12.12.2025, 13:57 ✶
—02/10/1972—
Anglia, Londyn
fundatorzy
![[Obrazek: imgproxy.php?id=W8rHXSD.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=W8rHXSD.png)
Flourishing vine, whose kindling clusters
glow
Beneath the autumnal sun, none taste of
thee;
For thou dost shroud a ruin, and below
The rotting bones of dead antiquity.
![[Obrazek: imgproxy.php?id=W8rHXSD.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=W8rHXSD.png)
Flourishing vine, whose kindling clusters glow
Beneath the autumnal sun, none taste of thee;
For thou dost shroud a ruin, and below
The rotting bones of dead antiquity.
Jutro miał teleportować się z Jonathanem do Hiszpanii. Ale to jutro. Dziś wciąż miał kilka godzin do wykorzystania dla projektu biegunowo odległego od tego, czym zajmował się w Ministerstwie. Czy rzeczywiście? Umysł umęczony bezsennością, koszmarami, poczuciem winy, poczuciem odpowiedzialności, poczuciem wszystkiego i niczego jednocześnie. Przeładowany. Przebodźcowny. W trybie przetrwania.
To nie był dobry czas, żeby prowadzić rozmowy. To był jedyny czas, kiedy można było je prowadzić.
Na miejsce przybył jako pierwszy w eleganckiej ministerialnej szacie. Insygnia Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów dumnie lśniły na jego czarnym płaszczu, twarz emanowała elegancką powagą właściwą mężczyźnie, który podejmował co roku kluczowe dla krajowej gospodarki decyzje, będąc ledwie urzędnikiem ministerialnym średniego szczebla. Nie to było tematem i żałował, że okoliczności zmuszają go do takich kroków, a z drugiej strony czuł coś na kształt... ekscytacji? Nowa ścieżka. Nowa droga. Nowe możliwości.
Te były unikatowe i szalenie przyjemne zważywszy na wżynający się w skórę powróz oczekiwań biura, napiętej sieci kontaktów, które nagle zaczęły szaleć, rozbiegać się w szaleństwie rozpoczętym Spaloną Nocą, w kilku miesiącach spokoju.
Od sabatu do sabatu..., zmyliło ich Lammas. Tak spokojne. Tak przyziemne. Tak doskonałe.
Zajął miejsce przy zarezerwowanym stoliku, pojawić się miało kilka osób, ale on przyszedł jako pierwszy. Może powinni wybrać się do nowej restauracji Bertiego Botta, ale Anthony'emu zależało na tym, żeby był to na razie neutralny grunt. Z tych samych powodów też nie zamówił swojego wina, a lokalne. Wino domu. Jakże się zdziwił, gdy kobieta podała mu parującą deseczkę degustacyjną. Jej słowa zbył machnięciem ręki, jakby odganiał bzyczenie muchy. Nie wino miało być tematem tego wieczoru, nie degustacje, ale... zamówił ich więcej, wiedząc, że naczynia naznaczone magiczną runą trzymają ciepło, a przy stole zasiądzie dzisiaj więcej osób.
I on sam, nim ktokolwiek się pojawił, odetchnął korzenną wonią czarnego jak smoła napitku i wychylił łyk z wprawą degustatora, które niejedną winnicę odwiedził przez swoje całkiem długie życie. Jego twarz nie wyrażała nic, podobnie elegancka, podobnie zobojętniała na zastaną rzeczywistość. Odłożył naczynie idealnie w miejscu, w którym znajdowało się przed momentem, obracając je o dwa stopnie, aby wzór zgadzał się z pozostałymi.
Może jednak powinien zamówić swoje wino?
Tymczasem ktokolwiek z zaproszonych przez niego podszedł do okrągłego stołu, witał go z taką samą uprzejmością i proponował zajęcie jednego z miejsc, oraz rozgrzanie się. Październik... przynosił chłód serca. Może testowanie grzańców z takim wyprzedzeniem miało swoje znaczenie kulturowe. Ludzie pogrążeni w żałobie i marazmie, powinni myśleć o przyszłości. O kolorowym Yule. O ogniu, który dawał poczucie bezpieczeństwa a nie atak paniki.
To nie był dobry czas, żeby prowadzić rozmowy. To był jedyny czas, kiedy można było je prowadzić.
Na miejsce przybył jako pierwszy w eleganckiej ministerialnej szacie. Insygnia Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów dumnie lśniły na jego czarnym płaszczu, twarz emanowała elegancką powagą właściwą mężczyźnie, który podejmował co roku kluczowe dla krajowej gospodarki decyzje, będąc ledwie urzędnikiem ministerialnym średniego szczebla. Nie to było tematem i żałował, że okoliczności zmuszają go do takich kroków, a z drugiej strony czuł coś na kształt... ekscytacji? Nowa ścieżka. Nowa droga. Nowe możliwości.
Te były unikatowe i szalenie przyjemne zważywszy na wżynający się w skórę powróz oczekiwań biura, napiętej sieci kontaktów, które nagle zaczęły szaleć, rozbiegać się w szaleństwie rozpoczętym Spaloną Nocą, w kilku miesiącach spokoju.
Od sabatu do sabatu..., zmyliło ich Lammas. Tak spokojne. Tak przyziemne. Tak doskonałe.
Zajął miejsce przy zarezerwowanym stoliku, pojawić się miało kilka osób, ale on przyszedł jako pierwszy. Może powinni wybrać się do nowej restauracji Bertiego Botta, ale Anthony'emu zależało na tym, żeby był to na razie neutralny grunt. Z tych samych powodów też nie zamówił swojego wina, a lokalne. Wino domu. Jakże się zdziwił, gdy kobieta podała mu parującą deseczkę degustacyjną. Jej słowa zbył machnięciem ręki, jakby odganiał bzyczenie muchy. Nie wino miało być tematem tego wieczoru, nie degustacje, ale... zamówił ich więcej, wiedząc, że naczynia naznaczone magiczną runą trzymają ciepło, a przy stole zasiądzie dzisiaj więcej osób.
I on sam, nim ktokolwiek się pojawił, odetchnął korzenną wonią czarnego jak smoła napitku i wychylił łyk z wprawą degustatora, które niejedną winnicę odwiedził przez swoje całkiem długie życie. Jego twarz nie wyrażała nic, podobnie elegancka, podobnie zobojętniała na zastaną rzeczywistość. Odłożył naczynie idealnie w miejscu, w którym znajdowało się przed momentem, obracając je o dwa stopnie, aby wzór zgadzał się z pozostałymi.
Może jednak powinien zamówić swoje wino?
Tymczasem ktokolwiek z zaproszonych przez niego podszedł do okrągłego stołu, witał go z taką samą uprzejmością i proponował zajęcie jednego z miejsc, oraz rozgrzanie się. Październik... przynosił chłód serca. Może testowanie grzańców z takim wyprzedzeniem miało swoje znaczenie kulturowe. Ludzie pogrążeni w żałobie i marazmie, powinni myśleć o przyszłości. O kolorowym Yule. O ogniu, który dawał poczucie bezpieczeństwa a nie atak paniki.