Appalachy. Nie było to miejsce, w którym sama chętnie by się znalazła. Od dwóch lat pracowała w Mungu, pamiętała, że ojciec wspomniał jej o tym, że taka okazja więcej się nie nadarzy, że powinna zaryzykować, nigdzie się tyle nie nauczy, więc teraz dzięki swojemu ukochanemu tatusiowi znajdowała się na samym końcu świata, gdzie psy szczekały dupami, i nawet sam diabeł mówił dobranoc. Nie było to jednak spełnienie jej marzeń, nigdy nie sądziła, że nadaje się do leczenia polowego, ale jednak tutaj była.
Zima była dużo ostrzejsza niż ta w Wielkiej Brytanii, czuła, jak wiatr wdziera jej się pod każdą, drobną szczelinę w jej płaszczu, poprawiła szalik, aby mieć jak najmniej ciała na wierzchu, nie, żeby w czymkolwiek jej to pomogło. Żałowała, że posłuchała staruszka.
Prowizoryczny obóz, który rozbili w niczym nie przypominał miejsca, w którym teraz chciałaby się znajdować. Śnieg okrywał okolicę, niby przestał już sypać, ale spodziewała się, że lada moment znowu zacznie prószyć. Nie miała pojęcia, czego tu szukali, nie musiała tego wiedzieć, miała pomagać tym, którzy uszkodzą się podczas jakiejś tajemniczej misji, więc tym właśnie się zajmowała, zresztą wolała się trzymać z daleka od tych dziwnych typów, którzy się tutaj znaleźli. Nie do końca odnajdywała się w tym towarzystwie, co raczej nie było niczym dziwnym, samo to, że musiała dwadzieścia cztery godziny na dobę przebywać z kimś było dla niej dramatycznym przeżyciem.
Oddelegowali ją do gotowania, oczywiście, że musieli to zrobić, bo była przecież kobietą, jako, że tych nie było na stanie, to musiało paść na nią, nie była z tego powodu szczególnie zadowolona, chociaż niosło to za sobą pewne plusy. Przy palenisku było cieplej, chociaż wiatr nadal był nieprzyjemny, przynajmniej na chwilę jednak mogła się ogrzać. Nie miała pojęcia, jaka temperatura będzie w jej namiocie, chyba wolała nie wiedzieć, ta noc i tak miała należeć do nieprzespanych jak kilka ostatnich.
Indyk, skąd oni do jasnej cholery wzięli indyka? Jakim cudem się tutaj znalazł? Nie powinna zadawać tych pytań. Musiała działać, wolała nie ryzykować tego, że nie dostaną jedzenia o odpowiedniej porze, nie wyglądali na przyjemniaczków, a Prue miała w sobie jednak odrobinę instynktu samozachowawczego. Obierała więc warzywa korzenne, które zamierzała wrzucić do ognia, indyk znalazł się na prowizorycznym rożnie, do tego zamierzała przygotować owoce - ponoć był to tutejszy przysmak, skąd to wiedziała? Nie miała pojęcia, po prostu wiedziała, pewnie ktoś jej powiedział, czy coś, nie zastanawiała się nad tym, instynkt ją prowadził.
Nie było niczego przyjemnego w gotowaniu na świeżym powietrzu, zdecydowanie wolałaby się znajdować gdzieś indziej, ale musiała być tutaj, w górach, w których czaiło się niebezpieczeństwo. Niebo było ciemne jak smoła, rozświetlały je wyłącznie gwiazdy, no i ognisko, przy którym się znajdowała. Czuła niepokój, miała wrażenie, że coś czai się w okolicznych krzakach, póki jednak nie postanowiło podejść bliżej miała zamiar to ignorować, kto inny pełnił wartę, kto inny miał się zajmować bezpieczeństwem, ona została oddelegowana do gotowania i tym właśnie się zajmowała.
Sukces!
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)