• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
1 2 3 4 5 … 9 Dalej »
[09.10.1972] hi, big boy, wanna be friends? | Benjy, Heather

[09.10.1972] hi, big boy, wanna be friends? | Benjy, Heather
Gówniara z miotełką
She had a mischievous smile, curious heart and an affinity for running wild.
wiek
21
sława
VI
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
BUMowiec
Heather mierzy 160 cm wzrostu. Jest bardzo wysportowana, od dzieciaka bowiem lata na miotle, do tego zawodowo grała w quidditcha. Włosy ma rude, krótkie, nie do końca równo obcięte - gdyż obcinał je Charlie po tym, jak większość spłonęła podczas Beltane. Twarz okrągłą, obsypaną piegami, oczy niebieskie, czają się w nich iskry zwiastujące kolejny głupi pomysł, który chce zrealizować. Porusza się szybko, pewnie. Ubiera się głównie w sportowe rzeczy, ceni sobie wygodę. Głos ma wysoki, piskliwy - szczególnie, kiedy się denerwuje. Pachnie malinami.

Heather Wood
#1
04.12.2025, 14:12  ✶  

Heather Wood czekała. Nie miała pojęcia, kim był klątwołamacz o którym wspomniał Erik. Napisała jednak do niego, bo skoro wuja mówił, że jest dobry, to musiał być dobry. Nie wprowadziłby ją w maliny, czy coś. Musiała znaleźć sobie nowego opiekuna, bo Florence umarła, jej klątwa nadal istniała, więc warto było się zainteresować tematem. Ogólnie nie była dla niej jakoś bardzo uciążliwa, Heather pracowała nad sobą, udawało jej się szkolić kształtowanie, dzięki czemu surowa magia, która w niej siedziała wydawała się być całkiem nieźle opanowana. Nie zalewała już wszystkich jak leci, ale nadal bywały te momenty. Gdy traciła nad sobą kontrolę, kiedy wypełniały ją zbyt intensywne emocje, te pozytywne i negatywne, nie mogła pozwalać sobie na taką niedyspozycję, zwłaszcza, że przecież ryzykowała życie i w pracy i poza nią. Musiała nieć pewność, że jej ciało jej nie zawiedzie, że nagle nie pozwoli sobie odpłynąć, no kurde.

Była podekscytowna, jak zawsze przed tym kiedy miała się spotkać z kimś nowym. Korzystała z usług najróżniejszych klątwołamaczy, zastanawiała się, czy ten będzie podobny do którego z tych z jej przeszłości. Miała nadzieję, że nie będzie jak Florence, ją lubiła najmniej, jasne, szkoda, że umarła - to jednak nie zmieniało tego, że jak żyła Ruda za nią nie przepadała, no wcale jej nie lubiła. Florence była wredna i gnębiła Camerona, to był wystarczający powód, aby jej nie lubić. Była niezłą uzdrowicielką, ale człowiekiem... cóż, nie powinno się mówić źle o zmarłych, więc nawet w myślach nie powinna tego komentować, bo znając ją postanowi wrócić na ziemię tylko po to, aby spojrzeć na kogoś swoim oceniającym spojrzeniem.

Jej rodziców nie było w domu. Ojciec znajdował się w w sklepie na dole, pewnie znowu robił jakieś turbo-super-ekstra miotły na zapleczu, a mama, mama była gdzieś, znowu wysłali ją na jakieś zgrupowanie za granicę, Heather była przywyczajona do tego, że rzadko kiedy Lizzy można było złapać na miejscu.

Usłyszała pukanie do drzwi, wyrwała bardzo szybko w ich stronę, powinna zdjąć z twarzy ten uśmiech, bo typ pomyśli, że jest jakaś pojebana, ale tak już miała, że jak się ekscytowała to okazywała to przede wszystkim wyrazem swojej twarzy.

Otworzyła drzwi na oścież i wtedy zmienił się jej wyraz twarzy. Pamiętała tego typa. O kurwa, gdzie jest różdżka??? Jak niby mogła zostawić różdżkę w salonie, kiedy pierdoleni śmierciożercy pukali do drzwi, sama mu otworzyła, nosz kurwa mać, będzie musiała walczyć na pięści. Już raz próbowała go znokautować, ale jej nie wyszło, była jednak zawzięta, jak nie wtedy to teraz, czy coś. Oczywiście, że racjonalnie oceniała swoje szanse, typ był od niej cięższy chyba z dziesięć razy, ale ona była zwinna, zwinna jak salamandra, nawet nie zauważy jak go capnie.

Dużo działo się w jej głowie, tyle, że typ nadal stał, nie podniósł różdżki, to było dziwne.

- Co tak stoisz? - Napięła się nieco, wyglądała jak wkurzony skrzat, uniosła pięści, gotowa do ewentualnej walki. - Nie zabijesz mnie tak łatwo. - Dodała jeszcze.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#2
04.12.2025, 16:27  ✶  
Dostałem list. Krótki, rzeczowy, może aż nadto, podpisany „Heather Wood”. Zero szczegółów, poza tym, że „wujek polecił”. Jaki wujek? Kim, do cholery, jest wujek? Ale praca to praca, klątwa to klątwa, jeżeli ktoś pisze, że potrzebuje ogarnąć własną magiczną niedyspozycję, to naturalnie - brzmi to po prostu, jak robota. Nic nie wyjaśniałem, nie miałem zamiaru, po prostu umówiłem się na wizję, bo tak było najwygodniej, jeśli ktoś pisze do mnie, że potrzebuje klątwołamacza, to nie zaczynam rozległej korespondencji i wykładów o cudzym życiorysie, swoim tym bardziej. Przyszedłem, bo było zlecenie - tyle.
Pukanie brzmiało normalnie, nie za mocno, nie za słabo, raczej nie do pomylenia z niczym innym, więc nie musiałem czekać zbyt długo, aby lokatorka otworzyła drzwi. Zrobiła to jednak tak szeroko, jakby już na starcie szykowała się do wywalenia mnie z progu kopniakiem, a nie do przyjęcia gościa, którego - teoretycznie - sama zaprosiła. Kiedy otworzyła, a ja zobaczyłem tę… Istotę, pierwsze, co poczułem, to niepokojące déjà vu, jakby moja podświadomość próbowała mi przypomnieć coś bardzo konkretnego, a mój mózg odmawiał przyjęcia faktów dla własnego dobra - bo tę twarz widziałem już raz, i wtedy próbowała mi wypierdolić światło z oczodołów. Mgliście, gdzieś w bardzo odległej przegródce mózgu, kojarzyłem tę mikrą istotę o wzroście dziecka i energii rozjuszonego charta, która ostatnim razem rzuciła się na mnie w kompletnym chaosie, wrzeszcząc coś, czego nawet nie miałem czasu zrozumieć, zanim próbowała mnie trafić pięścią w żuchwę. Wtedy myślałem, że to przypadek, desperacja, jakiś gwałtowny odruch, który można wybaczyć w zamieszaniu.
Ale teraz?
Przyszedłem normalnie - żadnego czającego się gówna, żadnych dramatów - jak ktoś chce kogoś zabić, to nie stuka trzy razy jak sąsiad proszący o sól, ale kiedy drzwi rozwarły się tak szeroko, że prawie wyrżnąłem w futrynę, zobaczyłem ją - najpierw z rozdziawionym, idiotycznie radosnym uśmiechem - zbyt szerokim, zbyt entuzjastyczny, takim na zasadzie „hej, zapraszam, w ogóle niczego się nie boję” - a potem z miną, jakbym przyszedł tu spalić jej dom. Jej twarz zmieniła się gwałtowniej niż u wilkołaka tuż przed pełnią.
Mrugnięcie okiem później stała przede mną ta sama ruda furiatka, w tym samym bojowym nastroju. Nie miałem pojęcia, kim była, o co chodziło, ani dlaczego wyglądała, jakby zamierzała spróbować mi rozbić nos pięścią wielkości jednej czwartej mojej dłoni.
Jej wzrok: morderczy.
Jej wzrost: przesadzone metr sześćdziesiąt.
Jej masa: tyle co średnia torba ekwipunku.
A mimo to stała naprzeciwko mnie jak wojownik gotowy rozpruć trolla na pół.
Otworzyłem usta, zamknąłem. Znowu otworzyłem. Musiałem na nią spojrzeć naprawdę długo, zanim byłem w stanie wykrztusić cokolwiek sensownego. W mojej głowie kłębiło się tylko narastające, podejrzane poczucie déjà vu i pytanie, czy może przypadkiem nie pomyliłem adresów, bo nikt normalny nie zapraszałby do domu kogoś, kogo wcześniej próbował - bardzo ambitnie wierząc w swoje umiejętności i predyspozycje fizyczne - zajebać.
- …co kulwa? - Zapytałem, bo nie przyszło mi do głowy nic bardziej elokwentnego. Zawiesiłem na niej spojrzenie, ciężkie, nieprzyjemne, takie, jakim obdarza się ludzi, którzy prawdopodobnie właśnie zmarnowali ci czas. Co ja miałem jej niby powiedzieć? „Hej, witam, dzień dobry, cześć i czołem, jestem Benjy, przychodzę sprawdzić klątwę, nie wiem kim jesteś, nie wiem czemu ostatnio mnie napadłaś, nie wiem kim jest twój wujek, ale bardzo doceniam, że zaczynasz od grożenia mi gołymi rękami? Twój wujas chyba nie lubi ani ciebie, ani mnie.” Na Merlina, dlaczego znów ktoś zamierzał mnie bić w czyimś przedpokoju?
Miała wielkie oczy, rozszerzone źrenice, i wyglądała tak, jakby dosłownie czekała, aż wyciągnę różdżkę i odpalę Avadę na progu. A ja tylko stałem, jak debil, bo nie byłem zwyrolem mordującym ludzi za dnia w ich mieszkaniach, nie znałem jej, nie wiedziałem, kim do diabła jest „wujek”, który mnie polecił, i dlaczego ta dziewczyna, o twarzy wkurzonego skrzata domowego, reagowała na mój widok jak byk na czerwoną płachtę. Stała jak zawodnik gotowy na gong, z tą swoją determinacją, której nie da się kupić, ani nauczyć - trzeba ją mieć wrodzoną. Najwyraźniej miała jej za dużo.
Podniosłem brew. Powoli.
- Młoda… - Zacząłem, głosem kompletnie pozbawionym ciepła, bo niby skąd miałoby się tam wziąć, z tą zimną ostrożnością - taką, którą każdy racjonalny człowiek stosuje wobec kogoś, kto uważa, że może mu nagle pogryźć kostki - bo najwyraźniej tak należało mówić do kogoś w trybie „atakuję każdego człowieka w zasięgu półtora metra”. - Jeśli planujesz mnie biś, to mose… Wybiesz naszędzie, któle ma chociasz teoletyczne szanse, dobsze? Masz w domu kij, lulę, cokolwiek? Pytam s tloski. - Spojrzałem za jej plecy, machając podbródkiem. - Moses mnie walnąś stołkiem. Stołki są stwoszone do takich akcji.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Gówniara z miotełką
She had a mischievous smile, curious heart and an affinity for running wild.
wiek
21
sława
VI
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
BUMowiec
Heather mierzy 160 cm wzrostu. Jest bardzo wysportowana, od dzieciaka bowiem lata na miotle, do tego zawodowo grała w quidditcha. Włosy ma rude, krótkie, nie do końca równo obcięte - gdyż obcinał je Charlie po tym, jak większość spłonęła podczas Beltane. Twarz okrągłą, obsypaną piegami, oczy niebieskie, czają się w nich iskry zwiastujące kolejny głupi pomysł, który chce zrealizować. Porusza się szybko, pewnie. Ubiera się głównie w sportowe rzeczy, ceni sobie wygodę. Głos ma wysoki, piskliwy - szczególnie, kiedy się denerwuje. Pachnie malinami.

Heather Wood
#3
04.12.2025, 18:04  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.12.2025, 18:06 przez Heather Wood.)  

Longbottomowie mieli świadomość tego, że Ruda cierpi na tą swoją śmieszną przypadłość. Mówiłam im o tym, że zależy jej na tym, aby złamać klątwę. Jasne, to mogło się wydawać śmieszne, że czasem wszystko wokół niej robiło się mokre, jednak niosło to ze sobą również ryzyko. Mogła kogoś skrzywdzić, a krzywdzić to chciała tylko śmierciożerców i to zupełnie świadomie, więc nie pasowało jej do końca to, że obdarowana została tą wyjątkową zdolnością. Erik o tym wiedział, miał też świadomość, że Florence umarła, więc podsunął jej nowego klątwołamacza. Całkiem prosta sprawa. Naprawdę cieszyła się z tego, że o niej pomyślał. Niby wiedziała, że raczej nie było dla niej nadziei, bo przecież jej rodzice od lat próbowali znaleźć kogoś, kto pomoże jej z tym walczyć, a mimo to nadal była przeklęta, miała prawo wątpić w sukces tej trudnej misji, ale gdzieś tam w środku nadal jeszcze nastawiała się na to, że w końcu komuś się uda. Tylko nie zdążyła jeszcze trafić na odpowiedniego specjalistę.

Zapomniała jednak o tym, że czekała na klątwołamacza, kiedy otworzyła drzwi. Ten wielki typ tam stał, pamiętała go ze spalonej nocy, takich osób się nie zapominało. Na pewno miał złe zamiary... Ten wyraz twarzy, no wyglądał jakby mógł ot tak kogoś zabić, postanowiła więc przyjąć pozycję obronną, a że najlepszą obroną był atak - to cóż. Zaciskała te swoje piąstki gotowa spróbować mu wpierdolić. Reagowała szybko, bo przecież czas był ważny podczas takich zadań.

Patrzył na nią dziwnie, zapowietrzył się - chciał coś powiedzieć, ale zamilkł. Co się mówiło, jak chciało się kogoś zabić? Tylko Avada Kedavra, czy jeszcze giń poczwaro, brudasie? Tak ich chyba nazywali poplecznicy Voldemorta.

- Nie dam się zabić. Nie ma szans. - Wysyczała przez zęby na jego co kurwa, kulwa? Brakowało w tym chyba r, co brzmiało śmiesznie, ale się nie roześmiała, bo nie mogła tracić czujności, musiała być gotowa się bronić. Nigdy nie wiadomo kiedy postanowi w nią uderzyć, to, że wcale nie wyglądał jakby chciał ją uderzyć, to inna sprawa, tak czy siak źle mu z oczu patrzyło.

Spoglądała na niego spod grzywki, która opadała jej na twarz, dmuchnęła w nią, po zasłaniała jej oczy, a nie mogła sobie pozwolić na ograniczenie widoczności, w drzwiach było wąsko, on był wielki, miała tutaj przewagę. W sumie nie było takie głupie, to co powiedział. Pięściami pewnie nie uda jej się mi zrobić krzywdy, był za duży, jasne była zwinna, szybka, umiała się napierdalać ale typ przypominał niedźwiedzia, to mogło się źle skończyć.

- Zniczu do mnie. - Mruknęła pod nosem i wyciągnęła prawa rękę w bok, czekała. Minęła może sekunda, czy dwie, w jej kierunku przez długi przedpokój pofrunęła miotła, która zatrzymała się pod jej ręka. Rudą złapała za jej trzonek, zupełnie niewzruszona i się o nią oparła. No, teraz zdecydowanie lepiej, mogła mu ją przywalić, może to by poczuł.

Spojrzała na niego i uśmiechnęła się zadziornie, nie widać było po Rudej, żeby się go bała, wręcz przeciwnie, naprawdę była gotowa na niego skoczyć. Jej odwaga... Często mogła być brana za niepotrzebną brawurę, ale taka już była, nie bała się nikogo, ani niczego.

Wtedy to poczuła, przez ekscytację, niepewność zaczęły buzować w niej emocje, magia zaczęła ją wypełniać. - Nie teraz, pliska, nie teraz. - Powiedziała sama do siebie, jakby go tutaj nie było, jakby przed chwilą wcale nie chciała go zaatakować.

Kurwa, klątwa, klątwołamacz, zmrużyła oczy, co za syf. - Czekaj, Ty jesteś Fenwick, klątwołamacz? - Chyba wreszcie połączyła kropki, nie ma co, szybko jej to poszło, a do tego nadal próbowała się opanować, bo wiedziała, że to się zbliża.


Rzut PO 1d100 - 88
Sukces!
(kształtowanie - klątwa natury, będzie woda, czy nie będzie?)

Wzięła głęboki oddech, próbowała się uspokoić, nie mogła sobie teraz pozwolić na żadne potknięcie. - Uff, przeszło, nie zaleje Cię. - Powiedziała do niego całkiem z siebie zadowolona.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
04.12.2025, 20:06  ✶  
Stała przede mną, ramiona napięte, pięści uniesione, oczy rozszerzone, a ja… Po prostu zastygłem, patrząc na nią z miną „co kurwa”, która chyba już wrosła mi w twarz, gdyby nie to, że ruda wyglądała tak śmiertelnie poważnie, parsknąłbym śmiechem. Widziałem skrzaty domowe, które budziły większy respekt, tymczasem ona stała przede mną - 160 centymetrów bojowej determinacji - z pięściami, które ważyły mniej niż mój zegarek. Odchyliłem głowę lekko w bok, analizując jej postawę. Patrzyłem na nią, na te jej piąstki wzniesione do walki, i szczerze mówiąc, nie byłem pewien, czy mam ochotę się roześmiać, czy odwrócić na pięcie i wrócić do domu.
- Wiesz. - Powiedziałem, unosząc brew. - Zwykle, jak chcę kogoś zabiś, to nie zaczynam od gapienia się na niego pszes pół minuty. - Spojrzałem na nią spod ciężkich powiek, dokładnie tym spojrzeniem, które najwyraźniej odczytywała jako „zabójcze”. Prawdę mówiąc, to była moja standardowa mina pt. „co kurwa się dzieje”, ale nie zamierzałem jej tego tłumaczyć. Zwłaszcza że ta dziewczyna wyglądała, jakby wytłumaczenie i tak potraktowała jako prowokację.
Poznałem ją. Nie z imienia, nie z listu - bo chuj jeden wie, że list mówił tylko „potrzebuję klątwołamacza, podpisała Heather Wood”, nie z żadnego sensownego kontekstu. Poznałem ją z czegoś innego - z tej jednej nocy, jednego chaosu, kiedy coś drobnego, szybkiego i kompletnie bez instynktu samozachowawczego rzuciło się na mnie z pięściami. Nie miałem wtedy pojęcia, dlaczego, w sumie nadal nie miałem. Teraz patrzyłem, jak znowu robi wdech wojenny, ramiona jej drżą, jak staje w drzwiach, które dla mnie były ledwie ramą, a dla niej jakąś strategiczną fortecą. A ja, jak idiota, stałem naprzeciwko i zastanawiałem się, dlaczego zawsze trafiam na takich klientów.
Potem zrobiła coś, co kompletnie mnie zbiło z tropu. Wyciągnęła rękę i warknęła na miotłę, a ta miotła, jak dobrze wychowany pies, przyleciała. Zanim zdążyłem pomyśleć „co teraz odpierdala”, przeleciała przez korytarz, lądując jej w dłoni, jakby - jak mniemałem - Wood była jakimś cholernym pałkarzem gotowym do ataku, a ona oparła się o nią nonszalancko, jakby to było najnormalniejsze w świecie, że wyciąga coś takiego znikąd i mentalnie szykuje się, żeby mnie nią pierdolnąć - może i było, cóż, nie zaskoczyłoby mnie to jakoś szczególnie, chyba zaczynałem sobie wyrabiać zdanie na temat tej panny.
Stałem więc w jej drzwiach, a ona - oparta o sprzęt, który wyglądał, jakby był wart więcej niż niejedno mieszkanie - patrzyła na mnie. Zadziorny uśmiech, głowa przechylona, gotowa. Odważna? Tak. Rozsądna? Absolutnie nie. Patrzyła na mnie spod tej swojej grzywki, jakby była gotowa rzucić się i zatopić we mnie zęby, jeśli tylko uzna za stosowne. Wąskie wejście, ona mierząca metr sześćdziesiąt z kapeluszem, ja prawie dwa metry i sto trzydzieści kilo mięsa i kości. W normalnym świecie to nie byłby pojedynek, tylko nierówna konkurencja, ale w jej świecie najwyraźniej wszystko było możliwe.
Nie wiedziałem, czemu mnie pamięta.
Nie wiedziałem, czemu mnie nienawidzi.
I zdecydowanie nie wiedziałem, skąd jej się, do cholery, wzięło, że jestem mordercą nasłanym, by ją zabić. To było jak obserwowanie kota, który próbuje zastraszyć niedźwiedzia, jeżąc się jak szczotka. Ambitne, ale w gruncie rzeczy tragiczne.
Nie ruszyłem się ani o centymetr. Patrzyłem tylko, jak jej emocje zaczynały ją rozsadzać - widziałem to od razu, po drgających palcach, po cieple pulsującym w powietrzu wokół niej. Ta magia nie była subtelna. Była jak źle zabezpieczony kocioł, który zaczyna się trząść, zanim pierdolnie.
- No, no… - Mruknąłem pod nosem, nie ze strachu, tylko z zawodowego przyzwyczajenia. - To wygląda jak ktoś s klątwą, a nie jak ktoś, kto chciałby mnie napieldalaś miotłą.
I wtedy ona spojrzała na mnie mrużąc oczy, jakby dopiero teraz ogarnęła, że przyszła do niej jakaś konkretna osoba, nie losowy gigant do bicia. Stałem tam już dobrą chwilę z torbą pełną narzędzi diagnostycznych, więc odpowiedź powinna być oczywista, ale nie zdążyłem nic powiedzieć, bo ona już kontynuowała. Jej reakcja była… Cóż. Zaskakująco szczera, jakby dopiero teraz dotarło do niej, że właśnie próbowała pobić faceta, który przyszedł jej pomóc. Poczułem przebłysk sympatii - tej najmniejszej z możliwych, takiej tyci-tyci - gdy mruknęła do siebie, że nie chce mnie „zalać”.
„Uff, przeszło, nie zaleje cię.”
No i… Kurwa.
I tutaj… Naprawdę musiałem wziąć oddech, żeby nie zareagować w jedyny możliwy sposób, czyli bardzo głośnym „słucham?”, brzmiało to jak obietnica z bardzo złego romansu. A ja stałem naprzeciwko niej i wiedziałem, że jeśli nie zachowam minimum powagi, to nic dobrego z tego nie będzie. Przez ułamek sekundy tylko na nią patrzyłem, bo słowo „zaleje” w tym kontekście… No, nie powinno zabrzmieć jak zabrzmiało, a ja musiałem odsunąć od siebie oczywisty obraz, który absolutnie nie powinien się tu pojawiać.
- No to ulga… Sądzę? - Mruknąłem. - Chociasz w sumie - dodałem, wzruszając ramionami - jeśli jusz masz kogoś zalaś, to właśnie telas byłaby to jedyna sytuacja, w któlej pszydałoby się to do demonstlasji. - „O, proszę, klątwa działa tak i tak, hop, chlup.”


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Gówniara z miotełką
She had a mischievous smile, curious heart and an affinity for running wild.
wiek
21
sława
VI
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
BUMowiec
Heather mierzy 160 cm wzrostu. Jest bardzo wysportowana, od dzieciaka bowiem lata na miotle, do tego zawodowo grała w quidditcha. Włosy ma rude, krótkie, nie do końca równo obcięte - gdyż obcinał je Charlie po tym, jak większość spłonęła podczas Beltane. Twarz okrągłą, obsypaną piegami, oczy niebieskie, czają się w nich iskry zwiastujące kolejny głupi pomysł, który chce zrealizować. Porusza się szybko, pewnie. Ubiera się głównie w sportowe rzeczy, ceni sobie wygodę. Głos ma wysoki, piskliwy - szczególnie, kiedy się denerwuje. Pachnie malinami.

Heather Wood
#5
04.12.2025, 22:05  ✶  

- O, czyli mówisz, że zdarza Ci się chcieć kogoś zabić, pięknie. - Przewróciła oczami. No nie znała jego metod, czyż nie? Musiała zakładać najgorsze, nie wiedziała, czego powinna się spodziewać po takim typie, może lubił najpierw sobie popatrzeć, a później dopiero atakować? Nie znała go przecież, mogła więc sobie jedynie o tym wszystkim gdybać, a na pewno wiedział, jak wygląda, miał chyba w domu lustro?

Ściskała te swoje piąstki, jakby faktycznie mogły ją uchronić przed ewentualną śmiercią, chociaż wiedziała, że w jego przypadku raczej nie sprawdziłyby się jako broń, pewnie nawet nie poczułby jej uderzenia, bo był wielki, skąd się w ogóle brały takie trolle wśród ludzi?

Miotła jej nie zawiodła. Oczywiście, że przyleciała, była pewna, że tak się stanie. Patrzyła więc na niego z tym swoim cwaniackim uśmieszkiem, no i co teraz, koleś?. Sugerował jej zorganizowanie sobie narzędzia, to to zrobiła, bardzo szybko je sobie zorganizowała, pewnie nie spodziewał się tego, że zrobi to tak efektownie. Miała klasę, to fakt, wyprostowała się i uśmiechnęła sama do siebie.

Później, już wszystko poszło nie po jej myśli, bo poczuła to. Magia się w niej zbierała, jak zawsze po prostu w idealnym momencie, nie mogło być inaczej, właśnie dlatego chciała pozbyć się tej klątwy. Musiała mieć pewność, że nie będzie się jej to tak losowo przytrafiało.

Sama nie miała pojęcia dlaczego ujebała sobie, że ten typ chciał ją zabić. Tamtej nocy wyglądał jak jeden z nich, tych którzy atakowali niewinnych, może nie przyłapała go na gorącym uczynku, ale postanowiła wtedy uderzyć, żeby nikogo nie skrzywdził, teraz stanął przed jej drzwiami. To nie mógł być zbieg okoliczności, na pewno ją odszukał za to, że wtedy chciała go uszkodzić, przecież to wszystko w jej głowie miało sens.

Dopiero później połączyła kropki. Miał się tu pojawić klątwołamacz, którego polecił jej Erik. Ten facet zapukał do drzwi, umówili się na spotkanie, to musiał być on, że też przypomniała to sobie dopiero wtedy, kiedy uderzyła w nią magia. Nie była zadowolona z takiego obrotu sytuacji. Może powinno jej się zrobić głupio za jej zachowanie i to niezbyt przyjemne przywitanie, ale jej nigdy nie było głupio, zamierzała udać, że był to po prostu głupi błąd, zresztą nie zrobiła mu krzywdy, ani on nie zrobił jej krzywdy, więc nie było wcale tak najgorzej.

- Cicho, widzisz, że walczę, próbuję się skupić. - Nie musiał tego przecież komentować. Jakoś udało jej się jednak doprowadzić się do stanu względnej używalności, powódź opanowana, czy coś. Ulżyło jej.

Heather nie miała problemu z tym, aby mówić o swojej przypadłości. Woda, woda była jej żywiołem, chociaż zupełnie do niej nie pasowała. No kurwa mać, na pierwszy rzut oka widać było, że jest ogniem, ale ktoś postanowił z niej zażartować i obdarzył ją tym zalewaniem wszystkiego, co stało jej na drodze. Może w sumie woda była mniej niszczycielska od ognia? Może to i lepiej, przynajmniej czasem studziła jej bardzo gorący temperament.

Wiedziała, że to brzmiało dwuznacznie, ale nie miała siły, żeby tłumaczyć, że w jej przypadku było to bardzo jednoznaczne, zalewała wszystko i wszystkich, którzy stawali jej na drodze w nieodpowiednim momencie.

- Nie masz pojęcia ile razy musiałam wymieniać tu podłogę, rodzice by mnie zajebali, jeśli znowu bym to zrobiła. - Pewnie nie, przywykli do tego, chociaż przy dziesiątym razie kazali jej wyciągnąć swoje galeony, które wolała przeznaczać na swoje własne wydatki, ile miałaby za to kebabów w mugolskim Londynie! Nie, żeby liczyła każdy grosz, bo była kurewsko bogata, ale sama wolała wybierać to za co płaciła.

- Może Cię kiedyś zaleję, ale w trochę korzystniejszych warunkach, nie wiem, gdzieś w plenerze? To zresztą tak nie działa, odkąd trochę zaczęłam nad tym panować, to nie umiem ignorować tych przypływów i zawsze staram się walczyć, nie zawsze jednak mi się udaje. - Cóż, przypadkiem zaczęła mu tłumaczyć, jak działała jej klątwa.

- Dobra, sorka, wzięłam Cię chyba za kogoś innego. - Nie teraz, ale przy ich pierwszym spotkaniu, zamierzała to wyjaśnić, bo czemu nie. - Masz po prostu taką twarz, wiesz? - Oczywiście, że zamierzała zwalić to na niego.

- Wejdziesz do środka, skoro już doszliśmy, że to Ciebie polecił wujek? - Właściwie to nawet jej tego nie powiedział wprost, ale zareagował kiedy klątwa się odpaliła, musiał wiedzieć co się dzieje, a więc wszystko się klarowało - był tym klątwołamaczem. - Nie będę Ci grozić miotłą, jak coś. - Dodała jeszcze, chociaż nie wyglądał na szczególnie przestraszonego.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
05.12.2025, 01:56  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.12.2025, 01:57 przez Benjy Fenwick.)  
To miało być proste zlecenie - wchodzę, sprawdzam klątwę, oceniam, co można z tym zrobić, biorę za to pieniądze i ewentualnie umawiam się na dalsze kroki, nie obrywam w twarz, tyle - plan idealny, dopóki nie przestał nim być. Ujął mnie fakt, że była absolutnie przekonana, iż stanąłem w jej drzwiach, grzecznie się anonsując pukaniem, by następnie chcieć ją zamordować. Stała w drzwiach jak tornado ściśnięte do formy kuferkowej - piąstki uniesione, brwi ściągnięte, zero refleksji nad tym, że nawet jeśli mnie uderzy, to ja prawdopodobnie poczuję to jak ukąszenie komara, co najwyżej zdeterminowanego. Tego typu pewność siebie rzadko widywałem u ludzi, którzy ważyli mniej niż mój plecak.
Zaczęło się od tego, że oskarżyła mnie o chęć morderstwa tak, jakby właśnie odkryła we mnie ulubione hobby. Przewróciła oczami tak teatralnie, że aż miałem ochotę zapytać, czy ćwiczyła to przed lustrem. Od razu poczułem, że to będzie długa współpraca, jeśli w ogóle do niej dojdzie. Nie dlatego, że mnie obrażała - to akurat szło jej bardzo naturalnie - ale dlatego, że mówiła to takim tonem, jakby złapała mnie na gorącym uczynku przy wykopywaniu dołu dla moich ofiar.
- Dobsze, sze chociasz zakładasz najgolsze. - Mruknąłem. Przynajmniej nie była beznadziejnie naiwna, jak znaczna część ludzi, w tych czasach to było plusem. - Ludzie mają lósne style plasy. Ja zwykle kogoś zabijam szybko, czysto i bez dlamatulgii. - Zrobiłem pauzę, mogła to uznać za żart, albo i nie, nie zamierzałem tego wyjaśniać.
Miotła wylądowała pod jej dłonią, a ona się wyprostowała jak królowa, która właśnie dostała berło, po czym spojrzała na mnie z tym swoim cwaniackim uśmieszkiem - świetnie. Sugerowałem narzędzie, ale miotła… Ambitnie, nietypowo, mało ergonomicznie. A potem poczułem coś jeszcze - falę magii, wilgoć w powietrzu, ten charakterystyczny sygnał, że zaraz coś się wydarzy. Nie znałem jej klątwy, nie miałem opisu, nie miałem nic, bo panna Wood nie raczyła napisać, najwyraźniej należała do ludzi, którzy uważają, że szczegóły są dla słabych. Powietrze zrobiło się cięższe, wilgotniejsze, jakby ktoś otworzył drzwi do szklarni tuż obok mojej twarzy. Zawodowy instynkt we mnie powiedział „oho, będzie pokaz”. Dziewczyna… Wyglądała na tak przyzwyczajoną do tej klątwy, jak ja do tego, że ludzie źle interpretują moją mordę.
- No tak. - Mruknąłem, gdy syczała, żebym był cicho, bo się „skupia”. - Nie pszeszkadzam. Wybuchaj w swoim tempie.
Ale nie wybuchła, nie „zalała mnie”, jakkolwiek by to brzmiało. Oczywiście, mój mózg zrobił dokładnie to, czego nie powinien - zawiesił się na sekundę i zaczął produkować skojarzenia, których nie chciałem mieć. Musiałem odchrząknąć, bo umysł podsunął mi reakcję zupełnie nieprofesjonalną. To, że ta dziewczyna miała wyobraźnię większą niż jej masa ciała, było już dla mnie oczywiste. Potem zaczęła mówić o wymienianiu podłóg, zalewaniu wszystkiego, tłumaczyć, jak działa jej przypadłość… A ja słuchałem tego z rosnącą świadomością, że pracę mam ciekawą, ale nie zawsze higieniczną.
- Kafelki. - Wskazałem podłogę z pełną powagą. - Zaoszczędziłabyś foltunę, daję słowo. W łazienkach i kuchniach nie ma ploblemu s klątwami wodnymi. Odpływ i po splawie. - Zawiesiłem spojrzenie na jej twarzy, nie zmrużyłem oczu, nie uniosłem brwi, po prostu pozwoliłem, żeby to stwierdzenie zrobiło woje.
Potem padło „może cię kiedyś zaleję, ale w plenerze?” tu aż przymknąłem oczy, jakbym musiał odfiltrować niepotrzebne warstwy skojarzeń z jej zdania.
Plener.
Zamrugałem.
- Nie wiem, czy wiesz. - Powiedziałem, unosząc dłoń. - Ale mam sonę. Tak tylko szusam tę informację w etel, bo losmowa zaczyna sklęcaś w balso dziwne lewily, nawet jak na standaldy klątw. - Zrobiłem gest kołowy dłonią. - I „zaleję cię w plenesze” to jest zdanie, któlego nie chcę analizowaś na szadnym poziomie, zawodowym ani plywatnym, s kimś, kto nie jest moją lubą. - To chyba było jasne, nie? To dobrze, doskonale. W końcu powiedziała „dobra, sorka”. Przyjąłem to takim samym entuzjazmem, jak przyjmuję fakt, że pada deszcz. Czyli - jest, no trudno.
- Błagam cię. - Powoli, bardzo powoli pokręciłem głową, uśmiechając się niezbyt poważnie. - Tak, wiem. - Skinąłem głową z pełnym, absolutnym brakiem przejęcia. - Od lat mam tę samą. - Ludzie mnie brali albo za oprycha, albo za kogoś, kto ci ukradnie portfel, albo za kogoś, kto przyszedł cię zabić. - Jusz się pszyzwyczaiłem. - Przekrzywiłem głowę, patrząc na nią z góry, a nie było to trudne, bo sięgała mi do klatki piersiowej. - Wybacz, musiałem pszeanalizowaś sytuację. Nie wyglądam wtedy najmilej, tak pszynajmniej mówią.
Odsunęła miotłę, zaproponowała wejście. Łaska wielka.
- Dobsze. - Mruknąłem. - Skolo ustaliliśmy, sze mnie nie zalejesz, a ja nie planuję cię moldowaś, to mose faktycznie moszemy lospocząś spotkanie, jak nolmalni ludzie. - Kiwnąłem głową, gdy przeszedłem obok niej, mijając ją ostrożnie, bo przy moim rozmiarze nie miałem ochoty przypadkiem jej nadepnąć. - Ale doceniam ambicję. Selio. Gdybyś mnie nią pieldolnęła, pewnie bym poczuł. Mose nawet powiedział „au”. Las.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Gówniara z miotełką
She had a mischievous smile, curious heart and an affinity for running wild.
wiek
21
sława
VI
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
BUMowiec
Heather mierzy 160 cm wzrostu. Jest bardzo wysportowana, od dzieciaka bowiem lata na miotle, do tego zawodowo grała w quidditcha. Włosy ma rude, krótkie, nie do końca równo obcięte - gdyż obcinał je Charlie po tym, jak większość spłonęła podczas Beltane. Twarz okrągłą, obsypaną piegami, oczy niebieskie, czają się w nich iskry zwiastujące kolejny głupi pomysł, który chce zrealizować. Porusza się szybko, pewnie. Ubiera się głównie w sportowe rzeczy, ceni sobie wygodę. Głos ma wysoki, piskliwy - szczególnie, kiedy się denerwuje. Pachnie malinami.

Heather Wood
#7
05.12.2025, 10:30  ✶  

- Jestem rozsądna, zawsze zakładam najgorsze. - Powiedziała jeszcze bardzo pewnym tonem. Tak, jasne - można było o niej powiedzieć naprawdę wiele, ale na pewno nie to, że była rozsądna. Zresztą widać to było po jej dzisiejszym zachowaniu, była gotowa się na niego rzucić, chociaż zdawała sobie sprawę z tego, że szansa na powodzenie tego planu praktycznie nie istniała, bo typ był wielki jak niedźwiedź, a ona bardziej przypominała wkurzoną wiewiórkę. - To dobrze, bez sensu jest robić przy tym niepotrzebny bałagan. - Mimo wszystko wydawało jej się, że jednak nie chce jej zabić, bo jakby chciał to zrobić, to pewnie już by zaczął, a nadal stali i dyskutowali, więc nie było tak źle.

Później przyszła miotła i magia i wszystko się zesrało, chociaż była dumna ze swojego przedstawienia, jednak zakończenie nie do końca przebiegło po jej myśli. Musiała na chwilę odwrócić od niego swoją uwagę, aby skupić się nad tym, by panować nad klątwą. Nie znosiła tej części siebie, wkurzała ją okropnie, znaczy czasem się przydawała, ale to było bardzo sporadyczne, zresztą poza tymi przypadkowymi atakami nie miała z tego żadnej przyjemności, nie mogła sięgać po tę magię, aby nią kierować i próbować używać na swoją korzyść, to była walka z tym, czy wybuchnie, czy nie.

Udało jej się nad tym zapanować, oczywiście, że jej się udało, poświęciła bardzo dużo czasu na to, aby opanować doskonale kształtowanie magii, bo w ten sposób mogła się temu opierać, Ruda naprawdę była specjalistką w tej dziedzinie magii, ale co z tego?

- Staram się nie wybuchnąć. - Dodała jeszcze, bo typ chyba nie zrozumiał, co właśnie robiła. Przewróciła przy tym oczami, jakby to była najbardziej banalna rzecz na świecie i najbardziej logiczna.

- Lizzy nie chce kafelek, ma swoją wizję, której nie można zmienić. - Jej matka miała specyficzny gust i bardzo dużo galeonów, musiała się pokazać i dbała o to, aby każda z jej nieruchomości spełniała odpowiednie standardy, nawet ta tutaj na Pokątnej, chociaż Ruda zdecydowanie wolała dom w Hiszpanii, który znajdował się przy samej plaży, ten to dopiero był wyjebany w kosmos, ta dziura w ogóle go nie przypominała, chociaż jak na londyńskie standardy i tak była nie najgorsza.

Ruda otworzyła szeroko usta. Nie, nie zrobił tego, czy naprawdę wszystkim zalanie musiało się kojarzyć z jednym? FUUUUJ, jak mógł sobie o tym pomyśleć. - Bez obrazy, ale jesteś starym dziadem. - Otaksowała go oceniająco spojrzeniem od stóp do głów. - Mógłbyś być moim starym, jakbyś się trochę postarał. - Dodała jeszcze. - To jak mam to niby nazywać, nie stworzę Ci potoku? nie popłynę? Pasuje? - Zalanie było proste, mówiło wszystko, ale najwyraźniej brzmiało niezbyt dobrze, ludzie zawsze tak reagowali kiedy korzystała z tej nomenklatury.

- To jak nie analizujesz wyglądasz milej? - Ciekawe, przecież nie dało się zmienić twarzy, a podejrzewała, że nawet jak się uśmiechał to mógł wzbudzać raczej strach. Niektórzy tak mieli.

Dobrze jednak, że wyjaśnili sobie cel jego wizyty, był klątwołamaczem od Erika, miał jej pomóc, no, to wystarczyło, aby nieco zeszła z tonu i zaprosiła go do środka, mieli pewnie trochę rzeczy do obgadania, chociaż też zdążyła mu już co nieco pokazać.

- Nie doceniasz mnie, potrafię pierdolnąć, może nie wyglądam, ale nie warto lekceważyć przeciwnika. - Miała świadomość, że raczej nie wzbudzała respektu z racji na swoje gabaryty, ale znała trochę sztuczek, przez większość swojego życia przypadkowo wpakowywała się w kłopoty i wiele razy udawało jej się powalić większego przeciwnika, to nie było spowodowane tylko i wyłącznie szczęściem.

- Chodźmy do salonu. - Korytarz był długi, ciągnął się i ciągnął, a na jego końcu znajdował się ogromny, jasny salon. Pełen różnych, dziwnych pierdół związanych z quidditchem, zdjęć, trofeów, na ścianach wisiały miotły, były to pamiątki jej i Lizzy, w końcu obie grały zawodowo w quidditcha, tylko Ruda rzuciła to w pizdu, bo posadzili ją na ławce.

- Przy stole chyba będzie git. - Powiedziała do niego, po czym sama usiadła na jednym z krzeseł. Patrzyła na niego dłuższą chwilę, aż znowu się odezwała.

- Czemu tak śmiesznie gadasz? Wiesz, jakbyś sobie czegoś napchał do ust? Masz tak od zawsze? Mój Camiś się jąka jak jest zestresowany, też tak mówisz jak się stresujesz? Nie wyglądasz, jakbyś się stresował? Od dziecka tak masz? Trochę nie pasuje to do takiego dużego typa, wiesz? - Zastanawiało ją to od tej kulwy, którą rzucił, bo nieco ją to rozbawiło. Po chwili jednak dotarło do niej, że to mogło być nieco niegrzeczne. - To znaczy wiesz, tak tylko pytam, z ciekawości, nie, żeby coś, nie nabijam się z Ciebie, ok? - Mówiła i mówiła, chyba złapała jeden z tych swoich słowotoków. - Wiesz, to nic takiego, wiem, że niektórzy tak mają czasem, znaczy to chyba nie czasem, bo odkąd tu jesteś to tak mówisz ale no, chciałam zapytać.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
05.12.2025, 19:47  ✶  
Byłem całkiem pewien, że usłyszałem już w życiu wszystkie możliwe bzdury, ale kiedy stwierdziła tonem absolutnego przekonania, że jest „rozsądna”, musiałem powstrzymać odruch, żeby się nie roześmiać. Przez sekundę patrzyłem na nią z tym całkiem standardowym „co ja tu właściwie robię”, a ona napinała się tam w futrynie, jak miniaturowy indyk-szturmowiec, gotowa bronić własnej chałupy przed gigantem, który nie zrobił jeszcze niczego, poza zapukaniem. Była rozsądna - dlatego otworzyła mi drzwi bez różdżki i prawie od razu chciała mi przyjebać. No, jasne - rozsądek w czystej postaci. Musiałem powstrzymać odruch spojrzenia w górę, jakbym chciał zapytać niebo, czy właśnie mam udawać, że w to wierzę.
- Mhm. - Mruknąłem. - Lozsądek asz się s ciebie wylewa. - Nie była to złośliwość, to była normalna, sucha obserwacja. Ludzie na Pokątnej mieli różne definicje rozsądku, ale jej zdecydowanie była z jakiejś równoległej rzeczywistości.
Przebrnęliśmy przez etap oskarżeń o morderstwo, potem przyszła - a właściwie przyleciała - miotła, potem przyszła magia, a potem przyszedł chaos. Kiedy zaczęła opanowywać swoją klątwę, patrzyłem na nią ze specyficznym rodzajem zawodowej fascynacji - takiej, którą czuje hydraulik, kiedy widzi pękniętą rurę pod niewłaściwym kątem - nie zachwyca się, ale ocenia potencjalne „jebudu.” To wszystko było dość intensywne. A potem powiedziała „staram się nie wybuchnąć.”
- Och, świetnie, ja tesz. - Odparłem. - Cieszę się, sze mamy podobne pliolytety.
Ale dała radę, zapanowała nad tym, wyglądało to nawet całkiem profesjonalnie - widać było, że włożyła w to setki godzin ćwiczeń, a ja zawsze doceniałem ludzi, którzy próbowali ogarnąć własne problemy. Potem natomiast zaczął się jej wykład o Lizzy i kafelkach - o tym, że jej matka ma wizję. „Wizję”. Widzenie świata przez pryzmat „wizji” nie było mi obce. Znałem ludzi, którzy mieli wizję wprowadzania równowagi na świecie, ludzi, którzy mieli wizję rządzenia światem, ludzi, którzy mieli wizję politycznej potęgi - miałem już do czynienia z ludźmi, którzy, gdy „mieli wizję”, zwykle kończyło się to martwymi ludźmi, martwymi zwierzętami albo katastrofą społeczną lub finansową; w tym przypadku najwyraźniej kończyło się tylko nietrafnym wyborem podłóg - kiwałem głową, wstępnie analizując każde słowo, bo próbowałem zrozumieć tę rodzinę, zanim w ogóle ich poznałem. Brzmieli jak typowe bogate, nieco ekscentryczne towarzystwo, które płaci dużo za ładne rzeczy, a potem krzyczy na domowników, że mają ich nie dotykać, ani tym bardziej nie zaklątwiać. Z mojego doświadczenia wynikało, że ludzie, którzy mieli dużo galeonów, bardzo lubili rzeczy, które były kompletnie niepraktyczne.
Jej reakcja na mój komentarz o „zalaniu” była natychmiastowa, jakby ktoś dotknął jej nerwu pod czaszką - rozdziawiła usta jak obrażona mewa.
- Aha. A ile lat ma ktoś, kto uwasza mnie za „stalego”? Dwanaście i pół? - Spojrzałem na nią powoli, jakby właśnie stwierdziła, że wyglądam na emeryta z problemami z biodrem. - Mam tszydzieści sied–tszy lata, nie sześćdziesiąt. To rósznica. Jeszcze mi nie tszeba podawaś kubka s lulką. - Gdybym był typem człowieka, który się przejmował, może nawet zabrzmiałoby to obraźliwie, ale byłem mną, więc tylko westchnąłem i spojrzałem na nią z czymś, co mogło uchodzić za rozbawienie. - Jeśli ja jestem dziadem, to ty jesteś emblionem. - Przesunąłem po niej spojrzeniem, oceniająco, teatralnie, jakbym robił inwentaryzację. - Gdybym był twoim stalym, to miałabyś więcej nisz sto pięćdziesiąt tszy centymetly. Szukaj dalej albo spytaj matki. - Przejechałem dłonią po włosach, odgarniając je z twarzy, choć i tak zaraz wróciły tam, gdzie chciały. Takie miały usposobienie.
- Proszę, nie uszywaj tego słowa w mojej obecności, jeśli nie jesteś moją soną. Nie mieszaj mnie do swoich fantazji genealogicznych. - Zalanie brzmiało bardzo… Prokreacyjnie. A ja naprawdę chciałem przejść przez to spotkanie bez nowej rodziny, czego ona najwyraźniej nie zamierzała zaakceptować - najpierw byłem dziadem, potem jej ojcem, teraz kandydatem na matkę jej dziecka. A potem zaczęła wymieniać alternatywy dla „zalania”, z których każda brzmiała gorzej. „Stworzę ci potok” wywołało we mnie potrzebę zamknięcia oczu. - Następnym lasem, jak będę myślał o załoszeniu losiny, pszypomnę sobie tę losmowę. Wybiesz coś. Nie zalewaj. Nie podlewaj. Nie obsikuj magią. Cokolwiek, byle inaczej.
Potem zapytała, czy faktycznie wyglądałem milej, gdy nie analizowałem - wzruszyłem ramionami, bo sam nie wiedziałem, jak wyglądałem, rzadko się nad tym zastanawiałem. Ludzie reagowali na mnie dziwnie - to wiedziałem od lat - ale do tego też zdążyłem przywyknąć.
- Podobno tak. - Odparłem. Prawdę mówiąc, często wyglądałem „nieprzyjaźnie”, ale rzadko kiedy miałem ochotę to prostować. Otoczenie i tak wierzyło w co chciało.
- Powiem ci tak. - Zacząłem, opierając dłonie o biodra. - Kiedy ktoś wygląda jak nieglośny, a potem okazuje się, sze potlafi zlobiś kszywdę, to jest glośniejszy nisz ludzie, któszy mają to wypisane na twaszy. Więc nie, nie lekcewaszę cię. Po plostu znam fizykę. A fizyka mówi, sze jak wiewiólka skacze na niedźwiedzia, to niedźwiedź zwykle nie lobi - zrobiłem pauzę - „au”. Wiewiólki są efektywniejsze w atakach s dystansu. Gdy szucają… Syski. Sysunie. - Zaklęcia, kurwa, ale aż się prosiło, by to tak ująć.
Przeszedłem za nią do korytarza, który był dłuższy niż większość londyńskich mieszkań, i przysięgam, gdyby ktoś mi powiedział, że to wejście do jakiegoś boiska, pewnie bym uwierzył - mieszkanie Woodów wyglądało jak przechowalnia mioteł, zdjęć mioteł, pamiątek po miotłach i trofeów zdobytych na miotłach. Wszędzie zdjęcia, sprzęt, trofea… Jej świat był sportowy, energiczny, jasny. Mój był pylisty, ciemny i wypełniony runami, które mogły zabić człowieka, zanim zdążył powiedzieć „dobrze, zobaczmy” - wspaniały kontrast, no, naprawdę.
Usiadłem naprzeciw niej przy stole, ostrożnie, bo krzesła wyglądały na kolekcjonerskie, jakby pamiętały jeszcze jakąś erę quidditcha, a nie miałem ochoty sprawdzać ich wytrzymałości własnym ciężarem. Oparłem łokieć o blat, drugą rękę położyłem swobodnie na udzie i pozwoliłem jej mówić, bo miała ten rodzaj energii, z którym nie warto było walczyć - jak fala przypływu, która musi się przelać. Zresztą i tak nie próbowałem jej przerywać - zastanawiałem się tylko, ile jeszcze słów zdoła wyprodukować w jednym oddechu. To pytanie o głos - wiedziałem, że padnie, zawsze padało, gdy chodziło o potencjalną współpracę. Ludzie mają w sobie jakiś odruch - jak zobaczą dużego typa, który mówi inaczej, to coś im nie styka. Tworzy im się ta dziwna dysonansowa szparka w mózgu, która domaga się odpowiedzi. Niektórzy pytają o to najebani w trzy dupy, inni ewidentnie nie. Przechyliłem głowę, opierając policzek o knykcie i czekając na lukę w narracji. Potem przeprosiła, wyjaśniła, poprawiła, tłumaczyła się, znowu tłumaczyła, a ja słuchałem tego jak człowiek, który wpadł w strumień świadomości i próbuje płynąć, a nie utonąć. Nie miałem nic przeciwko temu, pytanie jak pytanie, ale akurat ona zadała je takim tonem, jakby komentowała kolor tapety, a nie cudze struny głosowe. To mnie nawet rozbawiło.
- Nie masz filtla, co? - Nie czekałem na odpowiedź, wiedziałem, że ona zacznie mówić znowu, jeśli dam jej przestrzeń, więc zrobiłem coś innego. Odchyliłem włosy z prawej strony. Najpierw powoli, bo splątały się trochę przy kołnierzu, potem całkowicie odsłoniłem szyję. To nie był piękny widok, magiczne poparzenia nigdy nie wyglądają tak, jak zwykłe, zawsze mają jakiś ślad kierunku, energii, nieregularności, której normalny ogień nie potrafi zostawić. Nie zrobiłem z tego wielkiego przedstawienia. Po prostu odsunąłem włosy i przechyliłem głowę, żeby światło z okna padło na właściwe miejsce. Blizny na szyi wyglądały trochę jak mapa, tyle że bez żadnej symetrii, żadnej estetyki - pęknięcia, przejścia jaśniejszego w ciemniejsze, gdzieniegdzie skupiska, jakby żar zatrzymał się sekundę dłużej tylko po to, żeby zostawić ślad. Prawe ucho też było naruszone, ale dużo mniej, brzeg miał nieregularną linię, lekko nadtopioną, jakby ktoś przyłożył do niego zapałkę na ułamek sekundy. Nie deformowało mi twarzy, nie robiło ze mnie potwora, jak ktoś nie wiedział, czego szuka, a szalik, chustka albo wysoki kołnierz robił swoje, mógł to wziąć za bliznę po kolczyku albo bójce z młodości. - Bo szycie postanowiło zrobić mi flambé s galdła. Klątwa. No, „klątwa” to mose za dusze słowo. Balsiej… Zabezpieczenie. Niezbyt stabilne. Nie, nie zionę ogniem. Splawdzałem. Kilka lasy, szeby nie było wątpliwości. - Usiadłem ciężej na krześle, poprawiłem się, odgarnąłem włosy z powrotem na ramiona. Czasami wracał mi odruch, że powinienem ułożyć je tak, żeby zasłaniały szyję, ale to było bardziej przyzwyczajenie z pierwszych miesięcy niż prawdziwa potrzeba - teraz już nie miałem tego odruchu, dawno mi przeszło. Światło padało pod takim kątem, że widziałem swoją sylwetkę odbijającą się w jakiejś błyszczącej, polakierowanej statuetce - duża, ciemna plama w salonie pełnym kolorów i życia. Ona była jak jaskrawe światło, ja jak cień. Czasem to się sprawdzało.
- Nie, jako dziecko mówiłem pięknie, miałem dykcję jak plawdziwy alystoklata, potem szycie stwielsiło „a mose nie”. - Nie brzmiało to smutno ani ciężko, właściwie brzmiało to tak, jakbym mówił „spadłem z motoru i wyrżnąłem kolanem w asfalt, trudno”. - To było palę lat temu. Lobota telenowa, dosyś dzikie miejsce, Appalachy, szadnych usdlowicieli w pobliszu, zlesztą zazwyczaj ich nie było, nie ten typ kontlaktu. Mieliśmy zabezpieczyś staly kląg, pszed pójściem dalej, ale młody chłopak s zespołu był debilem. Dotknął czegoś, czego nie powinien. Ja byłem większym, bo zaleagowałem za szybko, podczas gdy on myślał za wolno. Tych najbliszej zabiło od lasu, jednego wypalowało, jeszcze jeden umalł wolniej, bo się wyklwawił. Ja dostałem bokiem fali. Pielwsze, co pamiętam, to ból, całkiem kulewsko spolo bólu. Całe szczęście, miałem bląsowe spodnie. Potem to, sze leciałem, ale to już było właściwie tłem. Pieldut, udeszyłem o skałę, odcinka na chuj wie, ile godzin. Lokalsi mnie posbielali. Sympatyczni, mieli ambicje, ale nieszczególne kompetencje, nie mieli pojęcia, jak leczyś magiczne opaszenia tego typu, więc skończyło się… Tak. Dali mi maść, tlochę ziół, wodę i ladę, szebym nie umielał. Skoszystałem. - I z rady, i z gościny - na tyle, na ile, by podnieść się do pionu i nie wykitować im na terenie prywatnym, bo mogliby mieć problem. - Zlobiłem lesztę sam, nie lubię szpitali, nie spieszno mi było do usdlowicieli, co jest całkiem zabawne, bioląs pod uwagę, sze telas jestem s jednym sonaty. - Uniosłem brwi, uśmiechając się trochę krzywo, samymi kącikami ust. - Tak czy siak, wtedy to było tlochę alkoholu, tlochę maści, tlochę implowizacji, tlochę pszeklinania. Wyszedłem s tego szywy, więc zaliczam na plus. A sze jestem hitem na pszyjęciach dla dzieci? - Wzruszyłem ramieniem, jakby to był absolutnie codzienny fakt, palcami zapukałem lekko w blat stołu. Zdarza się, wchodzisz w ruiny, włączasz pułapkę, pułapka robi „bum”, ludzie umierają, ty lądujesz parę metrów dalej i budzisz się z głosem, który brzmi, jakbyś latami palił cygara. Praca jak każda inna.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Gówniara z miotełką
She had a mischievous smile, curious heart and an affinity for running wild.
wiek
21
sława
VI
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
BUMowiec
Heather mierzy 160 cm wzrostu. Jest bardzo wysportowana, od dzieciaka bowiem lata na miotle, do tego zawodowo grała w quidditcha. Włosy ma rude, krótkie, nie do końca równo obcięte - gdyż obcinał je Charlie po tym, jak większość spłonęła podczas Beltane. Twarz okrągłą, obsypaną piegami, oczy niebieskie, czają się w nich iskry zwiastujące kolejny głupi pomysł, który chce zrealizować. Porusza się szybko, pewnie. Ubiera się głównie w sportowe rzeczy, ceni sobie wygodę. Głos ma wysoki, piskliwy - szczególnie, kiedy się denerwuje. Pachnie malinami.

Heather Wood
#9
05.12.2025, 20:40  ✶  

Każdy czasem robił głupoty, tym właśnie było otworzenie przez Heath drzwi bez różdżki w ręku, dosyć szybko jednak dotarło do niej, że popełniła błąd. No bo zobaczyła w nich tego wielkiego typa, co wyglądał, jakby chciał kogoś zabić, a jeśli nie zabić, to co najmniej komuś przypierdolić. No i założyła, że to jej chciał to zrobić, no bo gdyby nie jej, to przecież nie znalazłby się przed jej drzwiami, co nie? Całkiem jasna sprawa, prosta jak budowa cepa, czy coś. Stąd też od razu przeszła do obrośnięcia w piórka, musiała pokazać, że jest z niej jakiś przeciwnik, że była gotowa walczyć o siebie. No kurde, jeśli sama o siebie nie zawalczy, to nikt o nią nie zawalczy, to też było bardzo proste, więc ścisnęła te swoje drobne piąstki i była gotowa doskoczyć do jego twarzy, bo czemu by nie, kto niby mógł jej zabronić, tyle, że w sumie on nadal stał i patrzył, nie ruszył się nawet o krok, ba wydawał się być zupełnie niewzruszony jej reakcją, nic, a nic, wcale.

- Właśnie walczę z tym, żeby nic się ze mnie nie wylało. - Robił to specjalnie, jak nic się z niej nabijał, znalazł sobie do tego idealne słowa. Naprawdę starała się, aby nic się z niej nie wylało, kosztowało ją to sporo opanowania, co wcale nie było takie łatwe przy tym obcym kolesiu, który na nią patrzył. Była jednak bardzo dzielna i udało jej się nie wybuchnąć.

- To nie jest odpowiedni moment na rozmawianie o priorytetach. - Nie, kiedy próbowała się uspokoić, jasne, fajnie było wiedzieć, że też nie chciał wybuchać, w sumie wszystko wreszcie zaczęło jej się klarować.

Nie przyszedł tutaj, żeby ją zajebać, sama go do siebie zaprosiła, to było kurewsko zabawne, naprawdę. Szkoda tylko, że wzięła go za śmierciożercę, ale Erik nie uprzedził jej, że typ wygląda jak jeden z nich, to do niego powinna mieć pretensje, o, na pewno nie omieszka powiedzieć mu, co o tym myśli w krótkim liście, bo powinien ją ostrzec, powinien chociaż wspomnieć o tym, że typ prezentował się nieco wątpliwie, wtedy na pewno byłaby na to gotowa, a tak? Tak zrobiła z siebie debila, no nie był to pierwszy raz, na pewno też nie ostatni, więc, czy właściwie było się czym przejmować. No nie, nie mogła sobie zawracać głowy takimi pierdołami, była ponad to.

Lizzy zawsze miała wizje, ba, te jej wizje rzadko kiedy zostawały tylko wizjami, wszystkie wprowadzała w życie. Heath też była jedną z tych wizji, miała być jej następczynią, nowym pokoleniem świata quidditcha, miała przejąć po niej pałeczkę, czy tam miotełkę, tylko kurwa coś poszło nie tak, bo nie potrafiła chować głowy w piach, nie szczypała się wcale i komentowała wszystkie chujowe decyzje trenerów, co wiązało się z posadzeniem jej na ławce, a jak ją posadzili na ławce, to się na nich wysrała. Niech spierdalają i szukają kolejnych potulnych owieczek. Myśleli, że łatwo będzie ja manipulować... Była jednak zbyt podobna do Elizabeth, która jednak miała w sobie nieco ogłady, Heather nie miała jej wcale, więc spierdoliła i została jebanym krawężnikiem - spełnienie marzeń, nie ma co.

Miała ochotę wystawić mu język, jako potwierdzenie tego, że naprawdę ma dwanaście lat... skoro sam jej to zasugerował. Zamiast tego jednak się tylko trochę skrzywiła - Mam dwadzieścia jeden lat, to prawie dwa razy tyle, co dwanaście. - No, prawie, ale wiek to tylko liczba, co nie? - to trzy, czy siedem? Demencja starcza powoduje, że nie wiesz ile masz lat? - Sam zaczął tę dyskusję na wysokim poziome, ona dostosowywała się do rozmówcy (ta, jasne). - Mam całe sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu, chyba też niedowidzisz z racji na swój wiek. - Biedny, stary, człowiek, zmysły mu się psuły, nie wiedziała tylko jeszcze czy było go jej tak do końca szkoda.

- Za dużo sobie wyobrażasz, to Ty nie potrafisz znieść słowa zalanie, dla mnie to codzienność. - Po raz kolejny postanowiła go użyć, z czystej przekory, podobała jej się ta śmieszna mina, którą robił, gdy tego słuchał.

- To miłe, że będziesz o mnie wtedy myślał, jak mniemam chciałbyś mieć takie zajebiste dziecko jak ja? - Uśmiechnęła się zadziornie, podobała jej się ta dynamika rozmowy, miała wrażenie, że toczy się bardzo szybko, a Wood lubiła jak wszystko działo się szybko, więc była gotowa na więcej.

- Merlinie, to tylko wybuchanie wodą, nic takiego. - Wiedziała, że mogło to przynosić konsternację, ale przywykła do tego, że nazywała to zalewaniem, no kurwa, po co było komplikować sprawę, musiała teraz znaleźć jakiś wyszukany epitet, ale nie była w tym dobra, więc pewnie wróci do starej nomenklatury.

- Dobra, to następnym razem pierdolnę Cię kaflem, może wtedy zaczniesz traktować mnie poważnie. - Wzięła to sobie do serca, o tak, o ile w ogóle dojdzie do następnego razu, chociaż w sumie już chyba ustalili, że nie miała go bić, ale tak tylko rzuciła, bo ją sprowokował, a nie zamierzała być na to bierna, musiała odpowiedzieć, bo inaczej by się udusiła.

To było mieszkanie jej starych, trochę jak muzeum, pełne trofeów, mioteł, innych ważnych, sentymentalnych rzeczy, w salonie znajdowały się zdjęcia ich trójki, zazwyczaj na miotłach, Ruda była jedynaczką, co zresztą można było wywnioskować po jej zachowaniu, dużo gadała, była kurewsko pewna siebie, i okropnie zawzięta. Mogłoby się wydawać, że uważa, że wszystko się jej należy, jednak mało kto wiedział, że od małego była na swój sposób kształtowana. Matka chciała zrobić z niej swoją zastępczynie, co wiązało się z ogromem pracy, który musiała w to zrobić, jasne miała ku temu predyspozycje, ale to nie było wszystko, na koniec zresztą zjebała, bo była zbyt dumna, nie, żeby tego żałowała, chociaż czasem brakowało jej boisk i splendoru.

Nie mogła odpuścić tego pytania, jakoś tak samo nasunęło jej się na język, a, że nie należała do osób, co się szczypią, to po prostu zapytała. Bez sensu było się domyślać i zastanawiać, skoro mógł jej udzielić odpowiedzi, zaspokoić jej ciekawość, i może mógł uznać, że było to nie na miejscu... ale cóż - trudno.

Już miała się odezwać, kiedy wspomniał o tym, że nie miała filtra, jednak kontynuował, pewnie spodziewał się tego, że jak znowu się odezwie to wypluje z siebie kolejny monolog, lubiła mówić, bardzo lubiła mówić, ale teraz to on zaczął mówić, a ona słuchała.

Nie powinno jej to zdziwić, że była to klątwa, pewnie sporo ryzykował podczas takiej pracy, patrzyła na niego zafascynowana tą całą historią, Ruda lubiła ludzi, którzy swoje przeżyli, którzy nie bali się ryzykować, którzy czuli, że żyją, a on jej wyglądał na kogoś takiego, więc zamilkła i słuchała, co wcale nie było dla niej takie oczywiste i walczyła z tym, żeby nie przerywać mu w trakcie, bo pojawiały się pytania, które chciała mu zadać, ale grzecznie słuchała.

Appalachy wow. Trafił jej się klątwołamacz z prawdziwego zdarzenia, zabici ludzie - jeszcze większe wow, oczy zaczynały jej się rozszerzać z każdym zdaniem, które padło z jego ust. Wow ktoś wyparował, wow ktoś umarł, wow on przeżył. Niezły był z niego kozak.

- Ziomek, ale z Ciebie badass! Ledwo Cię musnęło, tyle ludzi umarło? Chuj tam z tym głosem, ja pierdole, niezła historia, masz takich więcej? Wyglądasz jakbyś miał, ja jebie, chyba jeszcze nigdy nie trafił mi się taki wyejbany klątwołamacz, ci wcześniejsi to były jakieś popierdóły. - Nie ukrywała swojego entuzjazmu, Rudej zdecydowanie imponowały takie opowieści no i nic nie sugerowało, żeby powinna wątpić w jego słowa, bo przecież faktycznie miał coś z gardłem, co mogło być potwierdzeniem, że coś takiego się wydarzyło, niby mógł kłamać, ale czy wymyśliłby coś takiego?

- Ha, szpitale są chujowe, też ich nie lubię, dlatego mam swojego uzdrowiciela w domu, widzę, że też jesteś tak samo sprytny, nie trzeba ich odwiedzać, kiedy Twój narzeczony, czy tam żona jest jednym z tych ludzi w kitlach. - Widocznie mieli co do tego bardzo podobne podejście, nie tylko ona była taka sprytna.

- Alkohol jest najlepszym lekarstwem na wszystko, zgadzam się co do tego, nie ma lepszego, uleczy i ciało i ducha. - Co do tego też najwyraźniej się zgadzali. - Chodzisz na przyjęcia gdzie są dzieci? Naprawdę przed Tobą nie uciekają, trochę jesteś w sumie jak taki misiek co? Niby niebezpieczny, a jak przyjdzie co do czego to przytulanka? - Może nie powinna tego mówić, ale sam wspomniał o tym, że bywa na przyjęciach dla dzieci, ktoś go tam zapraszał i skoro robił wśród nich za atrakcję to oznaczało, że przed nimi nie stronił.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
06.12.2025, 19:08  ✶  
Już w połowie jej pierwszej wypowiedzi zaczęło do mnie docierać, że ona naprawdę wierzyła, że broniła własnego domu przede mną. Nie przed intruzem - przede mną konkretnie. Przede mną, który stał tam jak idiota, z torbą narzędzi i miną „dlaczego znowu?”, a ona ściskała te swoje mikroskopijne piąstki wielkości pięciocentówek, jakby właśnie miała skoczyć mi do gardła i wbić je w tchawicę. To akurat było imponujące - nieskuteczne, ale imponujące. Słuchałem jej, a im dłużej mówiła, tym bardziej upewniałem się w jednym - jej mózg był jak miotła puszczona bez trzymanki - leciała, gdzie chciała, a ja mogłem tylko obserwować trajektorię lotu i mieć nadzieję, że nie wróci do mnie rykoszetem. Była tak pełna swojej „gotowości do walki” - tej samej, którą zademonstrowała, zaciskając łapki jak wiewiórka berserk gotowa napierdolić niedźwiedzia - że aż westchnąłem ledwie słyszalnie.
Kiedy stwierdziła, że „walczy z tym, żeby nic się z niej nie wylało”, tylko przytaknąłem.
- To widaś. - Mruknąłem, przesuwając spojrzeniem po jej twarzy. - Chęci masz więcej nisz masy, ale chuj tam, doceniam starlania. Dobsze ci idzie. - Nie było to otwartym, przesadnym komplementem, bardziej kreatywną konstatacją faktu, że faktycznie nic mi tu nie płynęło po podłodze, mnie też nie zalała, czyli wygrana. Potem stwierdziła, że „to nie jest moment na rozmowy o priorytetach”. - Widzisz. - Przesunąłem ciężar ciała z nogi na nogę. - A ja uwaszam, sze to doskonały moment. Wyglądasz na kogoś, kto ma jakieś dwie minuty dziennie, kiedy cokolwiek jest „momentem”. Muszę wykoszystaś, co mam. - Stwierdziłem, bo jeśli miałbym zgadywać, Heather należała do ludzi, którzy wybuchają metaforycznie i dosłownie. W obu przypadkach bez ostrzeżenia.
Kiedy zaczęła wykładać mi z pełną powagą, że ma dwadzieścia jeden lat, i pytać, czy mam demencję starczą, bo mylę liczby, odchyliłem głowę bardzo wolno, jakbym dokonywał oceny.
- Dwadzieścia jeden lat… Glatuluję. To całkiem ładny wiek, człowiek mosze legalnie piś w Amelyce. - Odparłem tonem informacyjnym. - Sto sześćdziesiąt? Wzlost godny północnoamelykańskiego bobla. Zaokląglasz w gólę, co? - Zabawne - zaczęła wyliczać mi moje lata i dorabiać do nich zmierzch życia, podczas gdy sama miała dwadzieścia jeden lat i niewiele więcej centymetrów - embrion, naprawdę, ale ten embrion patrzył na mnie jak osoba, która nie zamierza spuścić z tonu, więc kiedy zaczęła podważać moją arytmetykę, moją pamięć i mój wzrok, prychnąłem cicho. Byłem całkiem pewien, że w świecie istnieje limit chaosu, jaki można wnieść do jednego pomieszczenia. Otóż - nie istniał, ona go właśnie złamała. Najpierw futryna, pięści i „jestem rozsądna”, cała epopeja o tym, jak to właśnie walczy z tym, żeby nic się z niej nie wylało, potem ta gadka o wieku. Patrzyłem na nią jak człowiek, który pierwszy raz w życiu widzi miniaturowe stworzenie, które jednocześnie grozi mu śmiercią, obraża go, dyskryminuje wiekowo i przeprasza, ale podłogę za potencjalne szkody. Przymrużyłem lekko oczy, jakbym rzeczywiście miał niedowidzenie.
- Mam tszdzieści tszy. Dokumentowo tszydzieści siedem. Demencja jeszcze nie pszyszła, ale dzięki, będę wypatrywał moim sokolim wslokiem. - Mruknąłem, bo nie mogłem się powstrzymać.
A gdy przyszedł komentarz o „zajebistym dziecku” - westchnąłem, tym razem dłużej, jak człowiek, który właśnie dowiedział się, że trafił na klientkę, która nigdy nie będzie mówić tylko na jeden temat. Jej stwierdzenie, że będę o niej myślał, bo jest taka wyjątkowa, kiedy zacznę zakładać rodzinę, skomentowałem tym charakterystycznym głębokim wypuszczeniem powietrza przez usta, które w moim przypadku znaczyło „jestem zbyt trzeźwy na tę rozmowę”.
- Chciałbym mieś takie dziecko jak ty? Melin uchowaj, nie. - Rzuciłem spokojnie. - Właściwie, to tylko utwielsasz mnie w pszekonaniu, sze nie chcę jakichkolwiek, ale doceniam twoją konsekwencję w błędnych załoszeniach. - Skwitowałem to jeszcze spojrzeniem człowieka, który widział już rozsadzonych ludzi, rozpuszczone podłogi i eksplozje klątw, ale nadal potrafił docenić absurd.
Potem znowu powiedziała „zalanie” -  zaczęła mi wykładać, że sobie za dużo wyobrażam, a dla niej „zalanie to codzienność”, odchyliłem głowę, patrząc na nią jak na kogoś, kto właśnie wykopał sobie dziurę i zaczynał się w niej energicznie zakopywać - celowo sprawdzała, ile razy będę w stanie nie zareagować, ale jednocześnie sama się pogrążała. Przymknąłem na moment powieki, jak człowiek, który naprawdę próbuje wyłączyć realność sytuacji. Coś mnie szarpało między „nie mów tak, błagam, nie mów tak, brzmi to jak kiepski wstęp do filmów dla dorosłych” a „kurwa, to jest zabawne”.
- Nie, nie. Naduszywasz słowa, któle ma… Konotacje. Duszo konotacji. - Zgasiłem to jednym długim, wolnym wdechem, ale kiedy po raz trzeci powiedziała „zalanie”, tym tonem, który brzmiał jak prowokacja ubrana w bursztynowe loki… Mój mózg zrobił to nielogiczne „klik”, jakby uznał „no, dobrze, poddaję się”. - Jak kiedyś wymyślisz słowo, któle nie bszmi jak instrukcja zapłodnienia, to daj mi znaś. Na lasie jesteśmy w piekle. - Wywróciłem oczami, bardzo zauważalnie, co nie było ani trochę profesjonalne, ale chyba oboje pogodziliśmy się z tym faktem, już od chwili, gdy groziła mi, bo „chciałem ją zabić”. Prawda była jednak taka, że nie chodziło o filtr, nie chodziło o nic logicznego, coś w niej, cholera, wciągało mnie w środek rozmowy jak wir. A ja pozwalałem. Nie dlatego, że powinienem - dlatego, że nie mogłem inaczej. Reagowałem na nią impulsywnie, swobodnie, bez tej ostrożności, którą powinienem zachowywać z każdym nowym klientem. Z każdym nowym człowiekiem - to było niebezpieczne, ale jednocześnie… Cholernie naturalne.
Następnie zagroziła, że następnym razem pierdolnie mnie kaflem. Wydąłem lekko policzki, przemyślałem to przez sekundę, skinąłem głową z aprobatą.
- O, kafel. Wleszcie sensowne naszędzie. Wiesz, to byłby awans po miotle. Jeśli następnym lasem mnie udesys kaflem, to docenię. Kafel ma masę. Kafel ma potencjał. Kafel to wyból świadomy. To jusz bszmi powasznie, o ile będziesz w stanie go podnieść. - Aż mnie rozbawiło to, jak szczerością i dumą była napompowana.
Weszliśmy do salonu, usiadłem naprzeciwko, uważając, żeby nie połamać tych cudownych krzeseł z epoki „moich rodzice byli gwiazdami quidditcha”. A potem zaczęła słuchać, to mnie zaskoczyło bardziej niż jej grożenie miotłą. Usiadłem wygodnie, opowiadałem, a ona się nie wtrącała, jej oczy robiły się większe z każdym zdaniem, a ja opowiadałem dalej, bo w sumie nie widziałem powodu, by tego nie robić. To była historia, nic wielkiego, klątwa jak klątwa. W moim fachu bywało dużo gorszych, a kiedy skończyłem, wystrzeliła z entuzjazmem, który zderzył się z moją twarzą jak tłuczek. Tak, zaczęła się ekscytować. Zachłysnąłem się własnym zdziwieniem, bo od lat nikt tak nie reagował na tę historię, zwykle była cisza, litość, zgroza albo chęć zmiany tematu. Ona? Ona widziała w tym imponującą historię, widziałem błysk w oczach, nie wiedzieć czemu, ten błysk mi odpowiadał.
- Nie lób takich oczu. Mosesz się zalaś s ekscytacji. - To wyszło samo i , cholera, było zabawne. Kąciki ust drgnęły mi w rozbawieniu, jakby ta historia nie była czymś, co przez miesiące odbijało mi się w snach.
A kiedy wymknęło jej się to pełne entuzjazmu:
„Ziomek, ale z ciebie badass!”
Coś we mnie się… Zaśmiało, nie tylko mentalnie, autentycznie. Byłem pewien, że ludzie na Wyspach mają swoje dziwactwa, nic mnie już nie zaskoczy po latach w obu Amerykach, po ruinach, grobowcach, po tym wszystkim, co widziałem, ale potem poznałem Heather Wood, i nagle okazało się, że cały mój katalog dziwactw jest niczym przed nią. Ona nie miała dziwactw - ona była osobnym gatunkiem, i o ile zazwyczaj takie typy doprowadzały mnie do szału, o tyle z tą jedną było coś… Nie wiem. Niewygodnie znajome, jakby ktoś wyjął mi z głowy brakujący element i wsadził go z powrotem, tylko krzywo, więc wszystko zaczęło działać, ale dziwnie.
- Cieszę się niesmielnie, sze „ledwo mnie musnęło”. - Rzuciłem, uśmiechając się półgębkiem. - Gdyby mnie musnęło mocniej, nie siedziałbym tu i nie słuchał, jak mnie nazywasz dziadem, byłoby szkoda.
Potem rzuciła tekst o tym, że wcześniejsi klątwołamacze byli „popierdółami”.
- Dzięki. - Odparłem z lekkim przeciągnięciem. - To oficjalnie pielwszy las, kiedy ktoś nazwał mnie „wyjebanym klątwołamaczem”, a nie „człowiekiem, któly wygląda, jakby lobił ludziom kszywdę na zawołanie”.
Dorzuciła komentarz o uzdrowicielach i o tym, że jej narzeczony - a raczej żona, w moim przypadku - ułatwia życie. W pełni się z tym zgadzałem, posiadanie narzeczonego z dziedziny medycyny z pewnością było dla niej równie dobrą decyzją. Też bez wątpienia miała te schematy - zero zawahania, zero sensu, ale za to pełna determinacja, chociaż gdyby była moim stażystą, kazałbym jej zapisać dziesięć razy w zeszycie „nie walczę z gigantami pięściami, kiedy nie mam planu B” - a potem go spalić; zeszyt, chociaż wroga może też, bo to oznaczałoby posiadanie różdżki w kieszeni - ale ona najwyraźniej wierzyła tylko w plany A, który brzmiały „pierdolnę go z gołej łapy”.
- Mam więcej histolii. - Przyznałem swobodnie. - Ale większość kończy się tak samo. Ktoś, zazwyczaj ja, lobi głupotę, klątwa lobi „jeb”, ja latam, a potem piję alkohol. Jak chcesz, mogę ci powiedzieś, jak kiedyś plawie wpadłem w dziulę czasową w Pelu. To była dopielo komplomitacja. - Powinienem był ugryźć się w język, ale nie - to po prostu wyszło. Odchyliłem się, splotłem dłonie za głową - zupełnie luźny, jakbym siedział w salonie starego znajomego.
W normalnej rozmowie ktoś by oberwał za taki tekst, ale ja poczułem, jak kąciki ust same mi idą do góry - coś między „serio?” a „no dobra, masz mnie”.
- Jak mnie nie znają, to uciekają, ale nie wszystkie. Mose to pszez to, sze dzieci nie pieldolą tyle, co dolośli. Są ploste. Wchodzą, patszą, mówią „o, duszy koleś, fajnie”, i idą dalej. - Powiedziałem szczerze. - Jak mnie znają, to zazwyczaj wiszą mi na lamionach jak małe nietopesze. - Przesunąłem dłonią po brodzie. - Dzieci mnie lubią, bo ze mną czują się bezpieczne. - Dodałem po chwili. - Mosz wyglądam jak ktoś, kto mógłby zlobiś kszywdę, ale… Nigdy nie lobię jej tym, któszy nie zasłuszyli. A telas - westchnąłem, opierając łokcie o stół - skolo jusz ustaliliśmy, że jestem misiem, dziadem, pszytulanką, badass’em i plawie twoim stalym, to mosze wlócimy do twojej klątwy. Pochwal się osiągnięciami.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (9095), Heather Wood (8880)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa