Pociągnąłem ją w stronę jednej z bram prowadzących na kolejną uliczkę, byle dalej od Wiwerny, automatycznie, jakby moje nogi same wybierały trasę, którą znały lepiej niż mój mózg. To był odruch - coś w rodzaju desperackiego, chaotycznego instynktu, który mówił mi, że tu, na tym jebanym chodniku, pośrodku Nokturnu, z wrzaskami dobiegającymi z pubu, z krwią pulsującą mi pod skórą - nie możemy tego ciągnąć, i jeśli powiem jeszcze jedno słowo, a ona odpowie mi tym swoim chłodnym tonem, który robił ze mnie potwora, to coś we mnie po prostu pierdolnie na tyle mocno, że nie poskładam się do rana. Albo nigdy.
Zacisnąłem palce na jej dłoni - nie mocno, nie tak, żeby ją zabolało, po prostu pewnie, jakby to była jedyna kotwica, jedyny punkt, który trzymał mnie przy ziemi. Jednocześnie najchętniej bym ją puścił, odwrócił się i zniknął, zanim zdążyłaby powiedzieć cokolwiek więcej. Tak więc szedłem, szybkim, nierównym krokiem, zmuszając ją, by dotrzymywała mi tempa, ale uważając, żeby jej nie ciągnąć, bo nie o to chodziło. Nie chciałem być dla niej kolejnym, tym bardziej szarpiącym ją, skurwysynem z Nokturnu. Nienawidziłem, że mogła mnie z nimi teraz porównywać, nawet jeśli nie robiła tego na głos.
Ulica była ciemna, wilgotna, bruk śliski od mżawki i tego typowego, londyńskiego, wodnistego, jesiennego powietrza. Powinienem był ją puścić w poprzedniej uliczce. Powinienem był puścić, kiedy powiedziała „przyniosłeś mi kota i zniknąłeś”. Powinienem był puścić, kiedy padło „zdążyłam się przyzwyczaić” - do czego, kurwa, do czego? Powinienem był puścić… W ogóle. Ale nie puściłem. Nie kontrolowałem tego, nie kontrolowałem absolutnie niczego, kiedy zamknąłem palce mocniej na jej dłoni. Przynajmniej jej nie ciągnąłem - na tyle jeszcze trzymałem się w kupie - ale tempo, jakie narzuciłem, nie było spacerem. Trzymałem ją, ale nie szarpałem, starałem się iść szybko, ale nie tak szybko, żeby musiała biec. To nie było spokojne „chodźmy porozmawiać gdzie indziej”, to była desperacja, gniew, czysta adrenalina pchająca mnie naprzód tak szybko, jak potrafiłem bez ciągnięcia jej po bruku. To było absurdalne - nawet w furii wciąż myślałem o tym, żeby jej nie zrobić krzywdy. Właśnie takie pojebane, sprzeczne rzeczy robiłem, kiedy chodziło o nią.
Zanim zdążyłem zapytać sam siebie, po jaką cholerę to robię, już obracałem się na pięcie, skręcając w bok, już zaciskałem palce na jej dłoni mocniej, niż powinienem, już prowadziłem ją w dół uliczki szybkim, zdecydowanym krokiem, czując, jak serce wali mi w piersi tak mocno, że słyszałem je w uszach. Moja torba uderzała mnie w bok przy każdym kroku, obijając mi żebra, jakby przypominała mi o wszystkim, co powinienem mieć w głowie, a czego i tak nie potrafiłem teraz uporządkować. Uszkodzona ręka pulsowała tak intensywnie, że miałem ochotę walnąć w mur głową, żeby ją zagłuszyć. Skręciłem w boczną uliczkę, potem w kolejną, aż wreszcie gwałtownie pociągnąłem ją w prawo, w wąską bramę między dwiema kamienicami - nawet nie spojrzałem, czy ktoś za nami idzie - minęliśmy ciemne witryny, zgaszone lampy, pojedyncze sylwetki snujące się jak cienie. Kolejne kroki pokonałem zdecydowanie, jak ktoś, kto musiał się przemieścić w ten sposób, bo inaczej coś w nim eksploduje. Moja dłoń pulsowała, każdy krok wbijał mi ból aż w przedramię, ale zaciskałem zęby i szedłem dalej.
Skręciłem gwałtownie, jej buty lekko stuknęły o bruk, ale nie odwróciłem się, żeby sprawdzić, czy idzie. Wiedziałem, że idzie, przecież trzymałem ją cały czas, nie wyrwała się, pozwoliła się prowadzić - to z jakiegoś powodu wkurwiało mnie jeszcze bardziej. Ta jej gotowość, by iść za mną, rozmówić się dalej, dzielić razem tę cholerną noc, ale nie w taki sposób, w jaki robiliśmy to wcześniej - próbując mnie zamrozić, ukrzyżować, nie chcąc mi wybaczyć. Bo przecież według jej własnych słów, trudno było nie domyślić się, że dla niej to było skończone. Koniec. Epilog. Zamknięta sprawa. To dlaczego, do kurwy nędzy, szła za mną? Nie puściła mnie, ja też jej nie puściłem, mimo że jeszcze kilka minut temu warczałem, żeby to zrobiła. Jednocześnie cały czas czułem w sobie tę absurdalną mieszankę gniewu i czegoś, czego nie chciałem nazywać, bo to by znaczyło, że to wciąż żyło między nami.
Nie powiedziałem nic, ani jednego słowa, bo po raz pierwszy od dawna nie ufałem własnemu głosowi. Słowa i tak byłyby ostre, jak brzytwa, mogłyby ją zranić jeszcze bardziej, a ja już nie wiedziałem, co jest czym - co jest obroną, a co atakiem, co jest moją winą, a co jej, a co zrządzeniem losu. Byłem do cna zraniony, nawet nie przez to, co mówiła - tak, zasłużyłem sobie na połowę, jeśli nie większość słów - tylko przez fakt, że odzywała się do mnie tym lodowatym, poukładanym tonem głosu, zupełnie tak, jakby przeprowadzała autopsję, nie rozmawiała ze mną o naszym parszywym losie, jakikolwiek by on nie był. Odzywała się do mnie w ten dawny, sztywny sposób, niby wyrzucając mi coś, co powinno nieść za sobą konkretne emocje, ale robiąc to w taki sposób, że miałem ochotę obrócić się na pięcie i odejść. Zachowywała się tak, jakbym przez te tygodnie nie dawał jej każdego kawałka siebie, jaki umiałem dać, jakbym olewał jej słowa, jej czas, jej uczucia.
Przeszliśmy pod łukiem, przez kolejne podwórko, minęliśmy wypłowiałą tabliczkę z numerem, potem drugie wejście, aż w końcu zatrzymałem się przed schodkami prowadzącymi do jednej z obskurnych kamienic. Nie oglądałem się na nią, nie mogłem się obejrzeć, gdybym spojrzał jej w oczy, pewnie bym się zawahał, zrobiłbym coś głupiego, powiedziałbym coś, co by nas pogrzebało jeszcze głębiej. Wszedłem pierwszy, nie puszczając jej dłoni nawet na ułamek sekundy - nawet wtedy, gdy kurwiąc pod nosem, drżącą, uszkodzoną ręką otwierałem zamek, widząc mroczki i czerwone plamy przed oczami. Nie wiedziałem, dlaczego. Albo inaczej - wiedziałem aż za dobrze.
Drzwi zamknęły się za nami z głuchym trzaskiem. Dopiero wtedy puściłem jej dłoń, albo raczej - przestałem ją ściskać, a nie puściłem całkiem. Moje palce zostały na jej nadgarstku chwilę dłużej, jakby ciało nie nadążyło za rozkazem. Oddech miałem ciężki, czułem pot, czułem krew na kłykciach, czułem zapach jej płaszcza, jej włosów, jej bycia tak blisko w tak złym momencie. Odsunąłem się, przeszedłem dwa kroki w głąb klitki, nie większej niż kontener. Wszystko we mnie wrzało - krew, oddech, złość, słowa, których nie mogłem powiedzieć, słowa, które chciałem powiedzieć, to wszystko, co ugrzęzło mi w gardle. Rzuciłem torbę na ziemię, upadła z hukiem, jakby była pełna kamieni, a nie cholernych dokumentów, artefaktów, rzeczy, które miały mnie uratować albo pogrzebać, zależy od dnia. Nie powinienem był, miałem tam rzeczy, którymi nie powinno się rzucać, ale miałem to w dupie.
- Świetnie. - Wycedziłem cicho, bardziej do siebie niż do niej. - Po plostu świetnie.
Oparłem się ręką o stół - zły ruch - przeszedł mnie skurcz bólu tak ostry, że aż mnie zamroczyło. Stałem tam chwilę, stojąc tyłem do niej, próbując złapać oddech, by nie zacząć syczeć, nie uderzyć pięścią w ścianę, co biorąc pod uwagę, w jakim stanie była moja druga ręka, mogło to być najmniej rozsądnym, co mógłbym zrobić. Ale dzisiaj nie było moim szczytem dobrych posunięć i przewidywania. Dłuższe milczenie przeciągnęło się między nami, oblepiające, gęste.
Odwróciłem się gwałtownie, jakby coś mnie pchnęło od środka. Powietrze było ciężkie i przeładowane tym wszystkim, co pozornie zostawiliśmy na ulicy, jakby drżało od tego, co między nami wisiało. Czułem, jak szczęka mi pulsuje, zęby miałem zaciśnięte do bólu, a w klatce piersiowej dudniło to samo - gniew, rozczarowanie, żal. Nie mieliśmy tak tego robić - nie po to wysyłałem jej tamten list, nie z tego powodu tak się przed nią odsłoniłem, by teraz skończyć w ten sposób, słysząc lodowato-zimny ton jej głosu i te wszystkie słowa, na które może sobie zasłużyłem, ale wypowiadane w ten sposób, paliły bardziej, niż cokolwiek. Zmarszczyłem brwi - głęboko, boleśnie - patrzyłem jej w oczy długo, za długo, tak intensywnie, że aż czułem, jakby gniew wylewał mi się przez źrenice. Sam nie wiedziałem, po co to robiłem? Czy tym patrzeniem chciałem ją zmusić, żeby choć na moment przestała grać tym jebanym chłodem? Czy po prostu już nie potrafiłem patrzeć inaczej na to wszystko?
- Nie mam pojęcia, jak masz czelność mówić tak spokojnie o tym, sze cię zawiodłem. - Prychnąłem gorzko. - Dolosła kobieta, któla potlafiła siąść na mnie oklakiem i powiedzieś, czego chce, telas mówi jakby lecytowała legulamin. Co to ma byś? - Podszedłem pół kroku bliżej, nieświadomie skracając dystans, jakby samo jej bycie tu wywoływało we mnie odruch konfrontacji. Dłoń, ta rozjebana, zawibrowała bólem. - Po wszystkim, co między nami było, wlacasz do tego chłodnego, szkolnego tonu, jakbyśmy nie piepszyli się w twojej kuchni dwa tygodnie temu? Jakbyśmy nie byli zmolą dla sąsiadów? Nie… Byli szywi? - Wróciłem spojrzeniem do niej - ostrzejszym, ciemniejszym, wspomnienie jej dotyku było solą sypaną na otwartą ranę, ale najwyraźniej musieliśmy to tak robić, nie było innego wyjścia. Chciała dyskusji?
Jakbyśmy nie stali naprzeciwko siebie ledwie kilka minut po tym, jak prawie komuś połamałem żebra i kufel rozjebał mi kości w dłoni. Jakbyśmy nie rozmawiali o tym, że nagle rozpadło się coś, co przez moment wyglądało jak… Coś prawdziwego.
- To jest najbaldziej pojebane w tym wszystkim, to, że twoje słowa są pełne emocji, a twój głos jest maltwy. - Przygryzłem wargę, żeby nie powiedzieć kolejnej rzeczy, której bym żałował, ale i tak było już za późno. Kopnąłem torbę, żeby chociaż trochę wyładować napięcie - bezcelowo, nic to nie dało. Nawet się nie obejrzałem, żeby sprawdzić, czy nic nie pękło - nie obchodziło mnie to. - To, co lobisz tym tonem… To jest kastlasja. Emocjonalna. To jest… Jest…Jebana autopsja. - Ramiona miałem napięte, jakbym szykował się do walki, ale to nie była walka - to było kurwa przetrwanie - nie mogłem ustać w miejscu, zrobiłem krok do przodu, potem do tyłu, jak błędny rycerz, jak ktoś, kto zaraz umrze, jeśli tego nie wyrzuci z siebie. - Odcinasz wszystko, co mieliśmy. Mówisz mi o nas, o mnie, o sobie, a potem, co? - Prychnąłem, to było jedno z tych zdań, które zabolały mnie bardziej, niż chciałem przyznać. Wbiłem dłoń we włosy, przeciągając ją nerwowo, tak mocno, że aż mnie zapiekło. - Lobis s nas kulwa akademicką dyskusję. - Rzuciłem krótkie spojrzenie w stronę drzwi, jakbym naprawdę chciał wyjść, bo wszystko, co mogło zostać powiedziane, chyba zostało powiedziane, reszta nie była ważna, nie przy tym, do czego dążyła, jak bardzo się odcinała, ale nogi mnie nie słuchały. - Kogo chcesz oszukaś, mnie czy siebie? - Otworzyłem usta jeszcze raz, ale zamknąłem je, bo czułem, że wybuchnę, jeśli powiem jedno słowo za dużo. Nachyliłem głowę, lekko, minimalnie, tak jak robi się to tuż przed tym, jak człowiek traci kontrolę. Moje oczy powiedziały więcej, niż moje słowa kiedykolwiek mogłyby - ona wcale nie była zimna, nie dla mnie, i dokładnie to doprowadzało mnie do furii.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)