30.10.2025, 13:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.04.2026, 10:07 przez Lorien Mulciber.)
Mulciber Manor
Mulciber Manor było już niemal gotowe na tegoroczne Mabon. Niemal.
Służba nadal krzątała się po posiadłości, dokonując ostatnich poprawek, doprawiając przygotowane potrawy i polerując srebrną zastawę rodową.
Zegar powoli odliczał ostatnie kwadranse do kolacji, gdy Lorien stanęła przed przymkniętymi drzwiami do sypialni brata. Na wpół gotowa, bo chociaż nad fryzurą udało się odrobinę zapanować, to wciąż brakowało makijażu i miała na sobie ulubiony jedwabny szlafrok. Szata, specjalnie dobrana na spotkanie rodzinne, nad którą pracowały przez ostatnie dni najlepsze krawcowe od Rosierów, wisiała jeszcze w jej pokoju. Czekała.
Ale prezent nie mógł zaczekać. Inaczej. Oczywiście, że Lorien mogła wytrzymać jeszcze moment - za parę godzin wszyscy sobie pójdą, a oni zostaną sami w ciszy pogrążonego w śnie domostwa. Może rzeczywiście to byłby lepszy czas?
Spojrzała na prezent, a prezent łypnął na nią jasnobłękitnym ślepiem. Chyba nie uznał tego za dobry pomysł.
Zastukała, poprawiając trzymany w dłoniach prezent. Nie było to łatwe, bo prezent sam w sobie do najspokojniejszych prezentów nie należał. Może dlatego, że był szczeniakiem z rasy… bardziej mieszanej niż cokolwiek konkretnego, który co prawda rozpływał się z zachwytu, że jest przytulany i noszony (i że został zabrany od kota, który tylko na niego ostentacyjnie prychał, gdy próbował się z nim pobawić), ale ileż można tak w objęciach ciemnowłosej pani leżeć. Leżenie nie leżało w jego naturze. A spokojne leżenie było co najmniej jakąś abstrakcją, która wcale się psu nie podobała.
Więc polizał ciemnowłosą panią po policzku. Nie dała się przekupić i wniosła go do pokoju na rękach, gdy tylko usłyszała stosowne zaproszenie do środka.
Lorien od dziecka kochała koty.
Wiedział to każdy, kto panią Mulciber znał choć odrobinę lepiej niż tylko z sali sądowej. Dlatego widok drobnej czarownicy ze szczeniakiem w ramionach był co najmniej niecodzienny. Wreszcie jednak pies został uwolniony ze swojej niewoli i mógł, radośnie machając ogonem i potrząsając obowiązaną na szyi czerwoną kokardą, pobiec w stronę szykującego się na kolację Mulcibera.
— Nazywa się Łajka.- Powiedziała cicho ani myśląc się z doboru imienia tłumaczyć. Sam przecież opowiedział jej tą historię.- Pomyślałam, że… No wiesz… Myślałam… Wesołego Mabon, Alexandrze.