29.10.2025, 21:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.12.2025, 11:05 przez Hannibal Selwyn.)
Niemagiczny Londyn
26.09.1972, popołudnie
26.09.1972, popołudnie
Bogowie umarli, bogowie nie żyją, myśmy ich zabili.
Tak wzdychał Henry patrząc z okna swojego małego mieszkania na okaleczoną panoramę mugolskiego Londynu drugiego, a może trzeciego dnia po tym, jak Hannibal się do niego wprowadził. Selwyn wpatrywał się w niego zachwycony. Co za dramatyzm! Kto mógł się spodziewać, że w młodym fotografie drzemie iskierka talentu.
Teraz, prawie dwa tygodnie później, trudno było nie przyznać racji Lockhartowi, czy jakiemukolwiek filozofowi, którego akurat wtedy cytował.
Jaka bowiem mogła być inna przyczyna tego, że modły, które Hannibal odprawił solennie w Mabon, nie pomogły na klątwę panoszącą się w jego mieszkaniu? Że grom z jasnego nieba nie poraził Lauretty po kolejnym kąśliwym komentarzu na przedpołudniowej próbie? Albo jego samego, wczoraj wieczorem, kiedy zdecydował się iść w miasto i pić zdecydowanie więcej, niż powinien odpowiedzialny artysta który następnego dnia rano gra w przedstawieniu dla dzieci, a potem ćwiczy do naprawdę wyczerpującej roli?
Duch Noxus, którego tego dnia oglądała wycieczka starszaków z przedszkola Płomyczek, był wyjątkowo upiorny, zachrypnięty i z przekrwionymi oczami.
Na szczęście na kuzyna zawsze można było liczyć, jak nie jednego, to drugiego. Jonathan nie dość, że zaoferował się towarzyszyć Hannibalowi podczas wyprawy do mugolskiego biura nieruchomości, to jeszcze przyszedł w towarzystwie Anthony’ego. Dwa promyczki słońca w pochmurny hannibalowy dzień. Ubrane w drogie garnitury, poważne i chyba trochę naburmuszone promyczki, ale zawsze.
To była naprawdę duża pomoc, bo walizka z dwoma milionami mugolskich funtów, na które Hannibal wymienił swoje galeony, była cholernie ciężka i nieporęczna.
- Uchhh, potrzymasz ją przez chwilę? - podał ją Jonathanowi, kiedy weszli do windy - Różdżkę sobie muszę poprawić, bo mi wyleci.
Młodszy z Selwynów był niewyspany i bolała go głowa. Na dodatek spodnie, które miał na sobie, miały tak niefortunnie wszytą kieszeń na różdżkę, że ta na przemian albo uwierała, albo groziła, że wypadnie.
To było chyba trzecie albo czwarte biuro, jakie odwiedził w ciągu ostatnich paru dni. W Magicznej części Londynu w ogóle brakowało mieszkań, a w tej mugolskiej było niewiele lepiej, zwłaszcza w rozsądnym przedziale cenowym. Hannibal na szczęście nie musiał przejmować się czymś takim jak rozsądek, jednak mimo to dwa mieszkania, które miał wcześniej na oku okazały się zarezerwowane.
Do zamknięcia biura pośrednictwa nieruchomości pozostał co prawda zaledwie kwadrans, ale Hannibal był już tak zniecierpliwiony, że naprawdę nie zamierzał dać się zbyć. Dzisiaj albo nigdy.
- Dzień dobry. Hmm, za chwilę zamykamy… nie byli panowie umówieni?...- głos mugola, który powitał ich, gdy weszli, z każdym słowem tracił na pewności, gdy facet rejestrował szczegóły wyglądu swoich gości. Hannibal nie zwrócił na to uwagi. Cierpiętniczo przymknął oczy.
- Serio? - burknął - Myślałem, że będziecie się cieszyli, że nie spłonęliście, a nie robili problemy…
Miał wszelką intencję, by powiedzieć to cichutko, tylko do siebie, ale irytacja wzięła górę i jego marudzenie było doskonale słyszalne przez obu pozostających jeszcze w biurze pracowników. Ten, który z nimi rozmawiał, przeniósł wzrok z młodzieniaszka na Anthony’ego, stojącego za nim z grobową miną na twarzy i Jonathana z walizką w rękach. Drugi nagle bardzo zainteresował się jakimiś papierami, które miał w szufladzie biurka.