• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[05.10.1972] Krótka rozprawa między sędzią, aurorem, wójtem i plebanem

[05.10.1972] Krótka rozprawa między sędzią, aurorem, wójtem i plebanem
Karma police
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
52
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na starszego, aniżeli jest w rzeczywistości: na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki, a pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty – wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja – z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#1
26.12.2025, 23:33  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.03.2026, 23:13 przez Aaron Andrew Moody.)  
Przechadzka po Dolinie Godryka

– ...A jeśli ktoś dziś zapyta nas o nazwisko, powiedz po prostu pierwsze, które wpadnie ci do głowy – mruknął, nachylając się ku Lorien, niby to niechcący musnąwszy ustami jej ucho. – Ale, przysięgam, jeśli będzie to nazwisko kogoś poszukiwanego listem gończym... Uznam to za osobistą zniewagę.
Uśmiechnął się lekko, z aktorskim zacięciem podkręciwszy wąsa, jak na rasowego aurora działającego pod przykrywką przystało. Nieco rozbawiony był masakradą, jakiej właśnie się dopuszczali. Od czasu zaręczyn poszukiwali małego domku na wsi, ale nie chcieli, aby wieść o tym rozniosła się po ludziach. Paranoja Aarona robiła swoje... Ale przecież nie możemy kupić w ciemno, przekonywał Lorien, która zachwycała się każdą wymagającą gruntownej renowacji ruderą porośniętą bluszczem. Domagał się, żeby obejrzeli osobiście każdą wystawioną na sprzedaż lokację, i miał rację. Lorien wysłuchiwała prezentacji agentów nieruchomości, podczas gdy Aaron latał z różdżką jak poziomnicą, podskrobał paznokciem tynk, opukiwał ściany nośne... Tylko po to, żeby potem pokręcić z dezaprobatą głową. Tworzyli naprawdę dobrą drużynę. Odwiedzili już ze trzy posiadłości, wszystkie pod Londynem, zanim padł pomysł przeniesienia się jeszcze dalej od miejskiego zgiełku... A czy istniało bardziej sielskie miejsce niż Dolina Godryka? Zabrał Lorien na przechadzkę, żeby obejrzała sobie osadę na spokojnie. Sam bardzo dobrze znał te okolice, bo przecież za dzieciaka często gościł w Warowni, bawił się w okolicznych lasach, bujał się z Woodym i resztą przyjaciół po miasteczku.

Aaron spojrzał na swoje odbicie w witrynie malutkiego sklepiku położonego w blisiim sąsiedztwie kościoła. Przez moment naprawdę nie rozpoznał człowieka, który odwzajemniał jego spojrzenie. Eliksir wielosokowy naprawdę robił robotę. Obcy kształt szczęki pokrytej zarostem, zaskakująco prosta linia nosa, rozmierzwione jak u młokosa włosy, jak gdyby dopiero zszedł z miotły...

– A niech cię wszyscy diabli porwą! – Usłyszeli nagle przekleństwo. Aaron uniósł brwi. Przed budynkiem plebanii stało bowiem auto z podniesioną maską, a obok niego, zaaferowany mężczyzna w sutannie. Skrzywił się, słysząc jak próbuje odpalić silnik. Na początku zarzępolił straszliwie, a potem zaczął dziwnie piszczeć... W myślach ocenił, na ile czasu mniej więcej wystarczy im eliksiru wielosokowego, gdy ksiądz potykając się, wypadł z auta, klnąc na czym świat stoi.

Nie spodziewał się, że ktoś go w takim stanie zobaczy.

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Pan nasz i zbawiciel, niech mu będą dzięki. Syn Boży, co stał się człowiekiem, ukrzyżowany również i za mnie, zesłał mi tych, co pomogą mi krzyż mój ponieść... – Przywitał się, ledwo dech łapiąc. – Dzień dobry, dzień dobry, drogie dzieci. Czy wyście moi parafianie, czy nie moi? – spytał dobrodusznie proboszcz, przecierając chusteczką spocone pod czapką czoło. Odsunął się od na wpół rozbebeszonego auta, które stało na podjeździe plebanii. Zaplótł przed sobą ręce na lekko wybrzuszonej sutannie, jak gdyby szykował się do modlitwy, choć dostojnym gestem próbował po prostu zatuszować swoje zakłopotanie. Zapomniał jednak o tym, że ręce usmarowane ma smarem, którego plama zdobiła również niewielkie okulary, osadzone na mięsistym, księdzowskim nosie. Kryły się za nimi przenikliwe oczy o przyjacielskim wejrzeniu. – Dużo się ostatnio tutaj do nas ludzi sprowadza. Młodych małżeństw... Miło mi zawsze witać w naszej małej wspólnocie... A może wy na zapowiedzi przyszliście? O panienko przenajświętsza – westchnął cienko ksiądz, gdy światła auta znowu zamigotały, i zgasły. Porzuciwszy dumną pozę, ucisnął nasadę nosa, widocznie doprowadzony na skraj wytrzymałości.

– Aha. Pewnie byłby dobry, gdyby łożyska w alternatorze nie poszły – odpowiedział bardzo rezolutnie Moody, przestępując z nogi na nogę, jak gdyby zastanawiał się, jak podejść do księdza w pojedynku. Nawyk, którego nie potrafił się wyzbyć po tylu latach pracy jako auror. Spojrzał wymownie na stojącą obok Lorien. – Miło księdza poznać, ale my jeszcze nie parafianie. Chociaż z żoną... – Uniósł lekko ich splecione dłonie, uśmiechając się cwaniacko pod bujnym wąsem. Nie tyle, żeby oszczędzić mugolowi zakłopotania, co żeby się zwyczajnie pochwalić. Czuł wciąż na sobie spojrzenie Lorien, ale tylko splótł ich palce na nowo ze sobą. Może i nie byli jeszcze małżeństwem, ale czemu nie miałby się nie cieszyć, skoro już byli ze sobą po słowie? A nawet gdyby, nie byli tutaj oficjalnie. Nikt nie mógł ich przecież rozpoznać ze zmienionhmi twarzami. – ...Myślimy o przeprowadzce. Spokojna to okolica?

Ale ksiądz już go nie słuchał. Ucieszony kłaniał się Lorien, na co Aaron lekko zmarszczył brwi. Normalnie pogłębiłby tylko nieco charakterystyczną, gniewną zmarszczkę na czole, ale z tą głupią, przesadnie ekspresyjną twarzą młodzika, wyglądał jak naburmuszony kogut, który stroszy pióra. Wyglądający spod płaszcza kolorowy kaftan, do założenia którego namówiła go narzeczona, wcale nie poprawiał sytuacji. Podobnie jak i to, że klecha skomplementował, że Lorien bardzo szykownie wygląda w swoim ulubionym futerku. Wyczuł, skubany księdzowski manipulant jak się wkraść w jej łaski, skwitował w myślach Aaron. Nie ufał z reguły przedstawicielom stanu duchownego, ale kojarzył z widzenia tutejszego plebana, Petera Wolfgoata, który posługę w anglikańskiej parafii w Dolinie Godryka pełnił od wielu lat. Do obcych religii zawsze odnosił się ze stosownego dystansu badacza historii, bo chociaż pozostawał zdeklarowanym antyklerykałem, wychowany został w wierze w Matkę. Nie w żadnego mugolskiego boga, o którym ksiądz gadał z żarliwością właściwą fanatykom... Szkoda, że Moody nie słyszał samego siebie, gdy snuł na głos wizje o podejrzanie przypominającym faszystowską dyktaturę ustroju magicznego państwa policyjnego. Brzmiał wtedy bardzo podobnie.

– ...Czy mógłbym wypożyczyć pani męża? – spytał konspiracyjnym szeptem proboszcz Peter. Popatrzył na zmienione pod wpływem eliksiru wielosokowego twarze Lorien i Aarona z tym specyficznym, duszpasterskim półuśmiechem. Jak gdyby w nawróceniu tych dwóch zbłąkanych owieczek na drogę Pana dostrzegł nagle sens całej swojej posługi. – Wygląda na to, że zna się na autach. Doprawdy, opatrzność mi was zesłała, pani...? Bo ja przecież po biskupa muszę podjechać, z dworca dostojników odebrać. Odpust jutro.


– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#2
28.12.2025, 12:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.12.2025, 18:09 przez Lorien Mulciber.)  

- A jeśli ktoś zapyta nas o nazwisko…
“Wtedy wezmę pierwszego lepszego skazańca z Azkabanu, który przyjdzie mi na myśl”- Pomyślała, a Aaron jak to Aaron najwyraźniej wyczytał z tego drżącego uśmieszku dokładnie to co wyczytać powinien, bo zaraz zarzucił swoją przestrogą.
- Osobistą zniewagę?- Powtórzyła rozbawiona, najwyraźniej za cel biorąc sobie, żeby aurora co najmniej podirytować. Zazdrośnik jeden..- No nie wiem, ja tam uważam, że wyglądam zupełnie jak szanowna Pani Dagienhardtio.
Odwróciła głowę. Było coś szalenie zabawnego, że nie musiała jej zadzierać, bo przykrywkę tym razem pan Moody wybrał szalenie… niską. A może ona była po prostu wysoka? Zmrużyła błękitne, jasne oczęta i odgarnęła blond grzywkę. Gdyby ze dwa miesiące wcześniej ktoś zapytał jej czy wie, że przyjmie oświadczyny aurora - wyśmiałaby. A jednak jakimś cudem wylądowała na środku placu w Dolinie Godryka w obcym ciele jakiejś bezimiennej baby. Westchnęła tylko, splatając ich palce razem.

I pomyśleć że wszystko zaczęło się dokładnie w chwili, w której nieopatrznie powiedziała, że zamierza sprzedać kamienicę. A nawet nie sprzedać, tylko wymienić, bo jeden z miejscowych agentów nieruchomości zaproponował za nią domek gdzieś na wsi pod Londynem.
“Jaki?” zapytał Aaron.
“Ładny. Taki pomalowany na biało.” odpowiedziała Lorien.
Zaraz jednak okazało się, że pan auror pytał niekoniecznie o kolor frontowych ścian, a o jakieś duperele typu stan instalacji wewnętrznych, sposób wykończenia, przepustowość kominów, wilgotność w pomieszczeniach piwnicznych i obecność pod posadzkami czegoś co się tajemniczo nazywało “czarna pleśń”. Czyli o całą masę zupełnie nieistotnych rzeczy, bo na jej oko domek był bardzo ładny i już sobie wyobraziła jak wytapetuje sypialnię. Na miejscu jednak okazało się, że posiadłość absolutnie nie spełnia wygórowanych wymagań pana Moody’ego… Nie do końca rozumiała co za problem wymienić spróchniałe schody i załatać parę dziur w dachu, a taki poltergeist na strychu to nawet nadawał domkowi duszy. Ale uważała za szalenie seksowne takie krzyczenie na agenta nieruchomości, że próbuje oszwabić biedną kobietę. Tak, to ona była tą biedną kobietą, więc tylko kiwała głową robiąc szalenie zbolałą minę. Kantować to my, nie nas.
Niestety wymagań nie spełniała też kolejna posiadłość. Ani następna. A kiedy w ostatniej przyczepił się do krzywej podłogi w kuchni (no może rzeczywiście po położeniu różdżki, ta się przeturlała na drugi koniec pomieszczenia) i stanu werandy (parę zbutwiałych desek czekających na ofiarę pod którą się złamią), to Lorien była blisko dokonania mordu. A przynajmniej rozpłakania się i zarzucenia, że robi to specjalnie i próbuje zniszczyć jej entuzjazm i pewnie wcale nie chce z nią mieszkać.

Ewentualna przeprowadzka do Doliny Godryka miała swoje plusy i minusy. Plusy były takie, że okolicę zamieszkiwała całkiem spora społeczność magiczna, łącznie z Longbottomami. Ciężko powiedzieć czy ich można było liczyć do rachunku, skoro większość i tak siedziała w Ministerstwie Magii na dodatkowych nadgodzinach, ale wystarczyła sama świadomość, że żyła tu oddana prawu rodzina. Minusy z kolei… Mugole. Dużo mugoli. To nie była Pokątna czy Horyzontalna. Albo chociaż Hogsmeade. Tu niemagiczni mieszkali całkiem tłumnie, co tworzyło całkiem sporo problemów, nie tylko tych czysto logistycznych jak swobodne używanie magii czy teleportacja. Tu bardziej chodziło o problemy natury… czysto poglądowej. Dlatego wczepiła się mocniej w ramię aurora, gdy na ich drodze pojawił się mugol w sutannie w dodatku w tej blaszanej puszce którą niemagiczni nazywali samochodem. Puszka się najwyraźniej rozkrzaczyła, co Lorien wprawiło w nieco lepszy nastrój.
Lorien zmarszczyła delikatnie brwi, w pierwszej chwili nie do końca rozumiejąc o co mugolowi chodzi. Niby coś gdzieś kiedyś czytała o wyznawanej przez niemagicznych religii, ale pani Mulciber nie szczególnie interesowała się nawet tą praktykowaną przez czarodziejów. Oczywiście na wszystkie sabaty chodziła, omijając jedynie nabożeństwa. Ktoś kiedyś powiedział, że religia jest opium dla ludu, co brzmiało jak całkiem sensowna teza.
Zrobiła krótką kalkulację w głowie: Czyli ten cały Jezus był ichnim zbawicielem. I panem. Co czyniło mugoli podległych jakiejś niematerialnej, imiennej sile. W dodatku był synem Boga. Zanotowane. Zamordowany? Już chciała zapytać czy przypadkiem pleban nie potrzebuje prawnika co by się sprawą ukrżyżowania tego calego ich proroka zajął, ale się powstrzymała.
Zmarszczyła brwi na słowo “parafianie”. To brzmiało jak coś co mówiliby w kowenie, zaraz podsuwając pod nos książeczkę czekową. To na ofiarę. To na kwiaty. To na sprzątanie sal. Jedno wielkie oszustwo. Ten tutaj pewnie nie był wcale lepszy. W dodatku jakieś “zapowiedzi”. Nie była szlamą, żeby musieć się zapowiadać gdziekolwiek. Już miała powiedzieć, że może i jest panienką, ale niekoniecznie przenajświętszą, kiedy Moody zaczął mówić coś o jakiś łożyskach i alternatorach, zupełnie jakby rozwiązywał krzyżówkę. Spojrzała na niego z nieprzejednaną miną. Tylko tego brakowało, żeby utkwił przy metalowej puszce i przegapił moment na wzięcie eliksiru, którego porcję oboje mieli jeszcze schowane.

Żoną? O chwila moment. Do ślubu jeszcze nieprędko, jeszcze miała trochę czasu żeby się rozmyślić i wrócić z podkulonym ogonem i głową posypaną popiołem do babki Mulciber. Nie żeby planowała. To była dużo bardziej skomplikowana sprawa, którą na razie zrzuciła na barki przyszłej Lorien. Takiej już po wszystkich przysięgach i złożonych podpisach. Zaobrączkowanej na dobre.
Ale jakoś się stało, że to jedno słowo poprawiło jej humor na tyle, żeby teraz uśmiechnęła się do tutejszego plebana, wyciągając w typowym dla siebie nawyku wolną rękę do ucałowania. Ucałowana co prawda nie została (ciężko powiedzieć czy księdza bardziej zdziwiła jej wyciągnięta dłoń, czy Lorien - fakt, że mężczyzna nią dziarsko potrząsnął), ale zaraz zaczął się kłaniać i chwalić futerko, więc uśmiech stał się odrobinę bardziej szczery. Nawet jeśli do mugoli i mugolopochodnych odnosiła się ze stosowną rezerwą i lekką tylko niechęcią, to ten tutaj wydawał się niegroźny.

- Mógłbym wypożyczyć pani męża?
- Może go pan sobie nawet wziąć.- Odpowiedziała równie scenicznym szeptem, rozplątując palce z uścisku. Ułożyła dłonie na biodrach.- Kochanie, pomóż panu.
Lorien mogła nosić każdą twarz na świecie, ale uśmiech zawsze pozostawał jej - podobnie jak towarzyszące mu zmarszczenie noska i zmrużenie oczu. To była piękna zemsta za kręcenie nosem i znęcanie się nad biednymi agentami nieruchomości.
Nie czekała w sumie na reakcję Aarona, bo zaraz zza płotu wyskoczyła korpulentna gospodyni, która przysłuchiwała się całej rozmowie i zaczęła zapraszać ją na herbatę.

No dobrze... Może jedna herbatka u mugoli jej nie zabije...
Karma police
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
52
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na starszego, aniżeli jest w rzeczywistości: na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki, a pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty – wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja – z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#3
02.01.2026, 10:50  ✶  
"Że kto?" Zapytałby normalnie Aaron Moody, gdy Lorien wypluła z siebie nazwisko, którego za żadne skarby Gringotta nie byłby w stanie powtórzyć. A jakby spróbował, to by ktoś jeszcze pomyślał, że wypił za dużo. A przecież kilka godzin temu z dyżuru zszedł! A może to jaki pseudonim? Dagienhardtio... Nie spytał jednak, kogo ma na myśli. Zamierzał sprawdzić to sam, zapisał sobie więc nazwisko delikwenta w pamięci. Jaką zbrodnię popełnił? Nieważne, wystarczyło, że przyciągnął uwagę pani sędziny. A nuż to kończył mu się wyrok, więc może trzeba będzie wygrzebać coś z archiwum, żeby wydłużyć jego odsiadkę w zakładzie penitencjarnym? Choćby miał to być tylko niezapłacony mandat, Moody nie zamierzał wybrzydzać. "Wszystkich prędzej czy później dosięgnie sprawiedliwość", mawiał. Wyobrażał sobie, jak Lorien zmarszczy nosek i przewróci oczami, gdy od niechcenia podsunie jej gazetę otwartą akurat na wzmiance o rewizji wyroku wspomianego przez nią przestępcy. Sprawiedliwość mogła mieć jej twarz, ale ręce... Jej ręce były rękami Aarona Moody'ego. Może dlatego zachował milczenie, unosząc tylko brwi, gdy Lorien obdarzyła go swym drapieżnym uśmiechem. Chociaż uśmiech nie należał do niej, a do obcej kobiety, wydawał się tak bardzo naturalnym. Tak bardzo znajomym. Aaron starał się uspokajać, że było tak tylko dlatego, że uparcie doszukiwał się w nim podobieństwa do prawdziwej Lorien. Patrzył na nią jeszcze przez chwilę, mimo że zdążyła już odwrócić od niego twarz.

Czasem trudno było powiedzieć, czy żartuje, czy jest w pełni poważny.

"Mógłbym wypożyczyć pani męża?", spytał ksiądz, jak gdyby Moody nie stał tuż obok. Już chciał zaprotestować, bo przecież nie mieli czasu, żeby mieszać się w mugolskie sprawy. Mógłby wymówić się, że najpierw musi podejść do swojego samochodu po narzędzia, że żonę do lekarza musi zaprowadzić... "Może go pan sobie nawet wziąć", odpowiedziała jednak Lorien, zanim Aaron zdążył w ogóle buzię otworzyć. Zamrugał, starając nie okazać zdziwienia. Et tu, Brute? Lorien nie do końca dogadywała się z ludźmi niemagicznymi, więc jej słowa były Aaronowi poniekąd zaskoczeniem. Miłym zaskoczeniem. Spodziewał się, że będzie wolała szybko skierować kroki w stronę domostw na sprzedaż, które mieli dzisiaj obejrzeć... Ale przecież eliksiru wystarczy im na cały dzień. Wciąż mieli też na zbyciu godzinkę albo i więcej przed spotkaniem z agentem nieruchomości. W Dolinie Godryka pojawili się grubo przed czasem.

– Co człowiek złączył, bóg niech nie rozdziela – huknął dziarsko Moody, na co ksiądz powoli pokiwał głową, widać biorąc jego słowa za lekkie przejęzyczenie. Myślami wciąż musiał być przy wizytacji ichniejszego arcykapłana, to znaczy, biskupa. Wyciągnął bowiem książeczkę do nabożeństwa i ołówek, jak gdyby oczekiwał, że Moody da mu wycenę za robociznę przy naprawie auta na okładce. A może rozrysuje przynajmniej, jak naprawić problem? Auror machnął tylko na to ręką. Lorien już widziała trybiki obracające się w głowie Moody'ego. Niewątpliwie był w swoim żywiole, gdy kalkulował, jak szybko naprawić zepsute części. Mógł załatwić problem magią, tylko będzie musiał odesłać księdza po jakieś narzędzia z przybudówki, żeby nie zobaczył, jak stuka różdżką w części pod maską. Czary były nietrwałe, więc wyśle go do mechanika... Powie, że to wszystko prowizorka, i rozwiązanie tymczasowe. Tak, pomyślał Moody, zakasując rękawy kubraka, właśnie tak zrobimy.
– Ale klucza będę potrzebował takiego specjalnego. Takiego trzpieniowego najlepiej, niech ksiądz poszuka. Jak nie ma, musi być. Pomodlić się, to się na pewno jakiś znajdzie!

Było w Aaronie coś kociego, gdy kroczył przez podwórze, odprowadzając wzrokiem Lorien. Stale zachowywana czujność, obecna w miękkich, acz tchnących pewnością siebie ruchach. Jego paranoja przypominała starą, nigdy niedoleczoną kontuzję. Moody oszczędzał swoje nerwy, tak jak gracze qudditcha oszczędzali kontuzjowane nogi. Polegał na z dawna wyrobionych nawykach, nie zawsze zdrowych, ale zdejmujących ciężar zmartwienia z jego barków. Na nawyku liczenia okien i drzwi, wyrysowywania w głowie planu domostwa, jak gdyby zwykła wizyta miała przerodzić się w potyczkę. Polegał na nawyku śledzenia cudzych spojrzeń. Kreślił portrety pamięciowe osób, które zdawały mu się podejrzane, notując w pamięci ich reakcje. Nie odpuszczał, choćby na chwilę, nawet wtedy, gdy wiedział, że nie jest w pracy, a na zwykłym spacerze. Nawet wtedy, gdy trzymał w uścisku rękę żony – to znaczy, przyszłej żony – a nie różdżkę. Wypuścił ją ze swojej ręki równie niechętnie. Ale przecież nie pozwoliłby Lorien oddalić się, gdyby sądził, że miejsce jest niebezpiecznym.
– To nie zajmie długo – zawołał za nią, patrząc jak znika za gospodynią we wnętrzu plebanii. A potem podkręcił w zamyśleniu wąsisko, pochylając się nad otwartą maską. Nie robił tego przecież codziennie.

A gospodyni przedstawiła się jako Michałowa. Zaaferowana chciała już lecieć do wójta, żeby stamtąd zatelefonować na miejscową komendę policji, do kurii, wnuczka znającego się na samochodach... A jeżeli starczy czasu, jeszcze organy świętej inkwizycji powiadomić. Bo przecież mechanik trefny towar sprzedał księdzu, chociaż ten z własnej skromnej pensji odkładał, żeby auto parafii kupić! A przynajmniej tak żaliła się Lorien, po tym jak już zaprosiła ją na plebanię, żeby kobieta nie stała na zimnie. Zaopiekowała się nią najlepiej jak umiała, chociaż widać było, że wokół wrą przygotowania do wizyty kościelnego dostojnika. Plebania lśniła czystością, a z kuchni docierał zapach zamarynowanych w miodzie żeberek, specjalności gospodyni.

– ...A jego eskcelencja biskup też nie wiadomo co sobie wyobraża. Pan Jezus na osiołku do Jerozolimy wjechał, a nie na koniu, to i księżom koniom mechanicznym nie należy zawierzać... Chociaż mechanik mówił, że to wszystko sprawdzone, nie żadne oszustwo. Skłamał! W twarz słudze bożemu skłamał! Sama sutanna autorytetu widać teraz nie daje, nawet w społeczności takiej jak nasza. Sądu Ostatecznego się wcale ludzie nie boją, pani kochana! – zacietrzewiła się pani Michałowa, machnąwszy ręką w stronę wiszącego na ścianie obrazu: reprodukcji Sądu Ostatecznego z Kaplicy Sykstyńskiej, autorstwa Michała Anioła. – A przecież bać się powinni. Zapomnieli, że jak Jezus przyjdzie ponownie, to osądzi. – Twarz kobiety nieco złagodniała jednak, gdy postawiła obok Lorien tacę z herbatą. – A mleka może sobie pani życzy, albo miodu? Swoje to wszystko, zdrowe, a pani taka mizerna, chudziutka.


– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#4
18.02.2026, 19:17  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.02.2026, 19:23 przez Lorien Mulciber.)  

Że kto? Co? Zapytałby normalnie Aaron Moody.
Że chujów sto! Odpowiedziałaby równie normalnie Lorien Mulciber. Przecież mówiła wyraźnie. Co z niego za auror, że pana Dagienhardtio nie znał! Pewnie mieli oklejony listami gończymi cały gabinet z tą jego śliczną gębą szczerzącą się do zdjęcia. Czego by nie mówić, buźkę Umbrielowi to mu Michał Anioł dłutem haratał. Widziała oczyma wyobraźni zdzierane przez nastolatki (oczywiście, że nastolatki, to zawsze są nieletnie pannice) policyjne plakaty z dziurawego kotła, bo kto by nie chciał zjawiskowego pianisty na ścianie swojego pokoju. Osobiście, gdyby była na ich miejscu i była młodsza to by powiesiła jeden z tyłu szafy zaraz za ubraniami co by zaraz nie było afery. Ale tego oczywiście nie zrobiła*.
A Aaron nie zapytał tylko postanowił sprawę wywęszyć na własną rękę. Widziała to. Nawet nie musiał nic mówić. Bo może i przykrywkę miał dzisiaj odrobinę młodszą, niższą i nieco bardziej w tym wszystkim ekspresyjną, to patrzył zupełnie tak samo. Więc trybiki musiały już pracować na pełnych obrotach.
- Signore Briello Dagienhardtio. Przecie mówię!- Powiedziała jeszcze jakby to miało jakkolwiek pomóc, przewracając jasnymi oczętami. Bo może to sprawiedliwość nosiła twarz pani Mulciber, ale w absolutny chaosie zawsze jakoś tak lepiej na niej leżał. Nie aż tak dobrze jak jej niebieski kubraczek, ale co najmniej nieźle.

Czy dlatego właśnie zostawiła go na łaskę i niełaskę tutejszego kapłana, co by dopomógł przy dziwacznej maszynie? Może. Ale miała nieco bardziej konkretne powody. Po pierwsze - nikt nie plotkował bardziej niż kobiety w średnim wieku na nudnych, pozbawionych możliwości rozwoju stanowiskach pomocy domowych. Ta cała Michałowa (och cóż za niewdzięczny zwyczaj przedstawiania się jako coś przynależnego mężczyźnie) wpisywała się w profil psychologiczny. W dodatku paplała tyle, że uszy więdły. Trochę jak sklepikarki na Pokątnej. Po drugie - tak nie lubiła mugoli. Ale nie lubiła ich w sposób bardziej… systemowy. Nie miotała przecież w nich zaklęciami, gdy tylko znaleźli się w zasięgu jej wzroku. Analogicznie nie chciałaby ich zamykać w klatkach jak zwierzęta w zoo, na koszt uczciwie pracujących obywateli Wielkiej Brytani. Ale gdyby mogła wybierać to zostawiłaby ich w bardzo małych enklawach z dala od świata czarodziejów, do którego najwyraźniej, patrząc po zatrważająco szybko narastającej ilości niemagicznie urodzonych i tych pochodzących z małżeństw mieszanych dzieci, na chama pchali z brudnymi buciorami i krwią. Takich małżeństw też by zresztą zakazała. Bo co innego wybrać sobie męża co z dziada i ojca jest czarodziejem, więc jego dług wobec krwi został już odrobiony, a co innego brać pierwszego lepszego mugola z ulicy. Natomiast nie było takie zakazywanie w jej aktualnej mocy i najwyraźniej przyszło jej niedługo żyć w mieście, gdzie obie rasy kładziono na wspólnym cmentarzu. Nie planowała sama na nim spocząć, ale to już był jakiś wyznacznik. Musiała więc się przekonać czy tutejsi, zapewnie nie do końca wykształceni i może odrobinę… ograniczeni (oczywiście nie z własnej winy!) niemagiczni są na tyle nie irytującym towarzystwem, żeby w ogóle rozważyła mieszkanie w takiej okolicy jak Dolina. Były pewne standardy, które należało zachować. Na pierwszy rzut oka P A N I Michałowa potykała się o rzuconą na podłogę poprzeczkę, ale porządku. Może powinna dać jej (albo sobie) chwilę czasu na oswojenie się z tą całą... sytuacją.
Nie do końca rozumiała czego kobieta oczekuje, żaląc się na tego całego mechanika. Kimkolwiek by ów mechanik był. Podejrzewała, że to tak jak ich technicy od mioteł. Inny pojazd ta sama zasada. Potem coś ją tknęło - jak pracowała dla kapłana, to pewnie chciała ofiary. Ale no niestety Lorien zostawiła całą swoją sakiewkę w torebce i była tak bardzo nie pod ręką… Zacisnęła nieco mocniej palce na skórzanym pasku swojej wypchanej torebki, którą miała na ramieniu. Zresztą ile się dawało takim mugolom na te ich samochody? Tyle co miotła? Na przykład papa w dniu jej urodzin kupił nowiutką, dopiero co wypuszczoną na rynek Kometę 180 i mówił, że grosza nie szczędził. Co mogło znaczyć, że zapłacił za nią… no… dowolną kwotę. Jeszcze jakby to przemnożyć przez aktualny kurs funta brytyjskiego. Teraz chyba dzieciaki mówiły coś o tym całym Nimbusie 1000. Och powinna zapytać Eliota czy warto starać się wykupić ich udziały.
Doszła do wniosku, że nic nie da mugolce, bo albo da za mało albo za dużo i będzie szalenie nietaktownie. Albo w ogóle nie kupią tego całego samochodu tylko wydadzą na… cokolwiek mugole wydają pieniądze.

- Tacy są już ludzie.- Oparła miękko, próbując się bezskutecznie wbić w słowotok babeczki.- Nic tylko by kłamali i leżeli nic nie robiąc. Wszystko za nasze podatki.
Zażartowała. Chyba. Raczej nie. Nie wyglądała jakby żartowała. Nawet włosek w wyskubanej blond brwi nie drgnął. Sąd ostateczny. O to ją bardziej zainteresowało. Może były w stanie znaleźć jakiś wspólny grunt? Całkiem nieźle kojarzyła tutejszy, znaczy niemagiczno-brytyjski, system sądowniczy, który co prawda mroził jej krew w żyłach swoim absolutnym brakiem obiektywizmu i odcięciem od tak ważnej przecież synergii z Ministrami rządzącymi. W dodatku - apelacja, co za zabawny i absurdalny wymysł. Jeden sędzia powiedział “nie” i nagle możesz iść do następnego, który powie “no może?” Niewyobrażalne. Jakim cudem ten system się nie zawalił. I podobno w tych ich sądach wcale nie dziedziczono stanowisk? Jak pilnowali, żeby wykształcona pod względem prawniczym przez pokolenia rodzina zajmowała się prawodawstwem? A może wcale nie pilnowali? Gdzieś kiedyś słyszała, że tam mianowano sędziów za ich “zasługi na polu prawniczym”. Wtedy każdy mógł przyjść, zacząć się uczyć na prawnika, ukończyć kursy i zająć miejsce w ławach sędziowych zamiast zajmować się szerzej rozumianą Administracją. Na przykład taki Jezus, którego ona wcale nie znała. A zajął stanowisko Sędzi Ostatecznego. Ciekawe czym się zajmowali jego rodzice. Aż jej się trochę zrobiło słabo na samą myśl. Chłop znikąd i takie zaszczyty.
- Czarną poproszę.- Odniosła się do herbaty, przysiadając na praktycznie samej krawędzi jednego z odsuniętego krzeseł. Obrazu nie zaszczyciła nawet jednym spojrzeniem. Nie znała się nawet na magicznej sztuce! Co dopiero tej mugolskiej. Pani taka mizerna, chudziutka. Nie do końca wiedziała co na to odpowiedzieć, bo kobieta, której ciało nosiła była nie dość, że wyższa to na oko miała przynajmniej o dwa tony ciemniejszą karnację. I pewnie parę zdrowych kilogramów. Dobrze, że Michałowa nie poznała prawdziwej “jej”. Uśmiechnęła się skrępowana.
- Pani wybaczy, ale…- Odchrząknęła. Pewnie gdyby miała okulary poprawiłaby je na nosie jak ostatni nerd. Alexander z pewnością byłby z niej dumny.- Nie wydaje mi się aby było możliwe dotarcie na osiołku do Jerozolimy.- Nie chciała jej zburzyć światopoglądu, że taki osiołek to by zdechł po drodze albo podróż trwałaby całą wieczność. Może jednak jakby ten Jezus miał samochód byłoby łatwiej? Nawet taki trochę wadliwy.- Z tą trasą to najłatwiej byłoby wziąć świ… wsiąść w pociąg do Dover. Stamtąd można przepłynąć statkiem przez kanał La Manche do Francji. Do Calais konkretnie. Potem pociąg do Paryża, a z Paryża to…- postukała palcami po dolnej wardze jakby rzeczywiście próbowała dać kobiecie jak najlepsze wskazówki.- Jest taki bardzo piękna trasa, szalenie niezwykła. Oriental Express, na pewno pani słyszała. Serwują tam znamienite pâté de foie gras. Po około trzech dniach można dotrzeć do Stambułu. Potem Hajfa i jesteśmy w Jerozolimie. Podróż ze zwierzęciem gospodarczym byłaby z pewnością o wiele bardziej uporczywa i z pewnością wymagałaby o wiele dłuższych przygotowań takich wie pani czysto papierkowych. Dokumentacji i pozwoleń administracyjnych.
Zamilkła nagle.
Jakimś cudem szalenie podekscytowała ją myśl, żeby jeszcze raz powrócić do Al-Karak, a to przecież niecały dzień drogi od Jerozolimy. Co prawda tym razem wybrałaby magiczne środki, bo przecież nie potrzebowała zniknąć. Może mogliby się wybrać z Aaronem na jakiś weekend.
Uśmiechnęła się do swoich myśli, popijając herbatę i odrobinę swoją osłupiałą gospodynię ignorując.


* Bardzo uprasza się o nie sprawdzanie co zostało naklejone na tylną ściankę szafy w pokoju pani Mulciber na drugim piętrze Mulciber Manor.
Karma police
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
52
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na starszego, aniżeli jest w rzeczywistości: na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki, a pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty – wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja – z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#5
11.04.2026, 16:46  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.04.2026, 16:57 przez Aaron Andrew Moody.)  
Problemem Aarona nie był żaden Briello Dagienhardtio, bo jak już raz wsadziło się delikwenta za kraty, łatwo można go było za nimi zatrzymać. A sądząc po brzmieniu jego nazwiska, nawet lepiej, jakby słuch o nim zaginął, bo wtedy nikt nie musiałby na głos tego łamańca wypowiadać, i głupka z siebie robić. Ale nie, problemem Aarona nie był żaden recydywista, problemem było to, że za głośno myślał przy Lorien, stwierdził, grzebiąc przy aucie rozkaraczonym na podjeździe.

A tymczasem...

– Więc pani była na pielgrzymce w Ziemi Świętej? – Ni to spytała, ni to stwierdziła nagle gospodyni. Wydawała się szczerze zainteresowana opowieścią Lorien. Przez chwilę po prostu przysłuchiwała się kobiecie z lekko rozchyloną buzią, szybko zamknąwszy ją jednak, gdy zorientowała się, że wygląda przy tym nieelegancko. Buzię w końcu zamknęła, ale oczy wciąż świeciły się, przepełnione nadzieją, a może odległym wspomnieniem. Niespodziewanie wyrwana ze swojej rutyny, odeszła na chwilę, aby powrócić z różańcem wykonanym, jak się miało okazać, z drewna oliwnego. Paciorki połączone były ze sobą ręcznie plecionym sznureczkiem, zwieńczonym kapsułką zawierającą kawałek jerozolimskiej ziemi oraz drewnianym krzyżykiem. Krzyżyk wyposażony był w metalowe okucie z wytłoczonym napisem "Jerusalem". Wykonany był o wiele precyzyjniej niż ten, który Lorien otrzymała w prezencie od nieznajomego. Znalazła przecież taki sam krzyżyk w kieszeni, po tym jak ocknęła się już na dobre w szpitalu w Spaloną Noc.
– Przywiózł mi go z Jerozolimy znajomy ksiądz misjonarz, który dużo jeździ po świecie. Tylko on wyruszał z Przylądka Finisterra w Hiszpanii. Od końca świata, do jego początku. Bo Jerozolima jest tak naprawdę początkiem. – Uśmiechnęła się do Lorien, pozwalając jej dotknąć różańca. Zawsze chciała pojechać gdzieś daleko, daleko, ale nigdy swych marzeń nie zrealizowała. Wojna zabrała jej męża i plany zjechania wielkiego świecie, o którym wciąż jednak lubiła myśleć z dystansu marzeń. W gruncie rzeczy, pani Michałowa wcale wyjeżdżać z Anglii nie chciała, choć książki podróżnicze czytała namiętnie. Miło było czasem pomyśleć, jak wielki świat Pan Bóg stworzył, nawet jeżeli sama poznała niewielką tylko jego część. Była jednak kobietą ciekawską, i czego na własne oczy nie zobaczyła, wyczytała w książkach, albo posłyszała z cudzych opowieści. Już więc chciała pytać Lorien, czy była na tej pielgrzymce sama, czy z mężem, a tak w ogóle, to ile już lat po ślubie, i czy mają może państwo jakieś dzieci, a skąd Bóg prowadzi, quo vadis, i tak dalej, i tak dalej, ale dociekania ciekawej gospodyni przerwało stukanie męskich butów w sieni.

Aaron wszedł na plebanię sadząc wielkie, pewne siebie kroki, wyprzedziwszy księdza, od którego chodził szybciej, chociaż był od niego niemal o głowę niższy. Skłonił się grzecznie starszej pani, obrzucając pomieszczenie uważnym wzrokiem. Usmolone smarem ręce wymył pod domem, nie tylko dlatego, że nie chciał wchodzić do izby brudny, ale i po to, żeby obejrzeć zabudowania. Bez problemu był więc w stanie odtworzyć rozkład plebanii. Po wejściu do środka jego oczy od razu powędrowały w stronę Lorien.
– W porządku? – spytał, oparłszy rękę na krześle, na którym siedziała. Krzepka jego, niewzruszona kompletnie spotkaniem z mugolami postać kontrastowała z wielce przejętym księdzem, który wszedł do izby tuż za nim.

– Pani Michałowo, z nieba nam spadli! Z nieba samego zesłani przez Boga jako te anieli! – Proboszcz był w stanie uniesienia, złapał bowiem gospodynię za ramiona, jak gdyby ogłaszał jej wspaniałą wieść. Przez chwilę oboje nie zwracali uwagi na szanownych gości. – Auto naprawione! – wypowiedział takim samym tonem, jakim wygłaszał z ambony zbożne "amen". Kobieta również wydała z siebie radosny okrzyk, a po chwili całe pomieszczenie zaniosło się jej wesołym trajkotaniem, poleciała bowiem do telefonu, żeby powiadomić kurię, że wizyta odbyć się może zgodnie z planem. Zdążyła tylko zakrzyknąć, że państwo koniecznie muszą poczekać, że ona zrobi jeszcze herbatki, i poda naprędce poczęstunek, bo przecież są im niewymownie wdzięczni, powtarzała, uszczęśliwiona.

Aaron już otwierał buzię, żeby przeprosić oboje, bo z żoną są umówieni, i bardzo się śpieszą, ale w tym momencie na plebanię wpadł nieoczekiwany gość.

– Żadna wizyta biskupa się nie odbędzie, krucafuks! – zaklął głośno mężczyzna, podobny do stojącego po przeciwnej stronie pokoju księdza proboszcza tak jak dwie krople wody podobne są do siebie. Widząc nieznajome twarze, wójt Doliny Godryka, John Wolfgoat, stropił się nieco, jeszcze bardziej, niż kiedy przypomniał sobie, że na plebanii nie wypada przeklinać, a już na pewno nie przed ścianą pokrytą świętymi obrazami. Rękę z palcem wyciągniętym oskarżycielsko w stronę brata bliźniaka opuścił więc na chwilę, żeby się przeżegnać, a potem skinąć głową nieznajomym. Zaraz jednak podniósł palec z powrotem, mierząc w księdza. – Przepraszam państwa, że porządek zakłócam, ale to rodzinna sprawa – zwrócił się w stronę Lorien i Aarona, lekko poczerwieniały na twarzy. Trudno powiedzieć, czy ze złości, czy dlatego, że musiał tutaj przybiec.

Aaron uniósł tylko brwi, zerkając na Lorien. Dokładnie tak jak wtedy, gdy oboje słuchali ministerialnych plotek. Albo gdy młode małżeństwo z parteru jego bloku kłóciło się znowu ze sobą. Na razie postanowił obserwować. Przyglądając się wójtowi, który mógł okazać się jednostką potencjalnie niestabilną, w końcu zakłócił spokój domostwa, przygładził mechanicznym ruchem swojego wąsa. Jego wciąż był lepszy, niż tego mugola, prawda?



– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Aaron Andrew Moody (2712), Lorien Mulciber (2257)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa