• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Poza Wyspami v
1 2 Dalej »
[05.10.1972, Rumunia] to tu | Geraldine, Ambroise, Benjy

[05.10.1972, Rumunia] to tu | Geraldine, Ambroise, Benjy
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#1
12.11.2025, 10:08  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 17:51 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

05.10.1972, Curtea de Arges, Rumunia

Dotarli do miasteczka, które znajdowało się niedaleko zamku, których ich interesował. Był późny wieczór, jakimś cudem udało im się znaleźć kwaterę, w której mogli się zatrzymać. Curtea de Arges było niewielkim, prowincjonalnym miasteczkiem, niewielu było tu obcych, chociaż okolica była chyba najbardziej znana w Rumunii. W końcu tutaj znajdowały się ruiny zamku, w którym kiedyś miał mieszkać najbardziej znany wampir wśród wampirów.

Geraldine dostała kontakt od ojca, miała znaleźć człowieka, który mógłby zaopiekować się jej bratem, pomóc mu jakoś odnaleźć się na tej nowej drodze życia. Oczywiście nie wyruszyła w podróż sama, wolała nie ryzykować, w Rumunii znaleźli się we trójkę, co doceniała, wiedziała, że w przypadku Ambroise'a dość ciężko było o kilka dni urlopu, a Benjy, cóż Benjy na pewno mógł mieć coś ciekawszego do roboty niż sprawdzanie lokacji dla jej brata.

Mieszkanie, w którym się znajdowali nie należało do największych, nie było też zbytnio wyszukane, jednak mieli dach nad głową, czystą pościel, a nawet posiłek przygotowany przez uroczą panią Niculae, co najważniejsze kobieta nie należała do tych wścibskich, opiekowała się mieszkaniami w niewielkiej kamienicy, na obrzeżach miasta. Nie wypytywała o cel ich wizyty, mimo, że pewnie swoim łamanym angielskim byłaby w stanie to zrobić. Nie do końca wyglądali bowiem na turystów, ale tutaj ludzie raczej nie mieli w zwyczaju wtrącać się w nieswoje sprawy.

W Rumunii było chłodniej niż w Wielkiej Brytanii, przywitały ich ulewy, które nie ułatwiały podróży, jednak na to nie mieli najmniejszego wpływu, pogoda bywała kapryśna, na szczęście zaopatrzyli się w odpowiednie ubrania, podróż nie miała być długa, tak naprawdę póki co mieli się tu tylko rozejrzeć, zasięgnąć języka, wypytać o wszystko. Decyzja bowiem nie była jeszcze podjęta, co nie zmieniało faktu, że sprawa była dość nagląca. Mieli bowiem w Walii wampira, który mógł zrobić krzywdę sobie i innym. Ktoś musiał doprowadzić go do porządku, oni polegli, więc wypadało sięgnąć po usługi profesjonalistów.

Siedzieli w prowizorycznej kuchni, dość zabawnie wyglądali próbując zmieścić się we trójkę przy niewielkim, okrągłym stole. Zdecydowanie nie był przystosowany do osób o ich rozmiarach, nie było jednak sensu narzekać. Geraldine zdarzało się sypiać w mniej atrakcyjnych miejscach, zresztą jej kompanom na pewno również. Ciężkie krople deszczu uderzały o parapet, nie zapowiadało się na to, aby szybko miało przestać padać, chociaż może jutro będą mieli więcej szczęścia i w końcu wyjdzie słońce, gdy znajdą się u celu swojej wędrówki. Naprawdę nie obraziłaby się, gdyby chociaż jeden dzień w tym miejscu był dla nich łaskawszy. Poniekąd była to przecież ich podróż poślubna... uśmiechnęła się sama do siebie na tę myśl, nie wyglądała bowiem na wymarzoną, a do tego mieli w pakiecie przyzwoitkę.

Geraldine dopijała gorzką herbatę, jak na jej gust była nieco zbyt mocna, ale na herbacie znała się tyle, co wcale. Zazwyczaj w ogóle jej nie pijała, musiała jednak zmienić swoje przyzwyczajenia związane z trunkami, po które sięgała wieczorami. Na pewno wolałaby mieć w tej chwili w dłoni szklankę z whisky, ale w tym przypadku nie było nawet o czym dyskutować.

