym wrzosowiska, wonią przedniej herbaty i cichą rozmową w otoczeniu murów, które uważała za swoje. Choć Anthony sam nie miał ręki, ani zdecydowanie oka do przestrzeni, choć miał własną tożsamość ukrytą w grubych skórzanych okładkach książek spisanych wieloma językami świata i zakopanych pośród rozwlekłych prywatnych księgozbiorów, tak odczuwał niemałą przyjemność przebywania w tak spersonalizowanych przestrzeniach osób, które o wiele wylewniej rozsiewały ziarno swojego istnienia wokół.

Brakowało tych drobnych symptomów jej obecności w Little Hangleton, choć przez wzgląd na wyjazdy ich obojga z początku września, nie miał tak na prawdę czasu się przyzwyczaić. Sam fakt jednak, że brakowało mu kota, z którym relacja wzajemnie była dość ambiwalentna, świadczył o tym jak łatwo lgnął do tego typu przejawu cudzej obecności w okolicy. Być może był to symptom jego samotności. Być może lęku. Być może przyznania, że nie był wcale zadowolony z jej przeprowadzki, ale nie śmiał stanąć na drodze sędziowskiej wizji kształtowania ostatnich miesięcy jej ludzkiej egzystencji.

Obiecał jej. Obiecał sobie. Weźmie tyle ile sama zdecyduje mu się dać. Nic więcej.

Pan Roderick Finnigan nawet nie wiedział jakim tego dnia był szczęściarzem. Został pobłogosławiony i namaszczony.

Anthony skinął mu głową, wiedząc kogóż będzie miał prześwietlić Lovegood w poniedziałek rano. Nie żeby nie ufał osądowi Lorien. Sam jednak Bletchleyowi będzie musiał przedstawić kilka faktów więcej niż to, że czerniał szybciej na słowa komplementu swojej mentorki niż kamienice na Pokątnej tydzień temu.

– Cóż. Niektórzy uważają, że tron ma mocno nadpalone nogi. Każdy chce się popisać przed przyszłymi wyborcami – zawyrokował, choć sam należał przecież do obozu Ministry, nawet po upokorzeniu zduszonego awansu, którego doświadczył w cichości swojego gabinetu. Nie zamierzał przewidywać przyszłości, czy Jenkins doczeka końca kadencji, czy podzieli Leacha. Był w grze, ale stracił do niej serce.

Oczywiście, nie oponował przy wyborze przed nią strony ulicy, którą się przechadzali. Może temat rozmowy... może to by zmienił, ale przecież w obliczu spalonego Londynu nie powinno być tematów niewygodnych. Wszystko byle nie mówić o wszechobecnej woni spalenizny. O klątwach i czarnych dłoniach brudzących wszystko sadzą. Ominęło to jego apartament, podejrzenia o współudział skutecznie zostawały odsunięte gościnnie podjętą rodziną półkrwi i kilkoma zdjęciami potwierdzającymi to czym się zajmował podczas spalonej. Ulice jednak wciąż odparowywały. Dobrze, że ciemne chmury w końcu opuściły nieboskłon...

– Apartament Jackie oberwał jedną z tych nieprzyjemnych klątw, które uniemożliwiają jej przebywanie w nim. Udostępniłem jej obecnie moją sypialnię, a do powrotu moich siostrzeńców okna w Little Hangleton powinny zostać już wstawione – mówił swobodnie o tym o czym chciał. Jego relacja z rodzicami nie była czymś co chciałby podnosić bez rozmiękczającego zgryzotę alkoholu w ustach.

Zwiedzanie budynku nie przyniosło jego spojrzeniu oceny, choć na złocistym sygnecie próżno było szukać insygniów Ministerstwa. Zamiast tego lśnił grawer szalkowej wagi. Ta jednak odnosiła się wcale nie do nieruchomości, a jadła. Nie krzywdź oliwy i wina - głosił napis wewnątrz ozdoby. Tak też postępował, teraz zaś tylko smucąc się niedolą jego drogiej przyjaciółki. Straty oglądał jednak w milczeniu, czekając na jej wyrok w tej sprawie. – Scarlett tak. Miałem szansę patrzeć jak wzrasta podczas swoich wizyt w Norwegii. Złote dziecko. Zebrało ambicję całego pokolenia na siebie – Jego powiązania z Mulciberami były dość luźne, zważywszy na fakt, jak wielką niechęcią obdarzał swojego starszego brata, który - było nie było - poślubił przed laty siostrę zmarłego już małżonka Lorien. Nie przeszkadzało mu to odświeżyć przed laty i dbać dość mocno o linię norweską, jak ją nazywał w duchu. Miniony kwartał i dziwaczne oskarżenia, które wypływały to tu, to tam zweryfikowały jednak mocno te znajomości. O tyle, żeby z całej inwestycji ostała mu się jasnowłosa iskierka, tak cudnie grająca na skrzypcach, które przed laty jej ofiarował. Absolutnie nie narzekał w tej materii. Jedyne co go martwiło to zaczepienie się w kancelarii mecenas Philomeny Mulciber, z którą wiódł pomniejsze prawne utarczki od lat. – Byłaś tutaj już po pożarze, czy to Twój pierwszy rekonesans? – zagaił, wyciągając z kieszeni jedwabną chusteczkę, na wszelki wypadek, choć co mogłaby zdziałać taka chusteczka, gdyby nagle kłęby sadzy buchnęły mu w twarz?
Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#4
14.10.2025, 10:35  ✶  
Tron ma nadpalone nogi.
Nie odpowiedziała na to, bo… zwyczajnie sama już nie była pewna co w tej sytuacji zrobić powinni. Jako ministerstwo, urzędnicy, ludzie. Jenkins nie była najlepszym wyborem, ale była wyborem koniecznym po Leachu. Bezpiecznym. Czy wygrałaby kolejną kadencję? Pewnie nie. Odpowiednia maskotka tłumu na czas pokoju.
Zbyt wielu ostrzyło sobie teraz zęby na jej stanowisko - zbyt mało było jednak tych kompetentnych.
Nie wspomniała też, że wysłała do Ministry Magii list po prośbie o spotkanie. Nie lubiła zapeszać. Wciąż jednak - lepsze wydawało jej się lepszym znane zło, niż to, które mogło się okazać naraz skrajnie lewicowe. Nie mogli pozwolić sobie na kolejnego mugolaka na stanowisku. Nie podczas wojny.

Zaśmiała się delikatnie słysząc pochwały pod adresem panny Mulciber. Złote dziecko. No cóż, ta poprzeczka leżała wręcz na podłodze. Nietrudno konkurować z bratem produkującym wulgarne świeczki. Tylko ten starszy - Leonard. On miał potencjał. W końcu magomedyk. Ale żony nie miał. Pokręciła głową. Stracone to młode pokolenie, rozzuchwaliło się.
- Jest uroczą, młodą damą. Choć w tym wieku powinna myśleć o czymś innym niż wybujała kariera. Ale mam nadzieję, że Philomena ją ukierunkuje.- Zawsze chodziło o coś więcej. Zwykła, uprzejma propozycja asystentury w kancelarii nigdy nie była bezinteresowna. A Scarlett była kobietą. Każda kobieta miała swoje obowiązki.

- Byłaś tutaj już po pożarze?
- Nie. Ale widziałam jak płonęło.- Powiedziała cicho. Nie lubiła wracać myślami do wspomnień, które odbiły się w jej pamięci. Bardzo ostrożnie stawiała kolejne kroki, sprawdzając każdy stopień po drodze. Jakoś nie uśmiechało jej się spaść z winy nadpalonego drewna. Zacisnęła mocniej palce na poręczy, nie zwracając uwagi na sadzę. Zganiła się w myślach, że nie czuje nic więcej, tylko czystą rezygnację.

- Jedyna pociecha w tym, że nie zabrałam się za remont wcześniej. Nie byłam… Hm. Nie byłam gotowa tu zamieszkać sama po śmierci mojego męża.
Wreszcie prostym zaklęciem odpaliła lampę z rozbitym kloszem, pozwalając miękkiemu światłu oświetlić sodomę i gomorę. Czy łatwiej byłoby rozsunąć spalone, ciężkie zasłony, w których ogień pozostawił spore dziury? Może. Ale bardziej niż kurzu, popiołu i półmroku nie mogła znieść widoku rozciągającego się tuż obok kanału.
- Sama nie wiem. Myślałam, żeby sprzedać to miejsce, ale podoba mi się wizja, że jest moje.- Westchnęła omiatając spojrzeniem zrujnowany salon.- Miasto przeznaczyło środki na renowację i czyszczenie zewnętrznych fasad budynków. Wysłałam im datek. Anonimowy.- Doprecyzowała. Piekło mogło zamarznąć, a Lorien nie podpisałaby się otwarcie pod pomocą niemagicznej społeczności.- Mogą dziękować pani Elizabeth Christ Trump z Ameryki. To jacyś tamtejsi mugolscy potentaci branży deweloperskiej, ostatnio coś tam pisali o jej synu czy tam wnuku Donaldzie w The Economist. Jak dla mnie świat o nich zapomni w rok czy dwa.- Wzruszyła ramionami. Chcąc nie chcąc musiała być na bieżąco z każdą ważniejszą prasą w kraju. Czy to mugolską czy magiczną, choć szczerze powiedziawszy ta pierwsza - nudziła ją niemiłosiernie.

Poczuła się szalenie sfrustrowana widząc stan pomieszczenia.
Nic nie przetrwało. Ani meble, ani zasłony, ani drogie dywany, które przecież miały być ognioodporne importowane wprost z Bliskiego Wschodu. Nic poza jednym krzesłem, zwykle stojącym przy sekretarzyku. Lorien spojrzała na nie z miną jakby to jedno, nieszczęsne krzesełko obraziło całą jej rodzinę. A potem bezceremonialnie rzuciła na nie swoją ciężką torebkę.
- Alexander będzie na herbacie.- Powiedziała. Stuknęła czubkiem obcasa w mocno przypaloną deskę.- Do wymiany cały parkiet.- Zadecydowała. Jakoś nie rozwinęła przy okazji swojej myśli o dodatkowym gościu. Czy czekała z tą nowiną do chwili, gdy Anthony nie mógł jej już uciec? Możliwe.

Podeszła do kredensu. Gdy tylko otworzyła drzwiczki - półka w środku spadła z hukiem. Świetnie. Jeszcze potłuczonej, nieużywanej od lat porcelany jej brakowało!
Westchnęła zrezygnowana i już… już miała zająć się dalszymi oględzinami, kiedy w rogu pokoju, wciśnięte między niedziałający kaloryfer i gołą ścianę - zauważyła pudełko.
Woda z pękniętej rury od mugolskiego ogrzewania musiała je ugasić nim spłonęło do końca. Uchyliła pokrywkę, znajdując w środku niekompletną talię kart tarota, całkiem nieźle zakonserwowany szkielet puszka pigmejskiego i kilka starych listów.
Och, pamiętała tą talię bardzo dobrze. Dostała ją w prezencie od Seliny na lekcje wróżbiarstwa. Zawsze brakowało w niej Piątki Mie..
- Antonio.- Podniosła nagle głowę. Nawet nie spojrzała na listy - wiedziała od kogo są. Zawsze chowała w tym pudełku wszystko co dostawała od Greybacka, ani myśląc pojawić się z tym w domu.- Zajrzyj proszę do mojej torebki. Gdzieś tam na wierzchu leży karta.
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#5
15.10.2025, 13:16  ✶  
Uniósł brwi nieco zdziwiony sugestią, że Scarlett powinna zająć się czym innym zamiast karierą w tym wieku, bo sam w stosunku do młodzieży której patronował nie oglądał się na wiek a pakiet umiejętności i ambicję właśnie, motor, który mógł tychże ludzi skłonić ku rzeczom wielkim. Być może wynikało to z faktu, że sam nie miał potomka, być może z faktu, że nigdy nie był kobietą, ażeby dźwigać od maleńkości ciężar odpowiedzialności za zachowanie ciągłości istnienia przyszłych pokoleń. Nie pochwalał wyboru Scarlett - uważał, że jako egzorcystka powinna kopać dalej studnię, w której odnajdywała się tyle lat, a nie nagle sięgać po zupełnie inne łopaty i zatapiać się w świecie paragrafów i przepisów obcego dla niej państwa i społeczności. Nie zamierzał jednak w to ingerować, ciekaw raczej czy ów przesadzenie się przyjmie, a może drzewko obeschnie nieco i zmieni zdanie.

Zawsze też dobrze było mieć przyjazną duszę w kancelarii prawniczej Philomeny Mulciber.

– Przykro mi – bardzo chciał, bardzo życzyłby tego sobie, żeby Lorien była bezpieczna tamtej nocy w Ministerstwie, ale nie zamierzał jej tego wyrzucać, nie kiedy sam metaforycznie rzucił się w płonące miasto za parą krnąbrnych prefektów, którzy zapomnieli, że nie są już dziećmi. – Jeśli byś je sprzedała i kupiła co innego, to to co innego również byłoby Twoje, czyż nie? – W przeciwieństwie do towarzyszki mógł obrócić twarz w stronę kanału, mógł patrzeć na czarną toń, bo jego mimo wszystko naznaczyło morze. Rzeka - nawet jeśli wykopana ludzkimi rękoma - zdawała się dziwacznie spokojna, wręcz spolegliwa. Ciekaw był, czy ofiarodawczyni tego miejsca z rozmysłem kupiła kamienicę, aby gnębić Lorien tym widokiem, czy zwyczajnie zapomniała. Obie opcje niosły ze sobą coś bardzo przykrego, tym przykrzejszego, że Anthony nie wiedział jak mógłby w ogóle na to zaradzić.

Parsknął na wspomnienie o Trumpach, nie ze względu na wieszczenia przyjaciółki, a zlepek słów podsuwanych mu magią znaczeń w tym przypadku nader chrześcijańskich. – Coś słyszałem od nich podczas mojej jakże dewastującej konfrontacji z amerykańską ambasadorką. Szczęśliwie po Czarnym Weselu wyjechała. Nie polubiłabyś jej. Była bardzo... bardzo głośna. – Parkiet do wymiany. Ściany do wymiany. Meble do wymiany. Co nie było tu do wymiany? Może tylko to krzesło. Na pamiętkę. On by je zdecydowanie zachował.

– Kartę? Oczywiście mia cara – podszedł do torebki, okiem absolutnego barku znawstwa przypatrując się przy okazji meblowi, który przetrwał pożogę. Po kilku chwilach pomiędzy wskazującym a środkowym palcem znalazła się karta. Oparł się pokusie by przez moment się nią pobawić, zamiast tego podeszedł do Lorien. – No nie mów mi... – jego głos rozpromienił się, jak niebo na kilka dni po tragedii Spalonej Nocy, gdy chmury w końcu się rozstąpiły – Coś jednak przetrwało? – zaciekawiony zajrzał przez ramię wysokiemu sądowi, co nie było takie trudne z racji faktu, że ten konkretny sąd nie był aż tak wysoki w sensie dosłownym. – Czyżby córka marnotrawna wracała do rodziny? – zagadnął wyciągając kartonik ku Lorien. – To Twojego brata? Mojemu całą kolekcję rozwiał wiatr wraz z resztą dobytku. – Czemu miałby uciekać przed Alexandrem? Dziwna z pozoru paralela podniesiona na ich ostatnim obiedzie osiadła i wykiełkowała, dając Shafiqowi pewną ulgę w rozmyślaniu na temat głowy rodu Mulciberów. Więcej przestrzeni do tego, żeby się nie martwić, albo - co byłoby bardziej precyzyjnym ujęciem problematyki - by martwić się o co innego. Ich bracia Niewymowni. Który oszaleje pierwszy? Jeszcze rok, dwa temu nie żartowałby z tego tak dosadnie. Dziś jednak... niewiele więcej mu pozostało.
Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#6
20.10.2025, 08:27  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.10.2025, 08:36 przez Lorien Mulciber.)  
Świat czystokrwiście urodzonych panien z dobrych domów był bez wątpienia światem szalenie skomplikowanym. Poruszały się od urodzenia po meandrach grząskiego bagna swojego wychowania i powinności, gdzie jeden zły ruch mógł spowodować lawinę nieprzyjemnych konsekwencji; jedna plotka - zrujnować reputację; jeden układ między ojcami - zamordować marzenia. Wszystko było nieistotne w obliczu najważniejszego zadania: przynieś rodzinie chlubę i urodź mężowi dziedzica.
Oczywiście istniały wyjątki. Jeden z nich stał właśnie ze starym pudełkiem w rękach, debatując nad jego zawartością. Ale po prawdzie… Nawet Lorien nie wyszła za mąż z miłości, a poczucia obowiązku. Więc czy naprawdę tak bardzo różniła się od panienek sprzedanych na targu matrymonialnym?

Zastanowiła się chwilę, gdy poruszył temat sprzedaży kamienicy. To nie był głupi pomysł. Sama się nad tym zastanawiała nie raz ale, to było bardziej skomplikowane. Zwłaszcza teraz.
- Matka byłaby bardzo niezadowolona, gdybym sprzedała to miejsce. Należy do naszej rodziny od pokoleń. Odremontuję je, a potem zobaczę.- Stwierdziła tonem jasno sugerującym, że to problem “dla przyszłej Lorien”. Na razie musiała zadbać, żeby to wszystko nie runęło im na głowę, bo od samej sprzedaży gorsza była chyba tylko sprzedaż po obniżonej cenie.
Ale słysząc o Amerykanach tylko… skrzywiła się nieznacznie. Nie lubiła ich. Oni wszyscy byli tak okropnie głośni i wulgarni. Nie chciała o nich rozmawiać.

- Mmm nie powiedziałabym, że “przetrwało” to dobre słowo.- Spojrzała ponownie do pudełka na nieszczęsne kosteczki po puszku. Ciekawe czy to ten sam co dostała pod opiekę jeszcze w Hogwarcie, a potem wziął i się zgubił. Pewnie tak; zresztą listy też były w stanie niezdatnym do czytania czy nawet próby odratowania zawartości. A szkoda. Hati zawsze potrafił pięknie pisać. Na podpałkę stwierdziła boleśnie w myślach. Wyciągnęła z pudełka karty; przetasowała je. Bardziej jak krupier w kasynie niż wprawny wróżbita, ale krew Prewettów była krwią silną. Większość obrazków w talii wyblakła, część ze starości, większość w pożarach. Niektóre z kart były pogięte od wilgoci, inne miały spopielone brzegi. Nie żeby miało to dla nich teraz jakiekolwiek znaczenie.
- Chodziłam na wróżbiarstwo. Całe pół roku w trzeciej klasie.- Stwierdziła ewidentnie dumna z faktu, że wytrzymała tam aż tyle.- Po którymś “oj dziecko, nie masz linii życia!” przeniosłam się na mugoloznawstwo, a karty wepchnęłam… no najwyraźniej tutaj. Pewnie jakby się dobrze rozejrzeć to pod którąś szafą by się znalazło szklaną kulę.

Przetasowała je jeszcze raz. Ot tak. Nie żeby wiedziała co robi. Jeżeli kiedykolwiek się tego uczyła to wiedza już dawno wyleciała z pamięci. A nigdy nie poświęciła aż takiej uwagi na techniki Alexa.
- O karty, o karty powiedzcie mi czy gwiazdy ułożą się w przychylnej dla mnie konfiguracji, a remont nie opustoszy rodzinnej skrytki w Gringottcie.- Poprosiła niemal śpiewnie, machając palcami nad talią. Po co? Pojęcia nie miała, ale każdy wróżbita, którego w życiu widziała to robił, więc pewnie coś było na rzeczy.
W końcu wyciągnęła jedną kartę.

Rzut Tarot 1d78 - 74
Szóstka Pucharów

Rzut 1d2 - 2


Odwrócona szóstka pucharów.

Nie no super. Jakaś (Lorien odwróciła kartę jednak z powrotem, bo jak tu się przyglądać jak trzeba by mocno głowę wykrzywić) dwójka dzieciaków. Jakiś dom. I sześć (no geniusz wróżbiarstwa i mugolskiej arytmetyki) pucharów pełnych kwiatów.
- Popatrz.- Pokazała Anthony’emu kartę.- To jesteś ty. To ja. A to kwiaty, które na pewno, na pewno planowałeś mi podarować.- Uśmiechnęła się prześlicznie.- Nie wiem co się to ma mojego remontu. Może to ten dom w tle? W sensie “nie remontuj, to się nie opłaca, lepiej kup zameczek na wsi gdzie będziesz mieć ogród z kwiatami i yyy… najwyraźniej będziesz wykorzystywać młodocianych pracowników sezonowych”. Chociaż to odwrócone to może właśnie na odwrót… Dobra. Teraz ty losuj.
Przetasowała karty, pakując swoją do środka. Żeby było uczciwie.
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#7
20.10.2025, 21:34  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.10.2025, 09:35 przez Anthony Shafiq.)  
Ach Ci wróżbici. Ci jasnowidzowie. Anthony interesował się wróżbiarstwem głównie w kontekscie intertekstualności i symboliki, która podobnie jak w sztuce musiała znajdować swoje odbicie we wrózbiarstwie. Symbole, archetypy, opowieści głęboko zakorzenione w zbiorowej świadomości z oczywistych względów zachodnio-europejskiego maga. A i tak uważał, że w tarocie zbyt wiele było mugolskich naleciałości judeo-chrześcijańskich, kim jednak był, żeby dyktował wróżbitom z czego mają przewidywać przyszłość?

Finalnie, w przeciwieństwie do mugoli, oni mieli swoistą gwarancję, że wróżby i jasnowidzenie było prawdziwe. Bóstwa realnie miały wpływ na ich życie, niektórzy wyprawili się na drugą stronę do Limbo i wrócili, a ślepy by nie zauważył, że sploty losu da się podejrzeć. To nie była kwestia wiary tylko wiedzy. Oczywista, czynnik ludzki mógł zaburzać interpretacje, albo symbolika dla niewprawnego oka mogła być niejasna. Albo - co bardziej prawdopodobne - wewnętrzny cynizm i wprawna manipulacja mogły mieć swój udział w przekazie.

Dlatego też ufał tylko jednemu wróżbicie i do słów kogokolwiek z zenwątrz nie zamierzał przykładać uwagi.

Tymczasem tutaj, w tej zrójnowanej kamieniczce bawili się starą, wysłużoną talią i było w tej aktywności coś uroczego. Mugolskiego wręcz. Na moment zawiesić wiedzę, na rzecz wiary, na moment czuć się jak przed rozgnieceniem w palcach chińskiego ciasteczka, w którym na wskroś uniwersalna maksyma miała zwiastować przyszłe zdarzenia.

Musiał przyznać też (a możę przede wszystkim), że pragmatyzm i wspomniana krew Prewettów widoczna w gestach sędziny nadawał tej zabawie znakomity, unikatowy posmak, wyzbyty szarości wszechobecnej spalenizny.

- Moja droga, ta karta jednoznacznie wskazuje na bogaty bukiet wina, które zabrałem ze sobą na dzisiejsze spotkanie w Mulciber Manor. Wszystko pójdzie dziecinnie łatwo i rychło będziemy mogli się napić w odbudowanym domu, który znajduje się za plecami tej parki. Za naszymi plecami. - zawyrokował łagodnie, bardzo kontent z jej wróżby.

Zaraz potem przejął karty i przetasował je niespecjalnie dokładnie. Pytanie. Powinno być jakieś pytanie.
- Od czego najlepiej zacząć poniedziałek? - rzucił po chwili namysłu, ale też bez wwiększeg przekonania i mistycyzmu. Powinien być może pomodlić się do Apollina jak czynił to jego brat z innej matki, powinien może zapalić świece, niepomny na to, że niedawno płonął cały dom i każdy płomieni ma już serdecznie dość. W końcu przełożył talię i wyciągnął kartę, a oczom jego ukazał się...

Moja kolej
Rzut Tarot 1d78 - 56
Paź Denarów


- Borgin? - zmrużył oczy, patrząc na młodzieńca eksponującego złocistego galeona. Młodość i uroda pazia przemawiała sama za siebie, a złocisty dukat wskazywał na silne powiązanie tej osoby z Departamentem Skarbu. - Spójrz, czy nie wygląda jak mój imiennik? Anthony Borgin, komornik. - Zdziwił się nieco, oczywiście przez kontakt z Morpheusem mając świadomość, że paź jako archetyp ma o wiele więcej do powiedzenia niż imię i nazwisko. - Nie no, czemu miałbym się widzieć z komornikiem, to nie ma sensu. Czekaj... uznajmy, że to próba generalna, na pewno coś mi się omsknęło. - schował kartę i zaczął tasować jeszcze raz, tym razem wkładając w tę aktyność nieco więcej zaangażowania, po to by wyciągnąć jakąkolwiek inną kartę.

Po ciężkim westchnieniu wylosuję jeszcze jedną
Rzut Tarot 1d78 - 56
Paź Denarów


I kiedy znów spojrzał w oczy Borgin zaśmiał się serdecznie.

- Twoje karty są zaklęte Lorien! Zobacz, wylosowałem drugi raz to samo. Jakie było prawdopodobieństwo takiego obrotu spraw? - kciukiem łagodnie potarł twarz chłopca. - A może chodzi o Malfoya? Wiesz... Kanclerza? Ma się uformować komisja finansowa do spraw odbudowy, wydaje mi się, że powinienem jakoś bardziej zainteresować się tym tematem. - Tak po prawdzie chciał się zainteresować każdym tematem, który pozwalałby mu pozostać na terenie Ministerstwa, żeby udowodnić pewnemu Bardzo Mylącemu Się We Wszystkim Gryfonowi, że przecież ciężko pracuje, a z drugiej strony, żeby umożliwiało mu to jak najrzadsze przebywanie w podwójnym gabinecie ze wspomnianą osobą.

Komisja brzmiała jak dobry pomysł.

- Zaraz czekaj... Ty patrzyłaś na to czy jest odwrócona czy nie? Zapomniałem, że to może mieć znaczenie... - zasępił się - Może to porada, żeby właśnie nie widzieć się z nikim z departamentu skarbu? Jak myślisz?
Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#8
23.10.2025, 08:26  ✶  
Śmiała się.
Śmiała się tak ciepło i serdecznie, że w śmiechu wybrzmiał ptasi trel, który z reguły starała się ukryć. Przysłoniła usta dłonią, ale i to nie powstrzymało jej śmiechu. Nagle nie miało znaczenia, że stoją na pogorzelisku, monumencie ataku terrorystycznego, który zapisze się pewnie na kartach ich historii. Nie miało znaczenia, że nie wiedzieli jak wybrzmi ich historia - zwycięstwo jeszcze nigdy nie było tak niepewne.
Po prostu nie mogła się nie śmiać widząc skonfundowaną minę Anthony’ego, który ze wszystkich kart znów wybrał twinka chłopaczka z pieniążkiem.
- Tak się kończy jak próbujesz oszukiwać! - Oświadczyła, ocierając z kącików oczu łzy rozbawienia. Przechyliła głowę, próbując znaleźć w kartach podobieństwo do Borgina. No może trochę przypominał szanownego pana komornika.
Wzruszyła ramionami w odpowiedzi na pytanie o odwrócenie kart. Nie wiedziała. Alex pewnie wiedział i pewnie jej to nawet tłumaczył kiedyś, ale… Nie słuchała. Przez tyle lat nauczyła się skutecznie filtrować wykłady brata na temat astrologii i wróżbiarstwa.

- Ostrzeżenie.- Zniżyła głos do scenicznego szeptu. Rozczapierzyła przy okazji palce jak wiedźma z bajek dla mugoli.- Strzeż się strzeż Antonio. Nocą, gdy kur zapieje po trzykroć komornik zapuka do twych drzwi. A iść za nim będzie Kanclerz jako ta zjawa śmierć niosąca…
Nadstawiła ucha słysząc o komisji finansowej. A to interesujące. Nawet bardzo interesujące.
- Czy to coś o czym powinien wiedzieć Wizengamot czy mówisz o tym swojej miłej przyjaciółce?- Zapytała miękko.- Albo nie, nie mów. Jeszcze musiałabym cię dręczyć w sali przesłuchań cały wieczór.- Wzięła od Anthony’ego karty. Złożyła je i schowała do kieszeni szaty. Seans wróżbiarski został zakończony - werdykt bardzo prosty: remont uda się doskonale, żadnego z nich nie pochłoną kredyty, a pan Shafiq da jej kwiaty i napiją się wspólnie wina.
To wróżbiarstwo to była absolutna łatwizna. Nic tylko zacząć pisać artykuły do Czarownicy i zbić fortunę na wymyślaniu sobie różnych rzeczy.
- Elliott Malfoy jest najmilszym, najlepiej ułożonym i najkulturalniejszym człowiekiem jakiego znam i moim drogim przyjacielem. Nie przychodzi mi do głowy żaden powód dla którego miałbyś unikać z nim spotkania. Choć z tego co mi wiadomo jeszcze jakiś czas temu przebywał poza granicami kraju. Mam nadzieję, że już niebawem wróci...- Skinęła głową do własnych myśli. Tak, ojczyzna potrzebowała Malfoy'a, pewnie nie mniej niż Malfoy potrzebował swojej ojczyzny. Gdy przychodziło co do czego wszyscy byli tylko i wyłącznie dziećmi swoich ojców. Nawet ktoś taki jak Elliott nie mógł się tego wyprzeć.

- Myślę, że inspekcję możemy uznać za owocną.- Stwierdziła, układając ręce na biodrach. Rozejrzała się jeszcze raz - z bardziej widocznym niezadowoleniem wymalowanym na obliczu. Naprawdę nie chciała tu przebywać dłużej niż to koniecznie. Niby człowiek wiedział, że będzie więcej problemów niż tylko odmalowanie ścian, ale... Już układała w głowie żarliwy list do taty o stratach w posiadłości. Wyciągnęła mały srebrny zegarek kieszonkowy. Było krótko po pierwszej. Idealny czas na herbatę. I wino. Na dobre wino zawsze była odpowiednia pora. Prześlizgnęła się obok Anthony’ego, bezwiednie musnęła opuszkami palców jego przedramię. Przywołała zaklęciem swoją torebkę, upewniła, że żaden ciekawski mugol przez okno na piętrze nie zagląda.
- Chodź.- Szepnęła cicho, łapiąc go za obie dłonie.
Teleportowali się z cichym trzaskiem wprost do Mulciber Manor.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Anthony Shafiq (2324), Lorien Mulciber (2514)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa