16.10.2025, 00:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.10.2025, 00:45 przez Astoria Avery.)
09.09.1972
ulica Pokątna
ulica Pokątna
Była wykończona. Czerń i szarość zdawały się wchłonąć całe światło, a powietrze gęste od popiołu i dymu nie pozwalało odetchnąć. Próba dostania się do galerii spełzła na niczym. Zabezpieczenia nie pozwlały jej wejść do środka, nie mogła nikogo powiadomić, bo bariera odbijała wszystkie zaklęcia i przedmioty. Była zdana na siebie, tu na Pokątnej, gdzie ogień nie ustępował, a za każdym rogiem dochodziło do brutalnych ataków. Pomoc śmierciożercy była dla niej oczywista, nawet jeśli przez nich jej życie było zagrożone. Przestępca zniknął w ciemności, a aurorzy ruszyli w przeciwnym kierunku, zanim zdążyła poprosić ich o pomoc.
Teraz musiała martwić się o siebie i o smogocznika na jej ramieniu, wciąż ukrytego pod płaszczem. I dopiero teraz poczuła, jak bardzo drżą jej dłonie. Dym znów wdzierał się do płuc, dusił, kaleczył gardło przy każdym wdechu. Nie mogła się teleportować - zbyt oszołomiona, zbyt słaba, świat wokół wirował, a każde zaklęcie mogłoby skończyć się tragicznie. Płuca paliły żywym ogniem, serce biło szybko, nierówno, jakby próbowało nadgonić brak tlenu.
Szła więc przed siebie, nie wiedząc, dokąd dokładnie zmierza. Ulice pogrążone w chaosie, wszędzie ogień, krzyki, wybuchy w oddali, płacz dzieci. Nad dachami przemykały błyski zaklęć, a Astoria chwiała się, potykając o kamienie i porzucone przedmioty. Vulcor tulił się pod jej płaszczem, cichy i spięty, jakby sam wiedział, że ich życie wisi na włosku. Jej wzrok rozmywał się z każdym krokiem, a dym szczypał w oczy, aż łzy mieszały się z sadzą. Czuła bezradność, która dławiła ją bardziej niż dym. Zatrzymała się w końcu przy jakimś murze, oparła o niego dłoń. Była zagubiona w chaosie, samotna i słaba - drobna sylwetka wśród płonących ulic, z jedyną myślą, że musi przetrwać do świtu.
Przyciskała się do zimnego muru tak mocno, jakby chciała w niego wniknąć i zniknąć z tego świata. Niestety nie było jej to dane. Wśród półmroku i dymu rozgrywała się scena, której nigdy nie zdoła zapomnieć. Na środku ulicy kilku mugolaków, ludzi, których znała z widzenia - sprzedawca z targu, młoda dziewczyna o rudej czuprynie, dwójka chłopaków, którzy czasem przesiadywali pod galerią - ciągnęli za sobą kobietę. Ich sąsiadkę. Czarownicę czystej krwi, która błagała ich o litość, klęcząc na bruku, rozczochrana, z zakrwawionymi dłońmi.
Kurwa.
Penelope Abbott. Stała klientka galerii. W życiu muchy nie skrzywdziła, a teraz sama stała się ofiarą.
Nie było w nich litości. W ich oczach nie błyszczał już strach, lecz gniew - ten dziki, ślepy gniew, który rodzi się wtedy, gdy człowiek czuje się zdradzony przez cały świat. Astoria widziała, jak jeden z nich zrywa z kobiety cienką szatę, jak drugi przyciska jej ramiona do ziemi. Słowa mieszały się z krzykami, niosły w sobie coś między rozpaczą a nienawiścią.
Szlag. Była za słaba, by podbiec, chwycić i walczyć jak ktoś wyszkolony do bitew, ale nie mogła jej zostawić. Ręka jej drżała, płuca paliły, a w głowie kołatał nieprzyjemny szum - mimo to podjęła decyzję. Rzuciła zaklęcie, które miało prostą, brutalną użyteczność: z powietrza wyrósł gruby, skręcony sznur. Nie zdołała nawet zobaczyć, czy zaklęcie sięgnęło celu, a tym bardziej rzucić zaklęcia na pozostałych, bo ci odwrócili się w mgnieniu oka i posłali wiązankę klątw w jej kierunku. Odskoczyła w bok, instynktownie zwijając się mimo słabości, a jeden z promieni przeleciał obo jej głowy. Schowała się za murkiem.
- Dawaj ją tu - usłyszała krzyk mężczyzny. Z dobrych stron - chwilowo nie skupiali się na Penelope. Ze złych - skupiali się na niej. Nie mogła uciekać, nie mogła się teleportować, a tym bardziej pokonać w walce przeciwników. Głupia solidarność kobieca nie pozwoliła jej się odwrócić, a teraz sama zginie na brudnej ulicy, z rąk mugolaków... co za ironia.
Nagle murek przed nią eksplodował, rozpryskując się w deszcz odłamków. Upadła ciężko na bruk, oszołomiona, z bólem przeszywającym ramię i biodro. Odłamki kamienia poharatały jej skórę - czuła ciepło krwi sączącej się z drobnych ran, metaliczny smak w ustach i chrzęst pyłu między zębami.
Zanim zdołała się podnieść, wyrosły nad nią dwie sylwetki.
- Patrzcie, to ta szmata. Avery - rozległ się śmiech, a potem ból przeszył jej czaszkę, gdy mężczyzna kopnął ją w twarz. Z nosa poleciała krew i zamroczyło ją na sekundę. W odruchu, na oślep, wycelowała różdżką w kierunku ruchu i rzuciła pierwsze zaklęcie, jakie przyszło jej do głowy. W tej samej chwili coś błysnęło pod jej płaszczem. Vulcor, spłoszony i rozwścieczony, wyskoczył spod materiału jak kłębek iskier i pazurów. Mimo niewielkich rozmiarów był szybki - skoczył na twarz jednego z czarodziejów. Astoria, czując nagły przypływ adrenaliny, zaczęła się szarpać i wierzgać, próbując odsunąć od siebie drugiego. Czuła pod sobą twardy bruk i czyjeś ciężkie buty, które próbowały ją przygnieść. Każdy jej ruch był desperacki, chaotyczny, ale wciąż walczyła.
zaklęcie kształtowania - lina
Rzut N 1d100 - 59
Sukces!
Sukces!