03.11.2025, 14:28 ✶
—1/10/1972—
Anglia, Londyn
Elliott Malfoy & Anthony Shafiq
![[Obrazek: imgproxy.php?id=AcTqLoZ.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=AcTqLoZ.png)
He put the book away,
I almost told him why,
a lighted alcove,
a table underneath a stairs,
in someone's else's house,
the japonica spray,
I had stood,
unable to tear myself away.
I almost told him why
I went out to take cuttings,
knelt by a shady wall
in October rain.
![[Obrazek: imgproxy.php?id=AcTqLoZ.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=AcTqLoZ.png)
He put the book away,
I almost told him why,
a lighted alcove,
a table underneath a stairs,
in someone's else's house,
the japonica spray,
I had stood,
unable to tear myself away.
I almost told him why
I went out to take cuttings,
knelt by a shady wall
in October rain.
Apartament wyglądał inaczej.
Miał rośliny.
Miał kolory.
Miał o wiele więcej płaszczy i butów pozostawionych w nowej eleganckiej szafce ustawionej przy drzwiach.
Salon... zwykle biały, lśniący, wręcz sterylny - jak mówili co złośliwszy goście za plecami gospodarza - teraz nabrał eklektycznego sznytu. Figurki, obrazki, kolorowe (o zgrowo) poduszki i koce.
Anthony nawet nie patrzył w stronę pokoju, z którego zniknął jego sekretarzyk przy którym zwykł pisać listy. Nie patrzył w stronę drzwi do łazienki, na której większość nowych domowników zwykła zostawiać mu zabawne notatki. To znaczy... zostawiali je sobie na wzajem, ale i on musiał uczestniczyć w tej dziwacznej grze.
– Chodźmy prosto do gabinetu proszę – poprosił miękko, głosem zmęczonym bankietem, porzucając od progu maskę osoby doskonale bawiącej się na tego typu wydarzeniu. Był smutny. Zatroskany. Zmęczony. Zegar milczał, zdawało się Shafiq'owi, że było już po północy, ale nie był pewien. Mimo, że kroczył obok Kanclerz Skarbu, pozwolił sobie na szybkie przekartkowanie w głowie swojego kalendarza, odhaczenia kolejnego wydarzenia i zweryfikowania przygotowań do następnego.
Dopiero gabinet wydał się znajomy - niczym ostatni bastion antoniuszowej suwerenności pośród nieprzyjaznego, acz - nie dało się tego ukryć - przytulniejszego otoczenia. Gabloty wciąż uginały się od smoczych artefaktów, ksiąg i dokumentów. Ciężkie biurko zdobne było w miedzianą rytualną misę w której gospodarz zwykł palić nieudane szkice własnych listów. Dwa fotele i stolik z karafką przedniej whisky czekały wręcz mimo późnej pory na ich obecność, a z nowości w tym pomieszczeniu był parawan i szezlong zamieniony na wąską, przypominającą katafalk kanapę pozbawioną wezgłowia.
– Tak. To mój pokój obecnie, przepraszam Cię za warunki, ale w mojej rezydencji obecnie króluje moja matka, która nie zamierza w najbliższym czasie opuścić Anglii. Drobna sprzeczka podczas Mabon, zamieniła się w przedłużoną nieprzyjemność. – ujął ciosany kryształ karafki i nie pytając zbytnio polał i Elliottowi i sobie, głównie po to, by umoczyć usta w alkoholu cięższym niż musujące wino.
Dopiero wtedy opadł na fotel, pozwalając dymnemu aromatowi rozlać się po podniebieniu. Stalowe oczy opadły na Elliotta, a Anthony pozwolił sobie obdarować go o wiele szczerszym uśmiechem.
– Jak dobrze, że wróciłeś. – ulga rozlewała się w głosie, oboma palcami Anthony ujął nasadę nosa i roztarł ją znajomym gestem zbyt wielu godzin spędzonych nad zbyt wieloma słowami i liczbami. – Mamy tyle pracy... nie wiem od czego zacząć, w co włożyć ręce. Zgubiłem kompas Elliocie. Zgubiłem swoją wagę, aby słusznie i z przekonaniem ustalić co ważne, a co może poczekać. Wszystko... wszystko zdaje się tak samo ważne. Tak samo naglące. Niezbędne, ale też... w takiej godzinie, w takiej ciszy... nieosiągalne. – Mówił, bo przecież wcale nie czekał kilku godzin, by zwierzyć się młodszemu mężczyźnie. Mówił, bo już dawno przestał być jego mistrzem, a on przestał być jego stażystą. Dawna szachowa rozgrywka okazała się sukcesem dla obojga, a układ dotąd wygodny, nagle zdawał się mu być niezbędny. Już dawno nie był mistrzem, mógł więc okazać słabość. Mógł okazać się człowiekiem. A teraz...? Zaczęli te słowa podczas balkonowej konwersacji u progu przyjęcia.
Więcej wstępu nie było potrzebne.
Miał rośliny.
Miał kolory.
Miał o wiele więcej płaszczy i butów pozostawionych w nowej eleganckiej szafce ustawionej przy drzwiach.
Salon... zwykle biały, lśniący, wręcz sterylny - jak mówili co złośliwszy goście za plecami gospodarza - teraz nabrał eklektycznego sznytu. Figurki, obrazki, kolorowe (o zgrowo) poduszki i koce.
Anthony nawet nie patrzył w stronę pokoju, z którego zniknął jego sekretarzyk przy którym zwykł pisać listy. Nie patrzył w stronę drzwi do łazienki, na której większość nowych domowników zwykła zostawiać mu zabawne notatki. To znaczy... zostawiali je sobie na wzajem, ale i on musiał uczestniczyć w tej dziwacznej grze.
– Chodźmy prosto do gabinetu proszę – poprosił miękko, głosem zmęczonym bankietem, porzucając od progu maskę osoby doskonale bawiącej się na tego typu wydarzeniu. Był smutny. Zatroskany. Zmęczony. Zegar milczał, zdawało się Shafiq'owi, że było już po północy, ale nie był pewien. Mimo, że kroczył obok Kanclerz Skarbu, pozwolił sobie na szybkie przekartkowanie w głowie swojego kalendarza, odhaczenia kolejnego wydarzenia i zweryfikowania przygotowań do następnego.
Dopiero gabinet wydał się znajomy - niczym ostatni bastion antoniuszowej suwerenności pośród nieprzyjaznego, acz - nie dało się tego ukryć - przytulniejszego otoczenia. Gabloty wciąż uginały się od smoczych artefaktów, ksiąg i dokumentów. Ciężkie biurko zdobne było w miedzianą rytualną misę w której gospodarz zwykł palić nieudane szkice własnych listów. Dwa fotele i stolik z karafką przedniej whisky czekały wręcz mimo późnej pory na ich obecność, a z nowości w tym pomieszczeniu był parawan i szezlong zamieniony na wąską, przypominającą katafalk kanapę pozbawioną wezgłowia.
– Tak. To mój pokój obecnie, przepraszam Cię za warunki, ale w mojej rezydencji obecnie króluje moja matka, która nie zamierza w najbliższym czasie opuścić Anglii. Drobna sprzeczka podczas Mabon, zamieniła się w przedłużoną nieprzyjemność. – ujął ciosany kryształ karafki i nie pytając zbytnio polał i Elliottowi i sobie, głównie po to, by umoczyć usta w alkoholu cięższym niż musujące wino.
Dopiero wtedy opadł na fotel, pozwalając dymnemu aromatowi rozlać się po podniebieniu. Stalowe oczy opadły na Elliotta, a Anthony pozwolił sobie obdarować go o wiele szczerszym uśmiechem.
– Jak dobrze, że wróciłeś. – ulga rozlewała się w głosie, oboma palcami Anthony ujął nasadę nosa i roztarł ją znajomym gestem zbyt wielu godzin spędzonych nad zbyt wieloma słowami i liczbami. – Mamy tyle pracy... nie wiem od czego zacząć, w co włożyć ręce. Zgubiłem kompas Elliocie. Zgubiłem swoją wagę, aby słusznie i z przekonaniem ustalić co ważne, a co może poczekać. Wszystko... wszystko zdaje się tak samo ważne. Tak samo naglące. Niezbędne, ale też... w takiej godzinie, w takiej ciszy... nieosiągalne. – Mówił, bo przecież wcale nie czekał kilku godzin, by zwierzyć się młodszemu mężczyźnie. Mówił, bo już dawno przestał być jego mistrzem, a on przestał być jego stażystą. Dawna szachowa rozgrywka okazała się sukcesem dla obojga, a układ dotąd wygodny, nagle zdawał się mu być niezbędny. Już dawno nie był mistrzem, mógł więc okazać słabość. Mógł okazać się człowiekiem. A teraz...? Zaczęli te słowa podczas balkonowej konwersacji u progu przyjęcia.
Więcej wstępu nie było potrzebne.