Prue nigdy nie mówiła półprawd, nawet kiedy się broniła - a broniła się teraz, kurwa, całą sobą - zawsze była boleśnie przejrzysta. Znałem ją aż za dobrze, a ona, jakimś pieprzonym cudem, znała mnie jeszcze lepiej, nawet po tylu latach - kiedy tak na mnie patrzyła, kiedy mówiła te wszystkie rzeczy, jedna po drugiej, jakby rozbierała mnie ze wszystkich pancerzy, pieczęci, które przez lata tak pieczołowicie nakładałem. Nie wiedziałem nawet, od czego zacząć, bo mówiła tak dużo naraz, tak intensywnie, jakby chciała nadrobić całe lata milczenia za jednym zamachem, a każde zdanie trafiało we mnie celniej niż jakiekolwiek zaklęcie, jakie kiedykolwiek dostałem w pierś. A ja przecież nigdy nie byłem dobry w przyjmowaniu czegokolwiek, co nie było ciosem - czułem, jak wszystko we mnie napierdala na oślep i jednocześnie bardzo precyzyjnie.
- Bondyé… - Wymsknęło mi się cicho, pod nosem, kiedy widziałem, jak zdejmowała ten swój dystans, jakby podjęła decyzję, że już się nie ma przed czym zasłaniać. Głos miałem niższy niż zwykle, trochę zdławiony, nie chciałem, żeby to tak brzmiało, ale brzmiało.
Słuchałem jej i czułem to absurdalne narastające napięcie, które brało się z jednego prostego faktu - każde jej słowo było jak otwieranie skrzyni, którą miałem zamiar przez lata trzymać zamkniętą na cztery kłódki, a ona sobie ją, kurwa, otworzyła, gołymi rękami. Jednym palcem wycelowanym prosto we mnie - tak prosto, tak pewnie, jakby miała do tego święte prawo - jakby rozumiała wszystko lepiej ode mnie, cholera jasna, może rozumiała, może faktycznie miała ten dar widzenia rzeczy, których ja nie akceptowałem, ale to nie znaczyło, że miała rację.
„Chère, nie wiesz, co widzisz,” chciałem jej powiedzieć, ale… Nie mogłem, bo patrzyła na mnie w taki sposób, że czułem, jakby ta wizja, którą miała w głowie, była bardziej realna niż ja sam. Jej wersja mnie była człowiekiem, którym powinienem był być, ale którym nigdy kurwa nie byłem - to właśnie mnie przerażało najbardziej. Przy niej, byłem nim przy niej, ale ja nie żyłem tylko przy niej. Mój świat nie był tak czysty, nie był tak… Zdatny do oddychania, a ona ewidentnie nie rozumiała - albo raczej nie chciała rozumieć - że człowiek mógł być dwoma rzeczami naraz i że ta druga była tą, przed którą powinna spierdalać najdalej jak umiała. Ale nie, musiała mówić, że nikt jej tak nie traktował jak ja, dawałem jej bezpieczeństwo, akceptację. Sûrement pas. Bezpieczeństwo, ja - ja, który sprowadzałem nieszczęście jak pierdolony ponurak.
- Widzisz welsję mnie, któlej pozwalam istnieś tylko przy tobie, to nie jest cały obraz, to jest, kulwa, wycinek. Ładny, ciepły, nadający się do przytulnego mieszkania i twojego cholernie miękkiego koca, ale wciąsz wycinek. Ty mnie nie widziałaś, ty widziałaś coś, co ci się udało skleciś z tych moich lepszych momentów. To nie byłem cały ja. I, kulwa, nie wiem, czemu upalłaś się wieszyś, sze to wystalczy.[/b] - Przejechałem dłonią po włosach, nerwowo. Wiedziałem, że ją bolało każde moje słowo, widziałem to, i to doprowadzało mnie do cholery, bo jak wszystko, co jej dałem, miało to w sobie jakąś część zgnilizny. Ona nie zasługiwała na to, żeby się w tym babrać.
Kiedy zaczęła mówić o Romulusie, o tym jebanym pajacu, o tym, że to wszystko nie była moja wina, że nie robiłem tego świadomie, nie mogłem mieć nad tym kontroli, o posranej manipulacji, o tej hipnozie, o tym, że „to nie byłem ja” - coś szarpnęło mnie w środku. Gdyby ona wiedziała, jak bardzo nienawidziłem wszystkiego, co sprawiało, że wyglądałem na ofiarę, a słyszałem w tym tylko jedno - właśnie to, usprawiedliwiała mnie - ona, która powinna rzucić mi to wszystko w twarz, ona, która powinna mnie znienawidzić. Chciałem jej powiedzieć, że kurwa, wolałbym, żeby powiedziała, że jednak byłem to ja, bo łatwiej się żyje, kiedy winny jest człowiek, którego kontrolujesz, którego możesz ukarać, przytrzymać za kark i zmusić do posłuszeństwa. Trudniej, kiedy winne jest coś, czego nie możesz dotknąć, uderzyć ani spalić. „To nie byłeś Ty.” A jednak ciało pamiętało każde drgnięcie tamtej manipulacji, każdy impuls, który nie należał do mnie. Każdą sekundę, w której nie miałem kontroli.
- Nie usplawiedliwiaj mnie tym skulwielem. - Wycedziłem to powoli, każde słowo smakowało mi metalicznie. - To, sze mnie tlafił, sze mnie złapał na tym szałosnym wahadełku, to nie znaczy, sze nie powinienem był to… - Zacząłem, ale ona szła dalej - mówiła, że wolałbym odejść niż powiedzieć jej prawdę, a wystarczyłoby jedno zdanie „coś mnie niepokoi”, to był moment, kiedy naprawdę chciałem uderzyć głową w ścianę. Przeszła do tego, jak to powinno działać, a ja naprawdę chciałem wiedzieć, słuchałem więc, mimo że każde jej słowo było jak wbicie palca w ranę, którą próbowałem zaszyć od kilku tygodni. - To wyszło z mojej głowy. Moja głowa - mój ploblem. - Splunąłem w myślach, choć głos miałem równy. - Nie umiem. - Przerwałem jej ostro, zbyt ostro. - Nie umiem pszyjść i powiedzieś „hej, coś jest nie tak”, bo u mnie coś jest nie tak zawsze. Całe szycie, jak mam wyblaś moment, w któlym stwieldzam „o, to jest ten ploblem, o któlym walto powiedzieś”? - Parsknąłem pod nosem, bardziej w bezsilności niż w złości, choć tej ostatniej też mi nie brakowało. - Widzisz? - Prychnąłem z goryczą. Nie miałem pojęcia, czemu mówiłem to tak, jakby to było oczywiste. - Mówisz to tak, jakby wszystko było ploste, powinienem był pszyjść i powiedzieś „Pluey, ktoś majstluje w mojej głowie, mose zlobię ci kszywdę, ale nie pszejmuj się, damy ladę”. Do cholely, ja cię… Nie miałem plawa lyzykowaś, sze… Sze stanie się coś, czego nie cofnę. Nie lób mi tego. - Poprosiłem, a w moim głosie zabrzmiało coś, czego nie lubiłem słyszeć u siebie. - Nie mów mi takich szeszy. Nie wybielaj mnie w ten sposób. - Tak, byłem na nią wściekły. Ona była najmądrzejszą głupią osobą, jaką znałem, ja byłem jej perfekcyjnym, katastrofalnym przeciwieństwem. Kompatybilni jak dwa granaty. Nie pojęła, że nie chodziło o to, że jej nie ufam, tylko o to, że nie ufałem sobie w jej pobliżu, nie ufałem światu, nie ufałem temu, co zrobił mi Romulus, nie ufałem temu, co jeszcze mogło we mnie siedzieć.
- Poza tym, jak, kulwa? Jak miałem ci powiedzieś, sze coś mnie niepokoi, kiedy „coś” to byłem ja? Miałaś usiąść napszeciwko i słuchaś, jak mówię „hej, słoneczko, tlacę kontrolę nad własną głową, istnieje lysyko, sze będę gadał jak popieldolony fanatyczny psychol, ale spoko, to tylko były pszyjaciel wplowadza mi śmielcioszelcze szeptanki pod czaszkę”? - To brzmiało tak samo absurdalnie w mojej głowie, co w momencie, w którym to powiedziałem na głos.
A potem jebnęła mi w twarz tym swoim „nie masz pojęcia, jak wiele to dla mnie znaczy”, tym swoim „wybrałeś mnie”, tym wszystkim, co nigdy nie powinno było paść z jej ust, a ja zareagowałem tak, jakby ktoś przyłożył mi różdżkę do gardła. Powinienem był stanąć prościej, powiedzieć „dobranoc”, odwrócić się i iść dopóki nogi nie odpadną, ale nie mogłem. Uparcie trwała przy tym, że nikt nigdy jej tak nie traktował jak ja… To było jak cios, bo to właśnie było największym problemem, gdyby ją kiedyś ktoś potraktował tak, jak powinien, nie musiałaby się trzymać mojego podziurawionego wraku emocjonalnego. Nie musiałaby patrzeć na mnie jak na jakąś odpowiedź, bo ja nawet pytaniem nie byłem.
- Kulwa, Sun… - Przetarłem twarz dłonią. - Ty nie losumiesz, co ja ci zlobiłem, zanim cokolwiek się zaczęło. - Bo ona uważała, że przetrwała, i nawet jeśli nie wiedziała, to żyła dalej, „jakoś” sobie poradziła. - Nie wiedziałaś, bo byłem tchószem. Voilà. - Wzruszyłem ramionami. - Co tu więcej mówiś? Wyblałem cię, ale nie miałem jaj, szeby cokolwiek s tym zlobiś. A potem szycie mnie pszemieliło i wyszygało na chodnik jako kogoś innego, i… Wlóciłem. W pełnej, kulwa, chwale, lospieldoliś ci szycie. - Zacisnąłem powieki. - Więc może to nie powinno brzmieć jak komplement, co? - Ale dla niej było, było nim, cholera.
Potem zaczęła o tej stabilności, o tym, że nie chce kogoś, kto wraca o piętnastej do domu - nie chce nudnego życia, że chce żyć, a nie egzystować.
- Ja ci nie mówiłem, sze masz egzystowaś. Ja ci mówiłem, sze… Kulwa, chcę, szebyś była bespieczna. Szeby cię nikt nie dolwał, kiedy będziesz spaś, losumiesz? - Wyrzuciłem z siebie, zanim zdążyłem to ocenzurować, bo tak - była czarnoksiężnicą, silną, błyskotliwą, pięknie popierdoloną istotą, która potrafiła zrobić rzeczy, o których większość tylko czytała w księgach, ale nie była kuloodporna, nie była odporna na to, co za mną chodziło. - Tak, pieldolę wciąsz o nolmalnym facecie wlacająsym o piętnastej, ale kulwa, bo to jest to, co zasługujesz mieś, teściów, któszy cię polubią, oglód, któly będziesz mogła olaś, bo zapomnisz go podlaś. Bo jak zakopię jednego tlupa w tym twoim, naszym oglódku, to będę musiał zakopaś kolejne, jeszcze kolejne, a ty nie jesteś kobietą glabasza, Sun, nawet jeśli byś chciała.
Ale potem powiedziała coś, co mnie kompletnie zmiotło.
Że już miała pierścionek.
Że ją to nie uszczęśliwiło.
Że nóż by ją ucieszył bardziej.
Wiedziałem, że potrafi go użyć… A jeśli nie, to mogę ją nauczyć.
„Kupisz mi nóż…”
- Mon dyé… Ty naplawdę mnie wykończysz. - Parsknąłem krótkim, szorstkim śmiechem, tym, który bardziej przypominał kaszel niż cokolwiek wesołego, podniosłem wzrok na sufit, jakbym liczył belki, żeby się uspokoić. - Wiem, sze nie jesteś besblonna. - Prychnąłem. - Jesteś najbalsiej funkcjonalnie nienolmalną kobietą, jaką znam.
Cisza między nami była gęsta, jakby powietrze zgęstniało od wszystkich słów, które padły i które nie powinny paść.
- Bo jest o mnie. - Odpowiedziałem natychmiast. - A ja siebie znam. Nie, nie widzisz mnie takim, jaki jestem. - Wycedziłem. - Nie kwestionuję twojego zdania dlatego, sze myślę, sze jesteś głupia. - Powiedziałem, twardo, nie ruszając się ani centymetr. - Widzisz mnie takim, jakiego sobie ubzdulałaś, bo mnie chcesz. Ty naprawdę we mnie wieszysz, co jest… - Skrzywiłem się, bo to słowo bolało. - Piekielnie niefoltunne. Nie jestem twoim ideałem. - Powiedziałem. - I nie chcę nim byś, bo ideały się lospadają, kiedy pszychodzi do lealnego szycia. - Pokręciłem głową, bo wciąż nie docierało do mnie, że ona tego nie widzi w sposób, który wydawał mi się oczywisty.
Kiedy skończyła, kiedy zapytała, czy nie da się zakopać trupa… Parsknąłem.
- Oczywiście, sze dałoby się zakopaś tlupa. - Mruknąłem. - Gdyby to był tlup, ale to nie jest tlup. To jest coś, co chodzi, oddycha i wlaca, nawet jak myślisz, sze jusz po nim. Jak ja. Ja jestem dokładnie tym, przed czym ostszegają lodzice, chyba pierwszy las w szyciu plóbuję byś odpowiedzialny. Pielwszy las w szyciu plóbuję zlobiś to, co będzie dla kogoś dobre, nawet jeśli to mnie lospiepszy od ślodka. Nie, nie ma opcji. Nie ma szadnego magicznego loswiązania, w któlym to wszystko znika, a my zostajemy sobie w tym twoim mieszkanku, zapominając o leszcie świata. Tak to nie działa. - Odwróciłem wzrok na chwilę, żeby uspokoić oddech, po czym spojrzałem z powrotem. - Nie mówi się komuś, że będzie się za nim powoli umielaś s tęsknoty. Nie mówi się tego komuś, kto i tak ma wlaszenie, sze kulwa wszędzie wnosi tylko śmielś. - Kurwa, jak ja byłem na nią zły, na nią, na siebie, najbardziej na siebie. - Mówis to jak coś lomantysznego, a to jest jak wylok, to jest jak mówienie „zlób coś, bo inaczej we mnie coś zgaśnie”. - Jej dłonie na mojej piersi paliły mnie jak ogień, ale nie ruszyłem się ani o centymetr.
A potem, kiedy powiedziała „kocham cię”…Drgnąłem, jakby ktoś przyłożył mi różdżkę pod żebra i szepnął „Crucio”. Kiedy zaś powiedziała, że nie pozwoli mi robić czegoś przeciwko sobie… To było jak wbicie sztyletu między żebra. Jedno złe, drugie złe - dwa różne rodzaje jednego bólu. Ja ją kochałem od lat, od tamtego dnia, pierwszej chwili, ale to nie znaczyło, że powinienem był to w ogóle wypowiadać na głos, ale już powiedziałem - już się stało. Wziąłem ją za ramiona, ignorując ból ręki, spojrzałem w te jej oczy, które potrafiły mnie rozbroić jednym mrugnięciem. A potem, kiedy patrzyła na mnie, gdy w powietrzu wisiało już tylko jedno pytanie - „co teraz?” - zacisnąłem szczękę, bo wiedziałem, że podjęta decyzja zaboli oboje. Przez chwilę staliśmy tak blisko, że czułem jej oddech, moje dłonie dalej były na jej ciele, jej dłonie na moim torsie. A ja czułem się jak idiota, który przyszedł ją ocalić przed sobą, a w rezultacie tylko bardziej ją do siebie przykleił - oczywiście, że dotarło do mnie, że kręcimy się w kółko. Nie powinno było boleć tak, jak bolało, ale bolało, bo ona była pierwszą osobą od lat, przy której chciałem być kimś więcej niż sumą swoich błędów.
- Wiesz, co ja będę lobił, kiedy ty będziesz czekaś? Będę umielaś kawałek po kawałku s myślą, sze malnuję ci szycie. - Wyrzuciłem w końcu, odchyliłem się od niej odrobinę, głos mi zadrżał, ale się nie złamał. - Jeśli dalej będziemy to ciągnąś, to będziemy klęciś się w kółko. Toujou menm bagay la. Wlacamy do punktu wyjścia, i tak w kółko, i w kółko, i w kółko… - Nawet nie wiedziałem, jak to ułożyć, żeby brzmiało jak człowiek, a nie jak ktoś, kto właśnie próbuje przegryźć sobie język, żeby nie powiedzieć za dużo. Rozłożyłbym ręce w geście bezradności, gdybym tylko nie chciał jej puścić. - Stoimy dokładnie tam, gdzie zaczęliśmy. Ty kochasz mnie jak waliatka, ja kocham ciebie jak debil, i oboje wiemy, sze ani jedno, ani dlugie nie plowadzi do niczego doblego. Ty chcesz mnie, nawet jeśli cię zniszczę. Ja cię nie chcę zniszczyć, ale i tak to zrobię. Ty jesteś mądsze głupia. Ja jestem po plostu głupi. I chyba właśnie dlatego jesteśmy, kulwa, kompatybilni. - Słowo „kompatybilni” wypowiedziałem tak, jakby było obelgą, a nie było - było wyznaniem, chujowym, ale jednak.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)