• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[05.10.1972] Krótka rozprawa między sędzią, aurorem, wójtem i plebanem

[05.10.1972] Krótka rozprawa między sędzią, aurorem, wójtem i plebanem
Inkwizytor
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
51
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na młodszego, aniżeli jest w rzeczywistości, chociaż na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki. Pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty — wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja — z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#1
26.12.2025, 23:33  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.08.2026, 20:57 przez Aaron Andrew Moody.)  
Przechadzka po Dolinie Godryka

[Obrazek: 80dce5de82ddcf402cdda9ac16696936761b3eb3.jpg]

– ...A jeśli ktoś dziś zapyta nas o nazwisko, powiedz po prostu pierwsze, które wpadnie ci do głowy – mruknął, nachylając się ku Lorien, niby to niechcący musnąwszy ustami jej ucho. – Ale, przysięgam, jeśli będzie to nazwisko kogoś poszukiwanego listem gończym... Uznam to za osobistą zniewagę.
Uśmiechnął się lekko, z aktorskim zacięciem podkręciwszy wąsa, jak na rasowego aurora działającego pod przykrywką przystało. Nieco rozbawiony był masakradą, jakiej właśnie się dopuszczali. Od czasu zaręczyn poszukiwali małego domku na wsi, ale nie chcieli, aby wieść o tym rozniosła się po ludziach. Paranoja Aarona robiła swoje... Ale przecież nie możemy kupić w ciemno, przekonywał Lorien, która zachwycała się każdą wymagającą gruntownej renowacji ruderą porośniętą bluszczem. Domagał się, żeby obejrzeli osobiście każdą wystawioną na sprzedaż lokację, i miał rację. Lorien wysłuchiwała prezentacji agentów nieruchomości, podczas gdy Aaron latał z różdżką jak poziomnicą, podskrobał paznokciem tynk, opukiwał ściany nośne... Tylko po to, żeby potem pokręcić z dezaprobatą głową. Tworzyli naprawdę dobrą drużynę. Odwiedzili już ze trzy posiadłości, wszystkie pod Londynem, zanim padł pomysł przeniesienia się jeszcze dalej od miejskiego zgiełku... A czy istniało bardziej sielskie miejsce niż Dolina Godryka? Zabrał Lorien na przechadzkę, żeby obejrzała sobie osadę na spokojnie. Sam bardzo dobrze znał te okolice, bo przecież za dzieciaka często gościł w Warowni, bawił się w okolicznych lasach, bujał się z Woodym i resztą przyjaciół po miasteczku.

Aaron spojrzał na swoje odbicie w witrynie malutkiego sklepiku położonego w blisiim sąsiedztwie kościoła. Przez moment naprawdę nie rozpoznał człowieka, który odwzajemniał jego spojrzenie. Eliksir wielosokowy naprawdę robił robotę. Obcy kształt szczęki pokrytej zarostem, zaskakująco prosta linia nosa, rozmierzwione jak u młokosa włosy, jak gdyby dopiero zszedł z miotły...

– A niech cię wszyscy diabli porwą! – Usłyszeli nagle przekleństwo. Aaron uniósł brwi. Przed budynkiem plebanii stało bowiem auto z podniesioną maską, a obok niego, zaaferowany mężczyzna w sutannie. Skrzywił się, słysząc jak próbuje odpalić silnik. Na początku zarzępolił straszliwie, a potem zaczął dziwnie piszczeć... W myślach ocenił, na ile czasu mniej więcej wystarczy im eliksiru wielosokowego, gdy ksiądz potykając się, wypadł z auta, klnąc na czym świat stoi.

Nie spodziewał się, że ktoś go w takim stanie zobaczy.

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Pan nasz i zbawiciel, niech mu będą dzięki. Syn Boży, co stał się człowiekiem, ukrzyżowany również i za mnie, zesłał mi tych, co pomogą mi krzyż mój ponieść... – Przywitał się, ledwo dech łapiąc. – Dzień dobry, dzień dobry, drogie dzieci. Czy wyście moi parafianie, czy nie moi? – spytał dobrodusznie proboszcz, przecierając chusteczką spocone pod czapką czoło. Odsunął się od na wpół rozbebeszonego auta, które stało na podjeździe plebanii. Zaplótł przed sobą ręce na lekko wybrzuszonej sutannie, jak gdyby szykował się do modlitwy, choć dostojnym gestem próbował po prostu zatuszować swoje zakłopotanie. Zapomniał jednak o tym, że ręce usmarowane ma smarem, którego plama zdobiła również niewielkie okulary, osadzone na mięsistym, księdzowskim nosie. Kryły się za nimi przenikliwe oczy o przyjacielskim wejrzeniu. – Dużo się ostatnio tutaj do nas ludzi sprowadza. Młodych małżeństw... Miło mi zawsze witać w naszej małej wspólnocie... A może wy na zapowiedzi przyszliście? O panienko przenajświętsza – westchnął cienko ksiądz, gdy światła auta znowu zamigotały, i zgasły. Porzuciwszy dumną pozę, ucisnął nasadę nosa, widocznie doprowadzony na skraj wytrzymałości.

– Aha. Pewnie byłby dobry, gdyby łożyska w alternatorze nie poszły – odpowiedział bardzo rezolutnie Moody, przestępując z nogi na nogę, jak gdyby zastanawiał się, jak podejść do księdza w pojedynku. Nawyk, którego nie potrafił się wyzbyć po tylu latach pracy jako auror. Spojrzał wymownie na stojącą obok Lorien. – Miło księdza poznać, ale my jeszcze nie parafianie. Chociaż z żoną... – Uniósł lekko ich splecione dłonie, uśmiechając się cwaniacko pod bujnym wąsem. Nie tyle, żeby oszczędzić mugolowi zakłopotania, co żeby się zwyczajnie pochwalić. Czuł wciąż na sobie spojrzenie Lorien, ale tylko splótł ich palce na nowo ze sobą. Może i nie byli jeszcze małżeństwem, ale czemu nie miałby się nie cieszyć, skoro już byli ze sobą po słowie? A nawet gdyby, nie byli tutaj oficjalnie. Nikt nie mógł ich przecież rozpoznać ze zmienionhmi twarzami. – ...Myślimy o przeprowadzce. Spokojna to okolica?

Ale ksiądz już go nie słuchał. Ucieszony kłaniał się Lorien, na co Aaron lekko zmarszczył brwi. Normalnie pogłębiłby tylko nieco charakterystyczną, gniewną zmarszczkę na czole, ale z tą głupią, przesadnie ekspresyjną twarzą młodzika, wyglądał jak naburmuszony kogut, który stroszy pióra. Wyglądający spod płaszcza kolorowy kaftan, do założenia którego namówiła go narzeczona, wcale nie poprawiał sytuacji. Podobnie jak i to, że klecha skomplementował, że Lorien bardzo szykownie wygląda w swoim ulubionym futerku. Wyczuł, skubany księdzowski manipulant jak się wkraść w jej łaski, skwitował w myślach Aaron. Nie ufał z reguły przedstawicielom stanu duchownego, ale kojarzył z widzenia tutejszego plebana, Petera Wolfgoata, który posługę w anglikańskiej parafii w Dolinie Godryka pełnił od wielu lat. Do obcych religii zawsze odnosił się ze stosownego dystansu badacza historii, bo chociaż pozostawał zdeklarowanym antyklerykałem, wychowany został w wierze w Matkę. Nie w żadnego mugolskiego boga, o którym ksiądz gadał z żarliwością właściwą fanatykom... Szkoda, że Moody nie słyszał samego siebie, gdy snuł na głos wizje o podejrzanie przypominającym faszystowską dyktaturę ustroju magicznego państwa policyjnego. Brzmiał wtedy bardzo podobnie.

– ...Czy mógłbym wypożyczyć pani męża? – spytał konspiracyjnym szeptem proboszcz Peter. Popatrzył na zmienione pod wpływem eliksiru wielosokowego twarze Lorien i Aarona z tym specyficznym, duszpasterskim półuśmiechem. Jak gdyby w nawróceniu tych dwóch zbłąkanych owieczek na drogę Pana dostrzegł nagle sens całej swojej posługi. – Wygląda na to, że zna się na autach. Doprawdy, opatrzność mi was zesłała, pani...? Bo ja przecież po biskupa muszę podjechać, z dworca dostojników odebrać. Odpust jutro.


I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
pocket size elderich horror
I don't sleep.
I just dream.
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#2
28.12.2025, 12:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.12.2025, 18:09 przez Lorien Mulciber.)  

- A jeśli ktoś zapyta nas o nazwisko…
“Wtedy wezmę pierwszego lepszego skazańca z Azkabanu, który przyjdzie mi na myśl”- Pomyślała, a Aaron jak to Aaron najwyraźniej wyczytał z tego drżącego uśmieszku dokładnie to co wyczytać powinien, bo zaraz zarzucił swoją przestrogą.
- Osobistą zniewagę?- Powtórzyła rozbawiona, najwyraźniej za cel biorąc sobie, żeby aurora co najmniej podirytować. Zazdrośnik jeden..- No nie wiem, ja tam uważam, że wyglądam zupełnie jak szanowna Pani Dagienhardtio.
Odwróciła głowę. Było coś szalenie zabawnego, że nie musiała jej zadzierać, bo przykrywkę tym razem pan Moody wybrał szalenie… niską. A może ona była po prostu wysoka? Zmrużyła błękitne, jasne oczęta i odgarnęła blond grzywkę. Gdyby ze dwa miesiące wcześniej ktoś zapytał jej czy wie, że przyjmie oświadczyny aurora - wyśmiałaby. A jednak jakimś cudem wylądowała na środku placu w Dolinie Godryka w obcym ciele jakiejś bezimiennej baby. Westchnęła tylko, splatając ich palce razem.

I pomyśleć że wszystko zaczęło się dokładnie w chwili, w której nieopatrznie powiedziała, że zamierza sprzedać kamienicę. A nawet nie sprzedać, tylko wymienić, bo jeden z miejscowych agentów nieruchomości zaproponował za nią domek gdzieś na wsi pod Londynem.
“Jaki?” zapytał Aaron.
“Ładny. Taki pomalowany na biało.” odpowiedziała Lorien.
Zaraz jednak okazało się, że pan auror pytał niekoniecznie o kolor frontowych ścian, a o jakieś duperele typu stan instalacji wewnętrznych, sposób wykończenia, przepustowość kominów, wilgotność w pomieszczeniach piwnicznych i obecność pod posadzkami czegoś co się tajemniczo nazywało “czarna pleśń”. Czyli o całą masę zupełnie nieistotnych rzeczy, bo na jej oko domek był bardzo ładny i już sobie wyobraziła jak wytapetuje sypialnię. Na miejscu jednak okazało się, że posiadłość absolutnie nie spełnia wygórowanych wymagań pana Moody’ego… Nie do końca rozumiała co za problem wymienić spróchniałe schody i załatać parę dziur w dachu, a taki poltergeist na strychu to nawet nadawał domkowi duszy. Ale uważała za szalenie seksowne takie krzyczenie na agenta nieruchomości, że próbuje oszwabić biedną kobietę. Tak, to ona była tą biedną kobietą, więc tylko kiwała głową robiąc szalenie zbolałą minę. Kantować to my, nie nas.
Niestety wymagań nie spełniała też kolejna posiadłość. Ani następna. A kiedy w ostatniej przyczepił się do krzywej podłogi w kuchni (no może rzeczywiście po położeniu różdżki, ta się przeturlała na drugi koniec pomieszczenia) i stanu werandy (parę zbutwiałych desek czekających na ofiarę pod którą się złamią), to Lorien była blisko dokonania mordu. A przynajmniej rozpłakania się i zarzucenia, że robi to specjalnie i próbuje zniszczyć jej entuzjazm i pewnie wcale nie chce z nią mieszkać.

Ewentualna przeprowadzka do Doliny Godryka miała swoje plusy i minusy. Plusy były takie, że okolicę zamieszkiwała całkiem spora społeczność magiczna, łącznie z Longbottomami. Ciężko powiedzieć czy ich można było liczyć do rachunku, skoro większość i tak siedziała w Ministerstwie Magii na dodatkowych nadgodzinach, ale wystarczyła sama świadomość, że żyła tu oddana prawu rodzina. Minusy z kolei… Mugole. Dużo mugoli. To nie była Pokątna czy Horyzontalna. Albo chociaż Hogsmeade. Tu niemagiczni mieszkali całkiem tłumnie, co tworzyło całkiem sporo problemów, nie tylko tych czysto logistycznych jak swobodne używanie magii czy teleportacja. Tu bardziej chodziło o problemy natury… czysto poglądowej. Dlatego wczepiła się mocniej w ramię aurora, gdy na ich drodze pojawił się mugol w sutannie w dodatku w tej blaszanej puszce którą niemagiczni nazywali samochodem. Puszka się najwyraźniej rozkrzaczyła, co Lorien wprawiło w nieco lepszy nastrój.
Lorien zmarszczyła delikatnie brwi, w pierwszej chwili nie do końca rozumiejąc o co mugolowi chodzi. Niby coś gdzieś kiedyś czytała o wyznawanej przez niemagicznych religii, ale pani Mulciber nie szczególnie interesowała się nawet tą praktykowaną przez czarodziejów. Oczywiście na wszystkie sabaty chodziła, omijając jedynie nabożeństwa. Ktoś kiedyś powiedział, że religia jest opium dla ludu, co brzmiało jak całkiem sensowna teza.
Zrobiła krótką kalkulację w głowie: Czyli ten cały Jezus był ichnim zbawicielem. I panem. Co czyniło mugoli podległych jakiejś niematerialnej, imiennej sile. W dodatku był synem Boga. Zanotowane. Zamordowany? Już chciała zapytać czy przypadkiem pleban nie potrzebuje prawnika co by się sprawą ukrżyżowania tego calego ich proroka zajął, ale się powstrzymała.
Zmarszczyła brwi na słowo “parafianie”. To brzmiało jak coś co mówiliby w kowenie, zaraz podsuwając pod nos książeczkę czekową. To na ofiarę. To na kwiaty. To na sprzątanie sal. Jedno wielkie oszustwo. Ten tutaj pewnie nie był wcale lepszy. W dodatku jakieś “zapowiedzi”. Nie była szlamą, żeby musieć się zapowiadać gdziekolwiek. Już miała powiedzieć, że może i jest panienką, ale niekoniecznie przenajświętszą, kiedy Moody zaczął mówić coś o jakiś łożyskach i alternatorach, zupełnie jakby rozwiązywał krzyżówkę. Spojrzała na niego z nieprzejednaną miną. Tylko tego brakowało, żeby utkwił przy metalowej puszce i przegapił moment na wzięcie eliksiru, którego porcję oboje mieli jeszcze schowane.

Żoną? O chwila moment. Do ślubu jeszcze nieprędko, jeszcze miała trochę czasu żeby się rozmyślić i wrócić z podkulonym ogonem i głową posypaną popiołem do babki Mulciber. Nie żeby planowała. To była dużo bardziej skomplikowana sprawa, którą na razie zrzuciła na barki przyszłej Lorien. Takiej już po wszystkich przysięgach i złożonych podpisach. Zaobrączkowanej na dobre.
Ale jakoś się stało, że to jedno słowo poprawiło jej humor na tyle, żeby teraz uśmiechnęła się do tutejszego plebana, wyciągając w typowym dla siebie nawyku wolną rękę do ucałowania. Ucałowana co prawda nie została (ciężko powiedzieć czy księdza bardziej zdziwiła jej wyciągnięta dłoń, czy Lorien - fakt, że mężczyzna nią dziarsko potrząsnął), ale zaraz zaczął się kłaniać i chwalić futerko, więc uśmiech stał się odrobinę bardziej szczery. Nawet jeśli do mugoli i mugolopochodnych odnosiła się ze stosowną rezerwą i lekką tylko niechęcią, to ten tutaj wydawał się niegroźny.

- Mógłbym wypożyczyć pani męża?
- Może go pan sobie nawet wziąć.- Odpowiedziała równie scenicznym szeptem, rozplątując palce z uścisku. Ułożyła dłonie na biodrach.- Kochanie, pomóż panu.
Lorien mogła nosić każdą twarz na świecie, ale uśmiech zawsze pozostawał jej - podobnie jak towarzyszące mu zmarszczenie noska i zmrużenie oczu. To była piękna zemsta za kręcenie nosem i znęcanie się nad biednymi agentami nieruchomości.
Nie czekała w sumie na reakcję Aarona, bo zaraz zza płotu wyskoczyła korpulentna gospodyni, która przysłuchiwała się całej rozmowie i zaczęła zapraszać ją na herbatę.

No dobrze... Może jedna herbatka u mugoli jej nie zabije...
Inkwizytor
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
51
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na młodszego, aniżeli jest w rzeczywistości, chociaż na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki. Pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty — wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja — z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#3
02.01.2026, 10:50  ✶  
"Że kto?" Zapytałby normalnie Aaron Moody, gdy Lorien wypluła z siebie nazwisko, którego za żadne skarby Gringotta nie byłby w stanie powtórzyć. A jakby spróbował, to by ktoś jeszcze pomyślał, że wypił za dużo. A przecież kilka godzin temu z dyżuru zszedł! A może to jaki pseudonim? Dagienhardtio... Nie spytał jednak, kogo ma na myśli. Zamierzał sprawdzić to sam, zapisał sobie więc nazwisko delikwenta w pamięci. Jaką zbrodnię popełnił? Nieważne, wystarczyło, że przyciągnął uwagę pani sędziny. A nuż to kończył mu się wyrok, więc może trzeba będzie wygrzebać coś z archiwum, żeby wydłużyć jego odsiadkę w zakładzie penitencjarnym? Choćby miał to być tylko niezapłacony mandat, Moody nie zamierzał wybrzydzać. "Wszystkich prędzej czy później dosięgnie sprawiedliwość", mawiał. Wyobrażał sobie, jak Lorien zmarszczy nosek i przewróci oczami, gdy od niechcenia podsunie jej gazetę otwartą akurat na wzmiance o rewizji wyroku wspomianego przez nią przestępcy. Sprawiedliwość mogła mieć jej twarz, ale ręce... Jej ręce były rękami Aarona Moody'ego. Może dlatego zachował milczenie, unosząc tylko brwi, gdy Lorien obdarzyła go swym drapieżnym uśmiechem. Chociaż uśmiech nie należał do niej, a do obcej kobiety, wydawał się tak bardzo naturalnym. Tak bardzo znajomym. Aaron starał się uspokajać, że było tak tylko dlatego, że uparcie doszukiwał się w nim podobieństwa do prawdziwej Lorien. Patrzył na nią jeszcze przez chwilę, mimo że zdążyła już odwrócić od niego twarz.

Czasem trudno było powiedzieć, czy żartuje, czy jest w pełni poważny.

"Mógłbym wypożyczyć pani męża?", spytał ksiądz, jak gdyby Moody nie stał tuż obok. Już chciał zaprotestować, bo przecież nie mieli czasu, żeby mieszać się w mugolskie sprawy. Mógłby wymówić się, że najpierw musi podejść do swojego samochodu po narzędzia, że żonę do lekarza musi zaprowadzić... "Może go pan sobie nawet wziąć", odpowiedziała jednak Lorien, zanim Aaron zdążył w ogóle buzię otworzyć. Zamrugał, starając nie okazać zdziwienia. Et tu, Brute? Lorien nie do końca dogadywała się z ludźmi niemagicznymi, więc jej słowa były Aaronowi poniekąd zaskoczeniem. Miłym zaskoczeniem. Spodziewał się, że będzie wolała szybko skierować kroki w stronę domostw na sprzedaż, które mieli dzisiaj obejrzeć... Ale przecież eliksiru wystarczy im na cały dzień. Wciąż mieli też na zbyciu godzinkę albo i więcej przed spotkaniem z agentem nieruchomości. W Dolinie Godryka pojawili się grubo przed czasem.

– Co człowiek złączył, bóg niech nie rozdziela – huknął dziarsko Moody, na co ksiądz powoli pokiwał głową, widać biorąc jego słowa za lekkie przejęzyczenie. Myślami wciąż musiał być przy wizytacji ichniejszego arcykapłana, to znaczy, biskupa. Wyciągnął bowiem książeczkę do nabożeństwa i ołówek, jak gdyby oczekiwał, że Moody da mu wycenę za robociznę przy naprawie auta na okładce. A może rozrysuje przynajmniej, jak naprawić problem? Auror machnął tylko na to ręką. Lorien już widziała trybiki obracające się w głowie Moody'ego. Niewątpliwie był w swoim żywiole, gdy kalkulował, jak szybko naprawić zepsute części. Mógł załatwić problem magią, tylko będzie musiał odesłać księdza po jakieś narzędzia z przybudówki, żeby nie zobaczył, jak stuka różdżką w części pod maską. Czary były nietrwałe, więc wyśle go do mechanika... Powie, że to wszystko prowizorka, i rozwiązanie tymczasowe. Tak, pomyślał Moody, zakasując rękawy kubraka, właśnie tak zrobimy.
– Ale klucza będę potrzebował takiego specjalnego. Takiego trzpieniowego najlepiej, niech ksiądz poszuka. Jak nie ma, musi być. Pomodlić się, to się na pewno jakiś znajdzie!

Było w Aaronie coś kociego, gdy kroczył przez podwórze, odprowadzając wzrokiem Lorien. Stale zachowywana czujność, obecna w miękkich, acz tchnących pewnością siebie ruchach. Jego paranoja przypominała starą, nigdy niedoleczoną kontuzję. Moody oszczędzał swoje nerwy, tak jak gracze qudditcha oszczędzali kontuzjowane nogi. Polegał na z dawna wyrobionych nawykach, nie zawsze zdrowych, ale zdejmujących ciężar zmartwienia z jego barków. Na nawyku liczenia okien i drzwi, wyrysowywania w głowie planu domostwa, jak gdyby zwykła wizyta miała przerodzić się w potyczkę. Polegał na nawyku śledzenia cudzych spojrzeń. Kreślił portrety pamięciowe osób, które zdawały mu się podejrzane, notując w pamięci ich reakcje. Nie odpuszczał, choćby na chwilę, nawet wtedy, gdy wiedział, że nie jest w pracy, a na zwykłym spacerze. Nawet wtedy, gdy trzymał w uścisku rękę żony – to znaczy, przyszłej żony – a nie różdżkę. Wypuścił ją ze swojej ręki równie niechętnie. Ale przecież nie pozwoliłby Lorien oddalić się, gdyby sądził, że miejsce jest niebezpiecznym.
– To nie zajmie długo – zawołał za nią, patrząc jak znika za gospodynią we wnętrzu plebanii. A potem podkręcił w zamyśleniu wąsisko, pochylając się nad otwartą maską. Nie robił tego przecież codziennie.

A gospodyni przedstawiła się jako Michałowa. Zaaferowana chciała już lecieć do wójta, żeby stamtąd zatelefonować na miejscową komendę policji, do kurii, wnuczka znającego się na samochodach... A jeżeli starczy czasu, jeszcze organy świętej inkwizycji powiadomić. Bo przecież mechanik trefny towar sprzedał księdzu, chociaż ten z własnej skromnej pensji odkładał, żeby auto parafii kupić! A przynajmniej tak żaliła się Lorien, po tym jak już zaprosiła ją na plebanię, żeby kobieta nie stała na zimnie. Zaopiekowała się nią najlepiej jak umiała, chociaż widać było, że wokół wrą przygotowania do wizyty kościelnego dostojnika. Plebania lśniła czystością, a z kuchni docierał zapach zamarynowanych w miodzie żeberek, specjalności gospodyni.

– ...A jego eskcelencja biskup też nie wiadomo co sobie wyobraża. Pan Jezus na osiołku do Jerozolimy wjechał, a nie na koniu, to i księżom koniom mechanicznym nie należy zawierzać... Chociaż mechanik mówił, że to wszystko sprawdzone, nie żadne oszustwo. Skłamał! W twarz słudze bożemu skłamał! Sama sutanna autorytetu widać teraz nie daje, nawet w społeczności takiej jak nasza. Sądu Ostatecznego się wcale ludzie nie boją, pani kochana! – zacietrzewiła się pani Michałowa, machnąwszy ręką w stronę wiszącego na ścianie obrazu: reprodukcji Sądu Ostatecznego z Kaplicy Sykstyńskiej, autorstwa Michała Anioła. – A przecież bać się powinni. Zapomnieli, że jak Jezus przyjdzie ponownie, to osądzi. – Twarz kobiety nieco złagodniała jednak, gdy postawiła obok Lorien tacę z herbatą. – A mleka może sobie pani życzy, albo miodu? Swoje to wszystko, zdrowe, a pani taka mizerna, chudziutka.


I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
pocket size elderich horror
I don't sleep.
I just dream.
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#4
18.02.2026, 19:17  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.02.2026, 19:23 przez Lorien Mulciber.)  

Że kto? Co? Zapytałby normalnie Aaron Moody.
Że chujów sto! Odpowiedziałaby równie normalnie Lorien Mulciber. Przecież mówiła wyraźnie. Co z niego za auror, że pana Dagienhardtio nie znał! Pewnie mieli oklejony listami gończymi cały gabinet z tą jego śliczną gębą szczerzącą się do zdjęcia. Czego by nie mówić, buźkę Umbrielowi to mu Michał Anioł dłutem haratał. Widziała oczyma wyobraźni zdzierane przez nastolatki (oczywiście, że nastolatki, to zawsze są nieletnie pannice) policyjne plakaty z dziurawego kotła, bo kto by nie chciał zjawiskowego pianisty na ścianie swojego pokoju. Osobiście, gdyby była na ich miejscu i była młodsza to by powiesiła jeden z tyłu szafy zaraz za ubraniami co by zaraz nie było afery. Ale tego oczywiście nie zrobiła*.
A Aaron nie zapytał tylko postanowił sprawę wywęszyć na własną rękę. Widziała to. Nawet nie musiał nic mówić. Bo może i przykrywkę miał dzisiaj odrobinę młodszą, niższą i nieco bardziej w tym wszystkim ekspresyjną, to patrzył zupełnie tak samo. Więc trybiki musiały już pracować na pełnych obrotach.
- Signore Briello Dagienhardtio. Przecie mówię!- Powiedziała jeszcze jakby to miało jakkolwiek pomóc, przewracając jasnymi oczętami. Bo może to sprawiedliwość nosiła twarz pani Mulciber, ale w absolutny chaosie zawsze jakoś tak lepiej na niej leżał. Nie aż tak dobrze jak jej niebieski kubraczek, ale co najmniej nieźle.

Czy dlatego właśnie zostawiła go na łaskę i niełaskę tutejszego kapłana, co by dopomógł przy dziwacznej maszynie? Może. Ale miała nieco bardziej konkretne powody. Po pierwsze - nikt nie plotkował bardziej niż kobiety w średnim wieku na nudnych, pozbawionych możliwości rozwoju stanowiskach pomocy domowych. Ta cała Michałowa (och cóż za niewdzięczny zwyczaj przedstawiania się jako coś przynależnego mężczyźnie) wpisywała się w profil psychologiczny. W dodatku paplała tyle, że uszy więdły. Trochę jak sklepikarki na Pokątnej. Po drugie - tak nie lubiła mugoli. Ale nie lubiła ich w sposób bardziej… systemowy. Nie miotała przecież w nich zaklęciami, gdy tylko znaleźli się w zasięgu jej wzroku. Analogicznie nie chciałaby ich zamykać w klatkach jak zwierzęta w zoo, na koszt uczciwie pracujących obywateli Wielkiej Brytani. Ale gdyby mogła wybierać to zostawiłaby ich w bardzo małych enklawach z dala od świata czarodziejów, do którego najwyraźniej, patrząc po zatrważająco szybko narastającej ilości niemagicznie urodzonych i tych pochodzących z małżeństw mieszanych dzieci, na chama pchali z brudnymi buciorami i krwią. Takich małżeństw też by zresztą zakazała. Bo co innego wybrać sobie męża co z dziada i ojca jest czarodziejem, więc jego dług wobec krwi został już odrobiony, a co innego brać pierwszego lepszego mugola z ulicy. Natomiast nie było takie zakazywanie w jej aktualnej mocy i najwyraźniej przyszło jej niedługo żyć w mieście, gdzie obie rasy kładziono na wspólnym cmentarzu. Nie planowała sama na nim spocząć, ale to już był jakiś wyznacznik. Musiała więc się przekonać czy tutejsi, zapewnie nie do końca wykształceni i może odrobinę… ograniczeni (oczywiście nie z własnej winy!) niemagiczni są na tyle nie irytującym towarzystwem, żeby w ogóle rozważyła mieszkanie w takiej okolicy jak Dolina. Były pewne standardy, które należało zachować. Na pierwszy rzut oka P A N I Michałowa potykała się o rzuconą na podłogę poprzeczkę, ale porządku. Może powinna dać jej (albo sobie) chwilę czasu na oswojenie się z tą całą... sytuacją.
Nie do końca rozumiała czego kobieta oczekuje, żaląc się na tego całego mechanika. Kimkolwiek by ów mechanik był. Podejrzewała, że to tak jak ich technicy od mioteł. Inny pojazd ta sama zasada. Potem coś ją tknęło - jak pracowała dla kapłana, to pewnie chciała ofiary. Ale no niestety Lorien zostawiła całą swoją sakiewkę w torebce i była tak bardzo nie pod ręką… Zacisnęła nieco mocniej palce na skórzanym pasku swojej wypchanej torebki, którą miała na ramieniu. Zresztą ile się dawało takim mugolom na te ich samochody? Tyle co miotła? Na przykład papa w dniu jej urodzin kupił nowiutką, dopiero co wypuszczoną na rynek Kometę 180 i mówił, że grosza nie szczędził. Co mogło znaczyć, że zapłacił za nią… no… dowolną kwotę. Jeszcze jakby to przemnożyć przez aktualny kurs funta brytyjskiego. Teraz chyba dzieciaki mówiły coś o tym całym Nimbusie 1000. Och powinna zapytać Eliota czy warto starać się wykupić ich udziały.
Doszła do wniosku, że nic nie da mugolce, bo albo da za mało albo za dużo i będzie szalenie nietaktownie. Albo w ogóle nie kupią tego całego samochodu tylko wydadzą na… cokolwiek mugole wydają pieniądze.

- Tacy są już ludzie.- Oparła miękko, próbując się bezskutecznie wbić w słowotok babeczki.- Nic tylko by kłamali i leżeli nic nie robiąc. Wszystko za nasze podatki.
Zażartowała. Chyba. Raczej nie. Nie wyglądała jakby żartowała. Nawet włosek w wyskubanej blond brwi nie drgnął. Sąd ostateczny. O to ją bardziej zainteresowało. Może były w stanie znaleźć jakiś wspólny grunt? Całkiem nieźle kojarzyła tutejszy, znaczy niemagiczno-brytyjski, system sądowniczy, który co prawda mroził jej krew w żyłach swoim absolutnym brakiem obiektywizmu i odcięciem od tak ważnej przecież synergii z Ministrami rządzącymi. W dodatku - apelacja, co za zabawny i absurdalny wymysł. Jeden sędzia powiedział “nie” i nagle możesz iść do następnego, który powie “no może?” Niewyobrażalne. Jakim cudem ten system się nie zawalił. I podobno w tych ich sądach wcale nie dziedziczono stanowisk? Jak pilnowali, żeby wykształcona pod względem prawniczym przez pokolenia rodzina zajmowała się prawodawstwem? A może wcale nie pilnowali? Gdzieś kiedyś słyszała, że tam mianowano sędziów za ich “zasługi na polu prawniczym”. Wtedy każdy mógł przyjść, zacząć się uczyć na prawnika, ukończyć kursy i zająć miejsce w ławach sędziowych zamiast zajmować się szerzej rozumianą Administracją. Na przykład taki Jezus, którego ona wcale nie znała. A zajął stanowisko Sędzi Ostatecznego. Ciekawe czym się zajmowali jego rodzice. Aż jej się trochę zrobiło słabo na samą myśl. Chłop znikąd i takie zaszczyty.
- Czarną poproszę.- Odniosła się do herbaty, przysiadając na praktycznie samej krawędzi jednego z odsuniętego krzeseł. Obrazu nie zaszczyciła nawet jednym spojrzeniem. Nie znała się nawet na magicznej sztuce! Co dopiero tej mugolskiej. Pani taka mizerna, chudziutka. Nie do końca wiedziała co na to odpowiedzieć, bo kobieta, której ciało nosiła była nie dość, że wyższa to na oko miała przynajmniej o dwa tony ciemniejszą karnację. I pewnie parę zdrowych kilogramów. Dobrze, że Michałowa nie poznała prawdziwej “jej”. Uśmiechnęła się skrępowana.
- Pani wybaczy, ale…- Odchrząknęła. Pewnie gdyby miała okulary poprawiłaby je na nosie jak ostatni nerd. Alexander z pewnością byłby z niej dumny.- Nie wydaje mi się aby było możliwe dotarcie na osiołku do Jerozolimy.- Nie chciała jej zburzyć światopoglądu, że taki osiołek to by zdechł po drodze albo podróż trwałaby całą wieczność. Może jednak jakby ten Jezus miał samochód byłoby łatwiej? Nawet taki trochę wadliwy.- Z tą trasą to najłatwiej byłoby wziąć świ… wsiąść w pociąg do Dover. Stamtąd można przepłynąć statkiem przez kanał La Manche do Francji. Do Calais konkretnie. Potem pociąg do Paryża, a z Paryża to…- postukała palcami po dolnej wardze jakby rzeczywiście próbowała dać kobiecie jak najlepsze wskazówki.- Jest taki bardzo piękna trasa, szalenie niezwykła. Oriental Express, na pewno pani słyszała. Serwują tam znamienite pâté de foie gras. Po około trzech dniach można dotrzeć do Stambułu. Potem Hajfa i jesteśmy w Jerozolimie. Podróż ze zwierzęciem gospodarczym byłaby z pewnością o wiele bardziej uporczywa i z pewnością wymagałaby o wiele dłuższych przygotowań takich wie pani czysto papierkowych. Dokumentacji i pozwoleń administracyjnych.
Zamilkła nagle.
Jakimś cudem szalenie podekscytowała ją myśl, żeby jeszcze raz powrócić do Al-Karak, a to przecież niecały dzień drogi od Jerozolimy. Co prawda tym razem wybrałaby magiczne środki, bo przecież nie potrzebowała zniknąć. Może mogliby się wybrać z Aaronem na jakiś weekend.
Uśmiechnęła się do swoich myśli, popijając herbatę i odrobinę swoją osłupiałą gospodynię ignorując.


* Bardzo uprasza się o nie sprawdzanie co zostało naklejone na tylną ściankę szafy w pokoju pani Mulciber na drugim piętrze Mulciber Manor.
Inkwizytor
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
51
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na młodszego, aniżeli jest w rzeczywistości, chociaż na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki. Pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty — wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja — z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#5
11.04.2026, 16:46  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.04.2026, 16:57 przez Aaron Andrew Moody.)  
Problemem Aarona nie był żaden Briello Dagienhardtio, bo jak już raz wsadziło się delikwenta za kraty, łatwo można go było za nimi zatrzymać. A sądząc po brzmieniu jego nazwiska, nawet lepiej, jakby słuch o nim zaginął, bo wtedy nikt nie musiałby na głos tego łamańca wypowiadać, i głupka z siebie robić. Ale nie, problemem Aarona nie był żaden recydywista, problemem było to, że za głośno myślał przy Lorien, stwierdził, grzebiąc przy aucie rozkaraczonym na podjeździe.

A tymczasem...

– Więc pani była na pielgrzymce w Ziemi Świętej? – Ni to spytała, ni to stwierdziła nagle gospodyni. Wydawała się szczerze zainteresowana opowieścią Lorien. Przez chwilę po prostu przysłuchiwała się kobiecie z lekko rozchyloną buzią, szybko zamknąwszy ją jednak, gdy zorientowała się, że wygląda przy tym nieelegancko. Buzię w końcu zamknęła, ale oczy wciąż świeciły się, przepełnione nadzieją, a może odległym wspomnieniem. Niespodziewanie wyrwana ze swojej rutyny, odeszła na chwilę, aby powrócić z różańcem wykonanym, jak się miało okazać, z drewna oliwnego. Paciorki połączone były ze sobą ręcznie plecionym sznureczkiem, zwieńczonym kapsułką zawierającą kawałek jerozolimskiej ziemi oraz drewnianym krzyżykiem. Krzyżyk wyposażony był w metalowe okucie z wytłoczonym napisem "Jerusalem". Wykonany był o wiele precyzyjniej niż ten, który Lorien otrzymała w prezencie od nieznajomego. Znalazła przecież taki sam krzyżyk w kieszeni, po tym jak ocknęła się już na dobre w szpitalu w Spaloną Noc.
– Przywiózł mi go z Jerozolimy znajomy ksiądz misjonarz, który dużo jeździ po świecie. Tylko on wyruszał z Przylądka Finisterra w Hiszpanii. Od końca świata, do jego początku. Bo Jerozolima jest tak naprawdę początkiem. – Uśmiechnęła się do Lorien, pozwalając jej dotknąć różańca. Zawsze chciała pojechać gdzieś daleko, daleko, ale nigdy swych marzeń nie zrealizowała. Wojna zabrała jej męża i plany zjechania wielkiego świecie, o którym wciąż jednak lubiła myśleć z dystansu marzeń. W gruncie rzeczy, pani Michałowa wcale wyjeżdżać z Anglii nie chciała, choć książki podróżnicze czytała namiętnie. Miło było czasem pomyśleć, jak wielki świat Pan Bóg stworzył, nawet jeżeli sama poznała niewielką tylko jego część. Była jednak kobietą ciekawską, i czego na własne oczy nie zobaczyła, wyczytała w książkach, albo posłyszała z cudzych opowieści. Już więc chciała pytać Lorien, czy była na tej pielgrzymce sama, czy z mężem, a tak w ogóle, to ile już lat po ślubie, i czy mają może państwo jakieś dzieci, a skąd Bóg prowadzi, quo vadis, i tak dalej, i tak dalej, ale dociekania ciekawej gospodyni przerwało stukanie męskich butów w sieni.

Aaron wszedł na plebanię sadząc wielkie, pewne siebie kroki, wyprzedziwszy księdza, od którego chodził szybciej, chociaż był od niego niemal o głowę niższy. Skłonił się grzecznie starszej pani, obrzucając pomieszczenie uważnym wzrokiem. Usmolone smarem ręce wymył pod domem, nie tylko dlatego, że nie chciał wchodzić do izby brudny, ale i po to, żeby obejrzeć zabudowania. Bez problemu był więc w stanie odtworzyć rozkład plebanii. Po wejściu do środka jego oczy od razu powędrowały w stronę Lorien.
– W porządku? – spytał, oparłszy rękę na krześle, na którym siedziała. Krzepka jego, niewzruszona kompletnie spotkaniem z mugolami postać kontrastowała z wielce przejętym księdzem, który wszedł do izby tuż za nim.

– Pani Michałowo, z nieba nam spadli! Z nieba samego zesłani przez Boga jako te anieli! – Proboszcz był w stanie uniesienia, złapał bowiem gospodynię za ramiona, jak gdyby ogłaszał jej wspaniałą wieść. Przez chwilę oboje nie zwracali uwagi na szanownych gości. – Auto naprawione! – wypowiedział takim samym tonem, jakim wygłaszał z ambony zbożne "amen". Kobieta również wydała z siebie radosny okrzyk, a po chwili całe pomieszczenie zaniosło się jej wesołym trajkotaniem, poleciała bowiem do telefonu, żeby powiadomić kurię, że wizyta odbyć się może zgodnie z planem. Zdążyła tylko zakrzyknąć, że państwo koniecznie muszą poczekać, że ona zrobi jeszcze herbatki, i poda naprędce poczęstunek, bo przecież są im niewymownie wdzięczni, powtarzała, uszczęśliwiona.

Aaron już otwierał buzię, żeby przeprosić oboje, bo z żoną są umówieni, i bardzo się śpieszą, ale w tym momencie na plebanię wpadł nieoczekiwany gość.

– Żadna wizyta biskupa się nie odbędzie, krucafuks! – zaklął głośno mężczyzna, podobny do stojącego po przeciwnej stronie pokoju księdza proboszcza tak jak dwie krople wody podobne są do siebie. Widząc nieznajome twarze, wójt Doliny Godryka, John Wolfgoat, stropił się nieco, jeszcze bardziej, niż kiedy przypomniał sobie, że na plebanii nie wypada przeklinać, a już na pewno nie przed ścianą pokrytą świętymi obrazami. Rękę z palcem wyciągniętym oskarżycielsko w stronę brata bliźniaka opuścił więc na chwilę, żeby się przeżegnać, a potem skinąć głową nieznajomym. Zaraz jednak podniósł palec z powrotem, mierząc w księdza. – Przepraszam państwa, że porządek zakłócam, ale to rodzinna sprawa – zwrócił się w stronę Lorien i Aarona, lekko poczerwieniały na twarzy. Trudno powiedzieć, czy ze złości, czy dlatego, że musiał tutaj przybiec.

Aaron uniósł tylko brwi, zerkając na Lorien. Dokładnie tak jak wtedy, gdy oboje słuchali ministerialnych plotek. Albo gdy młode małżeństwo z parteru jego bloku kłóciło się znowu ze sobą. Na razie postanowił obserwować. Przyglądając się wójtowi, który mógł okazać się jednostką potencjalnie niestabilną, w końcu zakłócił spokój domostwa, przygładził mechanicznym ruchem swojego wąsa. Jego wciąż był lepszy, niż tego mugola, prawda?



I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
pocket size elderich horror
I don't sleep.
I just dream.
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#6
19.04.2026, 16:58  ✶  

"Więc pani była na pielgrzymce w Ziemi Świętej" stwierdziła gosposia, równocześnie bombardując czarownicę dwoma nieznanymi jej zwrotami, które zdawały się być kluczowe w samej rozmowie. I się zrobił mały problem.
Co to była ta cała pielgrzymka? I dlaczego ta kobieta nazywała Jerozolimę Ziemią Świętą? Czy ta nieszczęsna pustynia była jakąś świętą oazą w wierze niemagicznych? Czy miało to coś wspólnego z Jezusem? A może z Sądem Ostatecznym? I tym i tym? Lorien zmarszczyła delikatnie nos - a że zrobiła to równocześnie upijając herbaty, to pani Michałowa natychmiast podsunęła jej cukiernicę.
Z pewnością herbata była zbyt cierpka.
- Można tak powiedzieć…- Zaryzykowała. Och jakże pani Mulciber ryzykowała, uznając, że jeśli strzeliła straszne faux pas z tą całą “pielgrzymką” to zaraz zawoła się kogoś z Biura Dezinformacji czy jakiegoś Amnezjatora, co by posprzątał bałagan. Aż się mentalnie skrzywiła na myśl o papierkowej robocie i faktu, że z pewnością będzie musiała za taką przysługę zapłacić inną przysługą.
Ale kobiecina wydawała się całkiem zadowolona z odpowiedzi, nie zaczęła jej wyzywać od wszelkich mugolskich diabłów czy innych czortów, więc chyba nie poszło tak źle. Zamiast tego przyniosła jej coś… co Lorien znała.
Och, miała dokładnie taką samą ozdóbkę - nie, nie do końca, bo ten, który znalazła w kieszeni po Spalonej Nocy był znacznie bardziej prosty i zdecydowanie mniej… kunsztowny. Ale poza tym - był to dokładnie ten sam symbol.

Lorien poczuła jak coś nieprzyjemnie zaciska się gdzieś pod mostkiem. Ten sam symbol został jej niemal wciśnięty. Wcześniej nie pozwalała sobie na myśl o tym, że ma jakieś większe znaczenie. Nie poświęcała mu żadnej myśli, bo wspomnienie nocy 8. września wciąż jeszcze było bolesne - tak jak bolesne było zerkanie każdego dnia na porzucony w szkatułce krzyżyk. 
Naraz przestało jej się podobać w tym domu “sług bożych” tak odległych wiarą od tego czego ją uczono o Bogini Matce. Przestało jej się podobać, że ma we własnym domu symbole ofiarowane przez człowieka, który choć posługiwał się magią i należał do ich społeczności wciąż czuł przywiązanie do tego. Do kawałka drewna, metalu, kolorowych paciorków przywiezionych bogowie wiedzą skąd. Do nawracającego znaku, wobec którego przywiązania pani Mulciber nie rozumiała i rozumieć nie planowała.

Może powinna uważniej przysłuchiwać się kobiecie, może nawet zagadać i zapytać o tą całą podróż z Hiszpanii i “księdza misjonarza” (Kim do cholery był misjonarz? To jakiś wyższy stopień wtajemniczenia w mugolską posługę?), ale… nie potrafiła. Sprawy ludzi prostych, a zwłaszcza mugoli, nudziły ją niemiłosiernie. Zamiast tego skupiła się na różańcu. Przesunęła opuszkami palców nad paciorkami, bardziej z uprzejmości niż potrzeby. Drewno zdawało się być gładkie, wytarte przez lata i wielokrotnie powtarzane modlitwy kierowane w stronę milczącego bóstwa.
- Piękna rzecz.- Zauważyła tonem tak szalenie uprzejmym, że niemal cierpły przy tym zęby. Michałowa zdawała się tego nie zauważyć. Rozpromieniła się, jakby Lorien pochwaliła coś znacznie ważniejszego niż paciorki na sznurku. A potem znów zaczęła gadać.

Uniosła do ust filiżankę i rozejrzała się po pomieszczeniu, całkiem skutecznie odcinając się od dalszego trajkotania kobieciny. Nie znalazła tu nic godnego uwagi - ani w ciężkiej, nieco przestarzałej jadalni, ani w kwitnących, zadbanych kwiatach na parapecie, ani w samej gospodyni, która zdawała się być tylko kolejnym elementem wyposażenia pokoju. Wszystko to sprawiało wrażenie niemal zaniedbanego, zupełnie jakby czas się zatrzymał więżąc swoich mieszkańców w użytkowej bylejakości. Stół był solidny, filiżanki całe, herbata całkiem smaczna. Wszystko miałkie, nudne i ubogie.
Przesunęła wreszcie spojrzeniem po ścianach, zatrzymując na moment wzrok na reprodukcji obrazu nad którym tak piała wcześniej mugolka. Nawet to było kopią. Nieszczególnie przy okazji udaną sądząc po nieco przygaszonych kolorach i szczerbionej ramie.
Odwróciła wzrok, zanim zdążyła poświęcić dziełu więcej uwagi niż na to zasługiwało. Pani Michałowa hodowała kwiaty, chyba pelargonie, w ciepłych odcieniach czerwieni i żółci. Dbała o nie i podlewała je odpowiednio, sądząc po tym, że nadal cieszyły wzrok pomimo późnej jesieni. Mugolska magia. Znów - nie było w nich nic niezwykłego. Po prostu były.

Nie czuła zagrożenia, a mimo to miała wrażenie, że się powoli dusi w tej mugolskiej przestrzeni. Uczucie równie nieprzyjemne jak podwijająca się podwiązka, którą należało co jakiś czas poprawiać czy nadłamany paznokieć co haczy się o wszystko. Zapiła to herbatą.
Nie musiała podnosić nawet głowy, by wiedzieć kto idzie w ich stronę. Znała te kroki. Wybrzmiewały znajomym rytmem, podobnym do tego, gdy maszerował przez korytarz na drugim piętrze. A mimo to spojrzała przez ramię, wyczekując aż pojawi się w drzwiach. W końcu wszedł do środka i… to nie był jej Aaron. Znaczy był, ale… No właśnie. Wiedziała, że i ona nie przypomina w żaden sposób samej siebie. Mimo to w jasnych oczach czarownicy pojawił się wyraźny żal. Jej czy ptasi - nie było żadnej różnicy. Nie lubiła, gdy wyglądał inaczej. Zdusiła go momentalnie. To tylko głupi eliksir. Nic więcej. Kolejny z miliona środków ostrożności. Uspokoiła się dopiero, gdy podszedł bliżej. Przynajmniej użył tej samej wody kolońskiej.
- W porządku?
Skinęła głową w odpowiedzi. Nie zważała na pozostałych, kiedy podniosła rękę, żeby przesunąć palcami po wciąż mokrej skórze dłoni Aarona. Upewniła się tylko (patrząc wyjątkowo krytycznie) czy na pewno domył ten okropny mugolski smar z rąk, kiedy splotła ich palce razem. Chciała go mieć blisko. Nawet jeśli wyglądał jak wyglądał.
Trochę minęło zanim w ogóle zauważyła obecność tutejszego proboszcza. Nie żeby był cicho. O nie. Zakrzykiwał radośnie, potrząsając ramionami gospodyni i opowiadając o tym całym samochodzie. A ta poleciała parzyć więcej herbaty.


- Nie, dzięku…- Zdążyła tylko powiedzieć niewielki fragment wymijającej formułki o umówionym spotkaniu i bardzo ważnych obowiązkach i fakcie, że państwo na plebani muszą z pewnością się bardzo przygotować do wizyty kogokolwiek kto tam ich planował odwiedzić, gdy nagle…
– Żadna wizyta biskupa się nie odbędzie, krucafuks!
… ktoś jej bezczelnie przerwał. O. Tego to nie lubiła. Nawet bardzo. Aaron mógł dostrzec jak w jednej chwili z nie-do-końca-lorkowej twarzy znika maska sztucznej uprzejmości, zastąpiona za grymas wyraźnej niechęci. Zacisnęła usta, przełykając resztę słów, ale spojrzenie miała utkwione w nowo przybyłego… cholera wie kogo. Nie znała tutejszych mugoli, to i skąd wiedzieć by mogła, że trafiła im się wizyta samego wójta? Zresztą nawet jakby wiedziała, to by nie uwierzyła. Bo co za wójt wpada z krzykiem i hukiem do nie swojego domu jak ostatni cham i prostak, którym zapewne był sądząc po czerwonej gębie.
Uniosła brwi, wymieniając ostentacyjne spojrzenie z Aaronem. Powiem mu coś. Aaron odpowiedział jej zaledwie tylko lekkim zmarszczeniem brwi, które odczytała dokładnie tak jak chciała - nic mu nie mów. Przewróciła oczami, bo chłop (jej chłop) zdawał się być bardziej przejęty wąsem nieznajomego. Co oni mieli do tych nieszczęsnych wąsów? Nie no, muszę, bo się uduszę.
No i kto potrzebował legilimencji, skoro swoje myśli pani Mulciber miała praktycznie wypisane czarnym markerem na nie-swojej twarzy?
- Odnoszę wrażenie, że kwestia wizyty osoby biskupa w Dolinie raczej nie jest “sprawą rodzinną”.- Oznajmiła oschle, na dodatek machając nonszalancko tą dłonią, w której akurat nie trzymała filiżanki z na wpół wypitą herbatą. Założyła nogę na nogę jasno dając do zrozumienia, że ona się stąd nie rusza, jeśli taki był ukryty przekaz w słowach nieznajomego gościa.- Czy istnieje jakikolwiek powód dla którego tutejsza… wspólnota powinna być pozbawiona możliwości odbycia spotkania z nim? Mąż może zapewnić, że auto jest sprawne, prawda kochanie?- Odwróciła głowę w stronę Aarona, uśmiechając się prześlicznie. Zaraz jednak na nowo przeniosła wzrok na swoją nową ofiarę.- A pan to tak w ogóle kto?
Inkwizytor
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
51
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na młodszego, aniżeli jest w rzeczywistości, chociaż na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki. Pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty — wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja — z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#7
10.08.2026, 20:24  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.08.2026, 20:40 przez Aaron Andrew Moody.)  
— Ale proszę się tutaj pani szanowna nie unosić, bo naprawdę nie jest to pani sprawa — zapieklił się nieco mężczyzna, gdy Lorien zaczęła stawiać przed nim kolejne pytania, odciągając uwagę od brata bliźniaka, który świętoszkowato splótł ręce przed sobą, strugając głupa. Wójt miał krewki temperament, co brat często wykorzystywał, ale nie tym razem! W obronnym geście podniósł więc rękę, w której dotychczas ściskał coś, co podejrzanie przypominało gąsior z bimbrem, jak gdyby próbował załagodzić wymianę zdań z Lorien. Aaron wątpił jednak, aby alkohol przeznaczony był do degustacji, zwłaszcza, że w drugiej ręce — tej wzniesionej oskarżycielsko chwilę wcześniej w stronę proboszcza — wójt trzymał pudełko zapałek. Czyżby ten szaleniec przyszedł tutaj grozić podpaleniem plebanii? — Pani kompletnie nie o czym pani mówi, bo… — zaczął spokojniej wójt, ale w tym momencie Moody stracił już wszelką cierpliwość.

— Moja żona może mówić co jej się żywnie podoba — zapieklił się nagle, nie dbając wcale o to, że wójt zszedł na niższy rejestr głosowy. "Pan szanowny" lepiej niech sobie przypomni, że do kobiet należy zwracać się z odpowiednią dozą szacunku. Od razu też zaczął mu wyliczać kolejne przewinienia, w tej jakże charakterystycznej dla stróża prawa manierze, polegającym na nieustannym doszukiwaniu się czyjejś winy celem zyskania nad nim przewagi nie tyle osobistej, ale i systemowej. — A pan to w ogóle posiadasz odpowiednią licencję na pędzenie bimbru, że tak się z tym swoim samogonem obnosisz? Czy może państwo łajdacko z akcyzy okradasz?
Widać było, że aż w nim krew wrzała gorąca, wyrywał się, żeby przeprosin żądać: tak jako przed ludźmi, tak i przed… Tym, no… Bogiem. A jak nie przeprosi, to będzie się satysfakcji domagał! Dusza się potężna burzyła w tym człowieku, choć wzrostem potężny nie był: a choć temperament jego nie współgrał z tężyzną, była w Aaronie niepokojąca intensywność, która powodowała, że ludzie zwykli słuchać tego, co mówi.
— Pan niech lepiej po dżentelmeńsku przeprosi żonę za swoje zachowanie, bo ja tu przeprosin żądam i nie ręczę za siebie jak przeprosin nie dostanę.

Pomyślałam, że z tym zastraszaniem i dowodzeniem Aarona wójt wolałby sytuację załagodzić?

— Ejże, uspokój się pan, co się pan rzucasz jak okoń w przerębli — burknął poirytowany wójt, a jednak przestał wymachiwać rękoma, i zdecydowanie spuścił z tonu. To nie tak, że chciał się kłócić z bratem przy ludziach! To była sprawa tylko i wyłącznie między bliźniakami, i taką powinna pozostać.
"A pan to tak w ogóle kto?"
— Upraszam o wybaczenie, ale jestem wójtem tutejszej gminy, droga pani — nie stracił bynajmniej rezonu Wolfgoat, który przekonany był, że potrafi zachować się w każdej sytuacji. Tym razem zwrócił się wprost do Lorien. — Samorządowiec, społecznik… — Zmiarkował się, zdając sobie sprawę, że nie pomaga swojej sprawie wymachując bimbrem i zapałkami, których chciał użyć przeciwko bratu, dla niepoznaki odstawił więc gąsior na bok, a zapałki schował do kieszeni. — …Brat tego tutaj sprzedawczyka — dokończył, patrząc w stronę księdza, który zacisnął palce na drewnianym stojaku z krzyżem w kącie, jak gdyby szykował się do pojedynku w imię boże. — Biskup się będzie pytał, co z wodą dla biednych dzieci z Afryki, co żeśmy ją zbierali z inicjatywy pana Morpheusa Longbottoma. Jeden funt brytyjski za każdy jeden galon wody. Wszystko poszłoby na budowanie studni w Afryce! Już nawet umyśliliśmy, na którą misję przekazać. Dobrą wolę wykazałem. Zaangażowałem cię w to wszystko, bo jak już tym całym Afrykańcom dawać, to w końcu braciom naszym, chrześcijanom — nie jakimś dzikusom bezbożnym. A ty tak za moimi plecami, ty, podły… — Wójt potarł sumiastego wąsa, widocznie próbując zachować spokój: poza tym, że wciąż był leciutko czerwony, szło mu wcale dobrze, bo minę miał poważną, marsową; widać było, że na sprawie mu zależy, dlatego jest gniewnym. Na przemian to zerkał to na brata, to na Lorien (może tylko trochę na Aarona, który stał wsparty o oparcie jej krzesła, ale uspokoił się, gdy tylko przeprosiny usłyszał). — Jeden funt brytyjski za jeden galon wody, proszę państwa!! A wiecie, ile funtów na PKB per capita przypada poszczególnym państwom afrykańskim? Ano, nie wiecie. W Rwandzie były to dwa lata temu zaledwie 63 funty, a w Zairze — 76 funtów. A w Burundi, wiecie państwo w ogóle, gdzie jest Burundi? Tam roczna produkcja w przeliczeniu na mieszkańca wynosiła 2 razy mniej, ledwie 29 funtów, krucafuks! Tam w Afryce są biedni ludzie, nieporadni. Pomóc rzeczywiście im trzeba, bo tego odpowiedzialność historyczna wymaga… Ale nie teraz, nie teraz! Dopierośmy się sami podnieśli po katastrofie. Ale ten oto syn judaszowy biskupa zaprasza, kiedy chaos w narodzie, bo za tydzień rozstrzygnięcie akcji charytatywnej. Cała zebrana woda została wykorzystana podczas tych straszliwych pożarów, nijak dociec, kto nazbierał najwięcej… Nie wiadomo nawet, kto nazbierał ile! A biskup na ambonie stanie, rozpocznie perorę, wyrzutów sumienia wszystkim w wiosce narobi. Już moja mała Claudia się popłakała dzisiaj, że wody dla Murzynków nie starczy, bo ledwie beczkę deszczówki nazbieraliśmy od czasu Spalonej Nocy. A pani Folchart pokłóciła się ze wszystkimi sąsiadkami, bo utrzymuje, że w zeszyciku zapisywała wodę, więc powinno się jej wkład uznać za największy, choć dowodów na to żadnych nie ma… Wszyscy mnie wołają, żebym sprawę sprawiedliwie rozsądził, a sprawiedliwe się przecież nie da. No i po co ferment siać wśród ludu? Przedłużylibyśmy akcję na spokojnie, ale nie, bo ty na biskupa przecież chcesz się wybić! Wykazać się, żeby cię w kurii awansowali. A bo może niedobrze ci tutaj, sanhedryńczyku? Faryzeuszu ty przebrzydły, ty! Ty, ty… Ty trąbo jerychońska! Bogu dać co boskie, trąbicie, a cesarzowi co cesarskie. A ja to ci co najwyżej mogę dać w nos, plebanie zafajdany. — Wójt pogroził równie czerwonemu na twarzy bratu zaciśniętą pięścią. — Żadnej wizyty biskupa nie będzie! — zagrzmiał.

Aaron na początku wydawał się sytuacją poirytowany. Niespecjalnie interesował go konflikt między proboszczem a wójtem, którzy wymieniali się coraz to bardziej fantazyjnymi inwektywami. Nie słuchał ich zbyt uważnie. Zastanawiał się, jakiej wymówki użyć, żeby mogli razem z Lorien jak najszybciej opuścić plebanię. Zmarszczył jednak brwi, gdy usłyszał o akcji charytatywnej zorganizowanej przez rodzinę Longbottom. Rzeczywiście, pomysł był zmyślny, zdążył już zapomnieć o tej akcji. Być może mieszkańcy Doliny Godryka niemagicznego pochodzenia zdołali dzięki temu ocalić część swojego dobytku. Szkoda, że nie pomogło to w żaden sposób Warowni.
Coś w sercu Moody'ego ścisnęło się na tę myśl.
Patrząc na kłócących się z sobą mugoli nie czuł już irytacji. Czuł coś skomplikowanego, czego nie umiał do końca nazwać. Często tak się czuł, gdy zawiódł, gdy musiał rozłożyć bezradnie ręce, bo nie dało się zrobić dla sprawy niczego więcej, jak zamknąć śledztwo. Chyba im współczuł. Współczuł tym ludziom, że nie wiedzieli lepiej. Nawet jeżeli mugolska naiwność nie szła w parze z niewinnością, nie była to przecież ich wojna. Co ten głupi proboszcz mógł wiedzieć o planach Voldemorta? Co wójt mógł wiedzieć o atakach Śmierciożerców? Gdy wójt mówił o odpowiedzialności historycznej za kolonializm, Aaron miał ochotę zaśmiać się gorzko. Mugole nie byli przecież świadomi, że sami muszą polegać na cudzej łasce, ażeby przeżyć. Aaron uważał kodeks tajności za doskonały kompromis. Jednostki słabe należało bowiem chronić, także przed nimi samymi. A mugole byli słabi. Jak wiele wojen wywołali za przyczyną swej słabości? Nie umiał im jednak nie współczuć. Nikt nie przejmował się losem myszy pożartej przez kota, bo takie było już prawo natury, że silniejszy zabija słabszego. A jednak bolał widok kota przejechanego przez samochód na zboczu drogi. Bo zabiło go coś nienaturalnego, coś nienależącego do porządku świata, do jakiego należało zwierzę. W tym momencie nawet łaskawość Longbottomów wydała mu się śmieszną: mogli pomóc mugolom ocalić życie i dobytek przed pożarami, ale po wszystkim ingerencja w świat niemagiczny jak zawsze kończyła się nieporozumieniem. Bo oto miał przed sobą mugoli, którzy kłócili się o tę samą wodę, która miała im pomóc przetrwać Spaloną Noc.

Aaron przysiadł obok Lorien, nie zdjął jednak ręki z oparcia jej krzesła. Wcześniej był gniewny, ale teraz wydawał się zamyślony. Wolną ręką szarpał wąsa, dziwnie przejęty. Nie mógł zbawić całego świata. Nikt nie mógł, nawet bogowie, chociaż każdy jeden z nich obiecywał swoim wyznawcom zbawienie, a przynajmniej coś na kształt zbawienia.
Wbrew pozorom, Moody nie zawsze miał z religią na pieńku. Dawno temu, gdy był jeszcze dzieciakiem ledwo odrosłym od ziemi, babka zabierała go z sobą do kowenu. Za przyzwoite zachowanie przyobiecane miał po powrocie do domu łakocie. Nie byle jakie! Wizyty u babci zawsze miały mu się już kojarzyć z jej bułkami drożdżowymi z dżemem. Nie żeby zawsze zachowywał się przyzwoicie… Kiedyś strasznie mu się nudziło na nabożeństwie, więc postanowił zacząć praktykować magię bezróżdżkową. Nie żeby miał jakiś wybór, skoro własnej różdżki jeszcze wtedy nie posiadał. Ale niektórzy bardzo utalentowani aurorzy zaznajomieni byli z arkanami tej sztuki: ojciec mu o tym opowiadał, więc musiała to być prawda. A że Aaron zamierzał zostać najlepszym aurorem w całej wielkiej Anglii, musiał zacząć wprawiać się w magii bezróżdżkowej jak najszybciej, żeby móc ich wszystkich przewyższyć.
Zapatrzył się więc w stojący przy ołtarzu lichtarz, na którym płonęła chyba z setka świec. Wyobraził sobie, że wybuchają ku czci bogini jak fajerwerki na festynie… Kto bowiem nie lubił fajerwerków? Albo festynów? Przypatrywał się z uwagą posągowi Matki, górującym nad wiernymi. Odblask płomieni świec zdawał się tańczyć w jej nieruchomych oczach. Wierzył w nią wiarą dziecka, naiwną, i pełną zachwytu. Może dlatego tak silną niechęć poczuł, gdy korpulentna matrona z ogromną tiarą na głowie wpakowała się do ławki tuż przed nim, przesłaniając mu widok na ołtarz.
W tym samym momencie jej niedorzeczny kapelusz zajął się ogniem.
Babka trzepnęła go po łapach, które zacisnął na znalezionym w kowenowej ławce śpiewniku, wyginając go w rulon imitujący różdżkę. Pociągnęła wnuka za fraki w stronę dalszej nawy kaplicy, a potem na zewnątrz, zanim ktoś zorientował się, że pożar był jego dziełem.
"Dziecko, tak nie można się zachowywać, a już na pewno nie w kowenie. Matka na ciebie patrzy!", jęknęła pani Moody.
"Tylko Matka?", spytał rozczarowany Aaron. Z tego, co mu wtłoczono z katechizmu do głowy, wyciągnął bowiem, że bogini występuje pod trzema postaciami: Dziewicy, Matki i Staruchy.
Uważał, że wszystkie trzy zasługiwały na zobaczenie jego sztuczki.
A drożdżówkę i tak dostał, bo okazało się, że babka nie znosiła pani Rigby odkąd tamta zasłoniła ją szerokim rondem swojego kapelusza na pamiątkowym zdjęciu ze spotkania kowenowego chóru. Dobrze, że nie powiedziała o niczym ojcu, bo pewnie dostałby niezłe manto. Ale wtedy był przecież tylko głupim dzieciakiem, miał może ledwie z pięć lat. Teraz miał pięćdziesiąt, a jego stosunek do bogów wyglądał zgoła inaczej.

Nie wiedział nawet kiedy jego dłoń odnalazła dłoń Lorien. Powinniśmy stąd iść, pomyślał. A jednak nie ruszył się z miejsca, niemo przypatrując się krzyczącym na siebie braciom. Zmęczony był już ich krzykami. Zarówno wójt jak i proboszcz zapomnieć musieli o ich obecności na plebanii, choć teraz mówili coś o samochodzie… Powinniśmy stąd iść, chciał powiedzieć Lorien. Zamiast tego ścisnął delikatnie jej dłoń, patrząc jak pleban rzuca w wójta Biblią.

— To którego obstawiasz? — spytał cicho.


I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
pocket size elderich horror
I don't sleep.
I just dream.
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#8
02.09.2026, 22:35  ✶  
- Ależ proszę się tutaj szanowna pani nie unosić.
Ona jeszcze mogła się zacząć unosić. Jak na razie to była całkiem spokojna. Każdy kto Lorien lepiej znał niźli tylko z widzenia, rozróżnić potrafił też całkiem nieźle stopnie jej podirytowania. Czasami drgała jej tylko powieka - zazwyczaj, gdy jeden z drugim stażysta zadał jakieś wyjątkowo głupie pytanie albo Harry pojawił się w zasięgu wzroku. Potem pojawiało się głębokie westchnięcie - resztki zrozumienia dla idiotyzmu ulatywały wraz z nim z płuc. Podirytowana do granic możliwości Lorien… wyglądała z kolei jak swoja matka. Tak samo nieprzystępna dla ubogich śmiertelników.
Dlatego teraz w milczeniu odwróciła głowę w stronę krzykacza. Zacisnęła usta pełna niedowierzania i dezaprobaty; uniosła dłoń do góry niemo dając czerwonemu ze złości wójtowi znać, że już czas się zamknąć. A przynajmniej dała mu jeszcze parę cennych sekund, żeby skorzystał z przysługującego mu prawa do zachowania milczenia. Nie skorzystał. Jaka szkoda.
Nie zamierzała się kłócić. Kłótnia co do zasady wymagała emocjonalnego zaangażowania, którego wcale nie zamierzała okazywać.
Nie musiała się zresztąodzywać, bo jej ukochany ministerialny pies zerwał się z łańcucha. Zamiast samej się unosić i wykłócać z tą niższą formą społeczną jaką był mugol, po prostu upiła swojej herbaty. A że była jeszcze za gorzka to dodała do niej kolejnej łyżeczki cukru.
- Jestem wójtem.
- To dopiero… rozczarowująca informacja.- Oznajmiła spokojnie. Wybaczenia nie otrzymał.- Najwyraźniej każdy może się dopchać tu do stołka.
Poruszyła palcami w powietrzu, zaledwie cal nad blatem stolika. Próbowała strzepnąć z opuszków nagłą potrzebę rzucenia uroku. Jakie to byłoby proste - sprawić, żeby problem z chamem sam się rozwiązał. Przez przypadek upuściłby swój samogon, odpalił jedną zapałkę od drugiej i puff - ogień murowany. Był wójt, nie ma wójta. Może ucierpiałby ten obraz, co to go lubiła gospodyni i parę szafek, ale to zawsze można było odkupić. Rytualne samospalenia w obronie lokalnej społeczności nie były może oficjalnie praktykowane, ale czy było coś lepszego od oddolnej inicjatywy?
Ostatecznie różdżka pozostała bezpiecznie ukryta w rękawie, a wójt jak stał tak stał. Żal, że przestał wymachiwać łapami. Jeszcze by sobie oko wybił.
Zaraz zresztą zaczął dyskutować o wodzie i biskupie. Dyskusja co prawda przypominała monolog, bo nikt z pozostałych nie kwapił się do rozmowy z awanturnikiem, ale co się dowiedziała to jej.

Zdarzało się Lorien, ot jak większości czystokrwistych paniątek, żyć pod przysłowiowym kamieniem. A że Dolina Godryka z sadami i jarmarkami, sama w sobie nieszczególnie ją interesowała, toteż omijały ją wszelkie małomiasteczkowe wymysły. I to najwyraźniej był absurdalny błąd.
Zbieranie wody. Spalona Noc. Morpheus Longbottom.
Pani Mulciber zacisnęła usta święcie przekonana, że oto właśnie mugol nieświadomie podsunął rozwiązanie na wszelkie bolączki jej ministarialnego świata. Ktoś tu wiedział, nie powiedział, se posiedzi z dziesięć lat.
Zabolało.
Wcale niemagicznym nie współczuła. Nie współczuła im pozycji jaką zajmowali w świecie, który robił wszystko by ich chronić. Wyzbyła się tego przez lata pracy w Ministerstwie. Ich niewiedza była największą z łask jaką czarodzieje mogli niemagicznym kiedykolwiek ofiarować. Czym były czołgi przeciwko zaklęciom, czym marne wojska przeciwko szatańskiej pożodze? Gdyby nie święte Prawo Czarodziejów poplecznicy Voldemorta czy Grindenwalda wcale nie musieliby nosić masek.
A oni wciąż byli tacy… niewdzięczni. Tacy słabi. Tacy żałośni.
A teraz… Morpheus Longbottom miast bronić swoich, chronił ich? Gdzie był, gdy płonęła Pokątna? Little Hangleton? Warownia?
Pierdolony zdrajca własnego gatunku.
- Jakie to szczęście dla Doliny.- Powiedziała wreszcie. Spojrzenie, pozbawione w tym momencie jakichkolwiek ciepłych uczuć czy oznak rozbawienia miała utkwione w Aaronie. Badała go. Sprawdzała. Ciężar odkrycia osiadł nagle na jej ramionach, zdawał się być wyczuwalny w całym pomieszczeniu.- Prawdziwy jasnowidz z Pana Longbottoma. Naprawdę szkoda, że nie zrobił z tego ogólnokrajowej akcji. Może i nas w Londynie, by ta jego intuicja uratowała.
Każde jedno słowo zostało wypowiedziane z uprzejmością na jaką potrafią zdobyć się tylko zaprawieni w bojach i debatach politycy, gdy kiwając głowami oświadczają, że zależy im przede wszystkim na dobru ogółu społeczeństwa. Szkoda tylko, że Lorien Mulciber aż pobladła ze złości. Ale nawet twarz blondwłosego anioła, którą przyjęła na ten krótki poranek niewiele się zdała, gdy przywary pozostały takie same. Przechyliła tylko powoli głowę, ujmując Aarona za dłoń i wpijając krótkie paznokcie dotkliwie w jego skórę.
Wiedziałeś?
Niewypowiedziane pytanie zawisło między nimi jak topór kata, który tylko z utęsknieniem czeka na egzekucję. W myślach powiesiła już Longbottoma. Moody miał być następny i na nic zdały się wszelkie zmiany tematu. Jak na razie obstawiała, że wszyscy tutaj obecni szybko stracą głowy jeśli sprawa z cholerną wodą się nie wyjaśni.
W końcu uznała, że starczy tej szopki.
Wójt i biskup wyglądali jakby zaraz się mieli pobić, a ona nie obstawiała w walkach kogutów.

Zsunęła z palca jeden ze swoich drogocennych pierścionków. Puściła go na blat, gdzie zakręcił się kilka razy, nim ciężarem naturalnego kamienia wytracił pęd i zatrzymał się z cichym stuknięciem. Przeglądała się przez chwilę w połyskującym rubinie.
- Dla Claudii. Na otarcie łez.
Poczuła jak Aaron odsuwa jej krzesło, gdy tylko zdecydowała się podnieść od stolika. Wsparła się na aurorze nieco mocniej. Mieli jeszcze sporo do załatwienia, a zbawienne działanie eliksiru wzmacniającego powoli ustępowało. Zresztą czekała ich jeszcze poważna rozmowa po drodze.
Inkwizytor
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
51
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na młodszego, aniżeli jest w rzeczywistości, chociaż na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki. Pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty — wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja — z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#9
16.10.2026, 22:43  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.10.2026, 22:46 przez Aaron Andrew Moody.)  
Aaron pozostawał kompletnie nieświadomym tego, że we wyobrażeniach Lorien już był martwym. Nie wiedział, że odczytała mu akt oskarżenia, osądziła, a potem straciła go przez powieszenie. Nie spodziewał się, że zadynda na tej samej szubienicy, na której wcześniej powiesiła Morpheusa. A może koniec przyszedł przez dekapitację, dokładnie tak, jak opowiadał mu przed laty Prawie Bezgłowy Nick? Duch z nabożną wręcz powagą traktował każdą rocznicę swojej śmierci, chętnie odpowiadając wówczas na dociekliwe pytania młodego gryfona, wyjątkowo zaaferowanego technikaliami egzekucji. "Gdybym nie umarł wtedy, nie mógłbym żyć teraz", mawiał sir Nicholas, który lubił kończyć swoje opowieści maksymą. Łatwo przez to szło zagubić się w tych opowieściach… Podobnie jak i w natłoku metafor w głowie Lorien. Gdyby jednak Aaron wiedział, co za myśli kłębią się w jej wnętrzu, zapewne uśmiechnąłby się przekornie, a może nawet zażartował, że oto zdołał wreszcie wywrzeć na nią dobry wpływ.
W końcu jedynym problemem jaki Aaron Andrew Moody miał z wyrokami śmierci było to, że zapadały zbyt rzadko.
Zmarszczyłby jednak brwi, że w pierwszym odruchu chciała go powiesić, jak jakiegoś szubrawca. Niechże sobie jasnowidz dynda, niech mu ptaki wydziobują oczy, bo to tylko wzruszało posiadaczy daru widzenia: nie śmierć, lecz wiążąca się z nią ślepota. Aaronowi Moody'emu należał się co najmniej szafot. Od ostrza miecza ginęli obywatele rzymscy, przywilejem niedostępnym dla cudzoziemców: oto była śmierć godna wolnego człowieka, która oszczędzała skazanemu publicznego upokorzenia związanego z długą agonią. Śmierć przez ścięcie uważana była za honorową. Nawet jeżeli Aaron niewiele znajdował honoru w wyobrażeniu tak okaleczonego ciała, uważał, że była najbliższą plutonowi egzekucyjnemu w tym, co przystawało godności aurora. Zresztą, było coś chorobliwie satysfakcjonującego w wizji ściętej głowy toczącej się po szafocie. Coś rozkosznie prymitywnego, pomyślał Aaron, przygladając się puszczonemu po blacie pierścionkowi. Większość nazwałaby taki sposób myślenia zacofaniem. Nie dało się jednak zaprzeczyć, że najwyższą inspiracją dla nowożytnych rewolucji było wynalezienie gilotyny.
Osadzony w pierścieniu rubin połyskiwał czerwienią, w której oboje z Lorien przeglądali się jak w kałuży krwi. Aaron odwrócił wzrok szybciej. Oto był klejnot warty więcej niż afrykańskie państwa, do których chcieli słać pomoc mugole. Warty zapewne dokonania schizmy między braćmi bardziej niż wizyta biskupa.
Odsunął Lorien krzesło, skłonił się krótko w stronę staruszki, która próbowała skłóconych braci godzić, a potem zdecydowanym krokiem podążył w stronę wyjścia, puszczając kobietę przodem. Słowa pożegnania utonęły pośród krzyków, którymi rozbrzmiewała wiejska plebania. Szybko zostawili staroświecki budynek za sobą, oddalając się od mugolskich osiedli w poszukiwaniu zasłużonej ciszy i spokoju.
— Nie umiem sobie chyba poradzić z tym, co pozostało po Spalonej Nocy — stwierdził nagle Aaron, kopiąc bezmyślnie kamyk, leżący na drodze. — Z niedorzecznością tego wszystkiego. — Przejechał ręką po włosach w odruchu, którego nawet eliksir wielosokowy nie zdołał zamaskować. — Pamiętasz, jak wręczyłaś mi listę nazwisk tych mugoli, których wprowadzono do atrium? Byłem przekonany, że sprawa jest prosta. Nie była. Oczywiście, że nie była. Nigdy nie jest. — Kopnął kamień raz jeszcze, patrząc, jak toczy się dalej. — Konserwatyści wściekli byli na tych, którzy wpuścili mugoli do wnętrza Ministerstwa. Liberałowie bronili się, zarzucając konserwatystom rasizm. Gdy stwierdziłem, że było to niedopuszczalne naruszenie prawa tajności, zebrałem zdziwione spojrzenia tych, którzy zawsze mieli mnie za… No wiesz. — Nie wiedział, jakiego słowa użyć. — Porządnego — zdecydował w końcu Aaron. — "Odmawiać pomocy potrzebującym w chwili zagrożenia?", pytali z niedowierzaniem. Tak naprawdę pytali, czy rzeczywiście wolę trzymać z tymi, którym bliżej niż dalej sympatią do Śmierciożerców. Ty przyzwyczajona jesteś do konieczności wynoszenia się ponad prostą moralność, ale moje życie tak nie wygląda. — Jak już zresztą zdążyli ustalić podczas pamiętnego spotkania po tegorocznym Mabon, pomyślał Moody. Kopnięty przez aurora kamyk podskoczył aż, wyprzedzając ich na ścieżynie. — Spytałem wtedy, dlaczego uważają, że chcę komukolwiek odmawiać pomocy. Bo nie chcę. Nigdy nie chciałem. Po prostu nie uważam, żeby ktokolwiek z nich pomógł mugolom, wprowadzając ich do gmachu Ministerstwa. Uważam, że wręcz im zaszkodził. Nie mówię już o prawie tajności wyłącznie. Mówię o tym, że niemagiczni narażeni zostali na to, co dla czarodzieja jest niewyobrażalnym. Grzebanie w głowie przez amnezjatorów nie jest zabiegiem pozbawionym skutków ubocznych. Manipulacja umysłem jest ryzykowna. Modyfikacja pamięci pozostawiać może ślady. — Dłoń Aarona zacisnęła się na chwilę mocniej na dłoni Lorien. Rzadko mówił o oklumencji, a jednak widać było, że obrona suwerenności jego umysłu jest sprawą, którą traktował nader poważnie, nie tylko ze względów bezpieczeństwa. Wciąż czuł dyskomfort myśląc o sesjach hipnozy, jakim się poddał ze względu na nawracające halucynacje. Nie potrafił nie uciec również myślami w stronę córki, która hospitalizowana była tej wiosny w Lecznicy Dusz. Wiedział, że wielu tamtejszych pacjentów leczyło się z powodu skutków ubocznych zaklęć amnestycznych. Aaron ciężko znosił poczucie bezradności, które pojawiało się, gdy myślał o ich losach.
— "Więc lepiej było pozwolić im umrzeć", usłyszałem w odpowiedzi, jak gdyby istniały tylko dwa wyjścia z tej sytuacji. Zasugerowałem, że lepiej byłoby ewakuować niemagicznych w inne miejsce, miejsce bardziej dostępne niż Ministerstwo Magii. Wystarczyło przecież sprowadzić ich do metra. Do schronów, które służyły obronie ludności cywilnej za czasów wojny, gdy nad miastem krążyły samoloty bombowe. Po co bez potrzeby narażać i ich, i nas? — Kamyk potoczył się gdzieś w trawę jak głowa spadła z szafotu, znikając kompletnie z pola widzenia Aarona. Ten wreszcie zmuszony został spojrzeć na Lorien, uśmiechając się do niej lekko, jak gdyby sam podkpiewał z własnej opowieści. Kpiącą była bowiem puenta, jaka ją wieńczyła. — A wtedy jeden z nich spytał, czym jest metro.
Jak wielu znał takich ludzi? Takich, którzy w sprawę byli zaangażowani, a wręcz mienili się sympatykami mugoli, a jednak nie wiedzieli nic o mugolskim świecie. Świecie tuż obok świata czarodziejskiego, który w większej części był przecież wspólnym, niż odrębnym. Nie chciał przerzucać się oskarżeniami o ignorancję, a jednak nie znajdował innego powodu, dla którego czarodzieje postępowali tak, jak gdyby nie myśleli o konsekwencjach. Między deklarowaną troską a rzeczywistą zdolnością rozumienia tych, którym chce się pomóc, istniała przepaść, której ogrom go przerażał.
— Po prostu nie mogę zrozumieć… Jak to jest, że patrzymy na mugoli "albo albo". Albo z perspektywy tego ich Boga, którego wymalowali sobie na ścianach. Wszechmocni, ale odlegli. Wymagający, żeby klękali przed czymś potężniejszym od nich samych, bo inaczej czeka ich potępienie, czy o co tam chodzi w tej ich religii. Albo w taki sam sposób, w jaki ten cały wójt patrzy na mugoli z misji w Afryce. Słyszałaś go? "Tam w Afryce są biedni ludzie, nieporadni"… No tak, kolonializm wcale nie przyczynił się do tej biedy. I jeszcze gadał, że odpowiedzialność historyczna wymaga, żeby pomóc. Jak gdyby wiedział cokolwiek o zawiłościach polityki interwencjonizmu gospodarczego. Zacząłem się zastawiać, czy sam nie brzmię podobnie. Taka wyższość w połączeniu z protekcjonalną pobłażliwością też mnie obrzydza. Mam wrażenie, że wszystko zawsze sprowadza się do tej przeklętej ideologii. A ja… A ja po prostu chcę postępować tak, jak należy. — Moody westchnął, widocznie nie chcąc się nakręcać: nie było w nim jednak znajomej ikry, która pojawiała się w trakcie dyskusji światopoglądowych, a raczej… Zrezygnowanie. Aaron wydawał się zwyczajnie zmęczony. Potrząsnął głową, widocznie chcąc odsunąć od siebie niechciane przemyślenia. — O czym w ogóle gadałaś z tą gospodynią? Wydawałaś się spięta, gdy wszedłem. Wszystko w porządku?


I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
pocket size elderich horror
I don't sleep.
I just dream.
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#10
17.10.2026, 22:59  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.10.2026, 23:13 przez Lorien Mulciber.)  

Przez dłuższy czas nie potrafiła otrząsnąć się z ciężaru informacji jaki spadł na jej barki. Informacji zdawałoby się nieistotnej, znanej wszystkim w Dolinie Godryka. Nie raczyła pożegnać się z gospodynią czy kłócącymi braćmi.
Nawet na nich nie spojrzała wychodząc z plebani na zalane słońcem podwórze. Brak pierścionka ciążył jej z każdym krokiem coraz bardziej.
Słuchała Moody’ego w milczeniu, próbując uporządkować myśli.
- Co jest bardziej niedorzeczne? To, że Morpheus Longbottom zbierał wodę akurat przed największym atakiem terrorystycznym na naszą ojczyznę czy to, że Warownia i tak runęła? Suum cuique.- Spytała beznamiętnie, obserwując kamień, który stał się bogu ducha winną ofiarą policyjnej brutalności i w końcu potoczył się do przydrożnego rowu.
Dom rodzinny Longbottomów spłonął tamtej nocy i, ku własnemu zaskoczeniu, Lorien nie potrafiła znaleźć w sobie krzty współczucia. Była w tym niemal dziecięca satysfakcja, której nie próbowała się wypierać. Niech będzie, że to karma, że to jakiś zaciągnięty u Losu dług i przyszedł czas spłaty. Rachunek, którego Bogowie nie pozwolili spłacić paroma beczkami wody dla “Afryki”.
Pieprzeni jasnowidze i ich pieprzone prawa czasu. Zawsze ponad całą resztą ludzkości.
Jeśli wiedział. Jeśli tylko i wyłącznie przeczuwał, że nadejdą pożary, mógł powiedzieć Wizengamotowi. Mógł poinformować Ministerstwo. Komukolwiek kto byłby w stanie pomóc. Wtedy może i Londyn miałby szansę.
Nie dopuszczała do siebie myśli, że Niewymowny mógł się swoją wizją podzielić i niczym mityczna Cassandra, zostać kompletnie zignorowanym. Tym bardziej - że nie powiedział, bo posądzał ich o to o co ona podejrzewała w tym momencie jego - o zdradę.
- Nie wiem czy cię to pocieszy, ale jako, jak to ostatnio stwierdził sędzia Potter… ach, niereformowalna konserwatywna ministerialna biurwa uważam, że jesteś porządniejszy od każdego lewicowego krzykacza. Dlatego dałam ci listę, nie dlatego, że uznałam, że będziesz wyglądać seksownie pokrzykując na Amnezjatorów.

Zatrzymała się na moment przy krzewie dzikiej róży porastającej jeden z okolicznych płotów, gdy gałązka zaczepiła się o materiał jej nowiutkiego kożucha. Odłamała ją i obracała między palcami.
- Byłam przeciwna wpuszczeniu ich do Ministerstwa tamtej nocy. To nie jest żadna tajemnica. Tylko kiedyś czyniłoby to ze mnie kochanicę Szanownego Ministra Magii Malfoy’a. Dzisiaj - Voldemorta, co uważam za szaloną degradację.- Zakpiła, chociaż złośliwy uśmieszek wciąż nie obejmował jej jasnych, zniekształconych przez eliksir wielosokowy oczu.- Dla ludzi nie ma znaczenia Aaronie czy nie chciałeś ich wprowadzić do naszego świata dla ich własnego dobra czy w poczuciu obowiązku wobec zasad Kodeksu Tajności. To zawsze będzie czarno-białe. Kto z nami, kto przeciw nam.

Poczuła na sobie jego spojrzenie, ale uparcie sama go unikała. Może dlatego, że prawda była zbyt bolesna, by myśleć o niej w tak śliczny poranek? Kiedy jednak zacisnął nieco mocniej dłoń na jej dłoni, przesunęła czule kciukiem po jego skórze. Była tu. Wciąż tu przecież była. A jednak nie mogła wyzbyć się cichego poczucia, że może rzeczywiście lepiej było pozwolić im umrzeć.
Śmierć w gruncie rzeczy niosła za sobą pewnego rodzaju godność. Tymczasem w żyjących Spalona Noc pozostawiła rany, których cały czas nie zdołali oczyścić. Zainfekowane niewidoczne blizny.
Pozostali przy życiu i musieli nauczyć się z tym żyć. Każdego ranka wstawali z łóżek, szli do pracy, mijali swoich sąsiadów i współpracowników. Ignorowali puste miejsca. Ignorowali tych, którzy puste miejsca obsadzili. Ministerstwo Magii było złożonym mechanizmem. Aby przetrwać - musiało działać sprawnie.
Nie zamierzała opowiadać bajek o własnej niewinności. Przecież wcale nie była niewinna ani dzielna ani święta. Nie była też szczególnie zainteresowana by za takową uchodzić. Użyła uroku na mugolskim strażaku, żeby ocalić swój dom. Nie zastanawiała się wtedy czy miała prawo do manipulowania jego umysłem. Nie musiała - oczywistym była odpowiedź. Ale strażak był tylko narzędziem. Po prostu popchnęła go w odpowiednią stronę.
Widziała zagrożenie, znalazła rozwiązanie.
Gdyby postawiono jej zarzuty - odpowiedziałaby dokładnie to samo. Wokół było zbyt wielu niemagicznie urodzonych, by bezpiecznie translokować wodę z Regent’s Canal. Magia umysłu pozostawała najbezpieczniejszą i najbardziej dyskretną z możliwych opcji. To albo patrzenie jak zabytkowa kamienica od pokoleń należąca do Prewettów spala się do samych fundamentów.

Zrobiła to bo była samolubna. Zrobiła to, bo w chwili zagrożenia wydało jej się to jedynym rozwiązaniem.
Nie czyniło jej to bogiem.  Nie czyniło jej też potworem, choć nie miała już pewności czy różnica miała dla kogokolwiek poza nią jeszcze jakiekolwiek znaczenie.

- Czasem patrzę na sędziów i zastanawiam się, czy ktokolwiek z nich maszerował ulicami ósmego września w szeregach Śmierciożerców. Lubię myśleć, że żaden, ale statystycznie rzecz biorąc… sam przecież wiesz. Nie było dnia, odkąd wróciłam do pracy, żebym nie czytała wokandy i nie obstawiała sama ze sobą, czy tym razem zobaczę znajome nazwisko wśród oskarżonych. Czy dziś jest ten dzień, w którym będę musiała wybrać między prawem a ludźmi, których miałam za przyjaciół? Czy zdążę wypić kawę, zanim dowiem się, że ktoś, kogo codziennie mijam na korytarzu w Departamencie, tamtej nocy zamordował jakąś mugolską rodzinę albo podpalił moją kamienicę? Czy będę miała siłę wybrać dobrze? Czy zdołam wznieść się ponad prostą moralność? Gdyby nie to, że dzieciak do niczego się nie nadaje, podejrzewałabym nawet takiego jednego stażystę, Harry’ego.
Ani przez moment nie przestała bawić się zerwanym przydrożnym kwiatkiem. Róża zdążyła już zgubić kilka płatków.
- Myślisz, że w tej wojnie kiedykolwiek chodziło o mugoli, Aaronie? - zapytała nagle.
Docisnęła palec mocniej do kolca, pozwalając mu przebić opuszek. Syknęła, ale zdawała się bardziej zaaferowana kroplą krwi, która zebrała się na powierzchni skóry, niż samym bólem.
- Spójrz. Oto owoc setek lat czystokrwistego chowu, małżeństw bez miłości, politycznych rozgrywek i niewyobrażalnych pieniędzy. Gdyby nie to, że jest skażony klątwą, byłby jednym z cenniejszych okazów na rynku matrymonialnym. Konserwatyści powiedzą ci, że bronią prawa i tradycji, że bronią dzieci i przyszłości magicznego świata - i będą mieli rację. Bronią właśnie tych dzieci, zrodzonych z tej krwi. Liberałowie powiedzą, że czasy się zmieniły, że należy otworzyć się na świat, którego nie rozumiemy, i na ludzi, w których rodzinach magia zakwitła po raz pierwszy. Powiedzą, że inaczej wyginiemy - i oni również będą mieli rację. Ale…- Zamilkła na chwilę, zupełnie jakby trudność sprawiało jej samo zebranie tej konkretnej myśli w jedno, proste zdanie.- nikogo nie obchodzą te dzieci. Nie tak naprawdę. Nikogo nie obchodzą nawet mugole. To nie jest wojna między nimi, a nami. Między magią, a technologią. Są tylko pobocznymi ofiarami segregacji, która trwa od dziesięcioleci i trwać będzie na długo po naszej śmierci.
Dopiero teraz odwróciła się do Aarona. Wyrzuciła kwiatka za siebie. Spadł zapomniany na szutrową drogę, którą spacerowali, zanim wiatr porwał go gdzieś dalej. Lorien nawet za różą nie spojrzała.
- Nie zadręczaj się tym. - Poprosiła cicho.
Nie chciała, żeby zabrzmiało to jak polecenie, choć może właśnie tym jej prośba była. Aaron mógłby sprawę roztrząsać aż do grobowej deski, a potem i dłużej; rozkładać ją na czynniki pierwsze, wracać do każdej podjętej decyzji, szukać błędów w sobie i innych. Analizować co i kiedy należało zrobić, by ocalić jeszcze kilka istnień. Był w tym upór aurora. Była w tym zwyczajna ludzka potrzeba niesienia pomocy.
- Nie twoja wina, że paru lewaków nie wie czym jest metro, bo uznali, że mugoloznawstwo jest zajęciami poniżej ich godności. Ale może… może i lepiej, że nie zaprowadzono mugoli do schronów Aaronie?  Wystarczyłby jeden śmierciożerca, który wie co nieco o mugolskiej historii, zwłaszcza tej z ostatnich lat, żeby ofiar było znacznie więcej.

Z wyraźną ulgą przyjęła zmianę tematu.
- Ta gospodyni była po prostu bardzo… no była bardzo. Zmęczyła mnie. I cały czas mówiła o jakimś Jeszui, który dotarł do Jerozolimy na ośle. A potem o misjonarzach i tym biskupie… - Wsparła się wygodniej na ramieniu Aarona, gestykulując lekko wolną ręką, jak to miała w zwyczaju, gdy opowiadała cokolwiek.- I pomyślałam jak miło byłoby znów odwiedzić Jordanię i Al-Karak. Spędziłam tam… spędziłam tam trochę czasu w młodości. Spodobałyby ci się ruiny zamku krzyżowców.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Aaron Andrew Moody (5670), Lorien Mulciber (5562)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa