• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[16.09.] The joy of firelight at the sunken sun.

[16.09.] The joy of firelight at the sunken sun.
Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#1
28.10.2025, 08:53  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.04.2026, 10:08 przez Lorien Mulciber.)  
Mulciber Manor

Pomyśl, że to sen brzmiała dewiza wyryta w nad bramą wjazdową do starej posiadłości otoczonej wrzosowiskami.
Lubiła teleportować się właśnie tutaj, aby móc poświęcić myśl czy dwie właśnie tym słowom. Czasem powtarzała je pod nosem jak mantrę; czasem milczała. Dziś- teleportowała ich tu bardziej z przyzwyczajenia. Ujęła Anthony’ego pod ramię, nawet nie spoglądając na złowieszczy napis, by poprowadzić go zadbanym podjazdem w stronę głównego wejścia. Wschodnie skrzydło - wciąż nieodbudowane po pożarze sprzed lat - zionęło pustką ogołoconych ścian, podziurawionego dachu i trawnika, na którym zdawało się, że nie urośnie nic poza krzakami róż. Choć i te pozbawione były liści i kwiatów, tworząc gąszcz martwych pędów. ”Natura, nie Śmierciożercy.” powiedziała cicho, gdy wzrok Anthony’ego nieuchronnie uciekł w stronę zrujnowanej części posiadłości. Pozostałe - centralna i zachodnia, wyglądały lepiej. Wciąż surowe, jak szary kamień warowny, z którego je wzniesiono, ale zadbane i… zamieszkałe. W jednym z okien na piętrze można było dostrzec przez moment cień kobiety, która zniknęła jednak z pola widzenia tak szybko jak się pojawiła. Milczące i wciąż żywe przypomnienie grzechów mieszkańców Mulciber Manor. Ale nie było dane czarodziejowi spotkać Seliny Ayers, bo nikt nie miał prawa zakłócać spokoju cygańskiej Prorokini.

Drzwi wejściowe skrzypnęły poruszone magią, by wpuścić gości w przestrzeń holu głównego. Nie było tu skrzatów domowych, tylko krzątającą się służba. Powoli rozpoczęto już przygotowania do Mabon, sądząc po ilości złota i czerwieni ozdób, którymi dekorowano całe pomieszczenie.
Le chat prześlizgnął się między nogami młodej pokojówki, zbyt zajętej ścieraniem magią kurzu z żyrandola, żeby kota przegonić. Otarł się stęskniony (na tyle na ile kot tęsknotę swoją okazywać planował) o nogę właścicielki, prężąc się i mrucząc. Ewidentnie przybycie gości wprawiło kota w całkiem pogodny nastrój. A może była to zasługa popołudniowej drzemki i pochwyconej podczas porannego spaceru całkiem dorodnej myszy, którą zdechłą pozostawił w prezencie Panu na dywanie w pokoju. Zostawiłby Pani, ale ktoś zamknął kotu drzwi do jej pokoju, a kot doskonale wiedział że takich zdobyczy się na korytarzu nie zostawia. Ktoś mógłby ją jeszcze ukraść i sobie przywłaszczyć i udawać, że sam mysz pochwycił.
A potem kot zobaczył, że służący wieszają nad drzwiami do galerii portretów girlandę i pobiegł w tamtą stronę, co by sprawdzić czy uda mu się nań wskoczyć. Sądząc po zduszonym, oburzonym “sho sho!” I szeleście uwieszonych gałązek - udało się.

Szczupły mężczyzna zmaterializował się tuż przed nimi. W grzecznym milczeniu wyciągnął dłoń po płaszcze przybyłych. I dopiero to zmusiło Lorien do wyswobodzenia ramienia Shafiqa z uścisku. Zsunęła z ramion szatę wierzchnią, wręczając ją służącemu, jednocześnie wypytując go cicho o sprawy przeróżne. ”Czy przyszła dzisiejsza poczta?” (Tak, zgodnie z życzeniem listy odniesiono do gabinetu Pana Mulciber). “Jak się czuje Ciocia?” (Pani spędziła dziś niemal godzinę na dworze. Teraz odpoczywa u siebie).
- Czy Alexander wrócił już do domu?
Na to pytanie służący nie zdążył odpowiedzieć, bo Lorien kątem oka zauważyła wysoką postać stojącą na progu jadalni. Drgnęła, prostując się odrobinę mocniej. Sztywniejąc nieco bardziej. Odczekała aż jej towarzysz przekaże rzeczy, żeby zaprowadzić go w stronę oczekującego Mulcibera. Przywitała się z bratem w milczeniu, pozwalając mu unieść obie swoje dłonie do ust. Nawet jeśli to sprawiło, ze musiała stanąć na palcach, a mężczyzna lekko się zgarbić. Nie zwróciła uwagi, gdy je odwrócił, by spojrzeć na znajome linie przeznaczenia wyryte w jej skórze.
Ostatnio robił to coraz częściej.
- Alexandrze, to mój przyjaciel, Anthony Shafiq, szef Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego.- Powiedziała miękko, powstrzymując chęć przygładzenia niesfornych loków brata. Zaraz potem odwróciła się tak, by móc przedstawić i jego. - Anthony, poznaj proszę mojego drogiego Alexandra Mulcibera, Pana na Mulciber Manor.
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#2
29.10.2025, 20:27  ✶  
- Tak. Mięliśmy już okazję. - Mieli wiele okazji. Pogrzeb męża Lorien był ostatnią z nich. Pogrzeb, po którym poszła razem z Anthonym do smoczego grobowca. Poszła by wrócić do grobowca wiktoriańskiego.

Zazdrość, która szarpała jego trzewiami przed tygodniem, została spopielona i oddana wiatrom przemierzającym poranioną Anglię. Wobec prawdy, którą wyjawiła mu na temat swojej diagnozy stał nagi i bezbronny, nie zamierzając się kłócić ni oponować. Czas ofiarowany im zawsze cenniejszy był od złota, teraz zaś jego wartość wzrosła tak niewyobrażalnie, że najtęższe umysły i księgowi Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego nie byłyby w stanie go wycenić.

Alexander Mulciber. Niewymowny. Brat.

Czy gdyby jego czas był odmierzany w dniach, też chciałby znaleźć się najbliżej połowy swojej duszy? Czy to był powód dla którego Morpheus finalnie zamieszkał na Horyzontalnej? Dla którego odkupił od niego dom na tyłach littlhangletońskiej posiadłości?

Anthony Shafiq przypominał nieco posągi z własnego ogrodu. Przystojna twarz rzadko kiedy zmieniała się, szczególnie teraz, gdy był poza swoim bezpiecznym gniazdem. Życzliwy uśmiech i czujność właściwa czasowi, który spędzał z jasnowidzem o którego umiejętnościach wiedział. Zadbał aby dziś, aby tego dnia nie robić nic, nie umawiać nic po tym spotkaniu. Zaufanie, którym obdarzała gospodarza jego przyjaciółka, nie było jego udziałem.

Wyciągnął rękę na powitanie, gdy Lorien zabrała już z cudzego pocałunku swoje skrzydła. Powitanie uściskiem w odmierzonym standardzie właściwe ministerialnemu księciu. Brał pod uwagę również to, że Mulciber nie będzie chciał tej dłoni uścisnąć, choć liczył na to, że oboje kierowani podobną motywacją, wspólnym szacunkiem do trzeciej składowej, zachowają się jak na cywilizowanych czystokrwistych czarodziei przystało.

- Nigdy nie mieliśmy jednak okazji mieć tego komfortu swobodnej rozmowy, zawsze w biegu, zawsze z powodów innych, niż czysta potrzeba serca. - Sięgnął do torby po czarne szkło zalakowanej butelki. - Przyniosłem wino. - Wyciągnął podarek w kierunku mężczyzny, jeśli ten miał ochotę go zobaczyć przed przekazaniem go służbie. Czerwone, bogate Barolo nie pochodziło z żadnej z jego winnic. Pio Cesare było włoską winnicą, do której czasem zaglądał, w swojej kolekcji miał kilka butelek z przełomu wieków, a dziś okazja zdawała mu się odpowiednią na rocznik 1898.
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#3
29.10.2025, 20:34  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.10.2025, 02:11 przez Alexander Mulciber.)  
Percepcja (4k) na intencje Anthony'ego Shafiqa.
Rzut PO 1d100 - 38
Slaby sukces...

Czas. Przenikliwe oczy Alexandra Mulcibera przesunęły się po twarzy Anthony'ego Shafiqa, na którego ramieniu wsparła się wracająca do domu Lorien Mulciber. Jak ktokolwiek mógłby wycenić czas, jaki im pozostał. Bez słowa wyszedł siostrze na spotkanie, bo przecież o to prosiła. Pojawił się na peryferiach jej spojrzenia niezauważenie, dokładnie w tym momencie, w którym podniosła głowę. Patrzył. Przywilejem jasnowidza było przecież patrzeć, i widzieć więcej niż widzieli inni. Widział ich zanim jeszcze nadeszli. Zanim przestąpili próg. Zanim przekroczyli bramę. A jednak ruszył się ze swojego miejsca dopiero po tym, jak dopalił papierosa. Zgnieciony niedopałek tlił się jeszcze w popielniczce na zawalonej książkami salonowej ławie. Przeszłość. Przyszłość. Teraźniejszość. Tylko prawa czasu obowiązywały jasnowidzów. W chwilach samotności, ulatujący dym był jedynym, co przypominało Alexandrowi o jego upływie. Ale odkąd zamieszkał z Lorien, rzadko bywał samotny. Często myślał natomiast o czasie.

Jak ktokolwiek mógłby wycenić czas, jaki im pozostał.

Anthony Shafiq wycenił go na więcej niż wart był pierścionek zaręczynowy, który chciał niegdyś włożyć na dłoń Lorien.
Na razie musiało to wystarczyć Alexandrowi, który ucałował i jedną, i drugą, podniósłszy je do ust na przywitanie.

Nie pokutował za to, co wydarzyło się w liminalnej przestrzeni łazienki Agnes Delacour. Nie musiał całować dłoni siostry, aby przypomnieć o obietnicach, jakie tam złożył. Gest był staroświecki, podobnie jak i wnętrze wiekowego domostwa, w którego fundamenty wbudowano spadły z nieba meteoryt. Była w nim czułość, ale i szacunek, mający głębię rytuału. W rytualny bowiem sposób powitano Anthony'ego Shafiqa w Mulciber Manor. Jak gdyby jego mieszkańcy przywiązywali wielką wagę do podniosłości właściwego przedstawienia. Wydawać być się mogło, że ton, w jakim zapoznała obojgu Lorien, jest przesadnie oficjalnym. Ale dla nich? Dla nich wszystko to było naturalnym. Wychowali się pośród tych murów, starych jak sam świat. Pośród martwych obyczajów, które kultywowali mimowolnie, utrzymując wyjątkowość czaru Mulciber Manor. Domostwa, które tkwiło zatrzymane w czasie i przestrzeni.

Oczywiście, że Alexander uścisnął Anthony'emu dłoń. Nawet powstrzymał się od odwrócenia jej, żeby podejrzeć linie, jakie nakreśliło na skórze przeznaczenie. Nie spuszczając nieruchomego wzroku z jego twarzy, patrzył mężczyźnie prosto w oczy. Zawsze prosto w oczy, nawet wtedy, gdy dłonie mogły powiedzieć Alexandrowi więcej, niż mówiły oczy. Nie należało bowiem patrzeć na dłonie: dłonie należało ściskać – mocno, ale nie za mocno – patrząc przy tym ludziom w oczy. Nie chciał być przecież postrzegany jako ktoś, kto nie potrafi wytrzymać ciężaru cudzego spojrzenia. Ojciec mawiał, że prawdziwego mężczyznę można poznać po samym tylko uścisku dłoni.

– Przyjaciele Lorien są moimi przyjaciółmi – odpowiedział prosto Alexander. – Goście pani na Mulciber Manor są moimi gośćmi. – Nawet jeżeli nie miał ochoty oglądać ich na oczy. Kurtuazyjnie skinął głową Anthony'emu, zanim odwrócił się, aby podążyć w stronę salonu. Nie spojrzał na wino. Butelkę przyjął usłużny lokaj, uprzedzając polecenie, które nigdy nie padło. Wiedział. Wszyscy przecież wiedzieli. Wystarczająco wiele okazji będzie miał Anthony Shafiq, żeby przypatrzeć się drżącym dłoniom pana na Mulciber Manor. Alexander nie zamierzał się przecież ze swą przypadłością kryć. Nie w rodzinnym domu, w którym czuł się swobodnym, co widać było zarówno w jego gestach, jak i w postawie ciała. Nawet ubrany był nieco swobodniej niż zwykle. Zdjął krawat, pozostając tylko w prostej koszuli i spodniach. Swobodnie wpakował ręce do kieszeni. Wciąż drżały, w przeciwieństwie do głosu Alexandra, który był cichy, lecz pewny.

– W roku 1898 wygłoszono wiele przepowiedni – zaczął monotonnym, zdawałoby się, lekko znudzonym tonem. Usiadł w swoim ulubionym fotelu, przy niskiej ławie, na której rozsypano drewniane paciorki opatrzone przedziwnymi symbolami. – Pomyślałem, że warto pochylić się nad jedną z nich. Może wyjątkowe talenta natury lingwistycznej rodu Shafiq mogłyby służyć tutaj pomocą.

Choć służba już dawno przygotowała miejsce na podwieczorek, nikt nie ośmielił się tknąć stosów pergaminów, które zalegały po jednej stronie długiego stołu w głębi przestronnego pomieszczenia. Wyraźnie nie sprzątnięto ich przez wzgląd na Alexandra. Nie wolno było ruszać jego dokumentów. Niektóre były zapisane równym, niemal kaligraficznym pismem, inne pełne były notatek robionych w pośpiechu, z wyblakłymi plamami po rozlanej kawie. Tu i ówdzie widniały symbole astrologiczne, matematyczne wykresy, zdawałoby się, przypadkowe zdania w różnych językach: łacinie, arabskim, francuskim...


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#4
30.10.2025, 20:15  ✶  
Żyli i umierali wierni tradycji która ich zrodziła; kulturze wykutej w kamieniu węgielnym zastygłego w czasie rodu, pamiętającego czasy minione, o których lubiła ostatnio śnić.
Ale czy można było na wpólmartwym ludziom odmówić ich umiłowania do grobowców? Zwłaszcza tych, które choć przez krótki czas mieli prawo nazywać swoim domem?

Mieliśmy już okazję.
- Ach tak. Oczywiście.- Uśmiechnęła się niemal niewinnie, próbując zatuszować gafę, którą zdawało się, że popełniła. Nawet jeśli wspomnienia z pogrzebu męża, dziś spoczywającego jakieś sześć stóp i jedną poduszkę pod ziemią, umykały z jej pamięci coraz bardziej, rzeczywiście czarodzieje mieli okazję się tam poznać. A może i wcześniej? Może na pewnym wieczorku u przeuroczej Agnes Delacour. Nie jej to wiedzieć, prawda?
Jeśli słowa Alexandra zrobiły na niej jakiekolwiek wrażenie - Lorien nie pokazała tego po sobie. Nie zachichotała jak zauroczona dziewuszka; rumieniec nie pokrył jej bladych policzków; utrzymała kąciki ust w ryzach.
Pani na Mulciber Manor było tytułem cenniejszym niż najdroższa obrączka.
Tych miała w swojej szkatułce z biżuterią wystarczająco wiele. Był rzeczą, która jej się należała nie z racji urodzenia, a niezachwianej lojalności. Jej. Nie Dianie. Nie Lorettcie. Tylko i wyłącznie jej. Moje, moje, moje szepnął zduszony głos podświadomości. Otrząsnęła się z natarczywych myśli, ale nie pozwoliła sobie spojrzeć bok w piękne, zdobione ornamentami lustro wiszące na ścianie.
Dziś nie chciała widzieć kości. W stronę wina zerknęła przelotnie, gdy szybko znalazło się w dłoniach lokaja. Ach włoskie. Cudownie. Gdyby ktoś ją pytał o całkiem obiektywną ocenę, jak na eksperta przystało, oświadczyłaby że nie świat nie zna win lepszych nad włoskie.

Skierowała się za bratem do salonu, wyraźnie ukontentowana faktem, że ten jakąkolwiek rozmowę z gościem postanowił podjąć. Wiele mówiło się o tym jak ciężko żyć z Niewymownymi pod jednym dachem. Ale zdecydowanie zbyt mało na temat tego, że najciężej to wyciągnąć ich z piwnicy.
- Alexandrze… Czy naprawdę musimy zawracać panu Shafiq’owi głowę tymi wróżbiarskimi zabawami? - Westchnęła, mimowolnie kierując wzrok w stronę drewnianych paciorków. Żaden nie był jednak złoty, więc żadnemu nie poświęciła ptasiej uwagi.- Jestem pewna, że już Morpheus nie daje mu od nich odpocząć.- Zaśmiała się lekko, ale wskazała dłonią fotel naprzeciw, gdyby jednak Anthony zdecydował się zasiąść przy ławie. Rzuciła Anthony’emu przy tym niezwykle przepraszające spojrzenie, samej zajmując miejsce za fotelem brata. Ruch, który przyszedł jej zupełnie naturalnie, bo pozwalał jednocześnie uczestniczyć w rozmowie, a przy tym trzymać się Alexandra blisko. Choć zapewne wyglądało to dość zabawnie, biorąc pod uwagę, że Lorien była niewiele od fotela wyższa.
Pewnie, gdyby byli sami i byłaby jedyną ofiarą zmuszoną do słuchania kolejnych anegdotek o przepowiedniach, których z roku na rok zdawało się przybywać, zsunęłaby dłonie na jego szyję, obejmując ją czule. A może, w niemal dziecinnym odruchu, przechyliłaby się jeszcze bardziej, przytulając swój chłodny policzek do jego, oczekując, że splecie ich palce razem. Nie przeszkadzało jej drżenie dłoni jasnowidza. Nie mówiła o tym jednak na głos.
O tym się nie mówiło w Mulciber Manor, choć wszyscy zdawali się wiedzieć.

Ale nie robiła teraz nic, zachowując perfekcyjną postawę. Niemal przesadnie wyprostowana, jakby ściśnięto jej gorset odrobinę zbyt mocno. Nawet to było częścią tradycji przeciw której buntowało się tak wiele czystokrwistych panien. Bo przecież brat zawsze miał pierwszeństwo przed siostrą. Lorien odnajdowała w tej staroświeckiej, krzywdzącej rutynie dziwaczny spokój. Nie lubiła kłócić się z naturalnym porządkiem rzeczy.
- Byliśmy z panem Shafiq’iem w kamienicy nad Regent’s Canal.- Powiedziała zamiast tego.- Tata chciał, żeby oszacować straty. Spójrz.
Wyciągnęła z kieszeni zniszczone karty tarota znalezione jeszcze nie tak dawno w kamienicy. Wręczyła je Alexandrowi, wolną dłoń wspierając o miękkie oparcie fotela.
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#5
31.10.2025, 19:01  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.10.2025, 19:22 przez Anthony Shafiq.)  
Rozproszenie IV + Oklumencja na mizianie po mózgu
Rzut PO 1d100 - 67
Sukces!

Były takie dni, zwłaszcza po tym, jak z Morpheusem pierwszy raz wypuścili na wolność swoje patronusy, że czuł się smokiem. Bezskrzydłym, beznogim, ale przecież wiele smoczych gatunków zamieszkiwało ziemię a i tacy władcy przestworzy mogli poszczycić się swoją potęgą. Na nic zdały się tłumaczenia, że patronusy nie mogły być istotami magicznymi, utkwione w symbolice współdzielonej pamięcią pokoleń nie tylko czarodziejskich ale też mugolskich. On miał smoka, Morpheus feniksa. Było to bardzo oczywiste.

Podobnie też Anthony wyobrażał sobie swój umysł - mieszkanie owej eterycznej istoty, ucieleśnienia jego energii życiowej - jako smoczą pieczarę. Bezpieczną, o grubych, nieprzebytych skalistych ścianach, która wewnątrz mieniła się błękitem tysięcy półprzezroczystych kryształów, pieczołowicie kolekcjonowanych wspomnień i słów tych wypowiedzianych i otrzymanych. Z zewnątrz śliski, lekko wilgotny i odpychający szarą granią. Wewnątrz piękny i spokojny, choć... z oczywistych względów ów spokój został w ostatnim czasie wzburzony, a kryształy ubrudzone sadzą i krwią. Wciąż jednak kamień otulający to zmęczenie był taki sam. Był. Taki. Sam.

Dotyk jasnowidza był spodziewany, wciąż jednak niemile widziany. Utkwione w Alexandrze, pozornie zobojętniałe stalowe oczy, zdawały się odbiciem w ciele jego duchowej i umysłowej ochrony. Ochrony prywatności, którą opanował przecież jeszcze jako nastolatek.

Nikt nie może się dowiedzieć

Wtedy chodziło o miłość. O zauroczenie. O świadomość własnej odmienności i przemożny strach, że ta odmienność może zniweczyć wszystko, o czym Anthony marzył i co chciał osiągnąć.

Dziś chodziło o kontrolę.

– Bardzo chętnie. Lubię tego typu szarady, choć może zajrzyjmy tam później, gdy Pani Domu wysyci się tym niecodziennym spotkaniem. – Uśmiechnął się do Lorien, dla której w ogóle narażał się na ryzyko, nie bacząc na otwartość w okazywaniu bliskości pary. Zamiast tego poddał się tematyce rozmowy, o zrujnowanej kamienicy i niecodziennym znalezisku. Karty... Wszystkie talie Morpheusa, jego piękna kolekcja... Sam gdy był wczoraj w Dolinie Godryka odważył się podejść do płotu Warowni by zobaczyć tę ruinę. Nie czuł przy tej okazji zbyt wiele, poza troskę o przyjaciela, który w tej wojnie tracił absolutnie wszystko. Brata. Majątek. Poczytalność. – Patrząc teraz na Was nie mam pewności, czy ta piątka... nie, to była szóstka, prawda? Sześć kielichów, zdaje się być bardziej waszą kartą, niż... kartą kwiatów i wina. Szczególnie, że nic co bym przyniósł tutaj dzisiaj nie mogłoby konkurować z tym łanem wrzosów na zewnątrz. Pięknie się prezentują te wzgórza...
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#6
04.11.2025, 09:13  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.11.2025, 09:18 przez Alexander Mulciber.)  
– Ależ nalegam – odpowiedział Alexander obojętnym tonem, który nie pozostawiał jednak miejsca na sprzeciw. Nie żeby spodziewał się go ze strony Lorien. Niemo, bo samym spojrzeniem, nakazał jej zająć miejsce siedzące. Dlaczego pani na Mulciber Manor miałaby bowiem stać w obecności gościa, kiedy to jej należały się wszelkie honory, jako gospodyni? Być może więcej było w jego naturze despoty, aniżeli sam Alexander zdawał sobie z tego sprawę. A może oboje z Lorien zdążyli zwyczajnie wejść w należne im role, nawyknąć do nich, czy też do harmonii, jaką wnosiły do ich życia. Bo czym był spokój, jeżeli nie drobną kobietą po drugiej stronie salonu, zwiniętą w kłębek na kanapie niczym kot? Jej ciężkie, złote kolczyki leżały na książce, którą czytał wczoraj Alexander. Odłożył ją na stolik, zanim usiadł przy kominku, żeby powróżyć z płomieni. Siedział wsparty o kanapę, odwrócony plecami do Lorien, która zasnęła, głaszcząc go po głowie. Czy to wszystko już było, zastanawiał się przez chwilę jasnowidz, wiecznie rozdarty między wspomnieniami przeszłości, a wizjami przyszłości, czy może dopiero miało być? A może i jedno i drugie. Bo chociaż gruby wełniany koc został zwinięty, wciąż leżał na kanapie, przypominając, że mieszka tu teraz Lorien, której czasem było pośród starych murów zwyczajnie zimno. Przypominały o tym wszystkie te drobne rzeczy, jakie zagracały wspólną przestrzeń, bo Alexander pewnego dnia stanął w drzwiach pokoju Lorien, i tym samym, nieznoszącym sprzeciwu tonem, nakazał jej się rozpakować. "Wróciłaś przecież do domu." A niechby Anthony Shafiq miał pretensje, że próbuje przeniknąć maskę jego opanowania, pomyślał spokojnie, chociaż jeszcze przed kilkoma tygodniami poczułby irytację, odbijając się od protektywnej osłony oklumencji. Jaki brat nie chciałby znać intencji mężczyzny wobec kobiety drogiej mu niby siostra? Bliższej niż żona?
Nie było w nim irytacji, nie było nawet wrogości. Po prawdzie, niewiele w Alexandrze było. Pustka na dnie jego oczu wydawała się przerażającą... A może przerażająco spokojną. Wystarczyło jedynie przeciągłe spojrzenie, którym powiódł po twarzy Lorien. Jak gdyby chciał przypomnieć, że w całym swoim autorytaryźmie, zawsze pozostawiał jej wybór. Tak jak siostra respektowała bowiem rozkazy brata, tak brat respektował życzenia siostry. Więc wybierz, najdroższa. Wyprostował swobodnie rękę, przesuwając łokieć spoczywający dotychczas na szerokim oparciu w taki sposób, aby zrobić jej miejsce u swego boku. Udzielając cichego przyzwolenia na to, aby przysiadła na podłokietniku jego ulubionego fotela niczym ptaszek na żerdzi, jeżeli nie chciała się zanadto oddalać. A wszystko to bawiąc się nieprzerwanie talią kart, którą mu wręczyła.

Niemal się wówczas uśmiechnął.

– Wyjątkowo, tego popołudnia byłem hen daleko od wzgórz Yorkshire. Zdecydowałem się bowiem pochylić nad tekstem spisanym w 1898 roku, przed bitwą pod Omdurmanem. Podczas jednego z tych bezsensownych mugolskich konfliktów na kontynencie afrykańskim. Zniszczono wówczas ośrodki starożytnego kultu, które czarodzieje tak długo chronili przed grabieżcami. Zamordowano wiekowego proroka. Zginął Mahdi, ostatni z wielkich mistyków zakonu derwiszów... A wraz z nim, pamięć o ich tajemnicach. Gdyby nie jeden zbiegły akolita, ocalały w boju, nigdy nie poznalibyśmy ich dzieł. – Alexander skinął głową w stronę ławy, na której, oprócz malowanych, drewnianych paciorków, leżał stos pergaminów: tak starych, zawierających oryginalne teksty, jak i nowych, z tłumaczeniami skreślonymi jego ręką. – Przez wieki, mistycy afrykańscy zgłębiali bowiem problem "imienia boga". Wspólna modlitwa, podczas której chórem recytowali "jego najpiękniejsze imiona", była tak naprawdę potężną czarodziejską inkantacją, której znaczenie próbowali odkryć. A jednak był to rodzaj litanii. Po wypowiedzeniu każdego imienia trzeba było przesunąć jeden z paciorków na sznurze modlitewnym, tasbih, na który nanizano ich dokładnie dziewięćdziesiąt dziewięć. Matematycznie wychodzi z tego klasyczna permutacja. Według przybliżenia Stirlinga liczba kombinacji jest 933 razy 10 do potęgi 53 razy większa niż liczba atomów w Układzie Słonecznym. Niewykonalne obliczenie. Jeżeli jednak ustawi się symbolizujące imiona paciorki w odpowiedniej kolejności... – Alexander wzruszył lekko ramionami. – ...Można powiedzieć, że reguła starożytnego zakonu była zagadką, zapewniającą, że tylko jasnowidzowie będą mieli dostęp do gromadzonej przez lata wiedzy. Z naukowego punktu widzenia, znaczenie ma przede wszystkim jej wykorzystanie do interpretacji wcześniejszych tekstów: zawiera wyrażenia zapożyczone z języka staroegipskiego, które dotychczas często były dla nas niezrozumiałymi. Bo język pełen jest niedosłowności. Myślę, że niektórzy nazwaliby to poezją. – Wyciągnął z talii szóstkę pucharów, obracając ją zręcznie między palcami, niemalże jak kuglarz, nie jak uczony wróżbita. – Ja po prostu wiem, że imiona mają moc. Nawet jeżeli te nanizane na tasbih nie należą do żadnego boga. W tłumaczeniu dotarłem dopiero do pięćdziesiątego ósmego, ale pomyślałem, że ci się spodoba – rzucił Alexander, zwracając się nagle bezpośrednio do Lorien.  – "Sprawiedliwość gniewu, który z nieba spada, jak ptak ognisty, paląc niegodziwych wionięciem swych skrzydeł" – wyrecytował poważnie, jak gdyby zdradzał jej największe tajemnice wszechświata, a może po prostu opowiadał żart, który tylko ona zrozumie. A potem nagle zamrugał, wciąż śmiertelnie poważny. – Nie obróciłaś dzisiaj w popiół marzeń o karierze prawniczej żadnego stażysty, prawda?


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#7
18.11.2025, 09:41  ✶  
Lorien uważała, że to szalenie niekulturalne miziać kogoś po mózgu. A już zwłaszcza, gdy chodziło o gości. Na szczęście nie miała pojęcia o toczącej się mentalnej walce między mężczyznami, bo zapewne Alexander usłyszałby parę ostrych słów na temat prób infiltracji jej przyjaciół. Z drugiej jednak strony Anthony naraziłby się na pełne podejrzeń spojrzenia i pytania “Co takiego strasznego musisz ukrywać za zasłoną oklumencji?” Nie było w tym konflikcie wygranych, byli tylko miziający i miziani.
Można by godzinami rozmawiać o ich przepięknych pałacach umysłów, pielęgnowanych latami pracy nad sobą. Lorien wiedziała… nie, wróć; głęboko wierzyła, że wie jak wygląda jej własny. Znała poszczególne sale wyłożone siecią wspomnień tak rzeczywistych, że mieszały się z jawą. Setki flakoników ustawionych na stole niczym fiolki na tureckim bazarze. Kot. Czarne mury przedwiecznej wieży. A potem ręka pokryta liszajami wyciągnięta w jej stro…
Drgnęła nieznacznie na samą myśl.

Znała to “ależ nalegam”, ale zdążyła tylko rzucić to wymowne, wręcz przepraszające spojrzenie Anthony’emu. Próbowała. Niestety na tym wykładzie z wróżbiarstwa obecność była nie dość że sprawdzana to jeszcze obowiązkowa. Rzeczywiście, gdy tylko Aleksander odsunął rękę z podłokietnika, Lorien na nim przysiadła. Ruch był prosty, naturalny, zupełnie jakby robili to tak często, że spełnianie niemych życzeń brata weszło jej już w nawyk. Niby słuchała całego tego monologu o mistykach i regułach jasnowidzów i tłumaczeniach staroegipskich, ale jednocześnie… no nie.
Dlatego, gdzieś w połowie całej opowieści wychyliła się w stronę stolika tak mocno, że Mulciber nie miał innego wyjścia jak ją przytrzymać w pasie, żeby z podłokietnika nie spadła. Ale sądząc po pewności z jaką się ruszyła - nie byłby to pierwszy raz. Imiona mają moc. Lorien powtarzała to zdanie z niemal nabożną czcią - imiona bowiem były czymś więcej niż funkcją. Nigdy nie powiedziała o nieświętej pamięci Robercie inaczej jak “mój mąż”. Awansował ostatnio do roli jej zmarłego męża. Z jaką łatwością przychodziło jej szufladkowanie ludzi, patrzenie na nich przez pryzmat rodów, zawodu czy urodzenia. Ten urzędnik, ta szlama, ten ktoś. A potem jak gdyby nigdy nic odwracała się do przyjaciół i szczebiotała “mój Antonio”, “mój Alex”.
Moje, moje, moje.

Wybrała z rozrzuconych po stole koralików jeden, który najbardziej przypadł jej do gustu. Obejrzała go, obracając przez moment w palcach, by wreszcie upuścić go na otwartą dłoń Alexandra.
- A ten? Czy ten też mnie jakoś ładnie nazywa?- Zapytała. Nie przypominała teraz żadnej sprawiedliwości gniewu ani innego płonącego ptaszyska.
Posłała delikatny uśmiech w stronę Anthony’ego. No cóż, sam pisał się na tą herbatkę. Mógł się nie spodziewać przy okazji wywodu o mistycyzmie i jasnowidzeniu, ale… Przecież nie było w tym nic złego. Było bardzo miło. Dokładnie tak jak powinno być.
- To wszystko jest bardzo interesujące. Nie wiedziałam, że Departament Tajemnic zaczął się zajmować mistycyzmami z kontynentu afrykańskiego… Czy to może twój prywatny projekt? Mimo wszystko wykonanie tych wszystkich dziewięćset trzydziestu trzech seksdecylionów? decyliardów? kombinacji przemnożonych przez liczbę atomów w układzie słonecznym brzmi jak zadanie dla co najmniej dwuosobowego zespołu. Ale mam takiego jednego stażystę Harry’ego…-Zażartowała.
Oczywiście, że żartowała, choć szczerze powiedziawszy - czy dawanie zadań niemożliwych nieszczęsnemu stażyście byłoby czymś nowym? To wcale nie było tak, że chłopaka nie lubiła. Po prostu… w przeciwieństwie do rozlubowanego w szlamach i mugolach kuzyna Croucha, Lorien zdawała sobie sprawę, że niemagicznie urodzonemu w Wizengamocie będzie ciężko. Rozpieszczenie dzieciaka nie przyniosłoby mu nic dobrego w dalszej karierze.
– Nie obróciłaś dzisiaj w popiół marzeń o karierze prawniczej żadnego stażysty, prawda?
- Oy! Anthony potwierdzi, że oni wszyscy mają ze mną za dobrze.- Skrzyżowała ramiona niemal urażona jakże okrutną insynuacją.- Jak za moich czasów stary Rowle prowadził wykłady to potrafił człowieka na ostatnim roku kursu wyrzucić.

Zabrała Alexandrowi swoją kartkę z szóstką pucharów. Sześć kielichów, zdaje się być bardziej waszą kartą, niż... kartą kwiatów i wina.
- To prawda, tutejsze wrzosowiska są przepiękne. Po herbacie się tam przejdziemy na spacer, o tej porze roku aż żal je sobie odpuścić. Mam tylko nadzieję, że pogoda nam dopisze. - Zacisnęła delikatnie dłoń na przedramieniu Alexandra.- Nie będę cię odrywać od pracy nad…- Machnęła dłonią w stronę stolika.- tym.- Skończyła zdanie mocnym akcentem.
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#8
02.12.2025, 23:36  ✶  
Im głębiej wchodził do środka, tym bardziej czuł się nie na miejscu, a dyskomfort rozkwitał w nim niespiesznym bluszczem, na pograniczu czucia. Rozpoznawał te drobne okruszki porozsypywane w leśnym runie ogromnej, doniosłej rezydencji, zwłaszcza teraz, gdy w Little Hangleton doświadczał ich braku. Pewien wzorzec konstelacji, gwiazd układających się teraz na cudzym niebie, gdy na własnym każda z nich zwyczajnie pewnego dnia zniknęła pośród odłamków bezkrwawego szkła.

Jego twarz nie zdradzała zbyt wiele, ponad życzliwy uśmiech właściwy życzliwej wizycie. Obiecanej przecież. Wyczekiwanej. Zajął miejsce na przeciwko pary, której intymność przywołała pachnące mokrą ziemią i chłodem sierpniowego wieczoru pytanie. Dlaczegóż Lorien Mulciber nie pozostała w tych murach, skoro była ich panią? Czemu na ten krótki czas została jego gościem? Gościem, który nawet nie rozpakował swoich pakunków do końca.

Anthony mimo wszystko nie chciał poddawać się tym myślom, rozważaniom, które mogłyby zakłócić przebieg spotkania. Nie chciał poddawać się zazdrości, która z oczywisty sposób zagościła w zaborczym sercu. Tę rozmowę mieli dawno za sobą, a jej wnioski przywołali podczas ostatniego obiadu w Zorzy będącego w pewien sposób końcem. Będącego w pewien sposób początkiem odliczania, o którym nikt nie mógł w tym pokoju mówić.

Z uwagą wsłuchał się w słowa Alexandra, odnajdując w jego mowie znajome pasma fascynacji Niewymownych czymś. Tematem. Fiksacją. Pragnieniem dotknięcia i zrozumienia niemożliwego. Uśmiech złagodniał, opuszkami palców zaczął zataczać niespieszne kręgi, odnajdując we własnej pamięci książki i słowa innej kultury, innych ludów, nazywanych przez niektórych prymitywnymi. On wolał myśleć o nich jako o kolebce. Kolebce wszystkiego.

- Możliwe, że brak tej tragedii również nas pozbawiłby tych informacji. Mistycy niechętnie dzielą się swoimi odkryciami. Nie z kimś, kto nie przeszedł za wczasu próby. Bez względu na szerokość geograficzną, wygląda to całkiem podobnie. - Uniósł dłoń do podbródka, aby dać sobie podparcie, gdy wzrokiem uciekł na bok, jakby przyglądał się mapom, które tylko on mógł dostrzec. Eteryczne arrasy fascynacji obcymi kulturami unosiły się przynosząc ciągi asocjacji kojących wzburzone serce. To mogło na moment przysiąść i posłuchać rozumu.

- Nieco bardziej na południe, z jeszcze większą estymą podchodzi się do słowa. Prawdziwe słowo przypisane przedmiotowi, stanowi jego rdzeń istnienia, uchwycenie energetycznej wiązki w dźwiękową falę wychodzącą z naszego gardła. Nadane imię? Ścieżka losu. - Anthos. Chodziło o kwiat? Dlaczego nestor rzymskiego rodu wybrał akurat taki patronaż? Dlaczego stał się jego udziałem? Przeznaczenie wołało. - Prawdą jest jednak, że język, jego struktury gramatyczne, sposób podejścia do głosek, słów i sposobu wyrażania myśli nie jest zdeterminowane przez to, jak myślimy. Odwrotnie. To język właśnie kulturowo kształtuje sposób myślenia. Nasze słowniki. Nasze przekonania. Prawdą jest również, że w kulturze, w której do magii podchodziło się przez słowo, magia bezróżdżkowa przychodzi dzieciom tamtej ziemi niemalże naturalnie. Każde z boskich imion może więc nie potrzebować właściwej kolejności, ale tchnienia splotu, które nada mu kształtu, w tym magicznym arrasie. Kto wie, może nawet zaklęcie o tej potędze, byłoby w stanie zszyć materię rozerwanego podczas Bełtane świata? - Zastanawiał się głośno, nie myśląc o kokieteryjnych zaczepkach dwojga. Teraz, gdy pogrążony w zadumie, obracał w palcach rozważania tak słodko surrealistyczne, w porównaniu do wyzwań, które obecnie stawiał przed nim los. Bolesnej prozy, zawiedzionych nadziei i nieco rozpaczliwego poszukiwania nowego celu. Teraz to wszystko blakło, wobec zagadki. - Zastanawiam się… nad magią w imionach i myślę o imionach magii, które w sumie są tak powierzchownie traktowane w bieżącym stuleciu. A jednak… potencjał, który mógłby być odkryty, gdybyśmy dotarli do rdzenia czegoś, co nasze gardła nawet nie są w stanie wypowiedzieć. Język ludzki, jest zaiste niedoskonały. Ale boski? - Ile osób, ilu pomazańców potrzebowałaby magia zklęta w jego żyłach, aby mógł odnaleźć w sobie ten dziwaczny, imaginowany teraz język wykraczający poza czas i przestrzeń. Sapnął nieco sam rozbawiony tym jak bardzo nadęło się całe zagadnienie w jego głowie. - Mahomet nie potrzebował różańca. Z praktyk mnichów, z tego co słyszałem, powtarzane bez końca mantry wyrywają się w końcu w ich duszach, tak że usta mimowolnie na łożu śmierci szeptają je ku chwale bóstwa. Może to jest klucz? Sądzę, że Twój Harry sprostałby i temu zadaniu, w ramach doświadczenia. - Lekko kpiący uśmieszek powrócił na twarz Shafiqa. Nie zazdrościł chłopakowi, ale był przekonany ponad wszelką wątpliwość, że jeśli przetrwa te 144 heraklesowe prace, to z pewnością późniejsza kariera zdawać mu się będzie Polami Elizejskimi.
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#9
15.02.2026, 15:19  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.02.2026, 15:40 przez Alexander Mulciber.)  
– Bogów nie ma – stwierdził beznamiętnie Alexander, przytrzymując delikatnie Lorien, gdy ta nachyliła się, aby obejrzeć paciorki rozsypane na stoliku. Nie zareagował nawet, gdy zniknął na chwilę za burzą ciemnych, wszędobylskich loków, które połaskotały go w nos zapachem jaśminu. Powiódł spojrzeniem za jej wyciągniętą dłonią, zanim zwrócił oczy z powrotem na Anthony'ego. Kąciki ust zadrżały mu wówczas, jak gdyby tłumił uśmiech.

Wiedział już przecież, jaki paciorek wybierze Lorien.

– Choć to o czym pan mówi, napomykając o "boskim języku" zbliża się do idei boskości, jaką nawet ja zdołałbym zaakceptować. Żeby wiara była prawdziwie wiarą, obiekt kultu nie może być dostępny poznaniu, objęty rozumem, potwierdzony dowodami empirycznymi. Jeżeli bóg jest poznawalny, nie wymaga wiary. Wiara zaczyna się tam, gdzie kończy się wiedza. Wiara zakłada bowiem epistemiczną niepewność. To nigdy nie był więc bóg, jeżeli miał imię. – Nawet mówiąc: "bóg istnieje", popełniało się w przekonaniu Alexandra błąd. Bo istnienie miało swoje ograniczenia. Wszystko, co istniało, było domeną wiedzy, bo zostało nazwanym, opisanym. Boskim było tylko to, czego nie dało się nazwać. – Nigdy nie spotkałem niczego, czego człowiek nie byłby w stanie nazwać. Nie wątpię więc w moc języka człowieczego. Język boga... Cóż, byłby milczeniem. Ale przecież gdyby wyrwać panu język, nie byłby pan wcale bogiem, lecz kaleką. – Niebieskie ślepia znieruchomiały nagle. Alexander nawet nie mrugnął, ciagnąc nieprzejednanie dalej. – Gdyby zabrać panu imię, nie byłby pan bogiem. Byłby pan po prostu nikim. Co bowiem znaczy imię? Co znaczy "Anthony Shafiq"? – zapytał szczerze zaciekawiony jasnowidz, prostując się w fotelu, gdy zrobiła to też i Lorien. Podniósł lekko swój kielich z winem, które rozlała dla wszystkich służba, jak gdyby proponował toast. – Na którą sylabę należy położyć nacisk, żeby poznać go prawdziwie, na imię, czy na nazwisko? Czy mówić należy po angielsku, czy z obcym akcentem? Z dystansu od ojczystego języka jest czasem łatwiej, a czasem trudniej... Dlatego lubię, gdy mówisz po włosku, Lorien. Nawet niedobre rzeczy brzmią w tym języku dobrze. Ale znów, może to tylko moje wrażenie. – W oczach Niewymownego zapalił się znajomy, złośliwy błysk. Jaki język ojczysty wybrał sobie obieżyświat z rodu Shafiq? Ale zamiast pociągnąć temat dalej... Zwyczajnie odpuścił. Uśmiechnął się lekko do Anthony'ego.

Zabawki Lorien były zabawkami Lorien.

– Tylko moje, że tak powiem, osobiste czepialstwo, bo bardzo mnie kwestie epistemologii drażnią, panie Shafiq. Zgadzam się z panem natomiast, że istnieją potężne inkantancje, wpływające na utkanie przeznaczenia. Utkanie materii świata. Ładnie powiedziane. Dlatego właśnie ekspertyzy lingwistów są nieodzownymi podczas podobnych eksploracji. Darzę sympatią pański ród, bo Shafiqowie w translacjach celują. Aparat pojęciowy winien być nienagannym. Nader precyzyjni musimy być w słowach, jakich używamy. W pewnym sensie nie różni się to od prawniczego żargonu, od którego boli mnie głowa... Wiem tylko, że każde słowo może być użyte przeciwko mnie – przysiągł na wpół poważnie, na wpół żartobliwie, położywszy rękę na sercu, zanim Lorien zdążyła spiorunować go wzrokiem, obrażona. Naturalnym było, że zadbał o to, żeby uwzględnić ją w rozmowie. Choćby po to, żeby poigrać nieco na siostrzanych nerwach, bo wiedział przecież, że nudziły ją podobne dywagacje.

Pozwolił jej odczytać symbole wyryte na drewnianych paciorkach, poczuć zaklętą w nich magię pod opuszkami palców.

"A ten? Czy ten też mnie jakoś ładnie nazywa?"
– Niestety, tego jeszcze nie przetłumaczyłem – skłamał. Uśmiechnął się jednak szeroko, jak gdyby się z nią droczył, pozwalając, aby jego twarz rozświetlił rzadki, promienny uśmiech. A jednak nie przetłumaczył inskrypcji. Nie wypowiedział na głos imienia, które sobie wybrała. Po prostu zamknął delikatnie dłoń Lorien na paciorku, przyglądając się jej z czystą adoracją nawet wtedy, gdy wypuścił ją z uścisku. – Na pewno nie nazwie cię imieniem ładniejszym od tego, które już masz. Lorien Johanno Mulciber.
Czasem miał powody, żeby czegoś nie mówić, czym w dzieciństwie strasznie ją frustruował. Zaklinał się na wszystkie świętości, przysięgając solennie, że to duchy przodków zabroniły zdradzać objawione mu sekrety... "To idź rozmawiać sobie ze swoimi duchami", fukała na niego wtedy, rozzłoszczona. Alexander bywał szalenie przesądny. Miewał głupie sekrety, z którymi dzielił się tylko na osobności... Gdy najmniej się tego spodziewała, dostawała jednak swoją odpowiedź. Tym razem sekretem było to, że chciał użyć inkantacji do stworzenia dla niej ochronnego amuletu.

– Nie będę was dłużej zatrzymywał. Dziękuję i tak, żeście dotrzymali mi towarzystwa – powiedział natychmiast na słowa siostry, przystając zgodnie na jej propozycję. Ostatni raz spojrzał na Anthony'ego.

Rzut na Antony'ego, Wykaz intencji, percepcja (4k).
Rzut PO 1d100 - 44
Sukces!

– Poślę panu kiedy indziej ksiażkę w temacie magii bezróżdżkowej, która może pana zainteresować, panie Shafiq – rzucił lekkim tonem na pożegnanie.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#10
03.03.2026, 10:51  ✶  
Obserwowanie boju dwóch intelektualistów zawsze sprawiało Lorien wyjątkową przyjemność. Może dlatego, że zbyt zaaferowani sobą, przestawali wówczas patrzeć przez chwilę na nią. A wówczas ona mogła pozwolić sobie na moment oddechu. Wyzbycie się uśmiechu, którego utrzymanie wymagało ciężkiej pracy mięśni, opuszczenie brwi i ramion wraz z lekkim westchnieniem, jak gdyby tylko ta namiastka powietrza i sztywny gorset trzymały ją jeszcze w pionie.
Nie było nic miłego w stawaniu się tłem konwersacji, ładnym elementem wystroju wyposażenia, ale… przecież ona sama nie była tu bez winy.
Przyjdź do mnie na herbatę.- Prosiła Anthony’ego, chcąc by poznał jej brata bliżej. By choć on, wiedziony jej słowem, przestanie spoglądać na tak przecież bliską jej sercu osobę, z pobłażliwością króla świata. Herbata mogła zamienić się w wino - to nie miało znaczenia. Przesunęła niewidzącym wzrokiem po zastygłej w wyrazie wiecznej wędrówki twarzy Shafiqa, gdy rozwodził się o korelacjach języka i poglądów. Magia imion… Czy taka w ogóle istniała? Czy może wszystko krążyło wokół intencji wypowiadającego i znaczenia nie miały same wypowiadane słowa, a ich otoczka.
Nie, nie możesz nie przyjść.- Pisała Alexandrowi, wiedząc, że spróbuje umknąć przed jakimkolwiek spotkaniem. Ale tego typu niezobowiązujące spotkania dobrze mu robiły. Tak musisz z nami posiedzieć. Nawet jeśli temu zaprzeczał, to czas, który spędzał z innymi ludźmi nie był czasem dlań przecież straconym. Tak długo jak mogła go wyrwać z odmętów jego własnego umysłu, tak długo planowała go zadręczać herbatkami z jej przyjaciółmi. Bezwiednie uniosła dłoń do ciemnej plątaniny loków Alexandra i wyciągnęła jakiś paproszek. Strzepała go na ziemię.
W gruncie rzeczy obaj panowie byli do siebie szalenie podobni. Nawet jeśli zarzekali by się na wszelkie świętości i bogactwa tego świata, że łączy ich absolutnie nic. Podobnie uparci, podobnie zafiksowani na podobnie nudnych rzeczach, podobnie niedostępni dla świata.
- Sądzę, że rycie modlitw i mantr na duszy może być jednak nieco ponad jego kompetencje.- Odparła na zaczepkę o nieszczęsnym stażyście. Słuchała. Cały czas słuchała ich rozmowy, z wyboru jednak w niej aktywnie nie uczestnicząc.

Bogów nie ma.
Coś w tym zdaniu zrodziło w Lorien bunt. Cichy, wewnętrzny, zupełnie jakby trzema słowami Alexander zacisnął palce na jej umyśle, wprawiając w dyskomfort całe ciało. Nie rozumiała tego uczucia. Nie rozumiała skąd się wzięło. Więc je przemilczała, pozwalając bratu i Anthony’emu rozmawiać w spokoju. I tak o wiele bardziej interesowały ją w tym momencie koraliki, a gdy wręczono jej kielich, upiła po prostu, smakując się w cierpkości wina.
- Allora perché offendi la divinità, se vuoi che io ti parli nella lingua degli dei? - Zapytała, jakby w odpowiedzi na cały ten quasi naukowy wywód, świadoma, że tylko Anthony ją rozumie. Ale pytanie prześlizgnęło się przez jej usta nim zdążyła się nad nim zastanowić. Zupełnie jak gdyby ta myśl i głos nie należały do niej. Potrząsnęła głową. Musiała być zmęczona. Nie zareagowała nawet, gdy nazwał ją pełnym imieniem i nazwiskiem, choć nic nie brzmiało jak słodsza pochwała.
- Powinieneś porzucić tłumaczenia i nazwać ten jeden Collecta, Mens Una Aeterna.- Powiedziała zamiast tego, pogrążona we własnych myślach. Tych jej i tych, które zdawały jej się być wręcz zapożyczone. Wiedziała, że kłamie - wszyscy w tym pokoju kłamali, chcąc ukryć swoje sekrety. Nie rozumiała tylko dlaczego to robią. Paciorek przyjemnie ciążył w jej ściśniętej dłoni, ale po chwili zamrugał. Zmarszczyła delikatnie nos. Coś było nie tak, ale nie potrafiła powiedzieć co. Dlaczego w ogóle się odezwała? Palce nieco pobielały na zaciśniętej ozdobie.- Nikt się w tych tryliardach tryliardów nie zorientuje, zaufaj mi.- Dodała ze śmiechem, ale nawet śmiech brzmiał w jej ustach głucho. Coś było nie w porządku, ale tylko ona czuła co. Nie wiedziała, czuła.

Alexander mógł się pożegnać. Mógł chcieć się jej pozbyć tak szybko, ale zgodnie z naturalną koleją rzeczy (i wciąż jeszcze pełnymi kieliszkami) kulturalna rozmowa, mniej lub bardziej momentami porywająca, trwała jeszcze przez chwilę. Na tyle by zdążyli wypić przyniesione przez Anthony’ego wino. Zaskakujący na tym wcale-nie-herbacianym podwieczorku zdawał się być… brak jakiegokolwiek jedzenia. Pani Mulciber jeść nie chciała lub nie mogła - ciężko powiedzieć, który powód aktualnie był bardziej istotny. Wiedziała też, że Alexander nie sięgnie po żadną przekąskę w mniej sobie znanym towarzystwie, a przez to nie chciałą postawić w niekomfortowej sytuacji Anthony’ego.
- Pozwól, że pokażę ci moje ulubione miejsce w okolicy, mio Antonio.- Odstawiła w końcu swój pusty kieliszek, starając się nie naruszyć porządku rzeczy na ławie dzielącej państwa Mulciber od pana Shafiqa. Zawsze tak było. Zawsze coś stało im na przeszkodzie. Nawet jeśli pozwalała prowadzić się pod ramię, obejmować w pasie, całować w policzki i dłonie, zawsze coś, niczym niewidzialna ściana oddzielało Lorien od ludzi. Podniosła się ze swojego miejsca na podłokietniku.- Tą altanę zbudowano jeszcze w latach, gdy panem był Alexander I Mulciber. Przetrwała wszystkie perturbacje losu, wielki pożar sprzed lata... Jest zachwycająca…
Trajkotała, poprawiając nieco pogniecioną spódnicę. Tak, teraz mogli już pożegnać się z panem domu i dać mu wreszcie spokój.

zaczynam powoli odgrywać fabularne zmiany w genetyce maledictusa (w tym momencie jeszcze dopracowywane mechanicznie)
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (2519), Anthony Shafiq (2308), Lorien Mulciber (2650)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa