Ucałował jej dłoń, a potem kurtuazyjnie, niemal jak do pawany, podszedł w stronę koronkowego diabła. Białe wampirze kły lśniły teraz w pełnej krasie szerokiego uśmiechu, pamięć mięśniowa niemal sama gięła nogi do kroku raczej tanecznego, aniżeli zwykłego chodzenia.
– Moja droga, pozwól, że Ci przedstawię. Twój lot został nam umilony przez Hannibala Selwyna, gwiazdę lokalnego teatru. – powiedział gładko, łamiąc wszelkie konwenanse balu maskowego w którym wszak zabawa tożsamością winna być główną rozrywką wieczoru. Tymczasem młokos więcej odkrywał niż zakrywał, a jego głos - cóż - nie pozostawiał żadnych wątpliwości. – Hanni, to moja dobrodziejka, która udziela mi obecnie schronienia, do czasu, aż sam nie znajdę sobie odpowiednio mrocznego i obwieszonego pajęcznymi zamczyska godnego mego tytułu. Lucienne Rosewood. – Nie wiedział czy się znają i nie obchodziło go to zbytnio. Był bardziej zaintrygowany doborem krzykliwego stroju śpiewaka.
– Muszę przyznać... ciekawe. Po co to okrycie, wszak plecy masz równie piękne. – Zagadnął świdrując śmiertelnego zimnym błękitem okraszonym karminowymi świecidełkami. – Muszę zabrać Cię kochana do teatru, te kilka wersów to przedsmak tego, cóż ten artysta wyczynia na scenie. Ktoś mógłby powiedzieć o głosie, ale ciało, zwłaszcza w ruchu... Jest bliskie perfekcji. – Czy nagle poczuł się głodny? Być może. Pozostawał jednak na obcym terenie i niezręcznie byłoby brudzić go krwią jednego z gości. – Gdzież podział swoją parę? Czy wybrałeś dziś los demona wodzącego samotnych gości na pokuszenie? Przeszkadzamy Ci w polowaniu? – dopytywał z właściwym sobie taktem.