– O tych różach mówiłaś? – spytał, oferując jej ramię, kiedy wyszli do ogrodu Lestrangów. Nawet w ciemnościach ciężko było przegapić czarne róże. Smoliste pąki wyrastały wzdłuż ścieżki, którą wędrowali, pędy pięły się po murach, i gdy zbliżyli się do altany, choć początkowo zdawało się mu, że tę skrywają winorośle, po przyjrzeniu się uważniej stwierdził, że i ją oplatały czarne kwiaty.
Było to piękne, ale i przedziwne, a na swój sposób nawet niepokojące. Christopher nie mógł sobie przypomnieć, aby kiedykolwiek wcześniej widział czarne róże, a teraz zdawały się nie tyle rosnąć w ogrodzie, ile zawłaszczać go dla siebie. Jakby chciały zadusić wszystko, co się w nim znajdowało. Przez ułamek sekundy czuł się nawet nieswojo, na myśl, że kwiaty mogłyby zaatakować.
– Wygląda to wszystko jak ogród czarnoksiężnika z baśni – stwierdził, z pewnym roztargnieniem, bo może i zupełnie nie znał się na przyrodzie, ale nie oznaczało to, że nie umiał docenić jej piękna. Wręcz przeciwnie, ta była niesamowicie inspirująca, a on w tej chwili niemal żałował, że nie mógł wyciągnąć szkicownika. Nie zabierał go jednak oczywiście na bal, poza tym noc była zbyt ciemna, aby faktycznie mógł sporządzić malunki. Nie chodziło tylko o sam krajobraz, a i o to, że mroczne piękno zdawało się wręcz doskonałym motywem przewodnim dla jakiejś kreacji. I prawie widział tę oczyma wyobraźni: ogólny zarys, kolory, czekające na dopracowanie szczegółów w zależności od kobiety, która miałaby ją nosić…– Nie jest ci zbyt zimno, Victorio? Powiedz, jeśli będziesz chciała wrócić do środka – dodał, bo ciąg skojarzeniowy ogród – czarne róże – inspirowana nimi suknia naprowadził go na tę suknię, którą nosiła Victoria, niewątpliwie piękną, ale niekoniecznie stworzoną z myślą o długich przechadzkach w jesienne noce.