- Mamy jakieś dwadzieścia kilometrów do zamku, nie musimy zrywać się z samego rana. - Warto było ustalić jakiś plan na kolejny dzień, nie mieli zbyt wiele czasu na ten cały wypad, przez co cała podróż była dość szybka, nie mieli szansy wyspać się porządnie od kiedy opuścili Londyn. To był ten dzień, kiedy mogli to nadrobić.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#2
12.11.2025, 20:26  ✶  
Nie był to pierwszy raz, gdy planowali zagraniczną wyprawę, która mogła kosztować ich trochę więcej niż standardowe rekreacyjne wyjazdy. I to nie do końca w sensie materialnym, finansowym, mającym na myśli galeony, na jakich brak ostatnio raczej nie mogli narzekać. Nie. Nawet jeśli trudno byłoby powiedzieć, że kiedykolwiek byli poza granicami Wielkiej Brytanii tylko po to, żeby leżeć plackiem w tropikalnym kurorcie, sącząc drinki i okazjonalnie mocząc dupę w ciepłej wodzie. Nie był to bowiem raczej ich styl wypraw. Ambroise zdecydowanie wiedział, że ten wyjazd i tak miał należeć do bardziej wymagających niż zazwyczaj.
Tym razem mieli bardzo konkretną listę celów do osiągnięcia. Nie mogli tak po prostu włóczyć się po górach i lasach, biwakując na łonie natury i tylko raz na jakiś czas schodząc do siedzib ludzkich, aby uzupełnić konieczne zapasy. W żadnym razie nie był to także jego wymarzony wypad w Alpy, gdzie mogliby wynająć górską chatę, spędzając czas przy rozpalonym kominku i urządzając sobie długie spacery. Ba, nawet jeśli w szpitalu zasłonił się chęcią wzięcia kilku wolnych dni, aby spędzić je ze świeżo poślubioną kobietą w ramach miodowego długiego weekendu, nie była to także do końca ich podróż poślubna.
Tym bardziej, że mieszkanie, które udało im się wynająć na kilka dni, jakie mieli spędzić w Rumunii, być może miało mieć dwa osobne pomieszczenia sypialne, ale wchodząc do środka, musieli bardzo szybko zweryfikować swoje oczekiwania. Tak naprawdę, właścicielce chodziło bowiem o sypialnię i salon z tycią kuchnią w aneksie, w którym (niemalże przy samej mocno szumiącej lodówce) stała rozkładana kanapa. Nie dało się ukryć: to było niezbyt duże dla większości ludzi. Dla nich? Wystarczyło powiedzieć, że gdy usiedli przy stole, jego nogi musiały zostać wygięte w naprawdę osobliwy sposób. Reszta towarzystwa również nie mogła raczej narzekać na zbyt mocny komfort.
W tym momencie sporo dałby za możliwość napicia się herbaty z prądem, ale dokonywane przez nich wybory sprawiły, że skończyli z praktycznie miniaturowymi zapasami mającymi wystarczyć im na bardzo cienką kolację i jeszcze cieńsze śniadanie albo na jeden normalniejszy posiłek. Alkohol się w nich nie znalazł, gdyż nawet z kondycją, jakiej raczej nie brakowało żadnemu z nich, niesienie butelek w bagażu nie byłoby łatwą sprawą. Padało, wiało, było zimno i mokro, a mgła, która zdążyła ogarnąć okolicę, dosyć mocno ograniczała widoczność. Łatwo byłoby zgubić się po drodze.
Nie dlatego, że ktokolwiek z nich nie znał się na orientacji w terenie, tylko przez to, że żadne nigdy wcześniej nie było w tej okolicy. Co prawda, rzucili kilka zaklęć na mapę, zanim ruszyli w trasę, aby papier nie przemókł po dwóch minutach, jednakże podmuchy wiatru i szarówka bardzo utrudniały odczytywanie właściwego kierunku. Nawet magia nie była w stanie załatwić wszystkiego, gdy podejmowało się podobne wysiłki. Ale przecież czego nie robiło się, aby zadbać o wspólną przyszłość, czyż nie?
Zadbanie o sytuację z bratem Geraldine było koniecznością, nie wyłącznie opcjonalnym wyborem, który mogli, ale nie musieli podjąć (chociaż niby nic nie musieli, a jednak, ocho). Astaroth sprawiał problemy zarówno samemu sobie, jaki wszystkim najbliższym mu ludziom. Stanowił coraz większe zagrożenie i nikt ani nic, co znajdowało się na wyciągnięcie ręki, nie mogło tego zmienić. Próbowali, ale bezskutecznie. Wreszcie potrzebowali zaakceptować fakt, że być może ponieśli klęskę i jedyną możliwością było poszukanie pomocy z zewnątrz.
Całe szczęście, Gerard dysponował naprawdę sporą siatką znajomości. Znacznie większą niż Ambroise mógłby kiedykolwiek zakładać, co jednocześnie zdziwiło go i wcale nie było aż takie zaskakujące, gdy uświadomił sobie, że przecież jego teść bardzo dużo podróżował zagranicą, gdy jeszcze był w formie. Teraz nie mógł tego robić już tak łatwo, ale od czego były sowy, czyż nie? Wysłany list spotkał się z na tyle przystępną odpowiedzią, że oto znaleźli się w tym miejscu.
Nie mogli jednak tak po prostu pojawić się w środku nocy pod bramą zamku, posiłkując się świstoklikiem, który by im przysłano. Gospodarz, do którego mieli interes, nie zwykł aprobować takich technologii, poza tym papierologia zapewne zajęłaby im całe wieki. On je miał, tak samo Astaroth, ale oni i człowiek, który odpisał w imieniu swojego szefa? No, już niekoniecznie. Wybrali więc drogę pieszo i przenocowanie nie tak daleko od miejsca docelowego.
Dwadzieścia kilometrów to było zarówno niewiele, jak i sporo, gdy brało się pod uwagę bagaże. Musieli zatem podróżować względnie lekko, licząc na to, że kolejnego dnia po prostu odwiedzą jakiś sklep. Tym bardziej, że mijane przez nich zajazdy były zamknięte na trzy spusty. Roise nie miał zielonego pojęcia, czy działały weekendowo, czy całkowicie zamknięto je na jesień i zimę będącymi niezbyt turystycznymi miesiącami w miasteczku, do którego przyszło im dotrzeć. Całe szczęście, natrafili na naprawdę pomocną gospodynię, opiekującą się nieruchomością, która zapewniła im ciepły posiłek po podróży.
Ten sam, który jakimś cudem udało im się zjeść, nie zderzając się przy tym za mocno łokciami. No cóż. Po tej wyprawie zdecydowanie mieli być ze sobą blisko, zapewne dowiadując się o sobie nawzajem znacznie więcej niż w Exmoor, gdzie było całkiem komfortowo. Upijając łyk herbaty, kiwnął głową.
- Jeśli dalej będzie tak padać, chyba powinniśmy zaczekać aż na dobre zrobi się jasno - stwierdził, jednocześnie patrząc w ciemne okno. - Chociaż nie ma też sensu liczyć na okno pogodowe, bo może nas zastać wieczór. Ósma będzie w porządku? - Zasugerował, rzucając spojrzenie w kierunku reszty towarzystwa.
Mogli trochę odpocząć, dokładnie tak jak mówiła Rina, ale jednocześnie chyba powinni podnieść się na tyle wcześnie, aby szybciej niż później dotrzeć na miejsce. Tym bardziej, że czym innym było pojawienie się u bram tamtego miejsca, czym innym natomiast próba spotkania z osobą, która mogła, ale nie musiała chcieć im pomóc.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
12.11.2025, 21:35  ✶  
W Curtea de Argeș było zimno, ciemno i cholernie cicho - idealnie, bo w środku czułem się dokładnie tak samo. Niebo było tak niskie i ciężkie, że miałem wrażenie, jakby miało opaść nam na głowę. Deszcz nie ustawał od momentu, w którym minęliśmy granicę hrabstwa Argeș. Najpierw lało w sposób uporczywy, równy, potem w sposób bardziej złośliwy - krótkie, nerwowe uderzenia, które przypominały o tym, że już dawno powinniśmy byli być w środku, przy ogniu, w suchych ubraniach. Miasteczko wyglądało jak zapomniana przez wszystkich kraina duchów, może miało to coś wspólnego z pogodą, może z porą roku i końcem sezonu - wszystko tonęło w szarości i wilgoci, jakby sam czas postanowił się tu zatrzymać. Wieczór zapadał zbyt wcześnie, jak na październik, a latarnie przy głównej ulicy tylko udawały, że rozświetlają ciemność. Nie mówiłem tego głośno, ale to miejsce pasowało do mnie aż za dobrze - ten chłód, ten przesiąknięty wodą zapach ziemi, to przygasłe, obce światło. Zbyt dobrze znałem podobne miejsca - zaułki w Buenos Aires, ruderę w Veracruz, górskie wioski w Kolumbii, w których życie toczyło się na granicy milczenia i zapomnienia, wszystko to wróciło, kiedy patrzyłem przez zamglone okno wynajętego mieszkania. Niby był tu stół, krzesła, nawet kanapa - wszystko, czego potrzebowaliśmy, a jednak czułem się, jakbym znów nocował w przejściowym punkcie, czekając tylko na kolejną granicę do przekroczenia. Nie miałem już swojego miejsca, nie od dawna. Każdy dom, w którym się zatrzymywałem, był tylko przystankiem. Każdy język, którym próbowałem mówić, był obcym dialektem. Każdy człowiek, którego zostawiałem za sobą, był cieniem, którego już nie chciałem gonić. Gdybym miał tu cokolwiek mocniejszego, piłbym to, ażby mnie wyłączyło, ale racjonalna część umysłu stwierdziła, że nie dało się tego zrobić, nie przy konieczności odbywania tak długiej podróży, niosąc dostatecznie dużo, w trudnych warunkach terenowych.
Ciasnota tego miejsca uderzyła mnie od razu. Stół w kuchni wyglądał, jakby pamiętał czasy pierwszych komunistycznych zebrań, jeszcze przed czterdziestym siódmym, był tak mały, że każdy z nas miał kolana prawie pod brodą, a nasze ramiona ocierały się o siebie. Zerknąłem w stronę okna - ulica pod nami była pusta, ciemna, ledwie oświetlona żółtym światłem jednej latarni. Poprawiłem się na krześle, które skrzypnęło niebezpiecznie. Moje rzeczy spoczywały na kanapie w aneksie, rozrzucone w nieregularnym porządku, tak jak moje życie - bo co innego mógłbym zrobić, skoro para młoda miała pierwszeństwo w tym, co mogło być ich przestrzenią na kilka dni załatwiania spraw zamiast pełnoprawnego miesiąca miodowego? Zresztą, w innym świecie i przy innych warunkach, ja też bym sobie zagarnął kawałek wygody, tyle że w innym stylu, bardziej bezceremonialnie. Tutaj wszyscy musieliśmy iść na ustępstwa, bo nie chodziło o nas. Podniosłem się nieco, by się przeciągnąć, uderzając łokciem o kant stołu, tłumiąc przekleństwo.
Astaroth… Brat Geraldine. Wampir, którego ostatnio stan pogorszył się tak bardzo, że kontakt z nim stawał się coraz trudniejszy, a niebezpieczeństwo coraz bardziej namacalne. Nie wyglądał najlepiej, nawet jak na martwego - to, co się z nim działo, nie było zwykłym załamaniem, coś w nim pękało, jakby jego ciało miało dość własnej natury. Nie wiedziałem, czy bardziej mnie to przerażało, czy fascynowało. Z czasem człowiek przyzwyczajał się do patrzenia na rozkład - zawodowo, ale kiedy dotyczyło to kogoś, kogo znałeś jeszcze jako człowieka, zanim wszystko poszło w diabły… To inna sprawa. Dlatego tu byłem, nie z obowiązku, nie z lojalności wobec ojca Geraldine, chociaż to on nas wysłał. Po prostu… Nie mogłem inaczej. Nie po tym, co już wcześniej zostawiłem za sobą, zbyt wielu ludzi straciłem z powodu własnych decyzji, nie chciałem, żeby ten był kolejnym.
Podniosłem filiżankę, a światło z taniej żarówki padło na moje dłonie. Knykcie miałem poobijane, skóra była przecięta w kilku miejscach, wciąż lekko spuchnięta - zdarzenie sprzed kilku dni, Londyn, pewien idiota w barze i jeszcze większy idiota - ja - który postanowił nie puścić komentarza o „dupodajkach z Pokątnej”. Może gdybym nie był wtedy tak wściekły, nic by się nie stało, ale byłem, i nawet nie do końca na niego. Siniak na szczęce pulsował, kiedy piłem, przypominał mi, że mimo całego doświadczenia, mimo tylu lat spędzonych między światami, wciąż potrafiłem dać się sprowokować. Może dlatego, że coś we mnie pękło na dobre. Nie mówiłem o tym nikomu, nawet Ambroise’owi, wiedział, że byłem nie do końca trzeźwy emocjonalnie, ale nie zadawał pytań. Znał mnie wystarczająco długo, by wiedzieć, że są rzeczy, które się zostawia w spokoju, może właśnie dlatego był moim przyjacielem. Przeciągnąłem dłonią po szczęce, czując tępy ból pod skórą. Siniak rozlewał się od żuchwy aż po ucho, fioletowy, ciężki, przypominający o tym, że parę dni temu popełniłem ten sam błąd, co zwykle. Przez pół życia przemierzałem Ameryki, wchodziłem w układy z ludźmi, którzy byli gorsi i lepsi ode mnie, zajmowałem się rzeczami, których dziś wolałbym nie pamiętać. Nie musiałem nic mówić, nie musiałem nawet się zdradzać z tym, co czułem. Wystarczyło, że siedziałem.
Nie powinienem był odchodzić w taki sposób, ale gdybym został, zniszczyłbym to, co między nami jeszcze było. Czasem odejście to jedyna forma troski, jaką jesteś w stanie dać, czasem to po prostu tchórzostwo w ładnym opakowaniu. W każdym razie - bolało. Bardziej, niż chciałem przyznać, tym razem bolało inaczej. Może dlatego, że sam do tego doprowadziłem. Może dlatego, że tym razem nie mogłem nawet zrzucić winy na nikogo innego. Długie godziny podróży z UK, przepełnione deszczem, ciemnością i rozmowami, które nie niosły w sobie żadnej ulgi, nie poprawiły mojego nastroju.
A teraz siedziałem tutaj, w górach, z ludźmi, których los związał ze mną w zupełnie inny sposób, próbując ratować istotę, która dawno już nie należała do naszego świata, i wszystkich, którzy mieli to nieszczęście mierzyć się z konsekwencjami postępującej utraty kontroli nad młodym wampirem. Uniosłem filiżankę z herbatą, starając się poczuć ciepło, które w rzeczywistości nie dotykało mnie wcale. Wewnątrz mnie kłębiła się frustracja, bezradność, żal, złość, ale z zewnątrz byłem nadzwyczaj spokojny.
- Ósma będzie w posządku. - Rzuciłem, przyglądając się deszczowi uderzającemu w szyby. - Lepiej nie spieszyś się na siłę. Zlesztą, pszy tym tempie i tak nadlobimy czas w dlodze. Jeśli ktoś chce pszespaś polanek, nie będę plotestował. - Dodałem, bo w końcu pół życia spędziłem w ciągłym ruchu, i powiem szczerze, że chwilowy odpoczynek nie wydawał mi się grzechem.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#4
12.11.2025, 23:00  ✶  

Geraldine naprawdę próbowała. Pilnowała brata przez ostatnie kilka miesięcy. Robiła co mogła, najwyraźniej to było jednak za mało, bo zawiodła. Nie znosiła porażek, w tym wypadku jednak dość szybko musiała się po niej otrząsnąć i znaleźć inne rozwiązanie, które miało mu pomóc. Czuła się w pewien sposób odpowiedzialna za to, co się z nim stało. W końcu razem polowali na tamtego wampira, jej się nic nie stało, a Astaroth, Astaroth umarł jej na rękach, później narodził się na nowo. Mogło być gorzej. Mógł na zawsze odejść z tego świata. Być może było to okrutne, ale zdarzało się jej zastanawiać nad tym, czy nie byłoby to dla niego lepsze. Szczególnie, kiedy zaczęła dostrzegać to, jak bardzo zatracał siebie. Było w nim coraz mniej z jej brata, stawał się kimś kogo nie znała. Nie miała pojęcia, czy był to okres przejściowy, czy tak już miało pozostać. Warto jednak było próbować o niego walczyć, a nuż uda się doprowadzić go do względnego porządku. Nie łatwo bowiem było skreślić członka swojej rodziny. Zresztą w ich przypadku... mogło to się przytrafić każdemu. Wiedzieli, jak wygląda ryzyko, polowania mogły zakończyć się właśnie w ten sposób. Padło na niego, nie na nią, z tym też na początku nie mogła sobie poradzić, wolałaby sama znaleźć się na jego miejscu, to nie tak, że chciała stać się potworem, jeśli jednak miałaby jakiś wybór, to nie zastanawiałaby się nad tym - wzięłaby to na siebie.

Właściwie od lat nie miała problemu z tym, aby brać na siebie odpowiedzialność za swoją rodzinę. Jej starszy brat zniknął, przepadł jak kamień w wodę. Tak naprawdę nie miała pojęcia, gdzie się aktualnie znajduje i czy w ogóle jeszcze żyje, dawno do niej nie pisał. Powoli o nim zapominała, co mówiło samo za siebie. Astaroth... był dzieciakiem, do tego zamienionym w wampira. Okazało się, że jest najbardziej odpowiedzialną latoroślą swoich rodziców, co było całkiem zabawne, bo nie spodziewała się, że tak to się skończy. Wyobrażała sobie, że będzie żyć gdzieś z boku, nie angażując się w te wszystkie rodzinne sprawy, rzeczywistość dość szybko ją zweryfikowała. Nie do końca tego pragnęła, ale nie miała aktualnie innego wyboru, musiała jakoś sobie z tym poradzić, bo można było o niej powiedzieć naprawdę wiele, ale na pewno nie to, że brakowało jej wdzięczności. Wiedziała, że wszystko co ma, co robi zawdzięcza ojcu. Nadszedł moment, w którym musiała jakoś za to podziękować, nie mogła zawieść rodziców, bo stała się ich ostatnim bastionem.

Być może miejsce w którym się znajdowali nie należało do szczególnie uroczych, czy atrakcyjnych, nie bardzo się tym jednak przejmowała. Było tu ciepło, nie padało im na głowę, nie należała do osób, które wymagały jakichś specjalnych warunków. Jasne, było tu ciasno, mogliby trafić w nieco większą przestrzeń, jednakże na tle namiotów, w których zdarzało jej się sypiać podczas polowań nie można było odmówić temu miejscu przytulności. Przynajmniej mieli pewność, że obudzą się susi i nie będą musieli się martwić, że ich dobytek jest mokry. Mała rzecz, a jednak cieszyła, zwłaszcza zważając na sytuację na zewnątrz, która nie wyglądała najlepiej. Lało, nie padało, lało i nie zapowiadało się na to, że miało przestać. Doceniała więc ten suchy, tymczasowo ich kąt, chociaż mógłby być nieco bardziej komfortowy.

- Nie brzmi źle. - O ósmej powinno już się rozjaśnić, no, może nie całkowicie, jeśli nadal bowiem będzie padało, to słońce pewnie nawet na moment nie wyjdzie zza chmur, ale było to lepsze niż poruszanie się po obcym terenie w ciemności. Niestety żadne z nich nie znało okolicy, bywała w Rumunii, jednak nie na tyle często aby kojarzyć to miejsce.

Jeśli położy się w miarę wcześnie to powinna się wyspać. Powoli starała się jakoś dopasować do tego nowego rytmu, co wcale nie było takie proste. Kiedyś praktycznie w ogóle nie odczuwała zmęczenia, walczyła o to, by zasnąć - teraz było zupełnie inaczej. Łapała się na tym, że zdarzało jej się przymykać oczy ledwie usiadła. To nie było normalne, może niedługo minie, zdecydowanie wolałaby aby tak się stało, przynajmniej mdłości już jej tak nie męczyły. Właściwie to znalazła swoją metodę na to, jak sobie z nimi poradzić, rano wypijała zioła, które dostała od matki, później jadła coś lekkiego i nie kończyła z głową nad muszlą klozetową.

Przeniosła spojrzenie na Benjy'ego. Nie komentowała tego, jak wyglądała jego twarz, chociaż nie dało się ukryć, że zwracał na siebie uwagę z tym wielkim siniakiem, który się na nie znajdował. Nie miała pojęcia, gdzie mu się to przytrafiło, chyba wolała nie wiedzieć, nie wtrącała się w nieswoje sprawy, szczególnie, że nie byli ze sobą blisko. Póki co udało im się nawet ze sobą nie pożreć co uważała za spory sukces, naprawdę starała się być wyrozumiała na tyle ile umiała, bo miała wrażenie, że coś go gryzło. Każdy czasem miewał gorsze dni.

Wróciła spojrzeniem do swojego męża. Pokiwała twierdząco głową. - Nie spodziewałabym się cudów, wygląda na to, że przez najbliższe kilka dni deszcz będzie nam towarzyszył. - Musieli sobie jakoś z tym poradzić, na szczęście nie byli z cukru.

- Chciałabym to jak najszybciej załatwić. - Skoro już znajdowali się tak blisko, to naprawdę wolałaby mieć to z głowy. Zresztą nie miała pojęcia, jak potoczą się rozmowy i czy w ogóle uda im się tutaj coś osiągnąć. Nastawiała się pozytywnie, ale wiedziała, że to nie wystarczy. Miała przygotowaną sakiewkę ze sporą ilością galeonów, wiedziała, że jeśli odpowiednio ciężko zabrzmi to negocjacje będą na pewno przebiegały w przyjemniejszym nastroju.

Dopiła swoją herbatę, coś skłoniło ją do tego, by zajrzeć do filiżanki, nie, żeby jakoś specjalnie wierzyła we wróżby, jednak była ciekawa, czy uda jej się wychwycić jakiś kształt.


Rzut Symbol 1d258 - 28
Czajnik (lekka choroba)
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
13.11.2025, 22:56  ✶  
Przesunąłem się ciężarem ciała, żeby lepiej oprzeć plecy o twarde, drewniane krzesło, które w tej chwili i tak wydawało się luksusem, czując, jak drewno ustąpiło lekko pod moim ciężarem. Nie była to komfortowa pozycja, ale po latach spędzonych na ziemi, w hamaku przywiązanym do dwóch połówek spróchniałych drzew albo w przedziale pociągu, który pamiętał czasy sprzed pierwszej wojny, naprawdę nie było na co narzekać. Byle sucho, byle nie spadało nam to wszystko na głowy - człowiek naprawdę uczy się doceniać proste rzeczy, kiedy większość życia spędza w miejscach, gdzie dach nad głową jest warunkiem, a nie przywilejem. Po takich doświadczeniach przestaje narzekać na ciasną kwaterę w Rumunii.
- Lepszej pogody i tak nie wyczalujemy, chyba sze któleś s was jest sklycie Macmillanem. - Mruknąłem, odpowiadając bardziej w przestrzeń niż do kogokolwiek konkretnego, ale kiedy Geraldine przeniosła na mnie spojrzenie, odwzajemniłem je, krótko, wzruszając ramionami - nawet, nie musiała mówić na głos, że zauważyła ten cholerny siniak ciągnący się przez pół twarzy. Nie czułem potrzeby tłumaczenia się komukolwiek, w mojej robocie takie rzeczy się zdarzały, w moim życiu - tym bardziej. Słuchałem jej, nie odrywając wzroku od filiżanki, którą trzymała między palcami. Deszcz dudnił o dach tak mocno, że brzmiał jak niechlujna perkusja - rytmiczna, głośna, nieco irytująca, ale zapowiadająca, że nada jutru własny porządek, niezależnie od naszych planów.
- Masz lasję. - Przyznałem, ponownie spoglądając na twarz Geraldine, kiedy powiedziała, że chciałaby to jak najszybciej załatwić. - Nie ma co pszeciągaś. Im wcześniej wejdziemy, tym szybciej wyjdziemy. - To było zdanie, które mogłem stosować do dziewięćdziesięciu procent zadań w moim życiu,  najczęściej działało.
Kiedy zaczęła przyglądać się fusom z herbaty, obserwowałem ją przez chwilę, z jakąś nieoczekiwaną, cichą rozbawioną ciekawością. Nie wyglądała na typ wróżebny, ale może każdy, w takiej ulewie i na takim pustkowiu, szukał jakiegoś znaku.
- Widzisz coś? - Zapytałem, przesuwając spojrzenie z jej dłoni na twarz. - Jeśli to nietopesz, to pasuje do okolicy, a jeśli ponulak, to będę szedł na pszodzie. - Odłożyłem własną, pustą filiżankę na bok i wsłuchałem się w jednostajne dudnienie deszczu, które na dłuższą metę potrafiło człowieka doprowadzić do szału, ale tej nocy… Jakoś uspokajało, zwłaszcza kiedy siedziało się w miejscu wystarczająco ciepłym, by nie drżeć z zimna. Czasem to jedyne, co można było zrobić - wyschnąć, napić się czegoś ciepłego i przeczekać noc. Jutro i tak miało nas dopaść. Nieświadomie sam też spojrzałem we własne fusy, jakby półświadomie spodziewając się, że to ja zobaczę tam jakiś zły omen.
Rzut Symbol 1d258 - 218
Tancerka (rozczarowanie)


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#6
14.11.2025, 15:20  ✶  
Słysząc słowa Benjy'ego, pokręcił głową, marszcząc usta i uderzając językiem o podniebienie.
- Niestety, przyjacielski kaznodzieja nie mógł się zabrać - stwierdził, nawet jeśli posiadanie takiego Sebastiana pod ręką byłoby całkiem wygodne, zwłaszcza teraz, gdy na zewnątrz nie przestawało intensywnie lać.
No cóż, wyglądało na to, że ustalili już wszystko, co mogli ustalić. Zajęło im to zatrważające pięć minut, jeśli nie mniej, jakie nadeszły tuż po obiadokolacji. Nawet nie był tym jakoś szczególnie zawiedziony. To nie tak, że zawsze musieli wiedzieć wszystko, prawda?
- Co tam masz? - Spytał ze zdecydowanie nadmierną ciekawością, jak na to, że chodziło wyłącznie o trochę mokrych, przeparzonych liści herbaty w filiżance.
Nigdy nie był nadmiernie wkręcony we wróżbiarstwo. Jasne, czasami lubił doszukiwać się gdzieś jakichś symboli, przekazów, sugestii i tak dalej. Jeśli jednak tak głębiej by się nad tym zastanowił, jego życie było ich na tyle pełne, że nie potrzebował poszukiwać dodatkowych znaków tam, gdzie zwykły to robić raczej starsze panie i uczniowie na jednej z najnudniejszych lekcji w Hogwarcie.
Mój drogi, masz ponuraka.
No. Boo-hoo. Powiedz mi więcej na temat mojego nieszczęsnego losu. To takie pokrzepiające.
Jednakże teraz nie mieli zbyt wiele do roboty, prawda? To nie tak, że mogli jakoś głębiej zaplanować swoją wyprawę w poszukiwaniu pomocy dla jego szwagra. Wszystko, co mogli ustalić już zostało ustalone. Reszta była kwestią czynników zewnętrznych, zupełnie od nich niezależnych, nawet Ambroise zdawał sobie sprawę z tego, że nie byli w stanie ugiąć woli Matki Natury wedle własnego widzimisię. Liczył tylko na to, że następnego dnia nie powita ich znacznie mocniejsza ulewa. Ta teraz była w zupełności wystarczająca, aby poczuć się dopieszczonym przez upiorno-mistyczny klimat rodem z opowieści o tych stronach.
A skoro już właśnie taki ich otaczał, zajęcie mające pomóc im zabić trochę czasu przed koniecznością pójścia spać nasuwało się wręcz samo z siebie. Wychylił się więc, żeby spojrzeć w naczynko jego żony, robiąc to z ciekawością, jaka zazwyczaj by mu przy tym nie towarzyszyła.
Uniósł brwi, mrugając parokrotnie, przy czym nawet nie próbował powstrzymać rozbawionego parsknięcia, jakie mimowolnie opuściło jego usta. Czajnik? Jasne, jego pierwsze skojarzenie z pewnością nie było najwłaściwsze, ale kto by go nie miał? Roise był prostym człowiekiem. Prostym i zmęczonym, nawet jeśli całkowicie trzeźwym.
- Już wstaję, wstaję - uniósł ręce, uprzednio jednym haustem opróżniając własne naczynko i odstawiając je na blat stolika. - Rozumiem, że mam dorobić od razu cały dzbanek? - No, sugestia od wszechświata była dla niego raczej całkowicie jasna.
Podniósł się więc z miejsca, kolejny raz z rozbawionym uśmieszkiem, kręcąc do siebie głową. Rumunia była... Urocza. Naprawdę. Zdecydowanie było coś w tutejszym powietrzu, skoro komunikaty przekazywane im od wszechświata brzmiały tak jasno.
- O, a ciebie czeka syrba? A może hora? - Zasugerował, przechodząc za plecami Benjy'ego i klepiąc go przy tym w ramię, głównie dlatego, że ilość miejsca nie pozwoliła mu na swobodne przesunięcie się przez wąskie przejście. - Jak się dobrze postarasz, może nawet obudzisz w sobie Macmillana - jeszcze raz pokręcił do siebie głową, gwiżdżąc cicho (jak czajnik?), gdy zaczął wstawiać wodę na dodatkową herbatę, zgodnie z życzeniem filiżanki Geraldine. Lubił proste komunikaty.
No właśnie.
- Co mam? - Rzucił jeszcze przez ramię, postukując butem o kafelki, bo nie zamierzał przeciskać się bez potrzeby.
Czekał aż zagotuje się woda.

Rzut Symbol 1d258 - 130
Medal (nagroda/ktoś cię doceni)


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#7
14.11.2025, 21:15  ✶  

- Może to i lepiej, jeszcze postanowiłby polewać wszystko wodą święconą. Nie wiem, czy spodobałoby się to naszym gospodarzom. - Fakt, posiadanie Macmillana przy sobie mogło nieść ze sobą jakieś profity, ale miała wrażenie, że więcej byłoby niedogodności, które mogłyby się pojawić przez jego obecność. W sumie nie miała zbyt dobrego zdania o żadnych kapłanach, za bardzo różniły się ich podejścia do życia.

Póki co nie było czego tak naprawdę ustalać, mieli jakiś wstępny plan, jutro będą martwić się resztą, naprawdę liczyła na to, że nie zostaną odprawieni z kwitkiem. Niby ojciec ustalił jakieś wstępne postanowienia, ale to oni mieli wszystko dopiąć, naprawdę nie chciała go rozczarować, ale wiedziała, że może to się potoczyć różnie. Zresztą nie ma się co oszukiwać, Geraldine nie była raczej mistrzem negocjacji, jej największym atrybutem podczas takich rozmów była pięść, a w tym wypadku nie do końca mogła z niej korzystać, bo przyszli w celu, który tego nie wymagał. Jutro się będzie tym martwić, nie sądziła jednak, że miała w sobie tyle uroku, żeby wystarczyło zatrzepotanie rzęsami, w jej przypadku to praktycznie nigdy nie działało.

Zatrzymała na moment wzrok na Fenwicku. Przyznał jej rację, nieźle, niedługo piekło zamarznie. Nie skomentowała jednak tego ani słowem, nie mogła jednak ponownie powstrzymać się przed tym, by spojrzeć na niego siniaka. One tak już miały, szczególnie te na twarzy, że jeśli już ktoś je miał to wzrok jakoś tak mimowolnie wędrował w ich kierunku. Cholernie rozpraszały.

- Niby widzę, ale ile właściwie w tym jest sensu? Każdy chyba może dostrzec coś zupełnie innego w tych samych fusach. - Interpretacja zawartości filiżanki zależała od osoby, która na nią spoglądała. Dla jednego fusy mogły układać się w kwiatka, a inny w tym samym obrazie mógł dostrzec jakieś zwierzę. Właśnie dlatego nigdy nie do końca widziała sensu w takich praktykach.

- To chyba czajnik. - Przesunęła filiżankę przed Ambroise'a, aby mógł to potwierdzić, teraz to musiał to potwierdzić, jako małżeństwo powinni mieć podobne zdanie na ten temat, a przynajmniej tak się jej wydawało.

- Że niby potrzebuję dolewki? Chętnie napiłabym się czegoś innego niż herbata, może to o to chodzi. - Tyle, że nie mogła tego zrobić, więc może filiżanka wyczuła, jakimś cudem, że herbata nie była jej wymarzonym trunkiem.

Lekko się skrzywiła, kiedy Ambroise odezwał się do Benjy'ego, bo nie do końca rozumiała o czym mówił. Słowa, które wypowiedział były dla niej trochę jak nieznane zaklęcia. Czekała na jakieś wyjaśnienia.

Odwróciła się nieco na krześle, zdrętwiała jej noga, bo trzymała ją od kilku minut w niezbyt wygodnej pozycji. Wtedy dostrzegła stos książek na parapecie. Kolorowe, pstrokate, bardzo chciały zostać zauważone. Przejechała wzrokiem po ich grzbietach... - O kurwa, nieźle. - Powiedziała właściwie sama do siebie, całkiem zadowolona i wyciągnęła jedną książkę ze stosów. - Patrzcie na to. - Położyła ją na stole, na którym już praktycznie nie było miejsca. Symbole dla początkujących. Nie musieli już korzystać ze swojej wyobraźni, ktoś to dla nich nawet opisał.

Zajrzała do filiżanki męża, skoro postanowił się poświęcić i zaparzyć więcej herbaty. - Masz jakieś kółko z wstążką. Bombka? - Wyglądało jej to ma bombkę, tym razem przesunęła filiżankę w stronę Benjy'ego, żeby to potwierdził.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
16.11.2025, 03:26  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.11.2025, 22:37 przez Benjy Fenwick.)  
Nie miałem pojęcia, kiedy Gerda zdążyła tak wsiąknąć w analizę fusów, ale patrzyłem na to z czymś pomiędzy rozbawieniem a lekkim niedowierzaniem. Znałem ludzi, którzy wróżyli sobie ze śladów błota na butach, więc paprochy po herbacie nie były jeszcze najdziwniejszym sposobem, jaki widziałem, by zabić nudę, ale nigdy bym nie założył, że to tym zajmiemy się tego wieczoru. Może to była kwestia napięcia przed jutrzejszymi negocjacjami - każde oderwanie uwagi działało jak koło ratunkowe, aby nie analizować tego, co będzie, jeśli nie spodobamy się naszemu kontaktowi. Wydawało mi się raczej jasne, że małżonka mojego przyjaciela potrafiła negocjować, ale w bardzo podobny sposób do mnie, jeśli z definicji uznało się, że negocjacje to proces, w którym druga strona boi się o własne zęby. Roise może miał w sobie trochę więcej finezji, ale także nie był najsubtelniejszym mi znanym człowiekiem, tak właściwie, do głowy przychodziła mi tylko jedna taka osoba - ta, która z pewnością potrafiłaby się tu odnaleźć, ale odsunąłem od siebie tę myśl.
- Mhm. - Mruknąłem, kiedy Geraldine zapytała, ile w tym wszystkim sensu. - Jak w szyciu. - Powiedziałem, ziewając. - Jeden widzi fajeczkę, dlugi nietopesza, tszeci powód do picia.
Napiłbym się - bardzo chętnie, ale najwyraźniej wszyscy mieliśmy być abstynentami, sympatyzując z świeżą panią Greengrass-Yaxley, która na trzeźwo była tak samo urocza i subtelnie dyskretna, co po pijaku. Widziałem, jak znów zerknęła na moją mordę. Normalnie by mnie to zirytowało, ale dziś, przy tej herbacianej ceremonii i całej teatralności tego miejsca, kraju, było mi właściwie wszystko jedno.
- Dzięki, sze mi o nim pszypominasz wslokiem, co pięś sekund. - Mruknąłem pod nosem, bardziej z przyzwyczajenia niż z faktycznej złośliwości. - Tak, wciąsz tam jest. - Poinformowałem ją rzeczowo, jakbym mówił o pogodzie. Nie wiedziałem, czy bardziej bawiło mnie to, że próbowała udawać, że interpretacja mokrych śmieci po herbacie jest dla niej ciekawa, czy jej mina, kiedy po raz kolejny zerknęła mi na twarz, a właściwie w jedno konkretne miejsce na niej - nic dziwnego - siniaki miały tę paskudną właściwość, że działały jak magnes, a już zwłaszcza tak rozległe i umiejscowione. Nawet nie podniosłem spojrzenia znad własnej filiżanki, i tak wiedziałem, jak wyglądałem, odwróciłem tylko głowę lekko, jakbym próbował to zasłonić włosami, co oczywiście nie miało żadnego sensu.
- Wiesz, sze jeśli fusy zaczynają ci mówiś, czego chcesz się napiś, to powinniśmy wszyscy zacząś się maltwiś? - Mruknąłem, ale bez kąśliwości, raczej z tym zmęczonym, półprzytomnym humorem człowieka, który już dawno powinien spać, ale zakładał, że tej nocy i tak nie zaśnie - bezsenność naprawdę była zmorą. W mojej filiżance też widziałem coś, co odruchowo kojarzyło mi się z upiorem. Może to była ta wróżba i miałem mieć naprawdę przejebaną noc? Cóż. Nigdy nie miałem szczęścia do przepowiedni, nie to, co poniektórzy. Nachyliłem się i spojrzałem w naczynko Gerdy, gdy tylko Roise przestał w nie patrzeć, a jednocześnie przesunąłem palcem po krawędzi własnej filiżanki, bardziej po to, by czymś zająć ręce, niż żeby naprawdę analizować te cholerne fusy. - Wygląda jak czajnik… Albo kanalek w hełmie, ale czajnik to bespieczniejsza intelpletacja. - Powiedziałem, lekko kiwając głową, prawie przyjacielskim tonem, ale pod spodem kryła się gruba warstwa psychicznego zmęczenia. Więcej ekspresji miałem już tylko dla samego faktu, że Ambroise przechodząc za mną poklepał mnie w ramię, jakbym był jego cholernym kuzynem, którego widział raz na pięć lat. Nie miał miejsca, więc musiał mnie dotknąć, ale i tak spojrzałem na niego jak na człowieka, który właśnie mi coś ukradł.
- Jak mnie jeszcze las klepniesz, to sam obudzisz w sobie Macmillana. - Burknąłem przez ramię, ale brzmiało to bardziej jak niezbyt przekonujący żart na wykończeniu, niż ostrzeżenie. - Syrba, sryrba… - Mruknąłem pod nosem. Zmęczenie wkradało się do moich mięśni, do głowy, do całego ciała - wczorajsza noc, dzisiejszy dzień, wszystko naraz. Moje oczy automatycznie przebiegły po, jeszcze lekko wirujących, fusach i, szczerze mówiąc, widziałem w tym jedynie kobietę tańczącą w filiżance. Taką z serbskiej legendy miejskiej - morderczą, dziwnie uśmiechniętą, kręcącą się, żeby przyciągnąć uwagę. Optymistyczne.
- Jakie… - Zacząłem, gdy Geraldine rzuciła „o kurwa, nieźle”, odwróciłem głowę, bo ton miała taki, że można by pomyśleć, że właśnie znalazła w tej kuchni przynajmniej artefakt klasy C, ale przerwałem, kiedy położyła książkę na stole. „Symbole dla początkujących” - a jednak świat miał poczucie humoru.
Kiedy Roise zagwizdał jak czajnik, spojrzałem na niego z mieszaniną zmęczenia i ledwo ukrywanego rozbawienia - akurat dokładnie wtedy, gdy rzucił to swoje „Co mam?”, nie odwracając się nawet do nas.
- Masz szonę, któla nie cielpi helbaty i fusy, któle chcą szeby piła jej więcej. - Rzuciłem w jego stronę. - Wychodzi na to, sze macie konflikt intelesów. - Wskazałem ruchem głowy na czajnik, który wydał z siebie pierwsze ciche, irytujące „pfff”.
Geraldine zajrzała do filiżanki męża, wydając werdykt, a moment później fusy wylądowały przede mną, ja natomiast popatrzyłem na nie z miną człowieka, który już naprawdę nie chciał oceniać niczyjej przyszłości na podstawie resztek liści, ani nadawać sensu brązowym paprochom na dnie jakiegokolwiek naczynka - cudzego, własnego, nieważne.
- Hm… - Mruknąłem, zerkając w resztki naparu. - Lizak albo lód. Nie bombka. Lód s fusów. - Rzuciłem, półżartem, unosząc brew. Pewnie za tę dolewkę. Fusy przemówiły. Tylko szkoda, że nikt z nas nie mówił w ich języku.
Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (1447), Benjy Fenwick (2294), Geraldine Greengrass-Yaxley (1999)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa