• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B.

[12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B.
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#11
28.12.2025, 19:19  ✶  
Stałem przed wejściem do Wielkiej Sali i miałem wrażenie, że czas zwolnił w sposób wyjątkowo złośliwy. Prudence patrzyła na mnie tak, jakby każde mrugnięcie mogło kosztować ją kolejną odpowiedź, a ja, zamiast się z tego śmiać albo odbić piłeczkę jak zwykle, skupiałem się na tym spojrzeniu - za długo, zdecydowanie za długo - patrzyłem na nią dłużej, niż było to rozsądne, i dopiero po chwili zorientowałem się, że znowu zawiesiłem wzrok. Odetchnąłem, poprawiając mankiet koszuli. To było irytujące i dziwne, i wcale nie pomagało w utrzymaniu tej mojej wypracowanej nonszalancji. Głowa nadal mi pulsowała, a ciało wysyłało sygnały, że wczoraj wydarzyło się coś… Intensywnego, tylko że w mojej pamięci brakowało kluczowych elementów, jakby ktoś wyrwał strony ze środka książki i zostawił mnie z początkiem i końcem, które do siebie nie pasowały. Od irytująco długiej chwili miałem wrażenie, że coś w powietrzu jest gęstsze niż zwykle, między nami wisiało napięcie, które nie brało się wyłącznie z kaca ani z jej czujnego spojrzenia, wbijającego się we mnie tak, jakby próbowała mnie przyszpilić do rzeczywistości.
Jej słowa o piciu przyjąłem z tym swoim niedbałym spokojem, chociaż w środku coś mi zgrzytnęło. Oczywiście, że próbowała wyciągnąć wnioski, zawsze to robiła, układała rzeczy w logiczne ciągi, bo chaos ją niepokoił. Skinąłem głową, półuśmiech pozostał na swoim miejscu. Machnięcie dłonią, to zaznaczenie przestrzeni, to niewypowiedziane „duży” sprawiło, że kącik ust drgnął mi odruchowo. Uniosłem brew, jakbym właśnie dostał komplement, chociaż w środku poczułem coś znacznie mniej oczywistego - ciepło, które nie miało logicznego źródła, echo sytuacji, której nie potrafiłem sobie przypomnieć, ale która najwyraźniej zostawiła po sobie ślad w moim ciele.
- Doceniam prostotę przekazu. - Głos miałem spokojny, pewny, dokładnie taki, jaki powinien mieć ktoś, kto nie zamierza odsłaniać kart. Przesunąłem językiem po zębach, czując suchość w ustach, która nie miała nic wspólnego z kacem - zauważyłem to, więc cofnąłem spojrzenie, jakby kamienna ściana obok była nagle fascynująca. Nie była, po prostu łatwiej było patrzeć gdzie indziej.
Nie dodałem, że jej gest, to porównanie, wywołało we mnie niepokojąco fizyczną świadomość własnego ciała, tego, jak blisko byliśmy wczoraj, nawet jeśli pamięć podsuwała mi tylko porozrzucane klatki. Pamiętałem urywki - ciepło, śmiech, bliskość, która przyszła zbyt łatwo, echo czegoś, co było bardziej fizyczne niż logiczne - reszta była zamazana, jakby ktoś przeciągnął po wspomnieniach mokrym palcem. Przesunąłem ciężar ciała z jednej nogi na drugą, udając, że to tylko niewygoda.
- I chwała Merlinowi. - Mruknąłem. - Świat by nie wytrzymał, gdybyś nagle zaczęła rywalizować ze mną na tym polu. Już i tak balansuje na krawędzi. - Brzmiało to dokładnie tak, jak powinno - pewnie, bezczelnie, jakbym faktycznie wszystko kontrolował, a wczorajszy wieczór był tylko kolejnym ruchem na planszy, nie czymś, co zostawiło we mnie to dziwne, niewytłumaczalne ciepło pod żebrami. Przez krótką chwilę miałem wrażenie, że gdybym wyciągnął rękę, zmieściłaby się dokładnie tam, gdzie powinna, to byłoby proste, naturalne, jak domknięcie czegoś, co zostało niedokończone. Myśl była tak nieproszona, że zamrugałem, rozproszony, i oparłem się ciężarem o jedną nogę, ramiona skrzyżowałem luźno, szeroko - zająłem przestrzeń, bo mogłem, zawsze mogłem.
- Następnym razem - dodałem, znów tym łobuzerskim tonem, który miał wszystko przykryć - po prostu mnie nie słuchaj. To zwykle najbezpieczniejsza opcja. - Zabrzmiało zaczepnie, ale nie było w tym złośliwości, raczej próba utrzymania dystansu, którego nagle bardzo potrzebowałem, bo stała blisko, zbyt blisko jak na kogoś, z kim od lat grałem w otwartą wrogość, a jednak nie cofnąłem się ani o krok. Pojawiło się to niepokojące, bezimienne wrażenie, że bycie „większym” wcale nie było przewagą w tym sensie, o którym mówiła. Raczej możliwością, przestrzenią. Odruchowo zacisnąłem palce, zaraz potem rozluźniłem dłoń. Nie wiedziałem, skąd brało się to napięcie, wiedziałem tylko, że stojąc tak blisko niej, miałem absurdalne wrażenie, że świat na chwilę zwęził się do tej przestrzeni przed drzwiami Wielkiej Sali. Było w tym coś magnetycznego, coś, co sprawiało, że ciało reagowało szybciej niż rozsądek, stała zbyt blisko, chociaż dzieliło nas jeszcze dobre pół kroku, powietrze między nami było gęstsze niż powinno być.
- „Przemyślany”. - Powtórzyłem, z nutą rozbawienia. Nie udawałem, że nie widzę, jak bardzo próbowała sobie dopisać znaczenia, jak składała w głowie wersję wydarzeń, w której to ja byłem architektem jej porażki. - To ładne słowo. Wolę je od „manipulujący”, chociaż efekt bywa podobny. - Parsknąłem cicho, bez wesołości. „Ponad zwyczajnymi”, skinąłem głową, jakby to była oczywistość, nie coś, co powinno mnie w jakikolwiek sposób uwierać. - Tak. -  Powiedziałem po prostu. - Ponad. - Nie było w tym przechwałki, raczej suchy fakt - wychowałem się w świecie, w którym wpływy były walutą, nazwisko tarczą, a pieniądze gwarancją, że zasady naginają się wtedy, kiedy trzeba. W świecie, gdzie nikt nie udawał, że startujemy z tego samego miejsca.
Zaciągnąłem się powietrzem wolniej, niż było to konieczne, potrzebowałem tej chwili, żeby jej słowa nie trafiły mnie prosto między żebra. Uniósł mi się kącik ust, dokładnie ten, który zawsze podnosił się pierwszy, gdy ktoś próbował mnie rozgryźć i jednocześnie już sobie dopisywał zakończenie partii. „Przemyślany”, „ponad”, znałem ten ton, znałem też to spojrzenie, które mówiło więcej niż same zdania. Dopisywała sobie moje niecne zamiary, widziałem to, budowała historię, w której byłem graczem, strategiem, kimś, kto testuje i wyciąga wnioski, nawet jeśli naprawdę nie miałem pojęcia, o czym mówiła. Prue już miała swoją wersję, poukładaną, chłodną, bezpieczną. A ja… Ja najwyraźniej grałem w niej rolę, którą znała aż za dobrze. Słowa uderzyły we mnie bokiem, nie ostro, nie wprost, raczej jak rzucony od niechcenia kamień, który i tak trafia dokładnie tam, gdzie boli. „Każdy Twój ruch jest przemyślany”, gdyby tylko wiedziała, jak bardzo to było dziś nieprawdziwe. Coś we mnie drgnęło - nieznacznie, ledwie zauważalnie - przez moment przestałem się uśmiechać, zawiesiłem na niej wzrok na moment za długo, nie potrafiłem się powstrzymać. W środku mnie coś zgrzytnęło, bo jeśli wczorajszy wieczór był testem, to ja nie pamiętałem nawet zasad gry, a jednak nie dałem tego po sobie poznać, gracz nigdy nie zdradza ręki.
- Gdybym nie wiedział, co robię, byłoby to zwyczajnie nieodpowiedzialne. - Dodałem, wzruszając ramionami. Skinąłem głową, jakbym przyjmował oczywistość. - A przecież oboje wiemy, że odpowiedzialność to moja najmocniejsza strona. - Stwierdzenie było gładkie, wypolerowane latami praktyki w autoironii. Przywykłem do tego, że ludzie wierzyli w moją postawę bardziej niż ja sam, pozwalało mi to stać prosto nawet wtedy, gdy grunt był niepewny. - Ktoś musi wiedzieć, co robi. - Rzuciłem nonszalancko. - W przeciwnym razie wszystko by się rozsypało. Mam przewagę. - Ciągnąłem spokojnie. - Pieniądze, nazwisko, kontakty. Wiedzę o tym, jak działa ten teatr. Inni muszą się domyślać. Ja wiem. - Patrzyłem na nią z góry, dosłownie i w przenośni, ale łapałem się na tym, że to spojrzenie nie było chłodne. Przez moment zrobiło się dziwnie ciężkie, jej słowa dotknęły czegoś, co nie pasowało do tej narracji o kontroli i przewadze. Zignorowałem to, przesuwając ciężar ciała z jednej nogi na drugą.
Drzwi do Wielkiej Sali były tuż obok - tak samo, jak hałas, światło, ludzie, normalność, w którą za chwilę mieliśmy wejść, a jednak, stojąc obok niej, miałem absurdalne poczucie, że przez moment byliśmy gdzie indziej. W miejscu, gdzie różnice nie były problemem, tylko… Rozwiązaniem. Nie wiedziałem skąd wzięła się ta myśl i nie ufałem jej ani trochę. Uśmiechnąłem się więc tym swoim półuśmiechem, bezpiecznym, wyćwiczonym. Odwróciłem wzrok pierwszy, kierując go w kierunku, skąd dobiegał gwar rozmów.
- Chodźmy. - Rzuciłem już lżej. - To wygląda, jakbyśmy coś planowali. Im dłużej stoimy, tym łatwiej komuś będzie dorobić do tego historię. A reputacja, jak wiesz, to waluta. Ja akurat dbam o kurs. - Mówiłem to lekko, niemal nonszalancko, ale coś w jej wcześniejszym tonie zahaczyło mnie głębiej. To nie było oskarżenie, bardziej próba zrozumienia, nadania sensu czemuś, co wymknęło się spod kontroli. A ja… Ja miałem w głowie pustkę - czystą, irytującą lukę, i jednocześnie to dziwne, niewytłumaczalne uczucie ciężaru w klatce piersiowej, jakby jej słowa naciskały na wspomnienie, które nie miało obrazu.
Obserwowałem ją, gdy sięgała po herbatę, pijąc ją małymi łykami, ostrożnie, jakby to była jedyna rzecz tego poranka, która nie mogła jej zdradzić. Przez moment miałem absurdalną ochotę powiedzieć coś w stylu „uważaj, gorąca”, chociaż przecież doskonale wiedziała, zawsze wiedziała takie rzeczy. Powstrzymałem się, zamiast tego oparłem się wygodniej, przybierając tę swoją znaną wszystkim minę lekkiego znudzenia światem, rozciągając nogi, jakbym rzeczywiście nie przywiązywał do tego większej wagi - jakby to było jedno z wielu śniadań, a ona jedną z wielu osób przy stole.
- Ułatwianie sobie życia to jedna z moich mocniejszych stron. - Odparłem z półuśmiechem. - Zwłaszcza kiedy alternatywą jest niepotrzebna drama.
Nasza „normalność” wydawała mi się jednak nagle podejrzanie cienka, jak kartonowa dekoracja, za którą coś się kryło, obecność Prue naprzeciwko mnie sprawiała, że to śniadanie było… Inne, bardziej wyraźne, zbyt wyraźne jak na kaca, „dziwnym trafem”, bo było w tym coś irytująco trafnego. Trafy zawsze pojawiały się tam, gdzie nie powinny, zwłaszcza jeśli chodziło o nią. Kiedyś wszystko rzeczywiście było prostsze, zbyt proste, dzieciaki nie liczą kosztów, nie sprawdzają, kto patrzy, nie kalkulują, co wypada. Potem świat uczy, że szczerość to luksus, na który nie każdy może sobie pozwolić. Przechyliłem głowę, mierząc ją wzrokiem - zobaczyłem to spojrzenie spod grzywki, ten błysk, który nie był złośliwy, raczej świadomy. I tak, zabolało, minimalnie, na tyle, bym musiał poprawić maskę.
- Reputacja to waluta. - Stwierdziłem obojętnym tonem, bez pośpiechu. - Jedni ją zbierają, inni rozdają za darmo. Ja wolę wiedzieć, ile mam w kieszeni. - Brzmiało to jak przechwałka, miało nią być, tylko że gdzieś pod spodem czaiła się świadomość, że to niewypowiedziane „bez strat” było pojęciem bardzo względnym. Zwłaszcza kiedy patrzyłem na nią i wiedziałem, że coś już zdążyło mnie kosztować, nawet jeśli nie potrafiłem tego jeszcze nazwać. Zatrzymałem spojrzenie na jej twarzy, na tej grzywce, za którą się chowała. - Niektórzy nią handlują. Inni się nią zasłaniają. Nie powiesz mi zatem, że nie warto jej kontrolować. - Na moment zawiesiłem głos. - Chociaż przyznaję - dodałem z lekką prowokacją - niektórzy mają błędną tendencję do projektowania na mnie własnych teorii. Ludzie lubią uproszczenia. - Ciągnąłem spokojnie. - Lubią wiedzieć, kogo nie lubić, kogo omijać, kogo obwiniać. Reputacja pozwala im robić to bez wysiłku. - Nie powiedziałem, że kiedy byliśmy dzieciakami, nie trzeba było kalkulować, komu wypada, a komu nie. To brzmiałoby zbyt sentymentalnie, a na to nie mogłem sobie pozwolić. Spojrzałem na nią uważniej, spod rzęs, z tą chłodną pewnością siebie, która zwykle ucinała podobne rozmowy w zarodku. Tym razem jednak pozwoliłem jej wybrzmieć.
- To nie ma nic wspólnego stricte z tobą. - Na moment zawiesiłem wzrok gdzieś obok, na krawędzi stołu, na niczym konkretnym. Nie powiedziałem tego, co cisnęło się pod język - nie chodziło o to, że kiedyś znałem ją zbyt dobrze. Chodziło o to, że wciąż znałem ją wystarczająco dobrze. - Świat po prostu lubi historie. A ja nie mam ochoty być bohaterem cudzych opowieści. - Uśmiechnąłem się krzywo, jakby to była kropka nad i, zamknięcie tematu, nic więcej. A jednak gdzieś pod spodem czułem, że to nie ona była zagrożeniem dla mojej reputacji. Tylko to, jak łatwo przy niej przestawałem w nią wierzyć. - Korzystaj. - Dodałem półgłosem. - Takie okazje nie zdarzają się często. Rzadko stawiam się w pozycji, w której przegrana jest wkalkulowana. - Wróciłem spojrzeniem do stołu, herbaty, tej całej porannej normalności, jakby rozmowa właśnie zeszła na bezpieczny tor, a to lekkie ukłucie, które między nami zawisło, było tylko przejściowe. Gracz wiedział, kiedy zrobić krok w tył, nawet jeśli przez ułamek sekundy coś w nim żałowało, że ta gra w ogóle musi istnieć.
Prychnąłem krótko, ten dźwięk miał załatwić sprawę, zepchnąć to, co właśnie próbowało wyjrzeć spod mojej skóry, z powrotem tam, gdzie jego miejsce. Słabość była luksusem dla ludzi, którzy mogli sobie pozwolić na bycie źle zrozumianymi, ja do nich nie należałem. Kiedy byliśmy dzieciakami, nie trzeba było tego nazywać - świat był prostszy, bo nie musieliśmy za nic płacić, teraz rachunki przychodziły szybciej.
Nie przyznałem, że czasem za tym tęskniłem, nie powiedziałem, że jej pytanie trafiło dokładnie tam, gdzie nie powinno. Zamiast tego uniosłem brew, wracając do swojej roli. Nie odwróciłem wzroku, pozwoliłem jej patrzeć. Nie dlatego, że chciałem, żeby mnie rozumiała, raczej dlatego, że nie zamierzałem się cofać - w tej grze pierwszy, kto spuszcza oczy, przegrywa.
- Strony zawsze są. Nawet jeśli udajemy, że to tylko kwestia perspektywy. - Powiedziałem spokojnie, rzeczowo, jakbyśmy rozmawiali o układzie stołów w Wielkiej Sali, a nie o czymś, co dotykało znacznie głębiej. Nie powiedziałem, że czasem ta perspektywa bywa męcząca, a bycie po „właściwej” stronie oznacza ciągłe pilnowanie się, liczenie ruchów, noszenie nazwiska jak zbroi. Tego nie mówiłem, nie miałem takiego zwyczaju. - Różnica polega na tym, czy masz wybór, po której stoisz, czy tylko wmawiasz sobie, że go masz. - Oparłem się mocniej o oparcie krzesła, rozkładając ramiona z tą nonszalancją, którą miałem opanowaną do perfekcji - bogaty dzieciak z nazwiskiem, które otwierało drzwi. Ktoś, kto nie powinien wyglądać na kogoś, kogo trzeba żałować. - „Przetrwanie” to bardzo wygodne słowo. - Ciągnąłem dalej. - Brzmi lepiej niż „wybór”, ale w gruncie rzeczy, Pruey, przetrwanie to tylko ładniejsze słowo na wybór. - Zupełnie nie zarejestrowałem tego, jak łatwo przyszło mi znowu tak ją nazwać. - Zawsze decydujesz, jak to robisz i z kim stoisz. Reszta to narracja dla tych, którzy nie lubią brać odpowiedzialności. - To była linia obrony, solidna i znana, za nią nie było miejsca na słabość ani na przyznanie, że świat wcale nie był czarno-biały, tylko męcząco szary. Nie zamierzałem tego mówić na głos, zwłaszcza jej. Kiedy jesteś dzieciakiem, nie wybierasz stron, bo jeszcze nie rozumiesz ceny, potem świat bardzo szybko uczy, że neutralność to mit, a brak decyzji też jest decyzją. - Zresztą przetrwanie to minimum. - Dodałem. - Ambicja zaczyna się tam, gdzie inni mówią „wystarczy”. Jedni próbują nie utonąć, inni uczą się pływać szybciej niż reszta. - Machnąłem dłonią lekko, niedbale, jakby to była czysto teoretyczna rozmowa, nie coś, co zahaczało o mnie osobiście.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#12
01.01.2026, 18:40  ✶  

To nie był jej dzień, zdecydowanie. Nie spodziewała się tego, że tak szybko będzie musiała spojrzeć mu w oczy. Rzeczywistość jednak uwielbiała weryfikować sytuację. Nie czuła się najlepiej, głowa jej pulsowała, miała wrażenie, że szybko jej to nie przejdzie, był to pierwszy dzień w jej życiu kiedy czuła się tak fatalnie przez decyzję, którą samodzielnie podjęła. Nikt przecież wczoraj nie wlewał jej tego alkoholu do gardła, nie spodziewała się jednak, że sprawy zajdą za daleko, że doprowadzi się do stanu, w którym przestanie pamiętać. To było dla niej bardzo niekomfortowe, nie zdarzało się nigdy. Jeszcze jego słowa upewniały ją w tym, że to ona była na straconej pozycji.

Czuła, że coś się między nimi wydarzyło, ciało pamiętało swoje, gorzej z nią samą, wspomnienia się nie pojawiały, bardziej jakieś urywki i to z początku nocy. Nie chciała go o nic pytać, bo nie zamierzała się z nim konfrontować, przeczuwała jednak, że mogła tego żałować, że przekroczyli jakąś granicę, której nie powinni przekraczać. Najgorsze było to, że tak do końca nie była niczego pewna, to ją okropnie irytowało. Musiała sobie jednak poradzić z tą niewiedzą, zapewne jej to kiedyś wyciągnie w najmniej odpowiednim momencie i na to też powinna się przygotować.

- Mhm, nie będę tego robić światu. - Przede wszystkim nie chciała tego robić sobie. Nie zamierzała powtarzać szybko tego stanu, nie podobało jej się to, do czego doprowadziła, wolała kontrolować wszystko, co działo się wokół niej. Jasne, wczorajszy wieczór wydawał się być całkiem przyjemny, przynajmniej z tego co pamiętała, ta część na pewno była warta specjalnego miejsca w jej pamięci, bo potraktowali się zupełnie inaczej niż mieli w zwyczaju, a jednak nie do końca akceptowała to, jak potoczyła się noc, no - bo tego nie pamiętała, nie mogła mieć pewności co do tego, co się między nimi wydarzyło, miała wrażenie, ze coś, co nie powinno i nie dawało jej to spokoju, przy tym pulsującym bólu głowy było to naprawdę niewygodne, bo próbowała odnaleźć jakiekolwiek wspomnienia, ale zupełnie jej się to nie udawało. Czuła jakby stąpała po bardzo niepewnym gruncie.

- To prawda, chociaż jeszcze bezpieczniejszą opcją jest po prostu niedoprowadzanie do następnego razu. - Przede wszystkim tego zamierzała się trzymać - unikać go, jeśli tylko będzie mogła. Widać póki co ten plan raczej nie do końca działał, gdyż wpadła na niego ledwie po tym, jak wyłoniła się ze swojego dormitorium, ten plan potrzebował nieco dopracowania, ale wydawało jej się to najbardziej logicznym posunięciem. Tylko, czy naprawdę była w stanie się trzymać od niego z daleka? No nie do końca, przecież próbowała i to nigdy nie działało.

- Manipulujący też do Ciebie pasuje. - Może nawet bardziej, potrafił mieszać, potrafił dostawać to czego chciał, nie patrzył przy tym na nikogo ani na nic, zdecydowanie jego słowo trafiało bardziej, najgorsze, że zdawał sobie z tego sprawę, robił to wszystko świadomie.

- Tak, masz przewagę, jesteś lepszy, dzięki temu możesz bawić się ludźmi, doprowadzać ich do granic, testować, jasna sprawa, chociaż Ty wiesz w co grasz, nie do końca uznałabym to jednak za odpowiedzialne, ale definicje odpowiedzialności mogą być różne, czyż nie? Ta z Twojego świata na pewno różni się od tej mojej. - Nie miała co do tego nawet najmniejszych wątpliwości. On patrzył tylko na siebie, nie brał pod uwagę uczuć innych osób, liczyło się tylko to, aby dostał to, czego chciał, nikt, ani nic się dla niego nie liczyło tylko on sam. Tak wyglądał ich świat, dążyli do celu po trupach, powinna mieć to na uwadze poprzedniego wieczora, bardzo łatwo przyszło jej jednak uwierzyć, że miał w sobie coś więcej, była naiwna - zdecydowanie. Teraz to do niej docierało, nigdy już nie miała zamiaru popełnić tego błędu, czuła się głupio, ale jakoś musiała to przetrawić, poradzić sobie z tym, co się stało, wiedziała, że bardzo długo ją to będzie męczyło, bo nie znosiła nie wiedzieć.

- Tak, wiem, reputacja jest dla Ciebie bardzo istotna, nie martw się, nikt nas nie widział. - Rzuciła jeszcze okiem na otoczenie, znajdowali się tutaj zupełnie sami, był bezpieczny, nikt nie powinien ich ze sobą powiązać w żaden sposób. Nieco ją zabolał ten komentarz, jednak niespecjalnie zdziwił, przecież wiedziała, jakim był człowiekiem, wiedziała z jakiego świata pochodził i co było ważne dla takich osób. Weszła w końcu do środka, była zadowolona, że zakończyli tę rozmowę, bo nie czuła się podczas niej zbyt komfortowo przez to, że wiedziała, że coś jej umyka i nie miała pojęcia, czym to było. Być może powinna go o to zapytać wprost, ale po tym, w jaki sposób z nią rozmawiał przed chwilą zrozumiała, że nie było w nim już tego człowieka, który wczoraj wieczorem dyskutował z nią na temat problemów mieszkaniowych nietoperzy. Minęło Yule i minął dzień dobroci dla wyrzutków, proste.

Okazało się jednak, że to nie miał być koniec, bo Rookwood dosiadł się do niej, nie miał zbyt wielkiego wyboru, jakoś przetrwa to śniadanie, nie z takimi rzeczami przecież sobie radziła. Nauczyła się zaciskać zęby i udawać, że wszystko było w najlepszym porządku, to nie był jej pierwszy raz.

- Tak, czy siak będziesz bohaterem ich opowieści, zawsze byłeś, to, że kreujesz się na kogoś to jedno, to, że oni w to wierzą to drugie, trzecie, chyba najbardziej istotne jest to, czy podoba Ci się to, kim dla nich jesteś, czy nie chciałbyś czegoś więcej, czy Ci to odpowiada. Nie robił byś tego, gdyby Ci to nie odpowiadało, więc chyba twoja metoda działa, jeśli jest to zgodne z Tobą samym, to wspaniale, widać doskonale sobie radzisz. - Jego reputacja nie była przypadkowa, wszystko było bardzo mocno przemyślane, łatwo było uwierzyć w to, że był takim człowiekiem. Zresztą Prue sama zaczynała w to wierzyć, był jak większość czystokrwistych, wydawało mu się, że jest lepszy, że ma prawo nosić głowę bardzo wysoko, a inni to akceptowali. Tak wyglądała hierarchia w ich świecie, nie było w niej miejsca na ustępstwa.

- Mhm, zdaję sobie z tego sprawę. - To pewnie też był jakiś test, raczej nie podstawiałby się jej bez powodu, jeśli nie test, to gra, w której niby ona miała wygrywać, ale nie do końca wydawało jej się, że tak się to skończy, na pewno były jakieś kruczki na które powinna uważać.

- Zawsze jest wybór, czasem niesie ze sobą konsekwencje, mniejsze lub większe, ale istnieje. Wszystko zależy od tego, czy jesteś w stanie podjąć decyzję, która może mocno oddziaływać na Twoje życie. To też jest wybór, wmawianie sobie, że go masz również jest jakimś wyborem. - Miała nieco inne zdanie od niego na ten temat. Jasne, zdawała sobie sprawę, że warto trzymać się norm, to było całkiem wygodne. - Nie każdy ma w sobie odwagę, aby coś zmieniać, ale wybór zawsze istnieje. - Nie, żeby ona należała do tych, którzy zmierzają jakoś szczególnie się wyróżnić odwagą. - Przetrwanie również jest wyborem, faktycznie najmniej skomplikowanym, ale niektórzy nie potrzebują od życia więcej, jest najwygodniejsze, najprostsze. - Sama nie do końca wiedziała, czego ona pragnie, ceniła sobie wygodę, niby była konformistką, ale jednak jakaś część w głębi miała pewne marzenia, które nie do końca pasowały do prostych rozwiązań. - Czy ja wiem, nie musisz wybierać stron, możesz stanąć po swojej własnej, lawirować między nimi, aby Tobie było dobrze. - Nie do końca konieczne wydawało jej się na stałe określanie przynależności. Na samym końcu przecież chodziło o to, aby sobie samej mogła spojrzeć w oczy w lustrze, nikomu innemu.

- To co dla jednych jest minimum dla innych może być jego przeciwieństwem. - Ludzie byli różni, mieli różne cele, łatwo było ich oceniać nie znając ich punktu widzenia. - Punkt widzenia zależy od wielu czynników, oczywiście, że warto mieć ambicje, jednak trzeba też mieć na uwadze to, że nie zawsze sama umiejętność szybkiej nauki pływania może wystarczyć, warto oceniać siły na zamiary, bo niejeden sprawny pływak się utopił zupełnie niespodziewanie. - Zupełnie znienacka przecież można było się zachłysnąć. Świat nie był spokojnym miejscem, każdy próbował znaleźć w nim dla siebie przestrzeń, czasem bywało to trudne, ale wyglądał tak, a nie inaczej nie bez powodu.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#13
03.01.2026, 16:50  ✶  
Stałem jeszcze w tym samym miejscu, oparty niedbale mocniej na jednej nodze, jakbym wcale nie zauważał, że grunt pod moimi stopami zrobił się podejrzanie śliski, ale kiedy padły jej słowa, coś we mnie drgnęło. Uderzyły we mnie cicho, bez dramatyzmu, i chyba właśnie to zapiekło mnie najbardziej, „niedoprowadzanie do następnego razu” brzmiało rozsądnie, jak decyzja podjęta logicznie, chłodno, dokładnie tak, jak ona zawsze potrafiła, dokładnie tak, jak ja powinienem to przyjąć. Zbyt rozsądnie jak na coś, co jeszcze chwilę temu wydawało się… Inne. Nie wiedziałem jakie, ale inne na pewno. To był ten jeden moment, w którym rozmowa skręciła w stronę, której nie planowałem, nie chciałem tego, przynajmniej przez moment, ale też nie mogłem ukryć przed sobą, że wczoraj było… Miłe. Cichsze, bez tej ostrości, teraz wracała stara dynamika, a ja, zamiast ją zatrzymać, instynktownie po nią sięgałem. Nasze wymieniane zdania trafiały dokładnie tam, gdzie powinny zaboleć, więc zrobiłem to, co zawsze - cofnąłem się za maskę. Wyprostowałem się minimalnie, tylko tyle, żeby wrócić do znanej pozycji. Zacisnąłem szczękę i przywołałem na twarz ten znany, wyćwiczony półuśmiech, cyniczny, chłodny - taki, który mówił wszystkim dookoła, że mam wszystko pod kontrolą. Dzieciak czystej krwi, który nie traci głowy przez jeden wieczór i jeden poranek.
- To zdecydowanie najbezpieczniejsza strategia. - Przyznałem z lekkim uśmiechem, takim, który miał zamknąć temat. Ludzie lubili romantyzować ryzyko, bo rzadko sami ponosili jego konsekwencje, a jednak takie myślenie częściej kończyło się katastrofą niż katharsis, wbrew pozorom, może lepiej, że Prue nie chciała go podejmować. - Unikanie ryzyka ma długą tradycję. Zwłaszcza wśród ludzi, którzy nie lubią niespodzianek. - Skinąłem głową, jak ktoś, kto doceniał logikę, chociaż w środku we mnie coś nieprzyjemnie zgrzytnęło. Zauważyłem to jej napięcie, ten cień żalu, gdzieś z tyłu głowy pojawiła mi się niechciana myśl, że Prue wiedziała więcej ode mnie, widziała w tym wieczorze coś, czego ja nie potrafiłem uchwycić, to tylko wzmocniło potrzebę obrony. - Jeśli twoim planem jest trzymanie dystansu, to jasne. - Ciągnąłem dalej, tonem niemal obojętnym. - Hogwart jest wystarczająco duży, żeby to było wykonalne, wystarczy chcieć. - To nie było takie proste, przecież oboje to wiedzieliśmy, rozmawialiśmy o tym, przynajmniej częściowo - to wchodzenie sobie w paradę nie zawsze zależało od naszych intencji, czasami po prostu się działo.
Kiedyś było łatwiej uznawać to za atut, bo byliśmy przyjaciółmi - ta myśl przemknęła szybko i została brutalnie zepchnięta na bok. Przyjaźnie należały do przeszłości, do czasów, gdy nie trzeba było liczyć ruchów ani chronić reputacji. Tego poranka wcale nie planowałem jednak tej nagłej defensywy, tego cofnięcia się o krok, ale znałem zasady - kiedy ktoś zaczyna żałować, ktoś inny musi udawać, że to było nic wartego zapamiętania. A widziałem po oczach Prudence, że żałowała.
Wyprostowałem się mocniej, krzyżując ramiona, jakbym chciał wrócić do roli, którą wszyscy znali, dłonią poprawiając mankiet, jakbym porządkował drobiazg, a nie własne myśli. To była obrona, stara, dobrze znana, tarcza, którą podnosiłem zawsze, gdy coś zaczynało wymykać się spod kontroli. Jej noga była wciąż blisko, zbyt blisko, udawałem, że tego nie zauważam, chociaż moje ciało miało inne zdanie. To było irytujące, te wszystkie momenty, kiedy instynkty wyrywały się spod kontroli w najmniej odpowiednim momencie. 
Nie zaprzeczyłem, bo zaprzeczanie bywało oznaką słabości, a ja nie miałem dziś zamiaru jej demonstrować. Stałem nadal wyprostowany, jednocześnie starając się wyglądać niedbale, ramiona miałem skrzyżowane, moja postura była pewna, niemal leniwa. Tak wyglądał ktoś, kto słyszał te wnioski już wcześniej i nauczył się je nosić jak element garderoby, nie jak oskarżenie.
- Przewaga nie bierze się znikąd. - Ciągnąłem chłodno. - To kwestia wyborów. Jedni wolą komfort bycia fair, inni wolą wygrywać. Ja nigdy nie udawałem, że należę do tej pierwszej grupy.
Jej słowa o odpowiedzialności rozbawiły mnie cicho, bez wesołości. Krótki wydech, bardziej gest niż śmiech.
- Odpowiedzialność - rzuciłem - to bardzo elastyczne pojęcie. W moim świecie oznacza świadomość konsekwencji i gotowość, by je ponieść. Nie chronienie wszystkich dookoła przed własnymi decyzjami. - Spojrzałem na nią uważnie, ostrzej niż wcześniej, jakbym chciał jasno zaznaczyć granicę. - Tak, wiem, w co gram. - Dodałem bez cienia kpiny, za to z wyraźnym dystansem. Bletchley widziała mnie dokładnie tak, jak obawiałem się, że zobaczy, jako kogoś, kto bierze, testuje, przesuwa granice, bo może, i najgorsze było to, że w tej wersji mnie wszystko się zgadzało. - I tak, inni czasem nie, ale to nie ja zmuszam kogokolwiek do wejścia na planszę. Ludzie nie są pionkami tylko dlatego, że ktoś umie czytać reguły lepiej. Każdy wchodzi do gry z własnej woli. - Nie powiedziałem, że czasem ta gra wymykała się spod kontroli. Nie przyznałem, że wczoraj coś się przesunęło, że na moment zniknęły role. Zamiast tego wróciłem do tego, co znałem najlepiej. - Twój świat i mój świat nigdy nie były kompatybilne. - Powiedziałem ciszej. - Ty wierzysz, że ludzie powinni brać pod uwagę cudze uczucia. Ja wierzę, że uczucia są zmienne, a konsekwencje nie. - Zawiesiłem na niej wzrok, chłodny, wyraźnie zdystansowany - nie dlatego, że była mi obojętna, właśnie dlatego, że nie była. To było okrutne w swojej prostocie, wiedziałem o tym, ale właśnie dlatego było skuteczne. Nie dodałem, że czasem ta wiara kosztowała więcej, niż byłem gotów przyznać, zamiast tego wzruszyłem ramionami, jakby rozmowa zeszła na czysto teoretyczny grunt. - Testowanie granic nie jest okrucieństwem. - Dodałem. - To sposób sprawdzania, gdzie naprawdę stoją ludzie. Granice, które pękają, i tak były iluzją. - Nie zaprzeczyłem temu, że patrzę na siebie, nie zaprzeczyłem temu, że liczy się cel, to byłoby bez sensu.
To, co powiedziałem o naszych kontaktach, było niesprawiedliwe, wiedziałem to, ale sprawiedliwość nie była walutą, którą się tu posługiwaliśmy. Przyznanie, że zeszłego wieczora uwierzyłem w coś więcej choćby na chwilę, kosztowałoby mnie znacznie więcej, niż byłem gotów zapłacić. To właśnie dlatego dalsze słowa o reputacji przyjąłem bez mrugnięcia okiem, jak coś oczywistego, wręcz uprzejmego. Skinąłem głową lekko, z tym spokojem, który zwykle działał jak pieczęć zamykająca temat.
- Doceniam. - Odparłem krótko, z tym chłodnym spokojem, który zawsze wchodził mi w krew, kiedy należało coś zamknąć i nie wracać. Brzmiało to dokładnie tak, jak powinno - bezpiecznie, beznamiętnie, jakbyśmy rozmawiali o pogodzie, a nie o czymś, co wyraźnie zostawiło w niej ślad. I, co gorsza, we mnie też, chociaż nie zamierzałem się do tego przyznawać nawet w myślach. - Dyskrecja to dziś rzadki talent. - Skinąłem głową powoli, jakby właśnie potwierdziła coś, co od początku uważałem za oczywiste. Ten rzut oka dookoła, to jej demonstracyjne upewnienie się, że jesteśmy sami, uderzyło we mnie dziwnie nieprzyjemnie, nie dałem tego po sobie poznać - oczywiście, że nie. Odwróciłem się lekko w stronę Wielkiej Sali, jakby rozmowa właśnie dobiegła końca. Rzuciłem pobieżne spojrzenie wokół, choć dobrze wiedziałem, że nikogo tu nie było - to nie była potrzeba sprawdzenia, raczej odruch, nawyk człowieka, który zawsze pilnował krawędzi planszy, nawet gdy wydawała się pusta.
Nasze wejście do środka przyjąłem z ulgą, której oczywiście nie okazałem. Rozmowa zaszła tam, gdzie nie planowałem jej prowadzić, na chwilę znaleźliśmy się zbyt blisko, a jednocześnie zbyt osobno, jak na to, że w oficjalnej wersji wczorajszy wieczór był anomalią, świątecznym błędem w rachunkach, czymś, co należało skorygować, zanim zacznie żyć własnym życiem. Stałem chwilę w miejscu, pozwalając jej przejść przodem. Patrzyłem, jak znika w środku, jak prostuje ramiona, zakłada na siebie tę swoją wersję normalności. Zrobiłem to samo - ruch za ruchem - zbroja wróciła na swoje miejsce. Zatrzymałem się jeszcze na moment w progu, prostując mankiet koszuli, wyraźniej przybierając z powrotem tę wersję siebie, którą świat znał i akceptował - tę, która nie rozmawiała o nietoperzach, problemach mieszkaniowych ani o niczym, co wymagało miękkości tego typu. Tę, która nie pozwalała sobie na „dzień dobroci”, Yule się skończyło, a wraz z nim wszystkie odstępstwa.
Ruszyłem za nią do środka już jako Aloysius Rookwood, nie Wish, nie wczorajszy rozmówca spod gwiazd, tylko jako spadkobierca. Człowiek z zasadami, nawet jeśli były one ostrzejsze i bardziej trudne do zaakceptowania niż cudze, właśnie tak było najbezpieczniej. Wszedłem do środka za Prudence, bez pośpiechu, bez próby zatrzymania rozmowy. Nie było czego ratować. Tak przynajmniej brzmiała oficjalna wersja.
Usiadłem naprzeciw niej z tą samą nonszalancją, z jaką robiłem większość rzeczy, które miały wyglądać na przypadkowe - jak ktoś, kto nie musiał się zastanawiać, czy wypada, ruch był płynny, wyćwiczony. Krzesło zaskrzypiało cicho, kiedy się na nim rozwaliłem, z tym samym wyrachowanym spokojem, który zawsze wchodził mi w krew, gdy nie miałem pełnej kontroli nad sytuacją, jakby to miejsce od początku było moje, jakby to była naturalna kolej rzeczy. W pewnym sensie była.
Nie patrzyłem na Bletchley od razu - najpierw stół, talerze, dzbanek, dopiero potem jej profil, napięty, opanowany. Zaciśnięte zęby rozpoznałem bez trudu, zbyt dobrze znałem ten mechanizm, sam używałem go częściej, niż wypadało. Sięgnąłem po kubek, upiłem łyk, jakbyśmy prowadzili czysto teoretyczną rozmowę o narracji, nie o mnie, nie o nas. Odwróciłem spojrzenie na pół sekundy, skupiając się na Wielkiej Sali, na hałasie, na ludziach, na wszystkim, co pozwalało nie myśleć o tym, że jeszcze wczoraj rozmawialiśmy inaczej - była we mnie wersja, której dziś konsekwentnie nie dopuszczałem do głosu.
Słuchałem jej bez przerywania, z tym półuśmiechem, który zwykle mylono z rozbawieniem - w rzeczywistości był tarczą - jej słowa trafiały celnie, aż za celnie, ale nie zamierzałem tego potwierdzać. Bohater ich opowieści, figura, którą łatwo opisać, jeszcze łatwiej znienawidzić albo podziwiać, wszystko jedno. Rozparłem się z tą samą nonszalancją, którą widywali u mnie wszyscy. Rola była wygodna, dobrze skrojona, nosiłem ją od lat jak idealnie dopasowany płaszcz.
- Bohater brzmi zbyt… Szlachetnie. - Mruknąłem w końcu, obracając w palcach kubek. - Jak już, wolę ciekawsze pozycje. Antagonista ma więcej swobody. - Uniosłem na nią spojrzenie, leniwe, pewne siebie - takie, które mówiło, że wiem dokładnie, kim jestem w cudzych historiach i nie mam z tym problemu, w gruncie rzeczy, lubiłem to, ten porządek, jasne reguły gry. - Jeśli już mam być postacią, to wolę taką, która porusza fabułę, a nie reaguje na nią. - Uśmiechnąłem się krzywo, bez ciepła, za to z satysfakcją. Nie bohater - antagonista, przynajmniej na pokaz. Ta pozycja była wygodniejsza, dawała dystans, chroniła przed pytaniami, na które nie zamierzałem odpowiadać. - Czy mi się to aż tak podoba? - Dodałem, wzruszając ramionami. - Podoba mi się kontrola. Jeśli bycie „tym złym” daje mi ją bez zbędnych kosztów, to czemu nie, oczywiście. Wiesz, jaka jest największa zaleta bycia kimś takim? - Uniosłem brew, półuśmiech pogłębił się odrobinę. - Nikt nie oczekuje od ciebie heroicznej przyzwoitości. - To była prawda, ta wygodna część prawdy, którą można było bezpiecznie wypowiedzieć. Bycie czarnym charakterem zwalniało z tłumaczeń, z miękkich gestów, z konieczności bycia kimś więcej, pozwalało robić swoje i nazywać to  „strategią”. Nie dodałem, że czasem cisza po zdjęciu maski jest ogłuszająca, nie dodałem, że czarne charaktery też bywają zmęczone.
Przesunąłem spojrzeniem po Wielkiej Sali, po innych uczniach, po tym całym tle, które zawsze było tylko scenografią.
- Hierarchia istnieje niezależnie od tego, czy ją lubisz, czy nie. Ja po prostu nie udaję, że jest inaczej. - Zawiesiłem na niej wzrok na krótką chwilę, wystarczająco długo, by było jasne, że słyszę więcej, niż mówię, ale zaraz potem wróciłem do tej swojej wersji. Gładkiej, kontrolowanej. Kiwałem głową od czasu do czasu, jakbyśmy prowadzili akademicką dyskusję, nie rozmowę, która zahaczała o rzeczy niebezpieczne, takie, których nie powinno się dotykać przy śniadaniu. Moje palce bębniły leniwie o krawędź stołu, spojrzenie miałem lekko znudzone, jakbym rozważał jej słowa bardziej z obowiązku niż z ciekawości, tyle że to była poza - dobra, sprawdzona, ale jednak poza. Słuchałem, rozwalony na krześle, z tą pozorną swobodą, która zwykle wystarczała, żeby rozmowa nie wchodziła mi pod skórę.
- Oczywiście, że zawsze można powiedzieć, że „wybór istnieje”. Tak samo jak zawsze można powiedzieć, że można rzucić wszystko i wyjechać, tylko że większość ludzi nie żyje w teorii, a w rachunku zysków i strat. - Oparłem łokieć o stół, splatając palce, ton miałem spokojny, wyważony, dokładnie taki, jaki powinien mieć ktoś, kto nie zamierzał się tłumaczyć. - Własna strona to mit. - Stwierdziłem z parsknięciem, cichym, niemal pobłażliwym. - Zawsze jesteś czyimś pionkiem albo czyimś zagrożeniem. Różnica polega tylko na tym, czy zdajesz sobie z tego sprawę. Ja wolę wiedzieć, w czyjej grze gram i jakie są zasady. - Przesunąłem spojrzeniem po sali, po innych uczniach, po tym wszystkim, co stanowiło tło, a potem wróciłem do niej, spokojny, zbierający punkty. - Świat rzadko pozwala stać dokładnie tam, gdzie jest najwygodniej. Prędzej czy później ktoś i tak uzna, że jesteś po którejś stronie, nawet jeśli sam uważasz inaczej. Ja przynajmniej wiem, że za jakiś czas będę jednym z organizatorów. - Wzruszyłem ramionami, z tą pozorną obojętnością, którą doprowadziłem do perfekcji, nachylając się odrobinę, z tym półuśmiechem, który zawsze zwiastował, że zaraz powiem coś, co nie będzie miłe. - Wybór - kontynuowałem wolno - to bardzo komfortowe słowo. Brzmi, jakby wszyscy startowali z tego samego miejsca. - Skrzyżowałem ramiona w postawie kogoś, kto wiedział, że jest obserwowany i dokładnie tego chciał. - Jasne, technicznie rzecz biorąc, zawsze istnieje jakiś procent szans na to, że los się odwróci, coś się zmieni, przetasowanie okaże się wyjątkowo nieprzewidywalne - ciągnąłem - ale nie wszystkie opcje są realne. Czasem to tylko teoria dla ludzi, którzy nigdy nie musieli liczyć kosztów.
Jej wizja odwagi, zmiany, lawirowania między stronami była… Ładna. Zbyt ładna. Idealna do opowiadania sobie historii przed snem. Parsknąłem cicho.
- Niezdecydowanie czy tam, ładniej mówiąc, balansowanie między opcjami to luksus -  powiedziałem spokojnie - na jaki mogą sobie pozwolić ci, którzy nie mają nic do stracenia albo wszystko już stracili. Reszta z nas gra na planszy, która istniała długo przed nami. - Nie brzmiało to jak skarga, brzmiało jak fakt.
Odchyliłem się na krześle, przenosząc łokieć ze stołu na kolano, wracając do tej swojej wygodnej, roli antagonisty, który przynajmniej nie kłamał na temat własnych motywów. A to, że jej słowa na chwilę wdarły się pod skórę, nie było czymś, do czego zamierzałem się przyznać. Nawet przed sobą. Rozmawialiśmy dłużej, niż było to wygodne. Rozparty na krześle, z jednym ramieniem niedbale opartym o oparcie, drugim o swoje kolano, wyglądałem jak ktoś, kto przyjmował wykład tylko z grzeczności. W środku mnie jednak coś zgrzytało - nie dlatego, że nie miała racji, raczej dlatego, że mówiła o wyborach tak, jakby były czymś realnym, a nie luksusem.
Uśmiechnąłem się lekko, bez wesołości, to był uśmiech kogoś, kto słyszał podobne deklaracje już wcześniej i nauczył się traktować je z dystansem.
- Ludzie uwielbiają mówić, że „zawsze jest wybór”, Pruey, bo to dobrze brzmi. - Ciągnąłem. - Moralnie, budująco, tylko że wybór bez realnej ceny to teoria. W praktyce większość decyzji to po prostu kalkulacja strat. - Oparłem się mocniej, skrzyżowałem nogi, przybierając tę swoją chłodną, kontrolowaną postawę - gracz, który zna planszę. - Odwaga do zmiany to też narracja. - Dodałem. - Ładna, inspirująca, ale często kończy się tym, że ktoś inny sprząta po twojej „odwadze”. Ja wolę odpowiedzialność za skutki, nie za intencje.
Jej słowa o przetrwaniu nie zirytowały mnie. Raczej utwierdziły w czymś, co i tak wiedziałem.
- Lawirowanie na granicy - wróciłem do niej spojrzeniem, spokojnie - wymaga marginesu błędu. Stanie „po swojej stronie” brzmi dobrze do momentu, w którym odkrywasz, że twoja strona nie ma zaplecza. - Nie brzmiałem złośliwie, brzmiałem pewnie. Tak, jak ktoś, kto już dawno podjął decyzję i nie zamierzał jej kwestionować.
Pokręciłem głową, cmokając, jakbym właśnie usłyszał wykład, który znam na pamięć, tylko podany w ładniejszym opakowaniu. Słuchałem jej jednak całkiem uważnie, bo zawsze słuchałem, nawet jeśli udawałem, że to czysta strata czasu. Jej sposób mówienia miał w sobie coś uporczywego, jak woda drążąca kamień. I może właśnie dlatego nie zamierzałem jej tego ułatwiać.
- Dlatego właśnie nie skaczę do wody bez planu. - Rzuciłem. - Zachłyśnięcie się zdarza się tym, którzy wierzą, że samo przekonanie wystarczy. Ja wolę wiedzieć, gdzie jest brzeg, gdzie jest granica. - Spojrzałem na nią z tym swoim krzywym grymasem imitującym uśmiech - czarny charakter w pełnej krasie. Ten, którego łatwo było ocenić, łatwo zaszufladkować. - Jasne, ta strategia nie jest szczególnie… Widowiskowa moralnie. - Przechyliłem głowę, spoglądając na nią spod rzęs, z tym specyficznym półuśmiechem. - Ale widzisz, marzenia o szerokich możliwościach są w porządku. - Podsumowałem. - Dopóki nie zaczynają kosztować więcej, niż są warte. Ja swoje rachunki płacę na bieżąco. - Wzruszyłem ramionami, pochylając się po herbatę, jakby rozmowa była zamknięta, jakby nie dotknęła mnie ani na moment, bo przyznanie, że gdzieś między jej słowami było coś, co zahaczyło, oznaczałoby przyznanie, że ta poza to tylko rola, w której z dnia na dzień przestawało być mi wygodnie, chociaż właściwie to… Czy kiedykolwiek było mi w niej zupełnie komfortowo? Właśnie.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#14
30.01.2026, 22:07  ✶  

- Nie bez powodu ma długą tradycję, niektórzy lubią kiedy jest bezpiecznie. - Jaki był sens w tym, żeby celowo ryzykować? Nie wiedziała, nie chciała wiedzieć. Tłumaczyła sobie, że najlepsze, co dla niej jest to stałość, spokój, nie rzucanie się w oczy, bo dzięki temu nie musiała doprowadzać do żadnych konfrontacji. Tak, tłumaczyła to sobie od lat, wmawiała sobie, że tego właśnie chce, tylko, że jej czyny czasem były bardzo od tego dalekie. Nie powiedziałaby tego w głos, nie przyznawała się do tego nawet sama przed sobą, bo tak było lepiej. - Tak, wystarczy odrobine temu pomóc, a bez najmniejszego problemu uda się tego trzymać. - Starała się, aby ton jej głosu brzmiał pewnie. Naprawdę próbowała robić wszystko, aby wydawało się, że to jest dokładnie to, czego chce. Miała jednak świadomość, że już próbowała to robić, nigdy nie wychodziło, los lubił z nich drwić, stawiać na swojej drodze w momentach kiedy niekoniecznie tego chcieli. Niby zamek był ogromny, a jednak zawsze na siebie wpadali, jakoś już tak się działo. Kiedy już do tego dochodziło to niekoniecznie dało się uniknąć konfrontacji, spojrzeń, czy słów, które padały mimowolnie.

Wczorajszy wieczór zupełnie nie pasował do ich rzeczywistości. Zdawała sobie sprawę z tego, że musiało się to zdarzyć zupełnie przypadkiem, miał lepszy dzień, wyciągnął spod tych wielu warstw tę wersję, którą znała, którą lubiła, która była jej bliska, nie spodziewała się, że ona jeszcze istnieje, chociaż, czy na pewno? Ludzie nie zmieniali się aż tak, musiał po prostu bardzo mocno ukrywać to, jaki był naprawdę, może wygodniej było mu pokazywać się światu w tej postaci, nie miała pojęcia z czego to wynikało, nigdy przecież do końca nie dowiedziała się dlaczego nagle postanowił ją ignorować. Nie miała na to pytanie uzyskać odpowiedzi. Święta miały swoją magię, ale ona się skończyła, dzisiaj wszystko wracało do normalnego porządku. Wydawało jej się, że ta wczorajsza noc, wczorajszy wieczór był jakimś dziwnym powrotem do przeszłości, który tak naprawdę nie powinien mieć miejsca, nie miała pojęcia dlaczego się wydarzył, jednak nie wątpiła w to, że to nie miało się więcej powtórzyć. Musiała się z tym pogodzić, chociaż cholernie łatwo było jej przywyknąć do myśli, że mogło być między nimi dobrze.

- To prawda, od zawsze bardzo jasno pokazywałeś, co jest dla Ciebie istotne. - Tak samo jak to, że nie zastanawiał się nad metodami, które prowadziły go do celu, najważniejsze było zwycięstwo, tylko ono się liczyło, do celu po trupach, bez względu na to, czy mogło to kogoś poturbować, czy zaboleć. Proste i logiczne, wiedziała w jaki sposób działał. Nie, żeby sama była lepsza, w jej przypadku jednak gra niezgodnie z zasadami dotyczyła tylko i wyłącznie jego, wtedy zupełnie się nie zastanawiała nad swoimi metodami, lubiła mu udowadniać, że warto jest ją doceniać.

- Świadomości konsekwencji nie mogę Ci odmówić, jednak gotowość do ich ponoszenia, proszę Cię, w Twoim przypadku to tak nie działa. - Nie do końca go to dotyczyło, pochodził z rodziny, która miała swoją reputację, mógł pozwolić sobie na zdecydowanie więcej od innych. Nie uważała, żeby było do końca tak, jak mówił.

- Nie, nie każdy wchodzi do gry z własnej woli, czasem nie ma innej możliwości, nie ma wpływu na to, co do niej doprowadziło. - Po raz kolejny nie miała zamiaru się z nim zgodzić. Bywały momenty, kiedy zostawało się wciągniętym do gry, w której nie chciało się brać udziału, nie dało się tak po prostu opuścić planszy. Zapewne ktoś taki jak on nie musiał sobie z tego zdawać sprawy, bo przecież to on rozdawał karty.

- Tylko po co sprawdzać ich granice? W jakim celu? Dla zabawy? - Niby rozumiała, co miał jej do przekazania, aczkolwiek nie do końca jej to odpowiadało. Było to dla niego zabawą? Sprawdzanie, jak daleko ludzie mogą się posunąć, często w akcie desperacji podejmowało się decyzje, które wcale nie były takie oczywiste jakby się mogło wydawać.

- Na szczęście akurat go posiadam. - Nie zamierzała mówić nikomu, co między nimi zaszło, zresztą i tak nie była tego pewna. Rozejrzała się wokół, aby nikt nie dostrzegł ich razem, bo czuła, że nie chciałby tego, zresztą tak było lepiej, wiedziała, że ludzie lubili plotkować, dopisywać sobie historie, a tego zdecydowanie nie chciałaby dla siebie. Wolała trzymać się z boku, nie zwracać na siebie uwagi, to było wygodne, bardzo wygodne.

Później znaleźli się w Wielkiej Sali, ku jej niezadowoleniu, znowu znaleźli się w swoim towarzystwie z racji na to spóźnienie. Nie była szczęśliwa, wolała trzymać się od niego z daleka, na pewno w tej chwili. Nie do końca wiedziała, co się między nimi wydarzyło, czuła niepokój, a teraz kontynuowali tę dziwną rozmowę, którą rozpoczęli na korytarzu. Mogła zostać w dormitorium, to byłoby wygodniejsze.

- Oczywiście, że lepiej czujesz się w roli antagonisty, nie jestem jednak przekonana, czy masz odpowiedni zbiór cech charakteru. - Mogła ugryźć się w język, mogła tego nie mówić, ale ten chłopak, którego znała nie byłby antagonistą, nie w jej oczach. To była wygodniejsza kreacja dla niego, dla tego kim był teraz, ale nie sądziła, że faktycznie by się w niej odnalazł. Jasne, udowadniał wszystkim naokoło, jaki to nie jest zbuntowany, pokazywał, że ma gdzieś ludzi, tylko czy pod spodem nie kryło się coś więcej?

- Nie sądziłam, że przejmujesz się tym, czego oczekują od Ciebie inni, to naprawdę takie istotne? - Uniosła wzrok, przyglądała mu się przez chwilę. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że kontrola była dla niego ważna, niekoniecznie jednak docierał do niej ten argument, którego użył.

- Tak to wygląda z Twojej perspektywy, ja pozwolę sobie wierzyć w to, że mam jakiś wpływ na to, co się będzie ze mną działo, co będę robić, kogo będę wspierać. Zamierzam zostać panią swojego losu i nie dać się wykorzystywać nikomu. Dystansowanie się może na to pozwolić. - To była jej metoda - unikanie ludzi, dzięki czemu nie musiała nigdy wybierać stron, wystarczyło po prostu trzymać się od nich z daleka, naprawdę wierzyła w to, że to wystarczy, że dzięki temu będzie mogła być poza, zajmować się tym, na co będzie miała ochotę. Nie brzmiało to też, jako coś skomplikowanego, naprawdę sądziła, że da się żyć w ten sposób.

- Wiesz, że może znaleźć się ktoś, kto będzie chciał sprawdzić Twoje granice, zobaczyć do czego jesteś w stanie się posunąć, ktoś taki jak Ty, być może nawet bardziej doświadczony, wtedy nie będziesz o tym taki przekonany, życzę Ci tego, chciałabym, żeby ktoś udowodnił Ci, że to nie jest takie proste. - Nie do końca miała chęć kontynuować tę rozmowę, nie sądziła, aby mieli się dogadać, chyba magia świąt przestała na nich działać, było po wszystkim, ten poranek ją w tym upewnił.

- Dziękuję za wspólne śniadanie. - To nic, że prawie nic nie zjadła, i tak nie przełknęłaby zbyt wiele przez gardło. Uniosła się wreszcie, kiwnęła mu jeszcze głową na odchodne i ruszyła w stronę drzwi. Miała dość, musiała odespać, ogarnąć się i pogodzić z tym, że tamta noc była wyjątkiem potwierdzającym regułę.


Koniec sesji


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (9882), Prudence Fenwick (6801)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa