• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy

[09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#11
17.12.2025, 01:46  ✶  

To nie tak, że nie czuła się dobrze w samotności. Było to jednak zupełnie obce miejsce, nie do końca znała zasady jego funkcjonowania, przede wszystkim bardzo odbiegało od tych miejsc, które znała, w których spędzała czas na co dzień. Nie było łatwo jej się tutaj odnaleźć, bez chociaż jednej osoby, która byłaby dla niej łaskawa. Podchodziła jednak do tego, jako do nowego doświadczenia, co mogło jej się stać? Najwyżej umrze i zostanie w tych górach na zawsze, to też była jakaś opcja, chociaż jednak wolała jej nie wybierać, bo ledwie zaczęła dorosłe życie, ledwie skończyła staż, no chciała jeszcze trochę zrobić w swoim życiu. Niezbadane jednak były koleje losu, czy coś i miała tego świadomość.

Nie zakładała, że może pokonać ją indyk, uważała to za odrobinę upokarzające, szczególnie, że był martwy, teraz robił się ciepły, no ale tak naprawdę można było mówić o nim jako o zimnym, w sensie już dawno nie żył, a jednak był w stanie okropnie uprzykrzyć jej życie. Widać było, że brakowało jej wiele do profesjonalnej kucharki, aczkolwiek spodziewała się, że na tle innych obozowiczów nie było z nią tak źle... myślała tak do czasu, dopóki wszystko nie zaczęło się sypać.

Nawinął się jednak ktoś, kto miał zostać jej wsparciem technicznym, nie zakładała już odwrotu, nie po tym, jak mówił, że wykona jej polecenie, gdyby ją teraz zostawił, to byłoby naprawdę słabe, bo przecież zaczęła się produkować, no i opowiadać o tym całym procesie, który był przed nimi. Opowiadać bardzo obrazowo, szczegółowo, nic nie mogło przecież mu umknąć, musiał poznać, każdy nawet najdrobniejszy detal czynności, którą miał się zająć.

Jej towarzysz nawet na moment na nią nie spojrzał, wydawał się być wpatrzony w swoją ofiarę, to znaczy w ich wspólny posiłek, który właśnie szykowali. Obserwował uważnie kawałek mięsa, jakby zastanawiał się, jak zabrać się za zadanie. To dobrze o nim świadczyło, analizował, nie reagował spontanicznie, słuchał instrukcji, wszystko powinno się udać, bo co niby mogło nie? Udzieliła mu naprawdę wszystkich informacji, przeprowadziła krok po kroku teoretycznie przez operację, którą miał wykonać. Miało to być dla niego bułką z masłem, a przynajmniej tak zakładała.

Przeniósł spojrzenie na krzaki, czyżby coś w nich siedziało, istniała taka szansa, poczuła się trochę nieswojo, ale to minęło, gdy uświadomiła sobie, że były wyznaczone osoby, które właśnie stały na warcie, z drugiej strony jeśli wartownicy byli takimi samymi debilami, jak ten kto składał tę prowizoryczną kuchnię, to cóż - mogli nie przetrwać nocy, nie zdziwiłoby jej to wcale.

- Poniekąd to dla mnie nowość, w domu miewałam mniejsze ptaki, ale podejrzewam, że technika w każdym przypadku jest taka sama, no może odrobinę się różni, po prostu trzeba się z nim odpowiednio obchodzić, gabaryty nie powinny mieć wpływu na to, czy uda się osiągnąć cel. - Naprawdę starała się to rzeczowo wyjaśnić, jednak miała wrażenie, że każde kolejne słowo, czy tam zdanie, które padało z jej ust brzmiało coraz bardziej absurdalnie, nawet nie mogła schować głowy w piasek, bo ziemia była zamarznięta. Przygryzła policzek od środka, gadała takie głupoty... że powinna w końcu nad tym jakoś zapanować, tyle, że coś jej nie szło.

- Podoba mi się Twój entuzjazm, rzadko kiedyś trafia się ktoś, kto chce tak kooperować. Widać, że posiadasz nie najgorsze doświadczenie we współpracy, dobrze jest wiedzieć, że jest tu ktoś kto może wesprzeć w takich drobnych problemach, jak będzie kiedyś Twoja kolej na gotowanie i będziesz miał problem z ptakiem, małym, czy dużym to wiesz, będę miała u Ciebie dług. - Warto było o tym wspomnieć, chociaż wydawało jej się, że raczej ona będzie musiała się tym zajmować, dopóki nie opuści tego miejsca. Przeniosła spojrzenie w stronę ognia, bo dotarło do niej po raz kolejny jak brzmiała jej wypowiedzieć. Powinna się już chyba zamkną, zamilknąć na wieki, czy coś.

Przez to, że patrzyła na ogień, nie widziała, co zrobił. Krótkie Nie wyrwało jej się z ust, ale było już za późno. Postanowił od razu przejść do rzeczy i złapać go gołymi rękoma. Indor przecież znajdował się nad ogniem, był gorący, czy sam na to nie wpadł? Miała ochotę wyjść z siebie, bo nie wyglądało to dobrze.

Syknął głośno, a to nie wróżyło niczego dobrego, poparzył się, nie widziała, czy w tę samą rękę, czy w drugą, lekka kraksa, bo chyba potrzebował rąk do pracy. Na szczęście nie była kucharzem, a uzdrowicielem...

- Nie spodziewałam się, że zrobisz to ot tak, przecież pali się pod nim ogień, musiał być gorący. To jasne jak słońce, oczywiste! - Uniosła się nieco, bo przecież to nie była jej wina, że nie wpadł na to, że ptaszor może być rozgrzany, fakt, mogła dodać pierwszy krok instrukcji, ale serio to było całkiem oczywiste, przynajmniej dla niej.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#12
17.12.2025, 03:40  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.12.2025, 03:41 przez Benjy Fenwick.)  
Wcale nie byłem z tego dumny, ale wszystko w tej sytuacji brzmiało mi w głowie jak jeden długi, głupi dowcip. Stała przy ogniu, drobna, chuda jak patyk, z powagą tłumacząc mi teorię dużych ptaków, gabarytów i odpowiedniego obchodzenia się z nimi, a ja kiwałem głową, próbując zachować twarz dojrzałego człowieka, wyglądającego starzej niż w oficjalnej metryce, chociaż mentalnie miałem jakieś piętnaście, może szesnaście lat i walczyłem z tym, żeby nie parsknąć śmiechem. Znałem ten typ - ludzi, którzy radzili sobie świetnie w sterylnych warunkach, a tu nagle świat postanawiał sprawdzić ich odporność na brud, zimno i improwizację. Nie wyglądała na kogoś, kto powinien walczyć z indykiem w Appalachach, ale nie zamierzałem tego komentować, wychodząc z założenia, że raczej chyba sama o tym dostatecznie dobrze wiedziała. Ja od pierwszej chwili, gdy spojrzałem na jej sylwetkę w wielkim płaszczu, wiedziałem, że to nie jest jej teren. Była zbyt czysta w ruchach, jakby całe jej ciało było przyzwyczajone do jasnych sal i reguł, które nie zmieniają się wraz z kierunkiem wiatru. Była też drobna, zbyt drobna jak na podobne pustkowia, jak na ten obóz, jak na to wszystko, a jednak stała tu, przy ogniu, z tym indykiem, który był obiektywnie za duży jak na jedną osobę jej gabarytów. I gadała - rzeczowo, metodycznie, starając się być profesjonalna, chociaż im bardziej się starała, tym bardziej brzmiało to jak coś, czego nie powinienem słuchać w skupieniu.
Słuchałem jej uważnie, gdy tłumaczyła te wszystkie rzeczy w sposób, który absolutnie nie pomagał mi zachować powagi, moje kąciki ust prawie drgały od tej całej „techniki” i „osiągania celu”, przez co musiałem uciekać wzrokiem w kierunku krzaków, w końcu nie chciałem sobie popsuć reputacji przez jedną gadułę. Problem w tym, że była śmiertelnie poważna, a to tylko pogarszało sprawę. Stałem blisko, za blisko, ogień grzał nam twarze, a indyk wyglądał jak wyzwanie, które zdecydowanie nie powinno być aż tak dwuznaczne. Parsknąłem cicho, zanim zdążyłem się powstrzymać, bardziej pod nosem niż do niej, bo to, co mówiła, było jednocześnie sensowne i kompletnie nie do uratowania językowo. Sposób, w jaki mówiła o technice, o gabarytach, o dochodzeniu do celu… Merlinie, brzmiało to jak rozmowa, której nie powinno się prowadzić przy ognisku z obcym facetem po zmroku. Uśmieszek prawie wpełznął mi na twarz, głupi, nastoletni, zupełnie nie na miejscu, całe szczęście zdążyłem go powstrzymać, bo wbrew pozorom, nie byłem z takich. Przeniosłem wzrok na indyka, jakby był najlepszym argumentem w tej rozmowie.
- To nie dom. - Powiedziałem spokojnie, jakbym tłumaczył coś oczywistego komuś, kto dopiero uczył się terenu. To, że nie byłem „taki”, nie znaczyło, że nie mogliśmy kontynuować rozmowy, prawda? Szczególnie, że ona też prowokowała kolejne wnioski i zdania. - Tu wszystko rządzi się innymi prawami. W cywilizacji masz wybór, tu masz okazję, chwytasz dzień, jak już się trafi coś interesującego… To grzech nie skorzystać. - Uśmiechnąłem się pod nosem, krótko. - Poza tym gabaryty zawsze mają wpływ, mówienie, że nie, to tylko puste słowa. Przy odpowiednim zaangażowaniu we współpracę nie stanowią zresztą żadnego wyzwania, więc po co bawić się w mikroskalę, jeśli wszyscy pochylający się nad tematem są wystarczająco zdeterminowani, smak czegoś okazalszego zawsze jest satysfakcjonujący. - Powiedziałem spokojnie, z tym krzywym półuśmiechem, którego zwykle używałem, kiedy coś było jednocześnie oczywiste i kompletnie nieistotne, bez większych zmian tonu, głosem, który sam mnie zaskoczył. - Technika techniką, ale duże ptaki mają jedną niezaprzeczalną przewagę, są po prostu bardziej soczyste. Więcej do ogarnięcia, jasne, ale jak już się przyłożyć i nie bać się gabarytów, to efekt jest wart zachodu. Poza tym więcej wybaczają, jeśli coś pójdzie nie tak. - Brzmiało gorzej, niż planowałem, albo lepiej - sam nie byłem pewien. Zbyt ryzykowne słowa jak na kogoś, kogo poznałem pięć minut temu przy trupie indyka. Czułem, że stoję sztywniej niż chwilę wcześniej, napięcie w barkach nie miało nic wspólnego z zimnem. Spojrzałem na owoce, na indyka, na ogień - to był moment, w którym powinienem był przestać mówić. Nie przestałem. Zerknąłem na nią kątem oka, z cieniem rozbawienia.
- A co do długu, zapamiętam. Chętnie skorzystam z twojej pomocnej dłoni, jeśli kiedyś będę miał problem ze swoim ptakiem. Małym czy dużym. We dwójkę wszystko idzie… Gładziej. - Uśmiechnąłem się krzywo. - Chociaż chyba już ustaliliśmy, że tutaj mówimy o indykach, nie perliczkach. - To było jeszcze bardziej ryzykowne zdanie, wiedziałem o tym w tej samej sekundzie, w której padło. Mimo to nie cofnąłem go, tylko przesunąłem dłonie bliżej rożna, skupiając się na zadaniu, jakby technika miała mnie uratować przed własnym językiem. Nie uratowała…
Głos uzdrowicielki-stołówkowej podniósł się natychmiast, logiczny, oburzony, pełen oczywistości, które znałem aż za dobrze - oburzenie, napięcie, ten ton, jakby właśnie ktoś popełnił kardynalny błąd logiczny. To „oczywiste”, jakby mówiła do dzieciaka, który właśnie wsadził palce do gniazdka. Ogień, ciepło, rozgrzany metal, „jasne jak słońce”. Obróciłem się na pięcie szybciej, niż planowałem, ułamek sekundy później stanąłem tuż przed nią, tym razem już zdecydowanie za blisko, górując nad nią mimowolnie - po raz pierwszy tego wieczoru stanąłem dokładnie naprzeciwko niej, otwarcie na nią patrząc. Ogień za moimi plecami tylko potęgował cień, jaki na nią rzuciłem, zbyt rozdrażniony, by zwracać uwagę na takie detale. Właściwie - nie patrzyłem na nic, prócz tego, że w tym momencie udało jej się mnie rozdrażnić.
- Serio? - Powiedziałem, z tym krzywym, młodzieńczym wyrzutem, którego nie zdążyłem zdusić, i tym dziecinnym tonem, którego sam się po sobie nie spodziewałem. - Ogień jest gorący? Dzięki, pannico, bez ciebie bym nie wpadł. Myślałem, że to tylko taka dekoracja pod kolację. - Uniósłem poparzoną dłoń na wysokość klatki piersiowej, jakby to był dowód w sprawie. - Jakieś jeszcze jasności po fakcie? - Spojrzałem w dół, mierząc ją wzrokiem od kaptura po buty.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#13
17.12.2025, 15:38  ✶  

Prudence naprawdę starała się podchodzić do swojego zadania profesjonalnie, wszystkie instrukcje, które dawała swojemu nowemu towarzyszowi były dokładne, jasne, tylko te słowa nie brzmiały najlepiej. Tylko jak niby inaczej miała instruować go w jaki sposób nadziewać indyka? Dało się w ogóle inaczej? Naprawdę bardzo mocno się starała, aby wszystko wyszło dobrze. Była tutaj nowa, zależało jej na tym, żeby chociaż odrobinę ją zaakceptowano, a jak wiadomo łatwo było się wkupić w grupę poprzez smaczne jedzenie, niby to tylko posiłki, ale raczej większość osób lubiła zjeść dobrze. No i skoro już została oddelegowana właśnie do tego zadania, to jak zawsze dawała z siebie wszystko.

Tak było i tym razem, chociaż to zdecydowanie nie było miejsce, w którym chciała się znaleźć, w którym dobrze się czuła, ale robiła, co mogła, żeby to zmienić. Najwyraźniej jednak wychodziło jej to raczej średnio, może z czasem będzie lepiej, musiało być lepiej, kiedyś skończy się kompromitować, na pewno.

- Czy ja wiem, czy zawsze, czasem te mniejsze ptaki mają do zaoferowania więcej smaku, nie zgadzam się z tym, że gabaryty mają znaczenie, wszystko zależy od tego, jak się ktoś za to weźmie. Wystarczy odrobina zaangażowania, odpowiednie przygotowanie, a bez względu na rozmiar można osiągnąć coś co będzie dawało satysfakcję. - Oczywiście, w grę wchodziły jeszcze inne czynniki, mały ptak, to mniej mięsa, mniej mięsa, to mniej ludzi, którzy będą mogli je zjeść, jednak nie wydawało jej się słuszne stawianie wielkich ptaszysk ponad te mniejsze, bo przecież rozmawiali o drobiu, prawda?

- Ale bez techniki i odpowiedniego podejścia i z dużego ptaka nie da się nic wycisnąć, jak bardzo soczysty by nie był. - Najwyraźniej miała swoje zdanie, jeśli chodziło o ten temat. Dla Prudence technika, teoria była bardzo istotna, co zresztą nadal podkreślała. - Można też dużo bardziej spektakularnie sobie z nimi nie poradzić, porażka jest bardziej widoczna, nie zmienię zdania, mały, czy duży warto się przyłożyć i dokładnie zaplanować jak się za niego zabrać. - Nie zamierzała oceniać drobiu ze względu na jego rozmiar.

Ta rozmowa zmierzała w naprawdę złym kierunku i chyba sama to spowodowała, następnym razem zastanowi się zanim zacznie podobną dyskusję, teraz jednak nie mogła się wycofać, bo to świadczyłoby o tym, że się miota, a nadal próbowała być bardzo merytoryczna i poważna, bo w końcu dyskutowali o ich kolacji, tym bardziej, że poza krótkim parsknięciem ze strony swojego towarzysza nie widziała żadnego rozbawienia, najwyraźniej miał doświadczenie w rozmowach o ptakach.

- To jesteśmy umówieni, jaki by nie był ten Twój ptak, myślę, że poradzę sobie z każdym. - Naprawdę to powiedziała, to naprawdę padło z jej ust. Dobrze, że było ciemno, to nie mógł dostrzec tego, że z każdym, kolejnym zdaniem które wypowiadała jej policzki robiły się coraz bardziej różowe.

No i wtedy jej nowy znajomy postanowił zająć się sprawą. Tyle, że chyba nie do końca to przemyślał, bo złapał indyka, który znajdował się nad ogniem, no jak nic musiał być gorący, niby jak miałby nie być? To było bardzo proste, dzieciak by się domyślił, że jak coś znajdowało się nad ogniskiem, to musiało się nagrzewać.

Stanął przed nią, widziała, że jest zirytowany, ale sam to sobie przecież zrobił, sam się poparzył. Nie wsadziła mu łapy w ognisko.

- Pannico? - Uniosła głos jeszcze bardziej. Naprawdę? Pannico? Nie miała piętnastu lat, co on sobie właściwie wyobrażał, teraz to i ona była zirytowana.

- Fakt, zapomniałam o tym, że każdego mam traktować jak debila, następnym razem nie zapomnę wspomnieć Ci o tym, że ogień może poparzyć, że jeśli coś się nad nim znajduje to się nagrzewa, jak widać nie jest to tak elementarna wiedza, jak może się wydawać. - Przewróciła oczami, zadarła też głowę do góry, bo ją zaatakował, a nie miała w zwyczaju uciekać od konfrontacji, kiedy już do nich dochodziło. Oczy jej błyszczały, widać było w nich iskrę, najwyraźniej coś w niej obudził, oby nie był to demon.

Jak na złość z nieba zaczął sypać się śnieg, bardzo grube płatki, jakby te zaspy, które się wokół nich znajdowały nie były wystarczająco wielkie, do tego wszystkiego usłyszała huk, u podnóża góry, a może to gdzieś nad nią, nie był to jednak zwyczajny huk, coś zaczęło trzaskać, dudnieć i świszczyć, bardzo głośno, tak, że nie dało się tego ignorować. Spojrzała w tamtym kierunku i miała wrażenie, że warstwa śniegu zaczyna powoli, bardzo powoli osypywać się w dół, sunąć w dół? Masy śniegu, który gromadził się tam od kilku dni.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#14
17.12.2025, 18:55  ✶  
Z początku próbowałem to traktować jak żart, naprawdę. Te jej wywody o ptakach, o technice, o zaangażowaniu, brzmiały jak coś między wykładem a rozmową, która wymknęła się spod kontroli. Parsknąłem raz czy dwa, bardziej pod nosem niż jawnie, bo im dłużej mówiła, tym wyraźniej było widać, że ona faktycznie chce to zrobić dobrze. Nie popisać się, nie wygrać, po prostu… Nie zawalić w kuchni, przez co zawalała w przekazie - ja też - to było dziwnie rozbrajające.
- Jasne. - Rzuciłem lekko, ale wymownie, zanim zdążyłem się ugryźć w język. Nie zaprzeczałem jej całkiem, wiedziałem dobrze, że sama determinacja potrafi przesunąć granice. Wiedziałem też, że kiedy ludzie faktycznie współpracują, rzeczy da się doprowadzić do końca zadowalająco dla wszystkich. Problem w tym, że ja nie byłem przyzwyczajony do wykładów przy ognisku, a ona ewidentnie nie była przyzwyczajona do tego miejsca - te dwuznaczności nie były bezpieczne, gdy brało się pod uwagę, że dopiero co się poznaliśmy, byliśmy w głuszy i w ciemnościach, to aż się prosiło o nadużycia, na nasze szczęście, chyba żadne z nas nie miało ochoty wykraczać poza język i subtelne podteksty. To samo w sobie było formą rozrywki, słuchałem jej i z każdą kolejną linijką tej wywodu miałem coraz większą ochotę parsknąć śmiechem. Nie dlatego, że mówiła głupoty. Wprost przeciwnie. Mówiła sensownie, składnie, jak ktoś, kto naprawdę wierzy, że świat da się rozbroić teorią i dobrym planem. Problem polegał na tym, że każde zdanie, absolutnie każde, brzmiało jak coś zupełnie innego, a ja miałem w głowie dokładnie szesnaście lat i zero filtrów.
- Wiesz co - odezwałem się w końcu, z tym półuśmiechem, który zawsze pojawiał się u mnie, zanim powiedziałem coś głupiego - masz rację. Technika to podstawa. Bez niej nawet największy ptak niewiele da. - Wzruszyłem ramionami, jakby to była najzwyklejsza rozmowa o jedzeniu, a nie pole minowe. Przesunąłem ciężar z jednej nogi na drugą, bliżej ognia, bliżej niej, bo najwyraźniej oboje uznaliśmy, że odwrotu już nie ma. Byłem za duży do tej improwizowanej kuchni, za szeroki w barach, za pewny siebie jak na rozmowę o drobiu, która dawno przestała być tylko o drobiu. - Dobra, dobra, sprawiedliwość dla małych ptaków. - Rzuciłem w końcu, pojednawczo, unosząc dłonie w geście kapitulacji. - Co kto lubi, nie będę nikomu zaglądał do talerza. Nie zamierzam podważać twoich preferencji. - Dodałem już luźniej, jakbyśmy gadali od lat, a nie od kilku minut. Zerknąłem na ogień, potem na indyka, jakby to on był arbitrem w tej dyskusji. - Skoro wolisz perliczki, to proszę bardzo, one też muszą mieć swoich koneserów. Delikatniejsze, subtelniejsze. Na pewno mają swój urok. - Pokręciłem głową z lekkim uśmiechem, bardziej pod nosem niż do niej. - Ja po prostu wychodzę z założenia, że w kuchni, tak jak w życiu, liczy się to, żeby robić rzeczy tak, jak się je naprawdę lubi, ale też nie zamykać się na nowe doznania i poszerzać horyzonty. Reszta to kwestia gustu, nie rozmiaru. - Zawiesiłem głos na sekundę, z premedytacją. - To nawet… Budujące. - Dodałem, z tą krzywą, niegroźną nutą żartu, jaką rzuca się między znajomymi, zanim rozmowa zdąży pójść jeszcze bardziej w bok. Zerknąłem na nią kątem oka. Ciemność robiła swoje, ale i tak widziałem to lekkie napięcie w postawie, to mikroskopijne zawahanie, które pojawia się wtedy, gdy człowiek orientuje się, co właśnie powiedział, ale jest już za późno, żeby to odkręcić. Słuchałem jej uważnie, tej całej merytorycznej obudowy, jakbyśmy faktycznie prowadzili poważną debatę kulinarną, a nie balansowali na granicy kompletnej kompromitacji obojga, trzeba było jej oddać jedno - nie wycofywała się ani o krok. Szła w to dalej z uporem godnym kogoś, kto naprawdę wierzył w swoje tezy. Ta jej determinacja była… Zaraźliwa. I kompletnie nie na miejscu, co tylko pogarszało sprawę.
Byliśmy umówieni - zapamiętałem to. Nie dlatego, że było zabawne, chociaż było, tylko dlatego, że zabrzmiało jak obietnica rzucona zupełnie niechcący, a takie rzeczy zwykle zostają w głowie na dłużej, niż powinny.
- Umowa stoi. Na kiedyś. - Powiedziałem spokojnie, tonem niemal rzeczowym. Skinąłem głową w stronę ognia. - Ekskluzywność i pełna dedykacja to dobra zasada w kuchni. Najwygodniej eksperymentować z jednym na raz, doprowadzić sprawę do końca, zanim zacznie się myśleć o kolejnych. - Uśmiechałem się krótko, już bez ironii, bardziej z tym cichym rozbawieniem, które pojawia się, gdy ktoś sam wpada we własne sidła. A potem złapałem indyka zbyt pewnie, zbyt szybko, bez myślenia, gorąco uderzyło mnie natychmiast. Syknąłem, cofając rękę, czując, jak skóra pali żywym ogniem. Kurwa mać. Oczywiste było, że jest gorący, wiedziałem to, po prostu… Przez sekundę zapomniałem.
Zrobiłem krok bliżej, zanim zdążyłem to przemyśleć. Byłem wkurzony, to fakt, ale pod tą irytacją coś mnie ciągnęło, jakby ktoś pociągnął za niewidzialną linkę pod skórą. Głupie, niebezpieczne, prawdziwe. Ogień trzaskał, iskry leciały w górę, a las wokół był czarną ścianą, w której ginęły dźwięki, wewnątrz mogło czaić się wszystko, szczególnie przyciągane głośnymi rozmowami, a nasza bez wątpienia zmierzała w tym kierunku.
Przewróciła oczami i zadarła głowę, a ja poczułem to głupie, niechciane szarpnięcie gdzieś pod żebrami. Nie dlatego, że miała rację albo jej nie miała. Dlatego, że się nie cofnęła. Ogień trzaskał, las oddychał, a dzika natura miała w dupie nasze granice. Bolała mnie ręka, bolało mnie ego, a najbardziej bolało to, że zamiast się cofnąć, zrobiłem pół kroku bliżej. Wiedziałem, że właśnie wszedłem na minę, jej energia uderzała we mnie falami. Czułem ją pod skórą, czułem, jak coś we mnie odpowiada, głupio, impulsywnie - nie powinienem, wiedziałem to, ale dzicz robiła swoje, noc robiła swoje, ogień rzucał cienie, które mieszały proporcje.
Widziałem ją słabo, tylko kontur twarzy pod kapturem, ale oczy miała jasne, rozpalone wściekłością - wystarczająco błyszczące, żebym nie potrzebował reszty, pozostałą część robiła za mnie wyobraźnia - wbrew pozorom nie przypisywała jej rudych włosów, włosy kryjące się pod olbrzymim kapturem byłyby rude tylko w rzadkich, intensywnych promieniach słońca niemającego nic wspólnego z tym, co oferowała Appalachia. Była drobna, sięgała mi ledwie pod obojczyk, ale energia, którą niosła, uderzyła we mnie jak cios w mostek. Patrzyłem na nią z góry, irytująco świadomy, że to nie dawało mi przewagi, wręcz przeciwnie, przez ułamek sekundy wszystko we mnie ciągnęło w jednym, bardzo złym kierunku, takim, który nie miał nic wspólnego z indykiem, techniką ani zdrowym rozsądkiem. Stałem jednak w miejscu, napięty jak struna, pozwalając tej chwili wisieć między nami, a potem powoli, bardzo powoli wyciągnąłem rękę, prawie trącając ją palcem.
- Pannica.- Powtórzyłem, wolniej, twardziej, z naciskiem, który zabrzmiał jak prowokacja, nie jak tytuł, jakby to słowo było kamieniem rzuconym specjalnie po to, żeby zobaczyć, co się stanie. - Debil. - Dodałem, cofając dłoń w swoim kierunku, z tym krzywym półuśmiechem, który pojawiał się u mnie tylko wtedy, gdy byłem już po drugiej stronie cierpliwości. - Jeśli to cię tak uraziło, to może rzeczywiście źle się dobraliśmy do współpracy. W końcu mamy dziś wieczór edukacyjny. Jak dla mnie, dobrze wiedzieć, że mamy jasne role.
Bolała mnie ręka, pulsowała, ale to nie ona pompowała mi krew szybciej, to było to spojrzenie spod kaptura, błyszczące, zuchwałe, jakby naprawdę sądziła, że może mnie tu postawić do pionu samą złością.
- Płomień parzy, metal się nagrzewa. Fascynujące. Może jeszcze powiesz mi, że śnieg jest zimny. Wiesz, co jest naprawdę elementarne? - Spytałem cicho, nachylając się odrobinę, tak że musiała mnie słyszeć tylko ona. Czułem jeszcze pulsowanie w dłoni, ciepło, ból, adrenalinę, a jej słowa trafiły dokładnie tam, gdzie nie powinny. Tu nie było ścian, nie było zasad salonu, był tylko śnieg, ogień i noc, która wszystko wyostrzała, a ta pannica patrzyła na mnie jak na wyzwanie, nie jak na faceta, który właśnie uratował jej kolację i spalił sobie przy tym obie łapy. - Wybrałaś złego człowieka do pouczania. - Kontynuowałem ciszej, by nie zwracać na nas uwagi, ale wciąż twardo. - I jeszcze gorszego do sprawdzania, jak daleko możesz się posunąć. Jeśli myślisz, że będziemy jeszcze razem pracować, to chyba źle mnie odczytałaś. - Przesunąłem wzrokiem po jej sylwetce, krótko, świadomie, bez udawania, że tego nie robię. - Nie musimy. To nie jest żadne przedszkole ani drużyna harcerska. Jak ci nie pasuje moje towarzystwo, zawsze możesz znaleźć inne ręce do trzymania ptaka. Tu nie brakuje chętnych. - Prychnąłem. W tym obozie było wystarczająco wielu wolnych lub zajętych mężczyzn - jakby to im robiło jakąś różnicę, prawda, ta myśl przyszła sama i wkurzyła mnie jeszcze bardziej - do pomocy komuś jej pokroju, wystarczająco wielu, którzy nie mieliby nic przeciwko temu, żeby znaleźć się blisko kogoś, kto ewidentnie lubił przekraczać granice, prowokując i testując grunt już od pierwszych godzin. - Bez problemu znajdziesz sobie pomagiera, na pewno kogoś oczarujesz. - Zapewniłem chłodniej niż wcześniej. - Kogoś, kto jest zainteresowany takimi rzeczami. Ja nie jestem. Ja tu jestem w robocie. Nie po to, żeby się oglądać na dupy i słuchać wykładów. - Słowa znowu padły ostro, może zbyt ostro. - Z takim podejściem lepiej, żebyś następnym razem dobrała sobie kogoś mądrzejszego, kto będzie kiwał głową i robił dokładnie to, co mu powiesz. Jak ci nie pasuje moje tempo albo moje ręce - rzuciłem, z cieniem wyzwania w głosie - nie jesteśmy na siebie skazani. - Zaśmiałem się krótko, bez humoru, przesuwając językiem po zębach. Między nami zrobiło się gęsto, aż dym zdawał się cięższy. Byliśmy młodzi, wkurzeni, zbyt blisko siebie, a noc miała ten rodzaj ciszy, który sprzyja głupim decyzjom. Czułem to wyraźnie, to niebezpieczne napięcie, które nie miało nic wspólnego z rozsądkiem.
Zamarłem na ułamek sekundy, dokładnie tyle, ile było potrzeba, żeby zrozumieć, że to nie był zwykły hałas. Dźwięk dotarł do mnie szybciej niż sens - najpierw głuche dudnienie, potem ten charakterystyczny świst, którego nie da się pomylić z niczym innym, kiedy spędziło się w górach wystarczająco dużo czasu. Spojrzałem w tamtą stronę tylko przelotnie, bez gapienia się, bez szukania potwierdzenia na siłę. Wystarczyło - śnieg się ruszał, a jak śnieg się ruszał, to nie było już miejsca na dywagacje. Obóz był za blisko zbocza, zbyt otwarty, za dużo rzeczy mogło pójść źle, a jeszcze było ciemno.
- Kurwa. - Wyrwało mi się cicho, bez teatralności, to było to jedno słowo, które zawsze przychodziło pierwsze. Nie było czasu na analizę ani na uspokajanie kogokolwiek. Instynkt wziął górę, ten sam, który ratował mi skórę więcej razy, niż chciałem pamiętać - ogień, indyk, cała ta rozmowa sprzed chwili przestały istnieć, zrobiłem krok do niej i złapałem ją za ramię, mocno, pewnie, bez pytania. - To nie jest małe osypywanie. - Powiedziałem szybko, już ostrym, roboczym tonem. - To się puści. Ruszamy. Teraz. - Dodałem, ciągnąc ją lekko w swoją stronę, już ustawiając się bokiem do zbocza, jak uczyli mnie dawno temu. - Nie patrz tam. Patrz na mnie. - Rzuciłem krótko, nachylając się do niej, żeby mnie usłyszała przez wiatr i huk. - Jest tylko „tak, Fen”. Bez dyskusji, bez komentarzy. Jak powiem stać, stoisz. Jak powiem biec, biegniesz. Jasne. - Znowu spojrzałem w górę, masa śniegu przyspieszała, jeszcze nie pędziła, ale już nie udawała, że stoi w miejscu. W głowie układała mi się mapa obozu, ścieżki ucieczki, miejsca, gdzie teren się załamuje, gdzie można schować się przed pierwszą falą. Liczyły się sekundy, może dziesiątki sekund. Śnieg nie pytał, kto tu gotował kolację i kto miał rację w rozmowie o ptakach. Płatki, które zaczęły spadać z nieba, sypały coraz gęściej, były ciężkie, mokre, przyklejały się do rzęs. Kolejny trzask przeszedł przez zbocze, wyraźniejszy, bliżej. Znałem ten dźwięk, to był moment, w którym góra podejmowała decyzję. - Szalik. - Powiedziałem krótko, nisko, bez dyskusji. - Daj mi szalik. Teraz. - Wyciągnąłem rękę już w trakcie mówienia, bo nie chodziło o pytanie ani uprzejmość. Potrzebowałem czegoś, czym nas zwiążę, luźno, funkcjonalnie, tak żebyśmy nie pogubili się w bieli, a jednocześnie mogli biec, skręcać, upadać i wstawać bez plątania nóg. Materiał był wystarczająco długi, elastyczny, żeby związać nadgarstek z nadgarstkiem albo owinąć go wokół pasa i dłoni. Tak, żebyśmy mogli się poruszać osobno, ale nie rozdzielić, gdy ziemia zacznie uciekać spod nóg. Śnieg dudnił coraz głośniej, nie patrzyłem już w górę, skupiłem się na niej i na tym, żebyśmy byli gotowi ruszyć w tej samej sekundzie.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#15
17.12.2025, 20:26  ✶  

Ta rozmowa ją wciągnęła, chociaż nie powinna. Okazała się być całkiem wyjątkową rozrywką jak na to miejsce, ten wieczór, bawiła się dobrze, chociaż starała się tego po sobie nie pokazywać, jeszcze tylko brakowało, aby inni w obozie dowiedzieli się o jej ukrytej pasji jaką była ornitologia... tak właściwie to sama jeszcze przed chwilą nie miała pojęcia, że może się, aż tak zaangażować w rozmowę o ptakach, a przecież chodziło o ich pieczenie, co również nie było jej pasją. Ta, jasne, bo wzbudziłoby w niej to takie emocje gdyby chodziło tylko i wyłącznie o pieczenie indyka.

Starała się jednak w tych swoich słowach brzmieć poważnie, jakby naprawdę znała się na rzeczy (co, też chyba nie było najlepszym pomysłem zważając na całą tę sytuację). Nie miała pojęcia, że nie powinna w tym miejscu wyrażać się w ten sposób, że mogło to być dla niej niebezpieczne, bardzo łatwo pozwoliła sobie przekraczać granice, chociaż samym słowem, nie miała pojęcia dokąd ją to doprowadzi, ale summa summarum mogła udawać, że nie widzi tych wszystkich podtekstów, na pewno by w to uwierzył, przecież była taka niewinna.

Przyznał jej rację, co uważała za swój spory sukces, najwidoczniej jej wywód o technice nieco do niego przemówił, tyle, że później, później założył, że ona jest fanką małego drobiu, a nie o to jej chodziło, chciała być po prostu tolerancyjna, zasugerować, że każdy może znaleźć swoją niszę, czy coś. Nie wiedzieć czemu, postanowiła się odezwać, a nawet dość mocno zaprzeczyć jego słowom. - Nie wolę perliczek... - Powiedziała nieco zbyt głośno, jakby obawiała się, że nie wybrzmi to odpowiednio. - To znaczy lubię i perliczki i indyki, do tego zmierzałam, trzeba dawać szansę każdemu mięsu, tak po prostu, bo zawsze można się zaskoczyć bardzo pozytywnie, negatywnie pewnie też, jednakże nie ma sensu skreślać drobiu tylko ze względu na gabaryty, do tego zmierzałam. Na końcu liczy się tylko i wyłącznie smak, a każde może smakować dobrze. - Zaczęła się plątać coraz bardziej w swoich zeznaniach, robiło jej się ciepło, nie wiedziała, czy to z nerwów, czy dlatego, że ta rozmowa obrała taki obrót. Nic nie szło po jej myśli, może powinna odpuścić, ale nie miała w zwyczaju odpuszczać, co z tego, że mogło ją to zgubić.

- Cieszę się, że nie zamierzasz podważać moich preferencji, być może kiedyś Ci pokażę trochę więcej i do czegoś przekonam. - Dlaczego w ogóle to powiedziała? Przecież już dawno przestali rozmawiać o gustach smakowych, doskonale zdawała sobie z tego sprawę, a i tak nadal w to brnęła, jakby przekaz był bardzo jasny i klarowny.

- Czyli tak właściwie, mamy podobne zdanie? Nie ma sensu zamykać się na nowe doznania, ograniczenia są bez sensu, trzeba mieć otwarty umysł, bo nigdy nie wiadomo, co tak naprawdę do końca nam podejdzie, zresztą to też może się zmieniać przez całe życie, nigdy nie wiesz, co może obudzić w Tobie największe odczucia. - Wydawała się być zadowolona z tego, że jakoś udało im się ustalić w miarę logiczną wersję, a przynajmniej tak się Prue wydawało. Nie miała pojęcia ile w tym było prawdy i do czego właściwie zmierzali, ale znaleźli jakiś wspólny grunt, czy coś, tolerancja dla drobiu, bez względu na rozmiar.

Gdyby jednak chodziło wyłącznie o drób, nie zaróżowiłaby się, nie spięła by się tak bardzo, próbowała nie dawać po sobie poznać, jak bardzo mieszało jej to w głowie. Nie powinno, nie w tym miejscu, musiała się ogarnąć, bo przecież miała spędzić tu jeszcze sporo czasu, a skoro już wszystko szło tak nieodpowiednio to co będzie dalej? Wolała nie wiedzieć.

- Tak, lepiej eksperymentować z jednym na raz, bo inaczej może zostać nieodpowiednio potraktowany, co może zakończyć się niepowodzeniem, a tego przecież nie chcemy. Nic nie powinno odciągać uwagi w tym wypadku. - Zdecydowanie sama wpadła w swoje sidła, nie miała pojęcia na co właściwie się z nim umówiła, na wspólne gotowanie, na oglądanie ptaków? Na seks? Mogło być bardzo wiele odpowiedzi. Cóż, dowie się tego, gdy nadejdzie ten wieczór, albo inna pora dnia.

Bardzo szybko jednak ton rozmowy się zmienił, oczywiście, że stało się to przez tego głupiego ptaka, którego to nie udało mu się nadziać przez własną głupotę. Nie widziała w tym swojej winy, wcale, chociaż chyba chciał jej zasugerować, że instrukcje były nieodpowiednie. Nie sądziła jednak, że powinna przedstawiać mu poczynania krok po kroku, miała go za nieco inteligentniejszego - jak widać zupełnie niepotrzebnie, to ta rozmowa o ptakach ją rozproszyła, powinna wiedzieć, że w tym wypadku musiała instruować łopatologicznie.

Ogień błyszczał w ciemności, tak samo jak jej oczy, w których pojawiły się iskry, przez tą zupełnie niespodziewaną irytację, powinna spojrzeć mu na ręce, tym bardziej, że teraz jedna i druga była poparzona, ale najpierw musieli sobie wyjaśnić tę niesnaskę, nie mogła pozostać obojętna na jego zarzuty. Znalazł się bliżej niej, nie zrobiło to jednak na niej wrażenia, chociaż powinno, dopiero w tej chwili dostrzegała jak nad nią górował, bez mniejszego problemu mógł jej zrobić krzywdę, ale nie wydawała się tym przejmować, bo to on pierwszy się na nią wkurzył? No nie, nie miała zamiaru się cofać, wiedziała, że miał przewagę, ale było jej to obojętne. W małym ciele duży duch, czy coś.

Powtórzył to nieszczęsne słowo. Zrobił to specjalnie. Przygryzła dolną wargę, żeby na niego nie pisnąć, albo nie zawarczeć, widziała palec, który znalazł się zbyt blisko jej twarzy, nie drgnęła nawet jednak o milimetr, nie zamierzała pokazywać, że ją to w jakikolwiek sposób ruszyło, chociaż w środku zaczynała się gotować, była naprawdę bliska eksplozji.

- Jak widać był za mało edukacyjny, zbyt wiele materiału do opanowania, co? - Nie opuszczała głowy, nie przestawała na niego spoglądać, skrzyżowała również ręce na piersiach, aby poczuć się pewniej, nie pamiętała nawet kiedy gdzieś odłożyła tackę z warzywami, ale ta już dawno zniknęła z jej rąk.

Tak się składa, że to on nie wpadł na to, że mięso nad ogniskiem było gorące, to on zjebał, a teraz próbował wyżywać się na niej, chciał jej grozić, niech próbuje, czy naprawdę sądził, że ją to ruszy? Dobre sobie. Nie takich idiotów spotkała już na swojej drodze, z każdym jakoś sobie poradziła.

- Nie musiałabym Cię pouczać, gdybyś wykazał się odrobiną logicznego myślenia. - Mówiła przez zęby, właściwie to cedziła słowa, każde wylewało się z niej po kolei. - Jeśli myślałeś, że będziesz mógł na mnie fukać obrażony, to się mylisz. Zachowujesz się jak rozkapryszona nastolatka, która nie panuje nad emocjami, naprawdę sądzisz, że obawiam się Twojej reakcji, dobre sobie. Nie sprawdzam jak daleko mogę się posunąć, jak mam ochotę to po prostu się posuwam. - Wyrzuciła jeszcze. Nie miała zamiaru się z nim kłócić, bo to nie była gra warta świeczki, bardzo łatwo można było go podjudzić, to już zdołała zobaczyć, w sumie chętnie doprowadziłaby go na skraj, by zobaczyć jak się miota, bo i tak nie mógł jej zrobić krzywdy, chyba? Tym będzie martwiła się później.

- Obrażalski debil nie chce już ze mną pracować, co ja teraz zrobię? Powinnam się rozpłakać? - Niespecjalnie skupiała się na słowach, które rzucała, przez chwilę naprawdę miała wrażenie, że może być tutaj nie najgorzej, ale dosyć szybko czar prysnął, wszystko wróciło do normy.

- Oj, znajdę sobie inne ręce do trzymania ptaka, i innego ptaka, na pewno nie będzie to problematyczne. Twoja strata. - Nie zamierzała zabiegać o jego towarzystwo, nie zniży się do czegoś takiego, to, że z nikim wcześniej praktycznie nie udało jej się zamienić słowa nie musiało jeszcze nic znaczyć.

- Rzeczywiście, bo ktoś Cię zmuszał do słuchania wykładów i do pomocy, nieprawdaż? Nie chcesz to nie, jak sam zauważyłeś nie jesteś jedynym ptakiem w tym karmniku, droga wolna. - Słowa, które padały z jej ust były naprawdę abstrakcyjne, dawno nie przeżyła podobnej rozmowy, niby się wkurzała, ale okropnie ją to bawiło, dawno nie czuła się taka żywa, jak tej nocy, wzbudził w niej całą gamę emocji, których nie spodziewała się tutaj przeżyć.

- Próbujesz przekonać siebie, czy mnie, że nie chcesz tutaj być? Bo chyba, ani jedno, ani drugie Ci nie wychodzi. - Dodała jeszcze unosząc podbródek w górę jeszcze bardziej, chociaż było to ledwie możliwe.

Nie mieli jednak skończyć tej rozmowy, nie było to im dane, bo coś zaczęło się dziać. Sama jeszcze nie wiedziała, co dokładnie to było, dlaczego do ich uszu dochodziły te głośne dźwięki, nigdy nie widziała spadającej lawiny, czytała o tym, jednakże nie spodziewała się, że miało ją to spotkać. Kto bowiem zakładałby, że może go spotkać coś takiego?

Poczuła dłoń zaciskającą się jej na ramieniu, to wyrwało ją z zamyślenia, przestała wpatrywać się w tamtym kierunku. - Jak się puści? - Musiała się o to zapytać, chociaż przecież już ustaliła w swojej głowie co mogło się dziać, nie chciało jej się jednak wierzyć, że mogło ją spotkać coś takiego, w sumie to chyba nie było innego wyjścia, musiała uwierzyć, nie chciała umrzeć pod grubą warstwą śniegu.

Nachylił się nad nią, mówił do niej, skupiła się na jego głosie, by nie zacząć panikować. Wydawało jej się, że wie, co robi, musiał wiedzieć, prawda? Może jednak dzisiaj nie umrze. - Jasne. - Tylko to krótkie słowo przeszło jej przez gardło, nie było już czasu na zadawanie pytań, na zastanawianie się nad czymkolwiek, sekundy mogły zadecydować o tym, czy uda im się stąd zwiać. Nie miała w zwyczaju być potulną, ale czasem sytuacja tego wymagała, to była jedna z tych sytuacji.

Dźwięk wydawał się być coraz głośniejszy, nie spoglądała jednak w tamtym kierunku, nie chciała tego robić, obawiała się tego, co może zobaczyć. Odezwał się znowu. Szalik, miała szalki. Proste polecenie, miała wykonywać polecenia. Zdjęła go ze swojej szyi, przez co poczuła na twarzy silniejszy powiew wiatru, nie skrzywiła się nawet, wręczyła mu w dłoń ten nieszczęsny szalik, który mógł okazać się kluczowy podczas ucieczki przed żywiołem.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#16
18.12.2025, 01:18  ✶  
Ta rozmowa wciągnęła mnie wbrew rozsądkowi, czułem to wyraźnie, jakby ktoś pociągnął za niewidzialną linkę i nagle zamiast pilnować ognia, sprzętu i krawędzi lasu, zacząłem słuchać jej z tą samą uwagą, z jaką zwykle mierzyło się dystans do osuwiska, świat skurczył się do nas i naszych ripost. W głowie zapalały mi się lampki ostrzegawcze, ale było w tym coś uzależniającego, ta dyskusja momentalnie eskalowała bardziej, niż mógłbym się spodziewać, jedno słowo za dużo i pojawiła się ta niepotrzebna iskra, która potrafiła rozpalić coś, czego nie dało się potem łatwo ugasić. Stałem obok zupełnie mi nieznanej kobiety i słuchałem, jak brnie dalej, jak próbuje nadać sens temu, co sensu mieć nie powinno, a jednak miało. Zaskakiwało mnie to, w obozie ludzie zwykle mówili krótko, ostro, do celu - ona mówiła dużo, precyzyjnie, jakby świat naprawdę dało się ułożyć w porządne akapity. Nie pamiętałem, kiedy ostatnio tyle mówiłem, wymieniając się tak gładkimi i szybkimi reakcjami, to było zadziwiająco przyjemne, może nie do końca jak powrót do pewnego zamkniętego rozdziału w historii, ale jak krótkie nawiązanie do czegoś, co kiedyś znałem.
Istota tematu wymknęła się spod kontroli już dawno, tylko oboje udawaliśmy, że jeszcze trzymamy ją w ryzach. Słuchałem jej wywodu o ptakach, o technice, o tolerancji dla drobiu wszelkiej maści, i zamiast przerwać, pozwalałem, żeby to płynęło dalej, bo w tym wszystkim było coś żywego. Coś, co nie pasowało do Appalachów, do zimna, do zapachu dymu i potu. Czułem narastające napięcie, to dziwne, niewygodne, które pojawia się, gdy ktoś mówi jedno, a ciało reaguje na coś zupełnie innego. Jasne, mógłbym przysiąc, że to nadal było o drobiu, ale równie dobrze mogłem przysiąc, że nie było. Mówiła szybko, za szybko, jak ktoś, kto próbował nadgonić własne myśli i moje przy okazji też, wyprzedzając je wszystkie - o tolerancji, o szansach, o tym, że smak jest najważniejszy, otwarty umysł, nisze, zaskoczenia…
- Czyli otwartość kulinarna. Delikatniejsze ptaki, większe ptaki… To dobre podejście, tak sądzę, wszystko da się docenić, jeśli się wie, jak podejść. - Rzuciłem lekko, kiedy zaprzeczyła, niemal obruszona, i zaczęła się prostować, i poprawiać sama siebie, mnie też, tak przy okazji. - Dobrze wiedzieć, że je wyznajesz. To dopiero ulga, już myślałem, że mam do czynienia z radykalną frakcją drobiową. A koguty? Kuropatwy? Bażanty? Gołębie? „Jak wszystko, to wszystko?” - Upewniłem się cicho, zaczepnie, trochę z rozbawieniem, trochę z tym głupim, młodzieńczym napięciem, które pojawia się, kiedy rozmowa skręca w niebezpiecznie sugestywną stronę.
Słowa robiły się coraz bardziej śliskie. „Pokażę ci więcej”, „poradzę sobie z każdym”, „eksperymentować z jednym na raz”, brzmiało to jak rozmowa, po której ktoś zwykle zamyka namiot od środka. Byłem zaczepny, tak, świadomie - zawsze lubiłem sprawdzać, gdzie jest granica, zanim ktoś mi ją narysuje. Podobała mi się ta upartość, chociaż jednocześnie wiedziałem, że to kłopot. Patrzyłem, jak się plącze w słowach, jak próbuje ratować merytoryczność rozmowy, która już dawno wymknęła się sztywnym ramom konwenansów. Słuchałem, a jednocześnie zastanawiałem się, co my właściwie robimy. Czy ona właśnie oznajmia mi, że jest gotowa na wszystko, byle nie dać się zaszufladkować? Czy ja przypadkiem nie zostałem wytypowany albo - co gorsza - sam się zgłosiłem na coś więcej niż „techniczne wsparcie przy indyku”? Nie byłem pewien, co właściwie między nami padło. Czy to była zapowiedź jednorazowej przygody, czy próba oswojenia mnie na czas pobytu w obozie, czy zwykła rozmowa, która nie wiedziała, kiedy się zatrzymać. Czy to, co sobie dawaliśmy, to było zaproszenie do jednorazowej przygody, ten rodzaj „tu i teraz, jutro nas tu może nie być”. Czy to było tylko gadanie, nerwowe, zagłuszające fakt, że ona była tu sama, nowa, bez zaplecza, a ja najwidoczniej nie potrafiłem panować nad własnymi głupimi odruchami. Czy może coś znacznie prostszego i bardziej pierwotnego - takich rzeczy nie robiłem, przynajmniej nie planowałem, ale nie byłem naiwny.
W gruncie rzeczy - kobiety i mężczyźni byli podobni, gdy chodziło o trudne warunki, mieli pewne pragmatyczne zachowania, chociaż może to był bardziej instynkt. Faceci w nowym miejscu często od razu próbowali podkreślić swoją pozycję, zaznaczali dominację poprzez uderzenie w kogoś, kto obecnie sprawował władzę, kobiety były dyskretniejsze, bardziej przebiegłe, nie musiały uciekać się do podkreślania swojej pozycji w taki sam sposób, często korzystały z cudzej. Widziałem takie rzeczy, nie robiłem takich rzeczy, przynajmniej tak sobie powtarzałem, nawet jeśli w ostatnim czasie mógłbym szukać podobnych okazji, bo już nic mnie nie ograniczało. Teoretycznie to było normalne, niektóre kobiety w takich miejscach szukały tymczasowego „męża obozowego”, żeby nikt inny nie zawracał im głowy - rozrywki, tarczy i grzejnika na zimne, górskie dni i noce. Inne po prostu lubiły sprawdzić, jak daleko mogą się posunąć, a potem „jakoś to wychodziło”, zazwyczaj im wychodziło, nietrudno było manipulować niewyżytymi samcami na krańcu świata.
Skinąłem głową, bardziej do siebie niż do niej, próbując sprowadzić myśli na ziemię - ogień trzaskał, śnieg skrzypiał pod butami, to była robota. Tylko robota.
A potem zjebałem - złapałem ptaka zbyt szybko, bez namysłu, ból był ostry, głupi, niepotrzebny, w tej samej chwili cały ten pół-żartobliwy nastrój pękł jak bańka. Oddychałem głęboko, próbując trzymać się tej wersji siebie, która była opanowana, profesjonalna - nie wychodziło - coś we mnie pękło, jak zawsze, kiedy ktoś mówił do mnie z góry, jakby znał mnie lepiej, niż znał. Obróciłem się do niej, stanąłem zbyt blisko, górując nad nią bez wysiłku. Nie zrobiła kroku w tył, to mnie zdziwiło, i zirytowało jeszcze bardziej. W walce słownej czułem się jednak tak samo pewnie jak w tej fizycznej. Odpaliła się natychmiast, ja też. Mimo że widziała palec blisko twarzy, nie drgnęła. Miała w sobie ten upór, który albo się łamie, bo nie chce się użerać, albo idzie na wojnę - wybrała wojnę. Jej słowa były ostre, celne, cedzone przez zęby. O logice, o debilach - urocza precyzja, korzystała z noży, które sam jej dałem, z zapałek do wzniecania większego ognia, który nieustannie podsycaliśmy.
- Edukacyjny… - Powtórzyłem wolno, głosem niższym, bardziej napiętym niż wcześniej. - Jasne. Widzę, że masz gotową diagnozę. Zapiszę sobie. Następnym razem poproszę cię o rozpiskę krok po kroku, najlepiej z rysunkami. - Uniosłem kącik ust, wolno, z tym irytującym spokojem, który zwykle doprowadzał ludzi do szału szybciej niż krzyk. Nie odsunąłem się ani o krok, ale też jej nie dotknąłem. Stałem jak mur, gorący od środka, chłodny na zewnątrz. - Masz rację. - Powiedziałem cicho, tonem, który niewiele miał związku z przeprosinami. - Zjebałem. Mięso było gorące. Brawo, medal za spostrzegawczość możesz sobie przypiąć do fartucha. - Przechyliłem głowę, patrząc na nią z góry, bez pośpiechu, każde jej słowo tylko dolewało paliwa, a nie gasiło ogień. To nie było już to niewinne droczenie sprzed chwili, tylko czysta irytacja, która wchodziła pod skórę jak mróz. Nie spuściłem z niej wzroku, kiedy skrzyżowała ręce. Ten gest był jak zaproszenie do zwarcia, jak postawienie flagi na spornym terenie - to było jak rzucenie rękawicy prosto pod nogi..
Gotowałem się, dosłownie i w przenośni. Stałem naprzeciwko niej, czując jak coś we mnie narasta, gęste, gorące, niewygodne. Nikt dawno mnie tak nie wkurwił, nie pamiętałem, kiedy ostatni raz ktoś potrafił mnie doprowadzić do tego punktu samymi słowami. Bez ciosu, bez prowokacji fizycznej, tylko głos, spojrzenie i ten jej upór. Patrzyłem na nią, na te skrzyżowane ramiona, zadarty podbródek - małe ciało, duży duch.
„Rozkapryszona nastolatka”. „Nie panujesz nad emocjami”. „Nie sprawdzam, jak daleko mogę się posunąć”.
Na konkluzję przy tym ostatnim uniosłem kąciki ust - powoli, wymownie - kiedy rzuciła, że jak ma ochotę, to się posuwa, uniosłem kąciki ust, spojrzałem na nią wolno, od góry do dołu, bez pośpiechu, bez wstydu, bez cienia zażenowania. Jeden kącik ust uniósł mi się sam wyżej niż drugi, w tym powolnym, niebezpiecznym geście, który nie obiecuje nic dobrego.
- Nie wątpię. - Odpowiedziałem cicho. - Naprawdę. Wyglądasz na kogoś, kto dokładnie wie, kiedy i gdzie chce się posunąć. - Mruknąłem. - Uwierz mi, nie mam co do tego wątpliwości. - Przełknąłem ślinę tak szybko, że aż poczułem metaliczny smak pod językiem. - Jak masz ochotę się posuwać, to się posuwaj. Wydajesz się świadoma swoich potrzeb. - Dodałem, taksując ją spojrzeniem od góry do dołu, bez wstydu. Przez ułamek sekundy miałem bardzo prosty, bardzo prymitywny impuls - zrobić krok bliżej, nie po to, żeby zrobić jej krzywdę, nie dlatego, że nie panowałem nad sobą, tylko, żeby zobaczyć. Zobaczyć, czy cofnie się choć o centymetr. Czy zadrży. Czy to wszystko to tylko gadanie, czy naprawdę ma w sobie tyle ognia, ile udaje. „Obrażalski debil” trafił mnie jak kamień. Odpowiedziałem bez pauzy.
- Przemądrzała pannica. - Powtórzyłem, twardo. - Skoro już rzucamy etykietami. - Wzruszyłem ramionami, jakby to wszystko było lżejsze, niż było. - Rozpłakać? - Powtórzyłem z krzywym uśmiechem. - Nie, pannico. Łzy robią na mnie zerowe wrażenie. Nie musisz ryczeć na zawołanie ani robić przedstawienia. Nie ten typ widowni. - Spojrzałem na nią uważnie, bez pośpiechu, nie kryjąc tego, że mnie wkurza i że jednocześnie mnie to wciąga, jedno nie wykluczało drugiego. Nie odpuszczała, rzucała we mnie kolejnymi zdaniami, coraz bardziej absurdalnymi, coraz bardziej osobistymi. O innych rękach. O innych ptakach. O tym, że nie jestem jedynym ptakiem w karmniku.
- Życzę powodzenia. - Rzuciłem złośliwie. - Naprawdę. Nie wątpię, że znajdziesz sobie inne ręce do ptaka. Innego ptaka. Jakiego chcesz. Jest ich tu pod dostatkiem. Tutejszy karmnik jest pełny. Zawsze znajdzie się jakiś, co potrzyma, jakiś, co się zgodzi. - Przerwałem na moment, patrząc jej prosto w oczy. - Nic nie tracę. Jeśli nie chcę z tobą pracować, to dlatego, że nie muszę. To nie jest osobiste. To robota. A robota kończy się tam, gdzie zaczyna się gadanie bez sensu. Nie myl tego z czymś więcej. - Kłamałem tylko trochę. Kiedy zarzuciła mi, że nikt mnie nie zmuszał do słuchania, wzruszyłem ramionami. Pochyliłem się odrobinę, już na granicy jej przestrzeni, głos miałem niższy, bardziej chropowaty.
- Wiesz co, idę, zgodnie z życzeniem. Dam ci przestrzeń - dorzuciłem - jak już będziesz się posuwać, to możesz o mnie pomyśleć, bo ewidentnie moje słowa już i tak dotykają cię dość głęboko. Pierwszych interakcji się nie zapomina. A my już mamy historię. Krótką, zawiłą i… Zapamiętywalną. Szczerze wątpię, żeby ktoś inny tak szybko cię rozpalił, ale od czego jest wyobraźnia. - Byłem gotów się odwrócić, naprawdę, ta rozmowa była zbyt gęsta, zbyt naładowana emocjami, a ja nie miałem zamiaru robić z siebie jej tymczasowego rozwiązania ani obozowej atrakcji. Już miałem rzucić jeszcze jedno słowo, kiedy świat postanowił przerwać tę farsę.
Zamilkłem w połowie oddechu, nie dlatego, że zabrakło mi riposty, po prostu wszystko, co mówiła, nagle przestało mieć znaczenie. Przestałem jej słuchać w chwili, w której dźwięk stał się zbyt równy, zbyt głęboki, ten odgłos nie był normalny, nie był częścią obozu, nie był wiatrem ani trzaskiem drewna, to nie był huk ani trzask, to było ruszenie masy. Objąłem wzrokiem obóz tylko przelotnie - ogień, namioty, ludzie zbyt wolni w reakcjach - to nie miało teraz znaczenia, liczyła się ona i odległość, którą trzeba było pokonać, zanim śnieg zrobi z nas część krajobrazu. Słowa, złość, cały ten pyskaty taniec sprzed chwili zniknął, został instynkt. Nie było w tym już ani grama tej wcześniejszej zabawy ani wściekłości - wszystko, co między nami iskrzyło, w złym i dobrym znaczeniu, zgasło w jednej chwili, jakby ktoś zakrył palenisko mokrym płótnem. Dźwięk był zbyt znajomy, zbyt ciężki, zbyt prawdziwy - góry nie ostrzegają drugi raz.
Zacisnąłem palce na jej ramieniu mocniej, niż planowałem, nie brutalnie, nie po to, żeby ją zranić, tylko żeby była w moim zasięgu, by mi nie zniknęła w chaosie, który właśnie się rodził, nie było w tym czułości, była konieczność.
- Tak. - Odpowiedziałem krótko. Nachyliłem się do niej odruchowo, osłaniając ją trochę własnym ciałem przed wiatrem i dźwiękiem, który narastał. Głos miałem niski, równy, zupełnie inny niż chwilę wcześniej, kiedy gotowałem się ze złości. To nie była gra, to była robota. - Teraz słuchasz. - A o to mi chodziło. Przestała patrzeć w tamtą stronę i dobrze, widzenie tego nie pomagało, wiedza już tak. W ciemnościach widziałem, jak przełknęła ślinę, to jedno słowo, które z niej wyszło, kosztowało ją więcej niż cała wcześniejsza awantura. Nie pytała, nie dyskutowała. Sekundy faktycznie mogły zdecydować o tym, czy stąd wyjdziemy, czy zostaniemy tu na zawsze, zakopani pod białą ciszą. Dudnienie było coraz głośniejsze, śnieg zaczął sypać grubymi płatkami, ciężkimi, lepkimi, jakby niebo też brało udział w tym spektaklu. Nie patrzyła w tamtą stronę i nie zachęcałem jej do tego, ja spojrzałem raz, przelotnie - wystarczyło - warstwa śniegu wyżej zaczęła się ruszać, powoli, zdradliwie, jak coś ogromnego, co dopiero się budziło.
Poprosiłem o szalik i nie czekałem, aż coś zabierze nam kolejne sekundy. Wziąłem go z jej dłoni i od razu owinąłem wokół swojego nadgarstka, a potem wokół jej, ciasno, bez ozdobników. Materiał był miękki, ale wiązałem go twardo, kilkoma pewnymi węzłami, nie na supełek, nie na półśrodek, na serio.
- Nie luzuj. - Powiedziałem nisko. - Jak pociągnę, idziesz. Jak upadniesz, wstajesz. Jak nie wstaniesz, podnoszę cię ja. Postaraj się nie wpaść w zaspę. - Poprawiłem węzeł jeszcze raz, sprawdzając go szarpnięciem. Odpowiedział oporem, jak trzeba, dobrze, tak miało być, nie mogłem jej zgubić. Nie myślałem o tym, co do siebie powiedzieliśmy, nie myślałem o tym, jak na mnie patrzyła minutę wcześniej, w tej chwili była tylko żywą, ciepłą obecnością po drugiej stronie materiału, który trzymałem jak ostatnią linę.
- Teraz. - Powiedziałem i ruszyłem, ciągnąc ją za sobą, już nie jako pannicę, nie jako rozmówczynię od ptaków, tylko jako kogoś, kto został mi powierzony w chwili, gdy góra postanowiła sprawdzić, kto zasługuje na kolejne rano. Zrobiłem pierwszy krok, prowadząc ją ze sobą, bokiem względem stoku, w stronę niższego terenu, gdzie śnieg miał szansę się rozproszyć. Nie biegliśmy jeszcze - bieg przychodził później, najpierw trzeba było wyjść z najgorszego miejsca. Słyszałem za plecami krzyki obozu, czyjeś imię, trzask łamanego drewna, ogień gasł pod naporem wiatru i śniegu, robiło się coraz ciemniej. Góry ryczały coraz głośniej. Świst narastał, powietrze zmieniło smak, to był ten moment, w którym albo działasz, albo jesteś częścią krajobrazu.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#17
18.12.2025, 16:53  ✶  

Bywały takie momenty, kiedy angażowało się w coś zupełnie niespodziewanego, wykraczającego poza zwyczajne ramy i tym właśnie była ta rozmowa. Nie zakładała, że w tym miejscu, na samym końcu świata będzie musiała tak się gimnastykować myślowo podczas konwersacji, to było całkiem miłym uczuciem, bo lubiła podobne wyzwania, dawno tego nie praktykowała, bo nie mogła znaleźć godnego przeciwnika, tak naprawdę to znała tylko jedną osobę, która była w stanie za nią nadążyć, no teraz pojawiła się druga, która miała zadatki do tego, aby Prue chciała z nią wchodzić w polemikę. Poczuła, że być może jest szansa na to, żeby jakoś zaakceptowała pobyt w tym miejscu, bo najważniejsi byli kompani, a wcześniej nikt niestety nie zdołał jej odpowiednio zainteresować swoją osobą, teraz nieco się to zmieniło. Może nie wszystkich w tym obozie od razu powinna spisywać na straty.

To, że ta rozmowa już dawno wymknęła się spod kontroli jej nie przeszkadzało, robiła dobrą minę do złej gry i dalej w nią brnęła, bo dlaczego by nie, nie sądziła, że znajdzie sobie lepszą rozrywkę na wieczór, a może nawet na najbliższe kilka tygodni. To mógł być jedyny taki moment tutaj. Nie zakładała bowiem, że będzie mogło się to powtórzyć, wykorzystywali po prostu moment, który się pojawił.

Starała się podchodzić profesjonalnie do tematu ptaków, chociaż było to bardzo trudne, nie dało się bowiem nie wyczuć w tej rozmowie drugiego dna, i wiedziała, że nie tylko ona je odnalazła, może dlatego tak im się łatwo dyskutowało, gdyby była to tylko rozmowa na tematy kulinarne pewnie już dawno by ją zakończyli, a tak brnęli dalej.

- Tolerancja dla wszystkich ptaków, bez względu na gatunek, nigdy nie wiesz, jakiego ptaka życie Ci rzuci pod nogi, trzeba wykorzystywać wszystkie okazje. - Wiedziała, że nie brzmi to dobrze, już dawno przestało, ale trudno, tylko on i ona byli świadkami tej jakże wciągającej konwersacji, więc nie musiała się tym szczególnie martwić, chyba... chyba, że postanowi przekazać innym obozowiczom jej preferencje, wtedy byłoby dużo gorzej, jednak mimo wszystko miała nadzieję, że zostanie to między nimi, że nikogo w to nie wtajemniczy.

- Daleko mi do radykała. - Nie dodała, że pod każdym względem, nie wiedzieć czemu tak łatwo przychodziło jej wyrzucanie tych wszystkich, nieprzemyślanych słów ze swoich ust. Wiedziała, że to nie wróży niczego dobrego, bo zazwyczaj tak nie miała, ale chciała nadążyć za tempem tej rozmowy, to musiało ją odrobinę kosztować, no kosztowało ją gadanie głupot, chociaż gdy dłużej o tym myślała, to po prostu zabrnęli w bardzo abstrakcyjne rejony, czasem tak bywa.

Zaczepiał ją, prowokował, a ona pozwalała mu wiązać sobie tę pętlę na szyi, mogła przerwać tę dyskusję w każdej chwili, ale tego nie zrobiła, szła dalej przed siebie, w zaparte, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie, może w tej chwili była.

Zaproponowała mu coś w ramach odwdzięczenia się za to wsparcie, które od niego otrzymała, zaproponowała mu wspólne eksperymenty związane z poznawaniem nowych smaków, tylko, że czuła, że nieco się w tym zagalopowała. Nie miała pojęcia na co się pisała, ani na co on się zgodził. Trudno było to wyczuć, a miejsca jak to rządziły się swoimi własnymi prawami, których jeszcze nie miała szansy poznać, oby tego nie żałowała, nie powinna żałować, prawda?

Nie była osobą, która wchodziła w podobne układy, która proponowała czy prowokowała podobne sytuacje, ale chyba nie do końca była sobą, łatwo przyszła jej ta zmiana w tym obcym miejscu, jakoś będzie musiała sobie z tym poradzić. Pozostawało mieć nadzieję, że być może dzięki temu nie będzie musiała z nikim więcej wdawać się w podobne rozmowy, zresztą nie wydawało jej się, aby miał jakąkolwiek konkurencję. Wzbudził w niej naprawdę mieszane uczucia, poczuła dziwną iskrę, która poruszyła się w niej podczas tej naprawdę abstrakcyjnej konwersacji, dawno jej się coś takiego nie przytrafiło, mało co potrafiło ją poruszyć, chociaż odrobinę, a jemu się to udało, chociaż go nie znała.

Sielanka nie mogła trwać jednak zbyt długo, bo wykonał jej instrukcje, nie wprowadzając żadnych poprawek, nie ruszył głową, może powinien, zamiast od razu poruszać ptakiem... Faceci jednak chyba tak mieli, trzeba było mówić do nich dużymi literami i nie pomijać żadnych, nawet tych najbardziej oczywistych kroków.

- Najwyraźniej potrzebujesz rysunków, żeby nie zrobić sobie krzywdy, więc tak, da się zrobić. - Chociaż miała wrażenie, że raczej nie będzie następnego razu. Wkurzył się, ona się zirytowała i trafiła kosa na kamień, bo żadne nie zamierzało zejść z tonu, czy odpuścić, byli cholernie uparci, co nie wróżyło niczego dobrego, wiedziała, jak to jest, kiedy żadna ze stron nie potrafi odpuścić. Nie zamierzała jednak robić niczego przeciwko sobie, nigdy nie działała w ten sposób, była cholernie zawzięta i trudno, najwyżej tego pożałuje. Była tu nowa, nie powinna sobie pozwalać na to, aby wdawać się w jakiekolwiek niesnaski, nie wydawała się tym jednak w ogóle przejmować, bo tak było.

- Nom, ja mogę, Ty zamiast medalu będziesz miał bąble na ręce świadczące o jej braku, gratulacje. - Powiedziała i uśmiechnęła się nawet wymuszenie, złośliwie. Nie odsuwała się nawet o centymetr, nie przestraszył jej tym, że znalazł się tak blisko, zupełnie się go nie bała, chociaż powinna, wiedziała, że niektórzy w ten sposób próbowali zdobyć przewagę - na nią to nie działało, mimo, że mógłby ją zdeptać, nawet nie musiał się jakoś szczególnie postarać, gdyby chciał to zrobić.

Okropnie ją irytował, wewnątrz się gotowała, ale starała się nie pokazywać tego na zewnątrz, nawet nie drgnęła jej powieka, być może po tonie głosu dało się nieco wyczuć, ale to było wszystko, no i te splecione ramiona, które miały gwarantować jej bezpieczeństwo? Chyba, sama nie wiedziała, czemu przyjęła pozycję obronną.

- Dobrze, że to widzisz, zdecydowanie to ja zarządzam swoim posuwaniem, a nie ktoś inny. - Brzmiało to okropnie absurdalnie, ale nie mogła mu pozwolić mieć ostatniego słowa, zawsze musiała się odszczekać, nawet jeśli nie miało to żadnego sensu. - Och, jestem bardzo świadoma swoich potrzeb, w przeciwieństwie co do niektórych. - Wysyczała jeszcze przez zęby. Nie opuszczała głowy nawet na moment, ciągle spoglądała na niego, teraz już z jadem w oczach. Miała chęć go ukąsić, żeby wiedział, jak bardzo nadepnął jej na odcisk.

Mogła być przemądrzałą pannicą, to było lepsze od obrażalskiego debila, przynajmniej jej zdaniem. Jak w ogóle mogła rozważać, która z tych etykiet była lepsza? Zachowywali się jak dzieciaki, widziała to, ale nie mogła przestać, czuła się, jakby cofnęła się do szkolnych czasów i doprowadzała do kłótni z... nie, nie powinna o tym myśleć w ten sposób.

- Wspaniale, bo nie zamierzam Cię zabawiać swoimi występami. - Dodała jeszcze. Nie miała w zwyczaju reagować w ten sposób, nigdy nie sięgała po podobne metody, naprawdę sądził, że przejmie się tym, że nie będzie chciał z nią pracować? Tak właściwie to mógł sobie chcieć, nie miał pojęcia, co mu się przytrafi, miałaby niesamowitą satysfakcję, gdyby musiała go leczyć, och, to byłoby naprawdę zabawne, ciekawe, czy wtedy to ona mogłaby wyciągnąć argument, że nie chce z nim pracować.

- Jak nie jest osobiste? Obraziłeś się o to, że nie byłeś wystarczająco bystry, to jest osobiste. - Stwierdziła fakt, wszystko było w porządku dopóki nie zaczęli się kłócić o to, dlaczego się oparzył, no jej to wyglądało na coś bardzo osobistego, ale może była ślepa, czy coś.

- Niesamowicie cieszy mnie to, że nie muszę się martwić tym jednym, jedynym ptakiem obrośniętym w piórka. Dobrze, że karmnik jest pełny, na pewno nie omieszkam dokładnie przyjrzeć się jego mieszkańcom. - Prychnęła. Tak naprawdę nie miała zamiaru z nikim się tutaj spoufalać, jakoś samo tak wyszło, a teraz udowadniała mu, że było wręcz przeciwnie. Gratulacje Prudence.

Pochylił się nad nią, przez co znalazł się jeszcze bliżej niej, Prue nadal nie ruszyła się z miejsca, nadal miała głowę zadartą do góry, patrzyła na jego twarz, nie uciekała spojrzeniem. - Niedoczekanie, to jeszcze nie jest historia, to prolog, który wystarczył, żeby mieć pewność, że nie będzie żadnej historii. - Powiedziała nieco uniesionym tonem. Za kogo on właściwie się uważał, czy naprawdę sądził, że ta chwila, którą spędzili razem wystarczyła, aby wzbudzić w niej jakiekolwiek emocje? Cóż, wystarczyła, ale nie chciała, żeby o tym wiedział, musiała więc zaprzeczyć. - Nic nie wiesz o tym, jak mnie rozpalić, zejdź na ziemię. - Starała się, naprawdę starała się mu postawić, ale wychodziło jej to nieco koślawo, nadal jednak nawet nie drgnęła, przynajmniej to jej się udawało. Brakowało tylko tego, aby teraz opuściła głowę, albo cofnęła się o krok.

Ich wymiana zdań została przerwana przez otoczenie, nie mieli szansy dokończyć tej jakże fascynującej rozmowy, bo góra postanowiła sprawdzić, komu uda się przetrwać noc. Słychać było ten głośny dźwięk, trzaski, to wystarczyło, aby Prudence zmieniła nastawienie i zapomniała o tym, co działo się między nimi jeszcze przed chwilą. W tej chwili skupić się było trzeba na przetrwaniu, a wiedziała, że w tym na pewno miał większe doświadczenie od niej. Jej szczytem możliwości było samo to, że znalazła się w tych górach.

Mówił, że ma słuchać i ona dokładnie to robiła, wiedziała, że wiele od tego zależy, a nie zamierzała zakończyć swojego żywota pod hałdą śniegu, musiała wykonywać polecenia, prosta sprawa. Nie spoglądała w stronę niebezpieczeństwa, tak było lepiej, wolała nie widzieć nadchodzącego zagrożenia, wystarczyło, że słyszała te wszystkie dźwięki, które rozchodziły się po okolicy.

Dała mu szalik, nie zastanawiała się nad tym nawet sekundy, potrzebował go, więc ściągnęła go ze swojej szyi, miała wykonywać polecenia i to robiła. Przetwarzała w głowie te wszystkie polecenia, były proste i jasne, kiwała więc głową, że dociera do niej to co mówił, bała się, naprawdę bała się tego, że coś może nie pójść według planu, chociaż, czy oni właściwie mieli jakiś plan? Ona nie, zdała się w tym przypadku na niego, nie miała pojęcia, czy to dobrze, okaże się, czy trafiła na najbardziej odpowiedniego ptaka w karmniku.

- Dobrze, wszystko jest jasne. - No i wtedy ruszyli, w ciemność, w mrok, zawiązał ten szalik niczym linę, która związała ich los ze sobą na ten noc, od niej wiele zależało, jeśli ona upadnie, to pociągnie go ze sobą, jeśli on to zrobi, to ona poleci z nim, wolałaby jednak, żeby żadne z nich nie znalazło się pod śniegiem, dlatego szła tuż obok niego, z tym swoim zacięciem na twarzy, bo zależało jej, aby wyszli z tego cało, razem. On mógł ją stąd wyprowadzić i tylko to było istotne. Ignorowała dźwięki, które dochodziły do nich z obozu, bo mogły ją rozproszyć, wystarczyła chwila zawahania, aby skończyli pod śniegiem.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#18
18.12.2025, 23:37  ✶  
Z początku naprawdę rozmawialiśmy jak dwoje ludzi, którzy trafili na siebie przypadkiem i odkryli, że myślenie w tym samym tempie bywa zaskakująco przyjemne - to było czyste intelektualne iskrzenie - takie, które bierze się z nudy, zmęczenia i zderzenia dwóch temperamentów, które zamiast się minąć, postanawiają sprawdzić, kto szybciej straci cierpliwość. Rzucałem uwagi, ona odpowiadała równie szybko, jakbyśmy grali w szachy słowami, to było inteligentne, lekkie, nawet jeśli temat dawno przestał być tym, za co oboje udawaliśmy, że go mamy. W półmroku nie widziałem jej dokładnie, ale słyszałem ją doskonale, ten ton, pewny, zaczepny, trochę za bardzo świadomy własnej wartości - podobało mi się to bardziej, niż powinno. Rzucaliśmy sobie zdania jak noże, celnie, bez pudła, każde trochę ostrzejsze od poprzedniego. Nie do końca wiedziałem, dokąd to zmierzało, ale pasowało mi nasze tempo, jej ton, to, że nie uciekała w banał ani w ciszę. W półmroku obozu, przy ogniu, gdzie twarze były tylko szkicami, a ludzie raczej cieniami, głos znaczył więcej niż wygląd, a jej głos miał pazur. Zapamiętałem każde wymieniane słowo, chociaż w tamtej chwili udawałem, że odbijają się ode mnie jak śnieg od skórzanego płaszcza. Prawda była mniej wygodna - ta rozmowa wciągnęła mnie tak samo, jak ją, i oboje o tym wiedzieliśmy. Widziałem, jak się zapętlała, brnęła dalej, bo nie chciała odpuścić, a ja… Ja nie potrafiłem przestać jej zaczepiać. Byłem świadomy, że to są ryzykowne słowa, że to gra, w której łatwo się zapomnieć. To było jak iskra rzucona na suche gałęzie - niby nic, a jednak wszystko. A potem, niemal niezauważalnie, rozmowa zaczęła przypominać flirt. Taki osobliwy, oparty nie na klasycznych zagrywkach, nie na kokieterii, tylko na tym, kto kogo szybciej wytrąci z równowagi słowem.
- Rozsądne podejście. - Rzuciłem. - Góry uczą jednego - bierzesz to, co masz, i robisz z tego użytek. Bez ideologii. - To było jeszcze umiarkowanie niewinne, zabawa, coś na pograniczu żartu i prowokacji, która nie musiała mieć konsekwencji. Słuchałem tej determinacji, z jaką próbowała być merytoryczna, i miałem jednak wrażenie, że z każdym słowem staliśmy coraz bliżej krawędzi czegoś, czego żadne z nas nie nazwało - gdzieś po drodze zaczęliśmy pisać się na coś więcej, chociaż żadne z nas nie powiedziało tego wprost. Wystarczyły półsłówka, pauzy, to, jak jedno czekało, aż drugie skończy mówić, brzmiało to jak obietnica, której nie planowałem składać. Umawialiśmy się nie tylko na gotowanie, dało się to odczuć, gdzieś między zdaniem o eksperymentach a tym o otwartym umyśle pojawiało się coś jeszcze - coś, co sugerowało noc, bliskość, ciepło dwóch ciał w miejscu, gdzie zimno wciskało się pod skórę bez pytania. To było coś pomiędzy zabawą a testowaniem granic, najpierw niewinne, potem coraz mniej. Czułem, jak rozmowa zsuwa się z torów, ale nie próbowałem jej zatrzymać - po co - od dawna nie miałem takiej wymiany zdań. Głównie rozmawiałem z ludźmi, którzy chcieli konkretów, a ona chciała… Przeciągnąć linę. W półmroku obozu niewiele było widać, więc polegałem głównie na tym, co słyszałem, a to działało na wyobraźnię bardziej niż cokolwiek innego. W takich miejscach ludzie robili różne rzeczy - jedni bili się z alfą stada, żeby ustalić hierarchię, inni szukali tymczasowego schronienia w cudzym namiocie. Widziałem to wcześniej, nie oceniałem, sam byłem samotny, a długie noce i zimne, pochmurne dni nie sprzyjały samotności. Po tygodniach zimna i rutyny, pozwoliłem tej myśli pobiec dalej, niż powinienem. Noc w namiocie, ciepło drugiego ciała, sprawdzenie, czy ta chemia to tylko język, czy coś więcej. Bo była między nami, to niewątpliwie, była, niezaprzeczalna, nie taka czysto fizyczna, bo niewiele widziałem, raczej ta oparta na tonie, na napięciu, na tym, jak każde kolejne zdanie było o pół kroku za daleko. Nie planowałem takich rzeczy, ale zawsze musi być ten pierwszy raz, prawda? Przez chwilę, naprawdę krótką, pomyślałem, że może to nie byłoby takie głupie. Ogrzać się, sprawdzić, co z tego wyniknie - czy to tylko numerek, czy kilka nocy. Tyle że im dalej, tym ostrzej.
A potem przyszło tarcie. Poczułem to jak wyzwanie rzucone prosto w twarz, odpowiedziałem instynktownie, bez filtra. Przeszedłem w ten tryb, który znałem najlepiej, kiedy ktoś próbował mnie ustawić pod ścianą - riposta za ripostą, słowo za słowo, aż błyskotliwość zamieniła się w ostrze. Zaiskrzyło, dosłownie, widziałem to w jej oczach, nawet w tym świetle, zamiast się zatrzymać, poszedłem dalej, bo byłem już w trybie wojennym. To nie była zwykła sprzeczka - nie chodziło o ptaki, o ogień ani o to, kto zawalił pierwszy, chodziło o to, że żadne z nas nie chciało ustąpić, bo ustąpienie oznaczałoby oddanie kontroli, a w takich miejscach kontrola bywała jedyną walutą, jaką człowiek jeszcze posiadał. Kiedy zaczęła pouczać mnie o rysunkach i edukacji, coś we mnie zgrzytnęło.
- Jasne. Może następnym razem przyniesiesz tablicę i kredę. - Odpowiedziałem parsknięciem, już nie tak lekkim.A potem przyszło to jej złośliwe podsumowanie o bąblach zamiast medalu. Stała blisko, z rękami skrzyżowanymi, z tym spojrzeniem, które miało mnie zmierzyć i odrzucić jednocześnie. Poczułem, jak we mnie narasta irytacja, gorąca i szybka.
- Och, jasne, to widać. Świadoma kobieta, świadoma swoich potrzeb, swoich ruchów, swoich posunięć. - Rzuciłem, mierząc ją spojrzeniem. Uśmiechnąłem się krzywo. - Wiesz, co jest najlepsze w byciu taką „świadomą kobietą”? - Rzuciłem, cedząc słowa. - Że trzeba umieć z tym żyć. A to trudne. - Powiedziałem wolno, z tą bezczelną nutą, której zwykle używałem w prowokowaniu kogoś do bójki, nie w rozmowie. Patrzyłem na nią z góry, nie kryjąc spojrzenia. - Skoro jesteś taka bystra i taka doświadczona, na pewno musisz być świetna w tej swojej ornitologii. Zakładam, że twój ulubiony gatunek to jednak dodo. - Rzuciłem, krzywo się uśmiechając, to było celowe, wiedziałem, że uderzam niżej, niż powinienem. - Zresztą - dodałem, wzruszając ramionami - nic dziwnego, że musisz się sama rozgrzewać. Z takim podejściem trudno kogoś zatrzymać na dłużej. Żaden żywy, realnie istniejący ptak pewnie nie wytrzymuje z tobą dłużej, co? - Dodałem, bez ogródek. To już nie była zabawa, to było tarcie, czyste i ostre. Wiedziałem, że przesadzam, ale nie potrafiłem się zatrzymać, krew mi buzowała, temperament brał górę, a każde jej słowo tylko dokładało paliwa. Słuchałem jej, każde zdanie było kolejnym kamykiem wrzucanym w wodę, ciążyły mi, drażniły mnie, a jednocześnie… Nie mogłem przestać reagować, jej zacięcie było niemal fizyczne, czułem je w napięciu powietrza między nami. Stała przede mną drobna, z ramionami skrzyżowanymi na piersiach, z głową zadartą tak wysoko, jakby chciała mi udowodnić, że nie ma znaczenia, jak bardzo nad nią górowałem, i w tamtym momencie, cholera, wierzyłem jej. To nie był jednak komplement, to było proszenie się o kłopoty, niepotrzebne i ryzykowne z perspektywy tego, że się nie znaliśmy - mogłem zareagować czymś innym, niż słowami, nie dało się tego przewidzieć, jeśli nie było się legilimentą, ewentualnie może aurowidzem, to było tak odważne i harde, jak nierozsądne i mało zachowawcze. A niby była taka mądra. Podręcznikowo - prawda?
- Nie martw się, ja akurat doskonale znam swoje potrzeby i preferencje. - Byłem wkurzony i nie zamierzałem się hamować. - Stety albo niestety, nie mieszczą się w nim przemądrzałe krasnale, którym się wydaje, że w górach teoria jest ważniejsza niż instynkt. - Uśmiechnąłem się ironicznie. - Spokojnie. - Dodałem, gdy rzuciła coś o występach. - Nie przywykłem do tego, żeby kobiety przy mnie udawały. To akurat dobra wiadomość. - Byłem bezczelnie niedojrzały, wiedziałem, że jestem, a jednak mówiłem dalej, bo ta kłótnia miała w sobie energię, której nie chciałem stracić.
Rozłożyłem ręce w geście przesadnej skruchy.
- Przepraszam, że nie jestem tak podręcznikowo bystry jak pani profesor. Naprawdę. - Skłoniłem głowę teatralnie. - Wątpię jednak, żeby ktokolwiek tutaj spełnił twoje intelektualne oczekiwania. Jesteśmy niewykształconymi kupami mięcha, nie znamy się na polemice na poziomie. To nie konferencja naukowa, pomyliły ci się kierunki. - Nachyliłem się odrobinę bliżej, głos zszedł niżej. - To dzicz. Jeśli masz ochotę na debatę, możesz spróbować z niedźwiedziem albo czymś, co czai się dalej w lesie. Chętnie popatrzę, jak idzie wymiana poglądów. - Wskazałem ciemność.
Jej tekst o karmniku i ptakach tylko mnie popchnął dalej.
- Może i ten ptak jest obrośnięty w piórka - powiedziałem sucho, zaraz jednak rozejrzałem się demonstracyjnie - ale w tym kurniku wybór jest prosty - albo to, albo pterofagia. Opcji masz od groma. Do wyboru, do koloru, naprawdę, szybko złapiesz bakcyla. - Rzuciłem bezczelnie. Przesunąłem spojrzeniem po jej sylwetce, demonstracyjnie, z góry na dół, nie dlatego, że chciałem ją dotknąć, tylko żeby ją sprowokować.
Kiedy nazwała to „prologiem”, uśmiechnąłem się krzywo.
- Cieszę się, że chociaż, co do jednego jesteśmy zgodni. Szkoda, że musieliśmy to czytać, niestety, nie dało się ocenić po okładce. - Rzuciłem powoli, z kpiną, która nie była już lekka, to był moment, w którym wiedziałem, że zaszliśmy za daleko. Ona odpowiadała jadem, ja jadem - taki ping-pong na granicy, gdzie nie wiadomo już, czy chodzi o temat, czy o reakcję drugiej strony, żadne z nas nie chciało odpuścić.
- Wmawiaj sobie do woli, pod tą twoją sztywną postawą kryje się coś zupełnie innego. Czuję to stąd. Zrobiło ci się gorąco i mokro, możesz udawać, że nie, ale mówiłem już, nie przepadam za aktorkami. - Byłem gotów rzucić jeszcze czymś ostrzejszym, kiedy świat postanowił przerwać tę farsę, to była ta chwila, kiedy oboje byliśmy już za daleko, żeby się cofnąć, słowa wisiały między nami ciężkie, napięte, a potem góra postanowiła przypomnieć, że nasze ego nie ma tu żadnego znaczenia.
Huk. Trzask. Świst. Odgłos przyszedł falą, nie jednym głosem, tylko serią trzasków, głębokim dudnieniem, które czułem w kościach, zanim mózg zdążył to nazwać. Śnieg nie był już tłem. Świat zwęził się do dźwięku i ruchu, nie do widoku - widoki kłamią w górach, dźwięk nie - ten pomruk nie był już ostrzeżeniem, tylko wyrokiem.
Ruszyliśmy. Nie patrzyłem już na nią jak na przeciwnika, patrzyłem jak na kogoś, za kogo teraz odpowiadam, tak jak ona w jakimś stopniu odpowiadała za mnie, to była różnica. Pociągnąłem ją za sobą mocniej, niż chciałem, była lekka, cholernie lekka przy moich prawie dwóch metrach, ona miała na oko metr pięćdziesiąt i stok, który postanowił ją zjeść, teren nie wybaczał różnicy długości nóg - ja robiłem dwa kroki, ona musiała zrobić trzy i pół. Czułem to w napięciu szalika, w krótkich, rwanych szarpnięciach na nadgarstku. Śnieg sypał grubymi płatkami, dźwięki z obozu ginęły w białym szumie. Czułem szalik napięty między nami, każdy jej krok przenosił się na mój nadgarstek, szliśmy twardo, z zacięciem, które wcześniej mnie wkurwiało, a teraz ratowało nam skórę. Nie oglądałem się za siebie, prowadziłem ją w mrok, w dół, tam, gdzie mieliśmy szansę, góra ryczała, ale jeszcze nas nie dosięgła. Nie było już rozmowy, nie było ptaków, ognia ani tej całej gry na słowa, był tylko dźwięk, który rozrywał noc od środka, i instynkt, który włączył się szybciej niż myśl.
Lawina nie przyszła nagle, nigdy nie przychodziła, ona narastała - najpierw niski pomruk, jakby góra oddychała za głęboko, potem trzask, suchy, ostry, pękające płyty śniegu gdzieś wysoko, niewidoczne w ciemności. Noc była czarna, księżycowa, ale nie tak jasna, jak mogłoby się wydawać, a śnieg odbijał tylko słabnące skrawki światła z obozu, już całkiem za nami. Widziałem niewiele, czułem wszystko, zacisnąłem dłoń na szaliku tak mocno, że materiał wżynał mi się w skórę. Nie zwalniałem, nie mogłem, zwolnienie oznaczało, że fala nas dogoni w całości, a ja nie miałem zamiaru sprawdzać, jak to wygląda w praktyce - przynajmniej do tej jednej chwili, gdy szalik szarpnął mnie w tył. Poczułem, jak ciężar napina na moment, jakby śnieg spróbował ją zabrać, nie pozwoliłem, cofnąłem się, łapiąc ją barkiem, osłaniając własnym ciałem. Śnieg uderzył mnie w bok, jakby ktoś rzucił we mnie worem z lodem. Zanurzyłem się do kolan, potem do ud, każdy ruch kosztował dwa razy więcej. Pociągnąłem ją znowu, niemal podnosząc, kiedy jej krótkie nogi nie dawały rady przebić się przez zwały, przez moment miała stopy w powietrzu, a ja dziękowałem wszystkiemu, co znałem, że była związana ze mną, bo inaczej na pewno już byśmy się pogubili. Powietrze zgęstniało, zrobiło się zimniejsze, cięższe, śnieg zaczął bić po plecach jak grad.
- Tempo, Cindy Lou. - Rzuciłem przez zęby, czysto roboczo. - Nie wygrasz ze śniegiem, więc wygrywaj ze mną. Idź. - Warknąłem, pchając ją przed siebie - ironia, bezczelność, pewność siebie na kredyt, którego nie byłem pewien, czy spłacę.
Nie było miejsca na delikatność, to nie był bieg, to była walka o każdy metr. Drżenie przeszło przez ziemię, głuche i nieludzkie, a potem śnieg zaczął się poruszać całymi płatami, nie sypać, tylko jechać. Lawina była bliżej, niż chciałem przyznać, nie jak ściana z filmów - to było zbite, zwarte, ciężkie coś, co sunęło w dół, gęste, o konsystencji jak beton, zasypywało, ale też podcinało nogi, śnieg sypał się z góry, a jednocześnie wystrzeliwał spod stóp, jakby góra zapadała się sama w sobie. Nie dało się uciec całkiem, dało się tylko nie dać się zmielić.
Zrobiłem jedyną rzecz, jaką mogłem, skręciłem w bok, w stronę niewielkiego załomu terenu, czegoś pomiędzy wystającą skałą a zaspą. W tym momencie fala śniegu zahaczyła nas bokiem, i poczułem, jak ziemia znika nam spod nóg. Poleciałem, kolano uderzyło w coś twardego, potem bark, szalik napiął się do granic możliwości. Złapałem ją w pół w ciemno i przyciągnąłem brutalnie, wbijając jej głowę pod mój bark, jakby była częścią ekwipunku, który trzeba ochronić. Sunęliśmy kilka metrów, może kilkanaście, straciłem orientację, wiedziałem tylko, gdzie jest góra, bo tam było najgłośniej. Wbiłem łokieć w śnieg, potem kolano, drugie kolano, walcząc nie o wstanie, tylko o to, żeby się nie obrócić.
Zatrzymaliśmy się nagle o coś twardego - to mógł być głaz, fragment drzewa, nie miałem czasu sprawdzać. Wciąż byliśmy uwięzieni, przygnieceni, ale najgorsze przeszło bokiem, nie wprost przez nas, lawina przeleciała jak pociąg, który mija peron o centymetry. Gdybyśmy byli kawałek wcześniej, metr wyżej… Nie myślałem o tym. Wbiłem rękę w śnieg, drugą trzymałem ją przy sobie, osłaniając jej głowę własnym barkiem. Oddychałem płytko, licząc sekundy, bo to była jedyna rzecz, nad którą miałem jeszcze kontrolę. Fala przeszła nad nami tylko częściowo, przygniatając, ciągnąc w dół, a potem ucichła…
Nie całkiem, zostało parcie, nacisk, ale ruch minął, to był ten moment, kiedy trzeba było działać, zanim śnieg stężeje i zamieni się w beton, nie dałem mu czasu - zacząłem kopać, ramieniem, łokciem, kolanem. Wpychałem śnieg pod siebie, wypychałem nas do góry, która była jedynym sensownym kierunkiem świata. Sapnąłem, gdy powietrze w końcu wdarło się do moich płuc pełną porcją.
Wypełzłem zaraz za nią, charcząc, dławiąc się śniegiem. Owinąłem ją ramionami automatycznie, przyciągając do siebie, jakby góra mogła jeszcze zmienić zdanie. Leżeliśmy na śniegu, na górze, ledwo, ale jednak na górze, dysząc jak po biegu na śmierć i życie, co nie było dalekie od prawdy. Przekręciłem głowę, wpatrując się w niebo. Gwiazdy migotały nad nami, odległe, obojętne, świat wrócił, ale był niebezpiecznie cichy. Nagle zakrztusiłem się powietrzem, kaszel wyrwał się gwałtownie, a zaraz po nim śmiech - krótki, urwany, lekko paniczny - to nie był śmiech radości. To był śmiech kogoś, kto właśnie zrozumiał, że żyje… I że jest kompletnie w dupie. Zakrztusiłem się nim, kaszląc, łapiąc powietrze. Leżałem tak, patrząc w niebo, gwiazdy migotały, śnieg nadal sypał, chociaż już nie tak gęsto, jak wcześniej, chmur już prawie nie było. Gdzieś daleko był obóz, cholera jedna wiedziała, w jakim stanie, gdzieś byli ludzie… Albo ich nie było… Nie wiedziałem, wiedziałem tylko, że byliśmy chuj wie gdzie i że to jeszcze nie koniec.
- Spokojnie. - Wydyszałem, nie wiedząc bardziej, czy dla siebie, czy dla niej, czy po to, by przełamać nagłą, gęstą ciszę. - Mam fatalny gust, ale jeszcze nigdy nie pozwoliłem, żeby ktoś zginął przy mnie na pierwszej randce. - Głos mi się łamał, ale uparcie trzymałem ton. - Jesteś kłopotem - dodałem ochryple, bez złośliwości, nadal jej nie puszczając, zimno zaczęło docierać do mnie z opóźnieniem, paskudnym, pełzająco-szczypiącym - ale za chuja nie popsujesz mi statystyk. Nie pozwolę ci na to. - Parsknąłem znowu tym nerwowym, pękniętym śmiechem.
- Wiesz - mruknąłem półprzytomnie, oddychałem ciężko, charcząc, patrząc w czarne niebo pełne migoczących gwiazd - od razu widać, że lubisz być na górze. - Nie wiedziałem, czy to ją rozbawi, czy wkurwi, to nie miało znaczenia, mówiłem, żeby nie zamilknąć, cisza była gorsza. - Ambitna. Uparta. Zawsze wysoko. Ja pierdolę. - Zaśmiałem się znowu, krótko, ostro, patrząc w gwiazdy, jakby one miały mi odpowiedzieć, czy właśnie nie zostaliśmy zupełnie sami na tej pieprzonej białej pustce. Śmiałem się chwilę, aż zabrakło mi tchu, aż musiałem znowu zaczerpnąć powietrza, trzymając ją dalej, bo obóz był chuj wie gdzie, ludzie chuj wie gdzie, a góry miały w nosie nasze plany na wieczór.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#19
19.12.2025, 19:32  ✶  

Może właśnie to, że było ciemno, nie widać było zbyt wiele jeszcze bardziej ułatwiało tę rozmowę, łatwo było mówić nie mając świadomości z kim do końca się rozmawia, kto stoi na przeciwko, to dodawało nieco tajemniczości, a Prue lubiła gdy taka dziwna aura wisiała w powietrzu. Nie można było być niczego pewnym, rzucali w siebie kolejnymi zaczepkami i kontynuowali ten ton. Tak naprawdę nie miała pojęcia kto stoi przed nią, ile ma lat, jak wygląda, w mroku była w stanie dostrzec tylko jego sylwetkę i nic więcej i to było na swój sposób fascynujące. Nie postępowała tak nigdy wcześniej, może nawet odrobinę tego żałowała, chociaż nie była pewna, czy trafiła na kogoś podobnego pokroju wcześniej, no poza jedną osobą, która wzbudzała w niej podobnie silne emocje.

To była odmiana, nie zakładała, że przyjdzie jej spotkać w tych górach kogoś takiego, z kim rozmowa będzie sprawiała jej przyjemność, a nawet zmuszała ją do szybkiego reagowania, rzucania kolejnych zaczepek. Była mile zaskoczona, bo w sumie jeszcze przed chwilą wydawało jej się, że jak zawsze będzie unikać kontaktu z ludźmi, a jednak wcale teraz nie było to takie oczywiste.

- Jestem tu dość krótko, ale wygląda na to, że tak jest, przynajmniej z tego, co udało mi się na razie zaobserwować. - Okazje pojawiały się tu raczej rzadko, warto było więc je wykorzystywać, kolejna mogłaby się nie powtórzyć, i może nie było to dla niej całkiem naturalne, bo miała w zwyczaju analizować wszystko bardzo dokładnie, ale teraz nie potrzebowała tego robić. Co działo się w górach, zostawało w górach, to podejście samo jej się nasunęło, bo przecież była to tylko chwila w czasie i przestrzeni, gdy wróci do normalności pozostaną jej tylko wspomnienia i może warto, aby było co wspominać.

Łatwo jej przyszło odejście od swoich nawyków, chęć spróbowania zaryzykować ten jeden raz, nikt przecież by się o tym nie dowiedział, a ona może wyjątkowo nie musiałaby udawać, że samotność jest jej najlepszą przyjaciółką, to była całkiem miła myśl, że nawet tutaj można znaleźć kogoś na kim można było się oprzeć chociaż na chwilę, w miejscu jak to, gdzie wszystko odczuwało się bardziej.

Już dawno przestali dyskutować o jedzeniu, a jednak nadal ciągnęli tę rozmowę, doskonale zdawała sobie sprawę z tego do czego miała ich ona doprowadzić, przynajmniej tak się jej wydawało i nie miałaby nic przeciwko temu, była przecież wolnym człowiekiem, gdyby raz pozwoliła sobie na nieco szaleństwa nic takiego by się nie stało, a przynajmniej mogłaby jakoś przetrwać ten czas spędzony tutaj.

Dość szybko jednak rzeczywistość miała zweryfikować te plany, które kiełkowały w jej głowie. Wystarczyła chwila, aby zmienili ton rozmowy, zaczęli się ze sobą spierać o coś, co właściwie nie miało sensu, a jednak każde chciało udowodnić swoją rację i nie miało zamiaru się cofnąć. Wspaniale, trafił swój na swego.

- Nie spodziewam się, aby był następny raz, ale będę mieć to na uwadze, jednakże nie sądzę, aby tablica i kreda miała coś zmienić, skoro w tym wieku występują takie braki w edukacji. - Musiała się odezwać, nie mogła pozwolić na to, by miał nad nią jakąkolwiek przewagę. To było głupie, ale trudno, zaangażowała się w tę niesnaskę tak samo jak we wcześniejszą rozmowę. Całą sobą, bo czemu by nie, nie miała i tak nic lepszego do roboty.

- Czy ja wiem, czy takie trudne? Przynajmniej wiem, czego chcę, a przede wszystkim czego nie chcę, nie tracę czasu na pawie, czy koguciki, które na dłuższą metę nie mają niczego do zaoferowania. - Najwyraźniej ta rozmowa nadal miała mieć ornitologiczne odniesienia, bo czemu by nie, od tego zaczęli, na tym mogli skończyć.

- Nic nie wiesz o moim podejściu, zresztą lepszy dodo w garści, niż paw na dachu. - Denerwował ją okropnie, uderzał w najczulsze punkty, ale nie zamierzała dać mu satysfakcji, nie było takiej możliwości. - Nie wszyscy potrzebują kogoś na dłużej, szczególnie kiedy może to przynieść więcej problemu niż pożytku, lepsze dodo od ptaka, który nie robi nic poza tym, że dużo dziobie. - Nadal stała w tym samym miejscu, nadal zadzierała wysoko głowę, chociaż miała ochotę po prostu odwrócić się na pięcie i uciec w ciemność, nie podobało jej się to, że trafiał tak celnie, że wiedział, gdzie uderzyć, w sumie w tym co mówił było sporo racji.

Prychnęła, kiedy znowu się odezwał, no jasne, że doskonale znał swoje preferencje, jakżeby inaczej. - jakoś instynkt nie uchronił Cię przed tym, co oczywiste, teoria też nie, więc nie wiem, co pozostaje, chyba nic? - Jego instynkt okazał się nie działać w przypadku ogniska, co dopiero kiedy pojawiłoby się prawdziwe zagrożenie? Chyba wolała tego nie sprawdzać, wiedza nigdy jej nie zawodziła, na niej zawsze mogła polegać. - To dobrze, bo krasnale nie mają w zwyczaju spółkować z trollami górskimi, więc chyba wszystko jest w najlepszym porządku. - Próbowała się nie krzywić, ale to wcale nie było takie łatwe, zresztą ta wymiana zdań niby ją irytowała, ale niosła ze sobą coś więcej, niby była wkurzona, ale nie tylko, zaczynała się znowu w tym wszystkim gubić, dlaczego reagowała w ten sposób? Nie wiedziała, wolała nie wiedzieć, najważniejsze, że ustalili, że ich znajomość miała się zakończyć, nim właściwie się rozpoczęła, doskonale, mogło to być tylko i wyłącznie stratą czasu.

- Podejrzewam, że niedźwiedź byłby bardziej pojętny od Ciebie. - Nachylił się bliżej, ale nadal nie robiło to na niej wrażenia, wręcz przeciwnie uniosła się odrobinę na palcach, aby zbliżyć się jeszcze bardziej, pokazać, że zupełnie ją nie ruszało to, co do niej mówił, a mówił wiele, i nie były to najprzyjemniejsze komentarze, trafiały dokładnie tam, gdzie miały, co tylko jeszcze bardziej skłaniało ją do tego, by angażować się w te wymianę zdań, nie mogła pozwolić, aby z nią wygrał, nie tym razem i nie żadnym kolejnym.

- Nie mam co do tego wątpliwości, na pewno wśród tylu ptaków znajdzie się taki, który będzie odpowiedni. - Nie, żeby znalazła się w ogóle tutaj z myślą szukania kogokolwiek, do czegokolwiek, ale zamierzała go w tym utwierdzić, po co? Żeby zrobić mu na złość? Przecież w ogóle się tym nie przejmował, to nie było jednak istotne, ważne, że miała ostatnie słowo, chociaż nie, ciągle nie, ciągle mówił dalej, co ją wkurzało, bo naprawdę nie była skłonna odpuścić, on tak samo, co powodowało, że ta rozmowa mogła się ciągnąć i ciągnąć, bo przerzucali się kolejnymi, coraz ostrzejszymi komentarzami.

- Na szczęście to tylko kilkanaście straconych minut. - Mogło być dużo gorzej, czyż nie, mogła się obudzić w jego namiocie i dopiero wtedy zrozumieć, że popełniła błąd, w tej sytuacji ominęła tą bardzo niewygodną część, wszystko skończyło się nim zdążyło zacząć.

Prychnęła głośno, kiedy usłyszała jego kolejny komentarz. - Ten Twój instynkt znowu szwankuje, może powinieneś coś z nim zrobić, póki jeszcze żyjesz. - Nie wydawało jej się, aby był w stanie dostrzec to, co się z nią teraz działo, ale ruszało ją to wszystko bardziej niż chciała, całkiem celnie trafił, miała jeszcze się odezwać, tyle, że atmosfera diametralnie się zmieniła, coś zaczęło się dziać, nie było już czasu na kontynuowanie tej wymiany zdań.


Musieli przestawić się na tryb przetrwania, wiedziała, że samej raczej nie uda jej się z tego wyjść cało, więc wykonywała jego polecenia, podążała za nim, nie żywiąc do mężczyzny ani grama urazy, mimo tej nie do końca przyjemnej wymiany zdań. Prudence potrafiła wyłączać emocje, zwłaszcza, gdy dochodziło do zagrożenia, miała świadomość, że teraz liczyło się dużo więcej, że poniekąd stali się od siebie zależni, kiedy splątał ich ręce tym szalikiem. Trudno jej było za nim nadążyć, nie narzekała jednak, próbowała jakoś przyspieszyć, co nie było łatwe w tym śniegu, tyle, że podążała za nimi wielka hałda, więc naprawdę robiła wszystko, aby ciągnąć te nogi jak najszybciej potrafiła. Trudno było się do niego dostosować, wiedziała, że łatwiej byłoby mu uciekać samemu, była w tym wypadku niepotrzebnym balastem, dlatego robiła co mogła, aby nie komplikować tego jeszcze bardziej, nie chciała, żeby ktoś przez jej nieudolność stracił życie, to byłoby naprawdę chujowe.

Zaplątała się, zatrzymała na moment, nie mogła się ruszyć do przodu, szalik się napiął, spodziewała się, że zostanie w tyle, że ją zgubi, zamiast tego pociągnął ją, uniósł w powietrzu? chyba tak, miała wrażenie, że na chwilę znalazła się nad ziemią, nie była jednak już pewna niczego. Wypchnął przed siebie i został za nią. Śnieg podążał za nimi, nie miał litości, chciał aby znaleźli się pod nim.

To było głupie, na pewno wiedział, że to było głupie, bo nie była w stanie narzucić odpowiedniego tempa, miała krótkie nogi i nie najlepszą sprawność fizyczna, ale szła, szła przed siebie, jak tylko potrafiła. Nie brakowało jej determinacji, tej zawsze miała nadmiar. Zacisnęła zęby, ręka złapała ten nieszczęsny szalik, mimo tego, że był przecież zawiązany całkiem stabilnie, to jednak czuła się pewniej ściskając go jeszcze między palcami.

- Chyba już przegrałam. - Nie było to może szczególnie pozytywne nastawienie, ale miała wrażenie, że są w czarnej dupie, bo czuła za plecami śnieg, był coraz bliżej, wiedziała, że jeszcze moment i znajdą się pod nim, będzie po nich, mimo wszystko nadal szła, próbowała iść na tyle, na ile pozwalały jej na to warunki.

Fala śniegu zbliżała do nich bardzo szybko, nigdy nie sądziła, że umrze w ten sposób, z kimś zupełnie obcym u swojego boku, pod hałdą śniegu, nie można było jednak zadecydować o swoim odejściu, a szkoda. Była gotowa pogodzić się ze śmiercią, znaleźli się pod śniegiem, przynajmniej jego częścią, lawina zahaczyła o nich bokiem swojego języka, cóż, to był chyba koniec, ciągnęła ich ze sobą przez moment, nie mogła nic zrobić, zareagować, nie była w stanie walczyć z siłami natury, on jednak okazał się być sprytniejszy, coś szarpnęło, jakby się zatrzymał i nie pozwolił im dryfować w tym dalej, było to sporym osiągnięciem zważając na to, że znajdowali się nadal pod ogromną warstwą śniegu, przynajmniej nie pociągnął ich ze sobą dalej.

Nie miała pojęcia, jak do tego doszło, ale w końcu mogła odetchnąć, wziąć głęboki oddech, najpierw pozbyła się z ust śniegu, bo zdążyła zacząć się nim już dławić. Wypchnął ją ponad to wszystko, widziała niebo, pełne gwiazd, chyba nie umarła, jeszcze nie dzisiaj, wyczołgał się spod tej hałdy tuż za nią, nie pozwolił im przepaść w odmętach, uratował ich.

Później przyciągnął ją do siebie, bezwiednie dała się zamknąć w jego ramionach, udało im się razem to przetrwać, przymknęła oczy i uspokajała oddech, trudno jej było się skupić na czymkolwiek, nie mogła zapanować nad przyspieszonym biciem serca, uniknęli śmierci, znajdowali się naprawdę blisko przejścia na drugą stronę.

Odezwał się, przerwał ciszę, która była okropna, miała wrażenie, że świat na moment zamarł, że byli tylko oni i ta hałda śniegu pod nimi, czy tam wokół, tak właściwie to wszędzie. Nie miała pojęcia, czy ktoś jeszcze to przetrwał, wszystko działo się szybko, dużo za szybko, żeby wyjść z tego w jednym kawałku, ale jednak jakoś im się udało, kurwa mać - żyli.

- Dzięki, dobrze wiedzieć, że wpasowuję się w Twój gust, to naprawdę budujące. - Skoro jego gust był fatalny, a to była randka, to chyba oznaczało, że i ona była fatalna, czy coś, nie miała jednak siły w tym momencie się z nim kłócić, ani chociażby odrobiny, aby spróbować go nieco zadrapać, była zmęczona, miała zamknięte oczy, przylgnęła do niego, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie, był chyba najcieplejszą rzeczą, która znajdowała się w okolicy, a ona potrzebowała ciepła.

- Zawzięty jesteś. - Zdecydowanie był zawzięty, może nawet bardziej niż ona, dzięki jego upartości nie znajdowali się teraz pod śniegiem, było blisko, aby zaniżyła mu statystyki, ale jej na to nie pozwolił.

- Czy powinnam czuć się wyjątkowa? Czy to normalne na Twoich randkach, skoro prowadzisz takie statystyki? - Kto wie, jak to u niego wyglądało, być może to była codzienność, może wcale nie było nic wielkiego.

- Widać? Przecież nawet jeszcze mnie nie widziałeś. - Wiedziała, że nie do końca o to mu chodziło, ale chciała mu przypomnieć, że tak właściwie to jeszcze nie mieli szansy za bardzo się poznać, jak widać wystarczyło to by razem uniknąć śmierci. - No, upadek z wysokości boli, nie da się ukryć, ale mogło być gorzej. - Mogła spaść sama, a wtedy raczej by się nie podniosła, tak się składało, że jednak jeszcze żyła, oni żyli. To nie oznaczało, że przetrwają noc, bo przecież nie mieli pojęcia, gdzie właściwie się znajdowali i jak daleko było stąd do cywilizacji, podejrzewała, że bardzo daleko, co nie wróżyło niczego dobrego.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#20
20.12.2025, 17:18  ✶  
Zaczęło się zupełnie niewinnie, od zdań rzuconych jak kamyki, bez planu, bez mapy, bardziej żeby sprawdzić, czy w ogóle odbiją się echem. Odbijały się - i to jak - to było chyba największe zaskoczenie tego wieczoru. Zorientowałem się dopiero po chwili, że wymieniamy zdania w tempie, którego nie pamiętałem od lat. Jedno zdanie, riposta, drugie, poprawka, trzecie, półżart, półargument, jakby ktoś wcisnął we mnie zapomniany mechanizm, trybiki ruszyły i nagle okazało się, że potrafię to robić - rozmawiać bez tej całej szorstkiej osłony, której zwykle używałem. Słowa zwykle były dla mnie narzędziem, nie zabawką, a tu nagle… Bawiłem się nimi. Miałem wrażenie, że flirtujemy, okrężnie, absurdalnie, zupełnie nie wprost. Przez ptaki, technikę, tolerancję, wielkość, smak, brzmiało to jak rozmowa dwóch osób, które udają, że mówią o czymś zupełnie innym, ale oboje doskonale wiedzą, że to kłamstwo, to mnie zaskoczyło najbardziej. Nie przywykłem do tego, żeby tak szybko łapać czyjś rytm, do tego, żeby ktoś nadążał za moim, a nawet próbował go wyprzedzić. To było… Szkolne, jak wtedy, kiedy słowa były grą, a nie koniecznością, jakby ktoś cofnął mnie o dobre kilka lat, do czasów, kiedy rozmowa mogła być celem samym w sobie.
Co gorsza, ciągnęło mnie do niej, do głosu, do tonu, do tej pewności podszytej prowokacją, a przecież nie wiedziałem o niej nic, nawet jak wygląda. Półmrok robił swoje, ogień rzucał cienie, twarz była zbiorem fragmentów, nie całością, chociaż może właśnie dlatego było w tym coś tak bezpiecznie niebezpiecznego. Złapałem się na myśli, że to wszystko zmierza w bardzo konkretnym kierunku, gdzieś między jednym żartem a drugim, między „techniką” a „zaangażowaniem”, właśnie umówiliśmy się na coś więcej niż gotowanie - na przygodę, na noc. Może na kilka nocy, na to, żeby się do siebie zbliżyć w sposób, którego normalnie bym nie rozważał. Absurdalne? Jasne. Nierozsądne? Też. Ale jednocześnie… Czemu nie, byliśmy w górach, na końcu świata, daleko od wszystkiego, co nas definiowało. Ona była obca, inteligentna, drażniąca i zaskakująco zabawna, rozmawialiśmy, jakbyśmy się znali od dawna, a jednocześnie jakby jutra miało nie być. Metafory piętrzyły się same, coraz mniej udając, że chodzi o cokolwiek innego. Nie padły żadne konkretne słowa, żadne „chodź”, żadne „zróbmy to”, a jednak było w tym porozumienie, jakbyśmy oboje skinęli głową w tym samym momencie, nawet jeśli żadne z nas tego nie zrobiło. Myśl „czemu nie” brzmiała zaskakująco sensownie. To była chyba najdziwniejsza umowa, jaką zawarłem w ostatnich latach, ale brzmiała… Zbyt dobrze. Oczywiście, że gdzieś po drodze musiała skręcić w złą stronę.
Poszło nagle, jakby ktoś przełączył dźwignię - to samo tempo, ta sama iskra, tylko zamiast śmiechu pojawił się zgrzyt. Słowo w słowo. Ping. Pong. Ani jednego zbędnego uderzenia.
- W jakim moim wieku? - Odbiłem natychmiast. Prychnąłem, bo to było zbyt dobre, parsknąłem głośno, aż para poszła mi z ust. - Doprecyzuj, bo zgubiłem się między zdaniem a przecinkiem. Sekundę temu byłem nastolatką z problemami emocjonalnymi, a teraz jestem za stary na naukę? Zdecyduj się. - Nie czekałem, aż odpowie, tempo było zbyt dobre, żeby hamować. - Bo wiesz, to są dwie różne narracje. - Ciągnąłem. - Albo jestem rozkapryszoną dziewczynką, albo starym dziadem. Jedno i drugie naraz średnio się spina. - Uniósłem brew, nawet jeśli mogła tego nie widzieć. - I w sumie to sporo mówi o tobie. - Dorzuciłem lekko, jakby to była luźna obserwacja. - Albo lubisz się bawić w kuguarzycę, albo masz klasyczne daddy issues. Jedno i drugie da się przeżyć, ale wypadałoby być ze sobą szczerą i trafnie weryfikować target. - Znów parsknąłem, krócej, ostrzej. - Dla jasności - dodałem zaraz, zanim cisza zdążyła zgęstnieć, a ona - wejść mi w słowo - w papierach mam dwadzieścia sześć, średnio łapię się w którąkolwiek kategorię, więc jak chcesz mnie postarzać albo odmładzać pod tezę, to chociaż bądź konsekwentna. - Nie musiałem jej tego mówić, mogłem ją pozostawić w niewiedzy, ale nie o to chodziło w tym meczu, piłeczka znowu była po jej stronie.
Uderzyła kogucikiem i pawiem jednocześnie, tak precyzyjnie, że aż mnie to użarło - nie dlatego, że było szczególnie błyskotliwe, tylko dlatego, że było trafione w sposób, którego nie zamierzałem jej ułatwiać. Prychnąłem krótko, już bez rozbawienia, raczej z tym suchym dźwiękiem, który zdradzał irytację. To było zbyt celne, zbyt obrazowe, a ja nie miałem najmniejszej ochoty dać się wsadzić do jednego worka z napuszonym ptactwem.
- Jasne. - Rzuciłem. - Kogucik. Paw. -  Powtórzyłem wolno. - Wszystko, co ma pióra i trochę koloru, od razu nie jest warte czasu. - Uniosłem głowę, odruchowo, po czym natychmiast sam się na tym przyłapałem i skrzywiłem. - Tylko że ja tu nie przyszedłem piać ani rozkładać piórek dla publiki. To raczej nie mój sport. - Nachyliłem się odrobinę, głos miałem spokojny, ale ostrzejszy. Oparłem się mocniej ciężarem ciała na jednej nodze, mój ton zrobił się twardszy, ale nadal szybki, ping-pongowy. - Zresztą, wiesz co - ciągnąłem, nie pusząc się, raczej obniżając głos - jeśli ja jestem kogutem, to ty jesteś gołębicą. Taką gelikatną, sterylną gołąbeczką, z idealnie białymi piórkami. - Przekrzywiłem głowę, jakbym naprawdę ją oglądał. - Zastanawiam się tylko, co ty właściwie robisz w tym kurniku. Przecież powinnaś siedzieć w swoim gołębniku z kości słoniowej, pod kloszem, gdzie nikt nie brudzi piórek. Nawet nie wiesz, jak to jest dziko piać z zachwytu, a szkoda. - Uśmiech wrócił, krzywy, prowokujący. - Tu jest brudno, głośno. Chyba że się mylę. - Dodałem wolniej. - Chyba że to tylko poza, bo wiesz… Ewidentnie nikt cię dawno porządnie nie wydziobał. Pewnie chciałaś, żeby ktoś ci pogruchał z aprobatą, wybierając miejsce bez konkurencji. - Przechyliłem głowę, spojrzałem na nią uważnie.
Prychnąłem, kiedy zaczęła o instynkcie i ognisku, bo to akurat było zabawne w ten okropny sposób - to już nie było czyste rozbawienie, raczej ten rodzaj irytacji, który aż swędzi pod skórą. Na moment ucichłem, pozwalając, by to napięcie zawisło między nami, to irytujące, znajome mrowienie, które nie znika tylko dlatego, że ktoś ogłasza koniec.
- Widzę, że bardzo chcesz mi odebrać wszystko naraz - instynkt, teorię i prawo do dalszego istnienia. - Rzuciłem sucho. - Gratuluję rozmachu, wszystko policzone, opisane, sklasyfikowane. Jak na kogoś, kto twierdzi, że zna odpowiedzi na wszystko, całkiem dużo energii wkładasz w udowadnianie, że świat powinien działać wyłącznie według twoich notatek. Góry na pewno to docenią, jak przyjdzie co do czego. - Uniósłem kącik ust w półuśmiechu, nieprzyjemnie pewnym. - Tak, instynkt nie uchronił mnie przed oczywistością przy ognisku, ale instynkt nie jest wyłącznie od tego, żeby chronić przed gorącym metalem. Jest od tego, żeby nie zastygnąć, kiedy robi się naprawdę źle. I tego jeszcze nie zdążyłaś sprawdzić, jeśli się nie mylę, obyś nie musiała. - Wzruszyłem ramionami, jakby chodziło o drobiazg. - Wepchnąłem łapę tam, gdzie nie trzeba, bo za bardzo myślałem o nadziewaniu. Błąd taktyczny. Już mi przeszło. - Parsknąłem, krótko, z tym dźwiękiem, który nie był śmiechem, tylko tarciem zębów. Trafiła. Nie w samo serce, ale w coś, co było blisko ambicji, a to zawsze bolało bardziej. Uśmiechnąłem się krzywo, ale oczy miałem już ostrzejsze.
- O, widzisz. - Odbiłem natychmiast, bez namysłu. - Czyli jednak fantastyka też wchodzi w repertuar. A ja myślałem, że trzymasz się nauk ścisłych. Dobrze wiedzieć, że mamy jasność co do kategorii. Przynajmniej pasuję do krajobrazu. - Przechyliłem głowę, jakbym ją oglądał z nowej strony, nawet jeśli półmrok niewiele mi dawał. Zrobiłem pół kroku w bok, dając jej przestrzeń, ale nie odpuszczając spojrzeniem. - Jeśli to ma się skończyć castingiem, to w porządku. Nie będę cię zatrzymywał. -  Wzruszyłem ramionami. - Tylko nie udawaj, że to teraz to była czysta kalkulacja, bo jak na kogoś, kto zawsze polega na wiedzy, reagujesz wyjątkowo emocjonalnie. - Pauza. Krótka, gęsta. - „Och, jesteś taki fatalny, niedźwiedź jest lepszy, każdy jest lepszy, w życiu bym nie chciała twojego wielkiego, naprężonego ptaka, debil, idiota, sprawiasz, że tak bardzo nie chcę tu być, wcale nie myślę o naszym spółkowaniu”, zwykle ludzie nie muszą tak akcentować, jeśli naprawdę w to wierzą, wiesz? Bo to, gołąbeczko, mówi więcej niż wszystkie twoje mądre słowa razem wzięte. To prosty mechanizm. Najpierw bodziec, potem ucieczka, na końcu racjonalizacja. Bardzo eleganckie. - Odwróciłem się półprofilem, zostawiając jej ostatnie słowo w powietrzu, jakby naprawdę miało to być zakończenie, poniekąd było…
Tryb przetrwania wchodził mi w kości szybciej niż zimno, wchodził mi w krew szybciej niż gniew schodził z czubków zaciskanych palców, to był ten moment, w którym wszystko inne schodziło na dalszy plan - ambicje, złość, słowa rzucone chwilę wcześniej jak noże, liczyło się tylko tempo, kierunek i to, że była przywiązana do mnie tym cholernym szalikiem. Czułem każde jej szarpnięcie, każde potknięcie, każde opóźnienie. Wiedziałem, że sama by nie dała rady, wiedziałem też, że ja z nią mam trudniej niż sam, mimo to ani przez sekundę nie przyszło mi do głowy, żeby ją puścić - gdybym ją zostawił, nie spojrzałbym sobie w oczy już nigdy. To nie była kalkulacja, to był odruch, ten instynkt, o którym debatowaliśmy, ten, którego rzekomo nie miałem, a jednak emocje odcinałem jak zbędny balast. Zostawały mięśnie, oddech, rytm kroków i ten jeden fakt, że nie mogłem jej puścić.
Szła, wolniej niż ja, krótszym krokiem, ale szła. Czułem to w każdym szarpnięciu materiału, w tym, jak próbowała nadążyć, nawet kiedy śnieg brał ją po kostki, potem po łydki. Szalik napięty między nami był jak linia życia, a ja nie zamierzałem sprawdzać, co się stanie, jeśli pęknie. Kiedy się zaplątała, poczułem napięcie materiału, jakby ktoś nagle zahaczył mnie hakiem. Zareagowałem odruchowo, nie myślałem - pociągnąłem, mocno, zbyt mocno. Szarpnąłem, podniosłem ją, prawie rzuciłem do przodu, stawiając siebie za nią, między nią a tym, co pędziło z góry, nie było w tym heroizmu, była czysta kalkulacja - ona miała iść, ja miałem trzymać. Uniosłem ją, tak, na ułamek sekundy oderwała się od ziemi, a potem wylądowała przede mną, wsunąłem się za nią, barkiem w śnieg, plecami do kierunku, z którego nadchodziła masa. Zatrzymać, spowolnić, złamać impet, to było głupie i wiedziałem o tym, ale czasem głupota jest jedyną rzeczą, która działa.
Śnieg był wszędzie, ciężki, mokry, żywy, czułem go na plecach, na karku, w ustach - dogonił nas jak fala, uderzył bokiem, porwał, zakręcił światem, który na moment zniknął. Było tylko szarpnięcie, bezładny ruch, walka o to, żeby się zaprzeć, żeby znaleźć punkt oporu. Wbiłem buty, wbiłem rękę, cokolwiek, co mogło nas zatrzymać. Nie wiedziałem, jak długo to trwało. Sekundy rozciągnęły się w coś bezkształtnego, aż wreszcie uderzyliśmy o coś twardego.
A potem cisza. Głucha, ciężka, nienaturalna. Oddychałem jak zwierzę. Wypchnąłem ją pierwszą, zawsze tak robiłem - najpierw sprawdzasz, czy druga osoba oddycha, dopiero potem patrzysz na siebie. Kiedy zobaczyłem, jak łapie powietrze, jak wypluwa śnieg, jak kaszle, poczułem coś na kształt ulgi, która aż zabolała w klatce piersiowej. Wygrzebałem się zaraz za nią, wyczołgując się na śnieg, dysząc ciężko, z ramionami jak z ołowiu.
Przyciągnąłem ją do siebie automatycznie, ciało robiło to szybciej niż głowa, domagało się ciepła, a my byliśmy tu sami razem. Nim zdążyłem pomyśleć, przytuliłem ją bardziej, niż to było konieczne, niby odruchowo, niby tylko po to, żeby było cieplej, ale prawda była taka, że musiałem mieć ją w zasięgu, żeby samemu nie rozsypać się na kawałki. Czułem jej dygotanie, szybki oddech, to, jak wtuliła się we mnie bez kombinowania, bez dumy, bez tej całej wojny sprzed kilku minut. I właśnie to mnie uderzyło najmocniej. Drżała, ja też, serce waliło mi w uszach. Zamknęła się w moich ramionach bez oporu, jakby to było najnormalniejsze na świecie. Zaległem tak, trzymając ją, czując jej oddech na piersi, własne serce łomoczące jak oszalałe.
Śnieg był wszędzie, pod plecami, za kołnierzem, we włosach, w myślach. Leżeliśmy tak chwilę, jakby świat zapomniał nas podnieść po tym, co właśnie zrobił. Ona była na mnie, bardziej z potrzeby niż z decyzji, a ja tuliłem ją odruchowo, szeroko, tak żeby mogła oddychać, żeby nie czuła, że zaraz znowu coś ją przygniecie. Serce wciąż waliło mi jak oszalałe, więc zrobiłem to, co zawsze robiłem, kiedy było za głośno w środku - otworzyłem usta. Śnieg jeszcze osypywał się z krawędzi, kiedy pozwoliłem sobie odetchnąć na tyle, żeby wrócić do gadania, hałas słów lepiej znosiłem niż hałas myśli.
Kiedy się odezwała, jej głos był zmęczony, ale nadal miała w nim ten swój przekorny pazur. Parsknąłem krótko, bardziej wydechem niż śmiechem.
- Mój gust bywa fatalny. - Mruknąłem nisko, zerkając w gwiazdy. - To fakt, nie obelga dla ciebie. Jeśli już o kimś to źle świadczy, to pewnie dla mnie, to się nie bierze znikąd, zawsze tak miałem, trafiam na uparte gatunki i stwierdzam „o”. Znowu to zrobiłem. - Przestawiłem się na tryb, który znałem najlepiej, kiedy robiło się za cicho, za biało i za blisko końca. Pancerz z autoironii, bo jeśli pozwoliłbym sobie na sekundę szczerości, przyznałbym, że serce waliło mi jak młot, a w ustach nadal czułem smak śniegu i strachu.
Westchnąłem, patrząc w niebo, w gwiazdy, które nadal były tam wysoko, jakby nic się nie stało. Przez chwilę milczałem, czując, jak jej oddech powoli się uspokaja, mój też, śnieg skrzypiał gdzieś dalej, ale tu, wokół nas, było zadziwiająco cicho. Nie poluzowałem uścisku, wręcz przeciwnie, zimno zaczynało gryźć, a ja nie miałem zamiaru udawać, że to nie problem. Westchnąłem ciężko, opierając czoło na moment o jej włosy, zanim zdążyłem się zastanowić, czy w ogóle powinienem to robić.
- Ale jak już coś robię źle, to konsekwentnie, trzeba mi przyznać. - Mruknąłem, znów trochę lżej, znowu patrząc w czarne niebo nad nami. Wypuściłem powietrze nosem. - Zawziętość to miła nazwa. -  Powiedziałem. - Inni mówią, że mam problem z odpuszczaniem, ale hej, dziś akurat wyszło nam to na zdrowie.
Parsknąłem cicho, bardziej nosem niż śmiechem, bo to pytanie uderzyło w punkt, w który zwykle się nie celuje. Trafiła, chociaż pewnie nie tak, jak sobie to wyobrażała. Przez moment spojrzałem gdzieś obok niej, jakbym tam miał zapisane te słynne statystyki, a potem wróciłem wzrokiem, już spokojniejszy.
- Wyjątkowa? - Powtórzyłem wolno. - O tak. Jesteś wyjątkowa. Wyjątkowo mnie wkurwiasz. - Przekrzywiłem głowę, jakbym naprawdę coś liczył w myślach. - Totalnie masz drugie miejsce w rankingu najbardziej pociągająco wkurwiających kobiet, jakie kiedykolwiek na mnie leżały. - Dodałem z bezczelną powagą. - Pierwsze jest nie do pobicia, historyczne, zamknięte. Ty masz srebro. Gratulacje, to naprawdę niełatwa liga. - Westchnąłem krótko. - Szczerze? Nie wiem, czy to normalne. - Powiedziałem, jakby chodziło o coś zupełnie przyziemnego, a nie statystyki przeżycia. - Wolałbym, żeby nie. Serio. Katastrofy, statystyki, zagrożenia, prawie-śmierć to raczej nie jest mój ideał wieczoru przy świecach. To nie jest coś, co chcę zbierać jak znaczki. - Uniósłem brew, już bardziej rozbawiony niż drażliwy. - Na naszej drugiej randce powinniśmy przynajmniej dać radę zjeść w spokoju, bez lawin, ognia i ingerencji sił wyższych. - Westchnąłem krótko, bardziej teatralnie niż z rezygnacją. - Kolejną katastrofę naturalną zostawmy sobie na rocznicę. Jedna do roku brzmi wystarczająco intensywnie, nie sądzisz? - Przesunąłem dłonią po śniegu obok niej, stawiając kropkę nad „i”. - Dla mnie to brzmi jak całkiem uczciwy układ, nie musimy bić rekordów. - Prychnąłem cicho, już bez złośliwości, bardziej z tym zmęczonym rozbawieniem, które zwykle przychodziło po zbyt bliskim spotkaniu ze śmiercią.
Kiedy rzuciła, że przecież jej jeszcze nie widziałem, uniosłem lekko głowę - rzeczywiście, półmrok, śnieg, chaos, znałem ją z głosu, z tonu, z uporu, nie z wyglądu.
- Wiesz, do jakiego ptaka mi pasujesz? - Rzuciłem w odpowiedzi, jakbyśmy dalej stali przy ognisku, a nie na granicy bycia żywymi. Nie wiedziałem, skąd mi się to wzięło. Może z adrenaliny, może z tego, że przez chwilę byłem kompletnie skołowan, może z potrzeby nadania temu czemuś imienia, żeby przestało być tylko strachem. - Rudzik. - Zawyrokował, krzywiąc się w półuśmiechu. - Mały, niby delikatny, a jak się uprze, to cały ogród ma przesrane. Albo sójka. Hałaśliwa, uparta, wszędzie jej pełno, ma opinię, że zawsze pakuje się tam, gdzie nie trzeba, ale za każdym razem jakoś z tego wychodzi. - Prawie się uśmiechnąłem. To był ten rodzaj głupiego żartu, który wyskakuje z człowieka, kiedy adrenalina jeszcze nie zdążyła opaść, a mózg szuka czegokolwiek, żeby nie myśleć o tym, co by było, gdyby. Przytłoczyło mnie to pewnie tak samo jak ją, tyle że ja miałem w zwyczaju zakładać maskę i robić z niej tarczę - bezczelną, lekko krzywą, ale wystarczająco twardą, żeby nikt nie zobaczył, jak bardzo świadomy byłem, że właśnie minęliśmy się ze śmiercią.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (20801), Prudence Fenwick (15920)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa