• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
1 2 3 4 5 … 11 Dalej »
[11.09.72] Teatr dla gojów

[11.09.72] Teatr dla gojów
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#1
23.05.2025, 14:05  ✶  

Tak pięknej jesieni jeszcze nie widział w Londynie. Potworna pożoga strawiła to miasto do cna. Strawiła tak mocno, że nawet Sekwana przestała cuchnąć jak zwykle. Zamiast tego nad ulicami i kamienicami unosił przyjemnie łechcący podniebienie swąd spalenizny. Szacowanie strat wciąż jeszcze trwało, ale w trzecią dobę po katastrofie ginęła ostatnia nadzieja na odnalezienie tych którzy zaginęli. Szanse na przeżycie pod gruzami budynków drastycznie spadały z godzinę na godzinę. Temu komu nie udało się do tej pory wrócić do domu, już raczej się to nie uda. O ile taki ktoś miał chociaż do czego wracać. Na przykład tacy bracia Mulciber. Jeden nie mógł, bo tak się składało, że umarł jeszcze zanim ogień spadł na ich dom. Za to obydwoje z podobnych przyczyn mieli to zadanie utrudnione, bo jak wieść gminna niesie wewnątrz ich domostwa zaczęło straszyć. Szkoda, bo Lestrange z miłą chęcią oglądałby pustą przestrzeń po zabudowie w miejscu rezydencji. A tak, no cóż, trzeba się było cieszyć tym co jest. W spaloną noc nawet przez drobną sekundę pomyślał, że może nie głupim pomysłem byłoby ocalić przed ogniem i jego skutkami gniazdo Mulciberów w Londynie, głównie ze względu na świeżo zawiązaną współpracę z Lorien. Ale ostatecznie dostał nudności od rozważania, czy pomóc jakiemuś Mulciberowi, więc zaniechał.

Nie jego cyrk, nie jego małpy. Co jednak nie znaczyło, że zamierzał odpuścić sobie przyjemny dla oka widok krzywdy Mulciberskiej. Tak też zrobił, chociaż plan na ten dzień miał nieco bardziej złożony. Bo zaraz po oględzinach zwęglonego dachu i nawet wybitej szyby czy może dwóch, zamierzał złożyć wizytę u jednej z najstarszych przedstawicielek tego zacnego rodu. Na szczęście przybytek Philomeny wydawał się być względnie nienaruszony. Może odrobinę bez taktu, bo bez zapowiedzi, jednak złożył wizytę. Zapukał, przedstawił się służbie domowej w postaci skrzatów, grzecznie zaczekał na to, czy zostanie przyjęty. Wszystko wciąż w dobrym tonie, według staroangielskich utartych schematów zachowawczych. Jakby zupełnie pod swoją Zimną skórą nie życzył tej maści wszystkiego co najgorsze. Tak jakby ani trochę nie życzył im tego samego losu który spotkał podobnie im wymierające gatunki.

- Madame. Odezwał się akcentując niczym francuska emigracja w Londynie. Odezwał się dopiero, kiedy skrzat zapowiedział jego wejście do gabinetu. Ukłonił się przy tym tak jak należało, z należytym szacunkiem jaka wymagała od niego sytuacja, względem wiekowej czarownicy wysokiego rodu. Nie dlatego, że się jej należała, ale jak zwykle w takich sytuacjach chodziło o wkład własny w wyuczone maniery. O tym z jakiego domu pochodził i czego go tam w nim nauczono. Wyprostował się w końcu po krótkiej chwili zastygnięcia w respektującym geście. Stał obok drzwi, bo jeszcze nie usłyszał zaproszenia do stolika. Za to ściągnął rękawiczki, bo zwykle nie nosił nakrycia głowy. Zaczął mówić dopiero kiedy dostrzegł spojrzenie pani starszej. Zwykle to gospodarz zaczynał rozmowę, ale w tej sytuacji to on miał tutaj swój interes.

- Dziękuję za przyjęcie. Najszczersze wyrazy współczucia z powodu strat w rodzinie. Pierwsza minuta ich spotkania, a już pierwsze kłamstwo mieli za sobą. Jedyne czego mógł jej współczuć to pikującej w dół pozycji ich nazwiska, ale tego w głos nie powie, bo jeszcze nawet nie przeszedł do sedna. - Proszę wybaczyć, że bez zapowiedzi, ale dosłownie przed chwilą wpadło mi ręce, coś co wydaje mi się należy do Państwa. Zaczął od krótkiego wytłumaczenia swojego nagłego najścia. Mówił głosem stonowanym, spokojnym. Ładnie akcentując zwroty bezpośrednie, niczym grzecznie wyuczony chłopiec. Z kieszeni marynarki wyjął monetę. Złoty galeon, który z przodu wydawał się niczym nie różnić od tego, który wydają w banku Gringotta. Z tyłu jednak posiadał naniesiony symbol białej róży Yorkshire. Kwiat otaczał wygrawerowany w złocie napis, a raczej łacińską sentencję ”Semel heres Semper heres”.

- Na zbiegu ulic Horyzontalnej i Nokturnu, bezzębny nędzarz próbował sprzedać ją za garść sykli, bo jak twierdził nie chcieli wymienić mu ją u Gringotta. Zarzekał się, że to pamiątka rodowa czystej krwi. Nie zwróciłbym pewnie na to uwagi, ale ta biała róża przykuła moją uwagę... Dookreślił w końcu. W tym momencie całą swoją energię poświęcił jednak, żeby nie uśmiechnąć się teraz szyderczo, nawet na mikrosekundę. Ciężko nie uśmiechać się z satysfakcji, kiedy pod płaszczykiem dobrych manier właśnie przekłuwał ostrą szpilką cały ten nadmuchany balonik górnolotnych manier. W jednej mowie składał wyrazu zaniepokojenia uszczerbkiem na majątku oraz śmiercią jednego z członków rodziny, by na jej końcu sugerować nabycie ich ruchomości dziedzicznej na brudnej ulicy. Dobrze wiedział z kim gra, więc czy mądrym było zaczynanie spotkania z tak silną personą w jej własnej skali od zuchwałego bezeceństwa? Absolutnie nie. Ale był to mocny sygnał. Zaproszenie do gry. Jeszcze tego nie przedstawił konkretnie, ale przyszedł tutaj, aby ubić interes. A do tego w pierwszej kolejności potrzebował jej zainteresowania.

Cała zabawa jednak tkwiła w samym przedmiocie, który ze sobą przyniósł. Być może i zasugerował, że przez wewnętrzne konflikty w rodzinie nie dopilnowani swoich interesów, przez co takie pamiątki rodowe właśnie, można było kupić na ulicy niczym turystyczne utensylia. Tylko być może. To wciąż jednak bajka grubymi nićmi szyta, biorąc pod uwagę, że budynek nadal stał, tylko zrobił się o wiele mniej gościnny. Gdyby jednak potraktować jego słowa jako faktyczny przytyk, wciąż było to niestety lekko bezpodstawne. Bowiem moneta ta, owszem była prawdziwa, ale nigdy nie znalazła się w domu Mulciberów, chociaż kiedyś należała do Roberta. Louvain znalazł ją w Kromlechu, kiedy gabinet Lewej Ręki Czarnego Pana przeszedł pod jego jurysdykcję. Schowana na dnie szuflady, miała za sobą ponad 30 letnią historię. Był to prezent od Lorda Voldemorta dla Roberta jeszcze za czasów szkolnych. Robert jako nieliczna garstka znał ich wspólnego Pana jeszcze, kiedy ten nazywał się Tom Riddle. Już wtedy czarnoksiężnik przyciągał do siebie wiernych przyjaciół. Robert za swoją wierność został odznaczony właśnie tym podarkiem, który był interesujący na wielu poziomach. Przede wszystkim złota moneta, bowiem mowa była srebrem, lecz milczenie złotem. Robert chociaż sporo wiedział i mógł mówić, nie wydał nikomu sekretów Toma w czasach otwarcia komnaty tajemnic. Biała róża Yorkshire znalazła się na niej, bowiem Mulciber podzielił się swoją historią o napiętej sytuacji rodzinnej. Tom chciał zaznaczyć, że w jego oczach to właśnie linii Roberta należy się najczystszy kwiat Yorkshire z którego przecież pochodziła jego rodzina. Sama łacińska dewiza podkreślała to co ich łączy, czyli fakt, że oboje byli spadkobiercami, czy komuś się to podobało, czy nie.

Zastanawiał się przez jakiś czas co powinien zrobić z rzeczami po Robercie, które zastał w komnacie Lewej Ręki. Z własnej krnąbrności i uwielbienia do Czarnego Pana wolał je zachować, bo każda z tych rzeczy była w mniejszym, lub większym stopniu powiązana ze najważniejszą sprawą. Z drugiej jednak to wciąż rzeczy po Mulciberskiej gadzinie, w dodatku zdradzieckiej. Ten sam dzień, który był upadkiem Roberta w organizacji, jednocześnie stał się dniem wyniesienia dla Lestranga. Z innej strony, z przyzwoitości mógłby oddać te rzeczy jego bratu albo chociaż wdowie. Jednak tak jak już wspominane było wcześniej, od dobrych uczynków dostawał nudności, zwłaszcza tych wystosowanych w kierunku rodu z Yorkshire. Ostatecznie jednak doszedł do wniosku, że ukryte przed światem i słońcem gdzieś w podziemiach Kromlechu nikomu w niczym nie pomogą. Na pewno nie jemu. A tak to proszę. Jednym ruchem mógł odegrać scenkę troski o dobre imię “sojuszniczego” rodu oraz wbić szpileczkę złośliwości tam, gdzie akurat najbardziej mu odpowiadało. Nie miało już znaczenia, czy przyjmie ten złoty krążek, swoje szelmostwo wsadził już tam gdzie potrzebował.


// Tak sobie wyobrażam monetę.
adwokat diabła
They will eat from the ground
beneath my throne
wiek
93
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
publicyska, prawniczka
Szczupła kobieta w podeszłym wieku, która swój wysoki wzrost (177 cm) podkreśla chętnie obcasami, nie pozwalając byle komu patrzeć na siebie z góry. Całą swoją prezencją zwraca uwagę: upinaną w wymyślne kształty fryzurą z siwych włosów, eleganckim i drogim strojem, ciężką biżuterią.

Philomena Mulciber
#2
10.06.2025, 16:32  ✶  
Nieczęsto zdarzało się Philomenie zasiadać do herbaty na balkonie. Poniżej jej godności znajdowało się wyglądanie na ulicę z manierą pospolitej staruchy grzeszącej wścibstwem. Ceniła dyskrecję, dobry smak, nie dałaby się uwieść protestanckiemu duchowi zdejmowania z okien firan. Od dnia pożarów nawiedzała ją jednakże od okazji pokusa oglądania zrujnowanego Londynu. Nie czyniła tego w żadnym razie otwarcie: jej stoliczek skryty był za świeżymi, czerwonymi różami wspartymi o drewniane kraty zamontowane przy balkonowych barierkach. Ściana z tych kwiatów sprezentowanych Philomenie przez Alexandra skutecznie kamuflowała wścibstwo staruszki, gdy ta konsumowała z góry widok londyńskich zgliszcz. W kontraście do tego krajobrazu fasada kancelarii Mulciber nie tylko nie spłonęła, lecz już następnego dnia została wyszorowana z góry na dół i błyszczała bezwstydnie na tle sczerniałej dzielnicy.
Początkowo operacja Lorda Voldemorta zagniewała mecenas Mulciber. Zakłócono pracę jej kancelarii, zakłócono rutynę jej dnia i — co najobrzydliwsze — los przygnał w jej progi pokrwawionego rewolucjonistę. Nie cieszyło jej również, jak gwałtownie zawrzała sytuacja społecznopolityczna, na której transformację Philomena Mulciber miałaby propozycję innego projektu. Ludzie może i zaczęli bać się, lecz przede wszystkim toczyła się z ich mord niczym piana wściekłość w kierunku czystokrwistych rodów, do której poskromienia trzeba byłoby wyjątkowo grubymi nićmi szytej propagandy. Jedynej nadziei Mulciberowa upatrywała w tym, że ludzie w znakomitej większości nie cierpieli na nadmiar rozumu.
Sam obraz miasta po pożarach jawił się kobiecie raczej pozytywnie niż negatywnie. Gdy usunie się zgliszcza i wpuści w nie zdolnych urbanistów, londyńczycy będą mogli liczyć na unowocześniony plan zagospodarowania przestrzennego, którego potencjału nie ograniczała już gęstość dotychczasowej zabudowy ani zabytki. Przepadała dramatyczna część dziedzictwa kulturowego, to prawda, lecz nie dziedzictwa Mulciberów i to wystarczało, aby Philomena doceniła dobre strony w powszechnej destrukcji.
Utrata cennych pamiątek i podsycenie niechęci klasowej były jedynymi konsekwencjami dla czystokrwistych, jakie postrzegała jako realne. W obliczu takich tragedii bowiem bogaci pozostawali bogaci, a to biedni brali na siebie ciężar i popadali w nędzę. Ale, och, jakże pięknie jednak błyszczały łzy i jakże chwytał za serce ból czystokrwistych pannic, które traciły rodzinne domki i musiały przenosić się do oddalonych od Londynu rezydencji wujów i kuzynów. Nie miały wyjścia innego niż zajmować gościnne apartamenta rodowe, w których tak bardzo brakowało ich ulubionej pierzynki i rzeźbionej toaletki, którą tatuś sprawił na szesnaste urodziny. Ból tych zaś, których wypchnięto jak zwierzęta do wieloosobowych izb na sztywne materace, nie wyglądał tak pięknie w gazecie. Tę tragedię najlepiej było ubrać w statystykę, a głos i podmiotowość oddać tym, którzy umieli pięknie się wysłowić i zatrzepotać rzęsami znad wilgotnych oczu.
Ze swojego różanego balkonu z widokiem na pogrom Philomena Mulciber kreśliła tego dnia słowa — jedne z wielu, które będzie należało opublikować z intencją spacyfikowania gniewu proletariatu i przeniesienia uwagi publiki w inne miejsce. Przerwało jej obwieszczenie przybycia pana Lestrange. Takich gości w takich czasach odprawić z kwitkiem mogłoby okazać się zaprzepaszczeniem okazji. Philomena dokończyła niespiesznie paragraf w swoich notatkach i nakazła prosić go do gabinetu, do którego sama przeszła.
Jako że powodem wizyty nie były kwestie kancelarii, przyjęła gościa na piętrze, w swoim domowym gabinecie, z dala od krzątających się po parterze pracowników. Ściągnięcie ich tak prędko po pożarach nie było trudne — w obliczu straty majątku ostatnie, co chcesz stracić, to i stabilne zatrudnienie.
Wnętrze pokoju, w którym Philomena ugościła Louvaina tchnęło mniej formalną atmosferą niż kancelaryjne pomieszczenia, choć do przytulności mu brakowało. Na zabudowanym dębowym biurku lśnił złocony herb rodu Mulciber, pod jedną ze ścian ustawiono biblioteczkę, skórzane fotele niemalże nie nosiły śladów zużycia. Biuro zdobiły drogie antyki podarowane staruszce przez najstarszego syna, w oknie za jej plecami soczyście czerwieniły się wystawione na tarasie kwiaty. W tym biurze zakonserwowało się wraz z osobą samej Philomeny wspomnienie o wielkości, którą utracili. Stara czarownica zachowała się tutaj — w naszyjnikach z pereł, szatach z włoskiej wełny szytych u Rosierów i oparach luksusowych perfum — jak relikt w muzeum niepomny na to, że świat, w którym kiedyś błyszczał, dawno przeminął.
— Panie Lestrange. — Philomena skłoniła płytko głowę w odpowiedzi na ukłon mężczyzny i gestem zaprosiła go na miejsce naprzeciwko siebie. — Z przyjemnością przyjmuję tak znakomitego gościa jak pan. Czy kazać podać coś?
I jakakolwiek nie padłaby odpowiedź, śmiało można założyć, że polecenia przekazane służbie zostały wykonane bez zarzutu.
Panicz z francuską manierą i francuskim imieniem ładnie ślizgał się po wygrzecznionej etykiecie, w której Philomena odnajdywała zawsze wiele zadowolenia. Młodym mężczyznom szczególnie do twarzy było z ugrzecznieniem, u kobiet nie miało ono tak satysfakcjonującego wymiaru.
Kondolencje przyjęła skinieniem głowy ze stosowną powagą i pozwoliła sobie na powściągliwy wyraz kulturalnego zatroskania.
— Zdaje się, że i pana rodziny nie ominęły konsekwencje ostatniej tragedii. Proszę złożyć na ręce kuzynek wyrazy najszczerszego współczucia z powodu utraconego domu. Nie wątpię, że musiał naruszyć ten incydent ich poczucie bezpieczeństwa.
Wzmianka o tym, że na ulicy panoszyło się rodowe mienie Mulciberów, w rzeczy samej żywo zainteresowała Philomenę, lecz zza nieprzeniknionej fasady stonowania nie dało się poznać, że zaczęła już przeglądać w głowie katalog potencjalnych winnych. Widok monety rozwiał obawy starej czarownicy i przywołał na jej twarz uśmiech podszyty kpiącą dobrotliwością. Prezentujący ów przedmiot Louvain wzbudził w niej tę samą mieszankę zdegustowanego politowania, co malutki Alex chcący pochwalić się babci nowo opanowaną cygańską sztuczką ze znikającym pieniążkiem. Różnica polegała jedynie na tym, że Louvaina nie mogła dyscyplinująco smagnąć różdżką po rękach i nakazać zająć się czymś poważniejszym. Etykieta i seniorom narzucała ograniczenia.
Czarownica poruszyła palcami dłoni złożonej do tej pory na blacie biurka, a moneta wzniosła się na wysokość jej oczu tak, aby Philomena mogła wygodnie obejrzeć ją, nie wykonując większego ruchu.
— Heres — powtórzyła powoli na głos po odczytaniu graweru. — Mogę zagwarantować bez cienia wątpliwości: to nie należy do dziedzica domu Mulciber, jak i nie należało do żadnego z dziedziców żyjących w tym stuleciu. Być może Yorkshire ma jakichś spadkobierców ziemi mugolskiej, którzy posługują się tymi symbolami. W naszym świecie miejsce tego przedmiotu jest wśród nędzarzy. — Moneta powędrowała nad biurkiem w stronę Louvaina. — Może pan to po wyjściu zwrócić żebrakom. Nie mogę jednak nie przyznać racji w tym, że biała róża w rękach nędzarza zwraca uwagę, szczególnie gdy róże arystokracji czernieją. Czasy, jakich nie sądziłam, że doczekam. — Kobieta pokręciła głową w geście rozczarowania. — Serdecznie dziękuję za pańską dobrą wolę. Nie pójdzie ona w zapomnienie.


głosujcie na mnie, bo nie macie innego wyjścia
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#3
07.07.2025, 12:04  ✶  

Gdyby tylko miał odrobinę więcej czasu na własne przyjemności z pewnością delektowałby się widokiem Londyńskich zgliszczy bez żadnych powściągliwości. Próżne ego najlepiej rosło, kiedy było podlewane gorzkimi łzami cudzego nieszczęścia. Chociaż nie tylko samym złorzeczeniem karmił własną pazerną arogancję. Operacja Emberfall skutecznie obnażyła wszystkie mankamenty sytemu. Brutalnie ukazała wszystkie niedociągnięcia, a przede wszystkim uświadomiło wszystkim naocznym jak tragicznie nieprzygotowane było Ministerstwo na taki obrót wydarzeń. Nie istniał żaden opracowany plan działania na taki wypadek, a wszystkie służby reagowały spontanicznie. Kiedy partyzantka Czarnego Pana ewaluowała w otwartą wojnę i bezpośredni konflikt, okazało się, że nie wszyscy mogą liczyć na rządowe wsparcie. Większość była zdana wyłącznie na siebie, dlatego biada wszystkim bezbronnym nieszczęśnikom. Zaś dla Louvaina i kilku jemu podobnym, głodnych śmierci, to lepsze niż jakikolwiek Restaurant Week.

Został ugoszczony w prywatnym gabinecie, co właściwie odebrał za oznakę dobrej woli. To lepsze niż zamknięcie go do roli petenta w ścianach kancelarii. Wystrój ocenił za przyzwoity, należyty. Za to przestrzeń wypełniał dziwaczny aromat. Wchodząc do wnętrza czuł jakby właśnie składał wizytę w konfesjonale, chociaż z żadnych grzechów nie zamierzał się spowiadać. Czy wszystkie stare baby musiały wonić w podobny sposób? Zawiesił wzrok dłużej na złoconym herbie Mulciberów, a w myślach powstrzymał się przed kpiącym cmoknięciem po zębach. Chociaż po dłuższym zastanowieniu mógłby nawet zrozumieć panią starszą. Nawet jeśli po małżonku, to herb Mulciberów był wciąż bardziej przyzwoity od Potterowskiego. Jak świat starym, ale rodziny dalej się nie wybierało, chociaż pytanie czy żona to faktycznie rodzina? Pokręcił głową, dziękując za propozycję ugoszczenia podaniem. Prędzej zjadłby bandaże po trędowatym niż ruszyłby cokolwiek podane na zastawie Mulciberów.

- Cierpienia najbliższych są najtrudniejsze w bolączce. Odparł beznamiętnie na wymianę tych grzeczności. Dużo w tym etykiety, ale jakby nic ze szczerości. Przytyk za przytyk, chociaż w tym byli sobie równi. Przyjął to z trwogą, chociaż miał ochotę uśmiechnąć się kąśliwie. A potem nastąpił moment ciszy, w którym pozwolił Philomenie przyjrzeć się tej monecie. Nie sądził, żeby przyjęła przedmiot ten z wdzięcznością. W analogicznej sytuacji prawdopodobnie nawet nie zwróciłby monety do nadawcy. Może w przypływie krnąbrności, teatralnie podziękowałaby za ten świętobliwy, a potem wyrzuciłby rzecz prosto do śmietnika z tym samym uśmiechem na ustach. Jednak stara Mulciberówna miała więcej taktu niż jej przypisywał. Ta aluzja do ogrodów w Maida Vale, całkiem przyjemna, nawet się uśmiechnął. Czarne róże bardziej oddawały ducha i intencje ukryte pod piórami kruków, chociaż nie było co ukrywać, że nie był to stan zamierzony. Niemniej jednak, nie był tym co roniłby łzy nad płatkami zarażonych kwiatów, prędzej tym co wyrywa chwasty. Żarty do żartów, ale nie przyszedł tutaj się przekomarzać, nawet jeśli sprawiało to wiele przyjemności. Odebrał monetę, przyglądając się jej jeszcze raz. Swoje i tak wiedział, ale ekspertyzę przyjął jak własną, skoro taka była wola starszyzny. Wciąż jeszcze nosiła na sobie okruchy zapachu spaczenia jakim były przesiąknięte podziemne korytarze Kromlechu. Starym angielskim gestem było nie przychodzić z pustymi rękami w gości, nawet jeśli był to podrabiany omen upadłości.

- Proszę mi wybaczyć nadmierną frasobliwość, jednak nie potrafi mi mnie opuścić przeświadczenie, że w obecnej sytuacji musimy martwić się o własne, bardziej niż zwykle. Ciągnął dalej, próbując gładko przejść do następnego punktu. Monetę zawinął w kieszeń marynarki, bo sumienie nie pozwalało mu się tak gładko z tym rozstać. Coś co wyszło spod ręki Czarnego Pana powinno być traktowane niczym relikwia, a nie odrzucane jakby niechciany wiecheć. Nawet jeśli wisiało pod znienawidzonym szyldem, z szacunku do Mistrza nie był w stanie. - Białe czy czarne, wciąż rosną na tej samej rabacie. Róże nie tłumaczą chwastom, dlaczego ich ogródek to nie miejsce dla nich. Skrzyżował ręce na piersi w podobnym geście, kiedy zawsze próbował coś uknuć między gestami, a słowami. Jeśli wcześniej na moment uśmiechnął się rozbawiony, teraz mówił bardziej zdecydowanie, bez pieszczotliwych grymasów, od których robiły się tylko zmarszczki i wrzody na żołądku.

- Jeśli mi wolno, co Madam uważa o zaistniałej sytuacji, kiedy płomienie już opadły? I jeśli wcześniejsze maniery kurtuazyjnie maskowały jego prawdziwe zamiary, teraz wyszedł im naprzeciw konfrontując ich spostrzeżenia w czasie rzeczywistym. Dobrze wiedział do kogo przychodzi, dobrze znał zbiór prac lady Mulciber. Ich koloryt mógł się różnić od siebie, mniej lub bardziej, ale intuicja podpowiadała mu, że w gruncie rzeczy patrzą na świat z podobnej perspektywy.

adwokat diabła
They will eat from the ground
beneath my throne
wiek
93
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
publicyska, prawniczka
Szczupła kobieta w podeszłym wieku, która swój wysoki wzrost (177 cm) podkreśla chętnie obcasami, nie pozwalając byle komu patrzeć na siebie z góry. Całą swoją prezencją zwraca uwagę: upinaną w wymyślne kształty fryzurą z siwych włosów, eleganckim i drogim strojem, ciężką biżuterią.

Philomena Mulciber
#4
22.07.2025, 16:23  ✶  
Problemy systemowe w funkcjonowaniu służb oraz nieprzygotowanie procedur mimo trwającej już od lat dwóch wojny były jednym ze słodszych elementów całej sprawy. Miód na serce obserwować niemal dziecięcą nieporadność Ministerstwa, bezpieczeństwo i stabilność państwa zdmuchnięte wskutek zamachu jednej nocy. Poza narzucającą się satysfakcją widziała w tym Philomena szansę — ktoś musiał pokrzywdzonych nieudolnością rządu poprowadzić przed sąd, gdzie domagać się będą sprawiedliwości. Potencjalna kopalnia zysków, na którą już ostrzyła sobie Mulciberowa zęby.
Lepiej walić starą babą niż zgnitym jajcem od czarnej magii. Tak samo jak lepiej walić Mulciberem niż Potterem, bo od Pottera krótka droga do Longbottoma. Herb zaś się starej należał jak psu buda — bynajmniej nie po mężu, a po synach. Ponad siedemdziesiąt lat spędziła Philomena Potterówna w domu Mulciber, wychowując jego dziedziców. Jej mąż zmarł wcześnie, pozbawiając zaledwie dwudziestoparoletniego Duncana Mulcibera ojcowskiego autorytetu, który wprowadziłby go płynnie na grunt kierownia rodziną — miejsce to zajęła matka i jej podszepty, mniej lub bardziej na niego wpływające. Szpony swoje położyła również i na spadkobiercy syna, uwielbionym wnuku, Donaldzie, który raczkować uczył się na dywaniku posklejanym z dostarczanych cyklicznie do kancelarii nowelizacji ustaw, a pierwsze kroki stawiał wsparty o wieżę kodeksów. To byli jej chłopcy. To był ich herb — to był jej herb.
W przeciwieństwie do Louvaina wymiana podstępnych uprzejmości Philomeny nadto nie ubawiła, a jego uśmieszki przyjęła z obojętnym spokojem. Mógł obtańcowywać ją ugrzecznionymi przytykami jak młody niewyżyty kocur próbujący desperacko zaznaczyć dominację przed starym znudzonym mrukiem — proszę bardzo. Obserwowała jego wygłupy z przymrużeniem oka; odparowywała je wyłącznie po to, aby nie dać sobie wejść na głowę i pokazać, że w starej sztywnej łapie wciąż błyszczy ostry pazur.
— Słusznie pan sądzi, lecz nie sposób nie zauważyć, że przespaliśmy czas, aby troszczyć się o własne. Teraz — przyznawała to nie bez goryczy — możemy ledwie próbować to odzyskać. — Zaraz jednak po raz pierwszy na jej twarzy wykwitło szczere rozbawienie; po raz pierwszy wydała się ciekawa następnych słów, jakie padną z ust Louvaina. — Co zatem czynią te róże, skoro się nie tłumaczą, panie Lestrange? Nie napotkałam jeszcze róży, która by sama siebie oplewiła. Odkąd sięgam pamięcią, zatrudniam w celu tym ogrodników.
Czekała jego odpowiedzi z występną uważnością, z jaką egzaminowała przewijających się przez kancelarię aplikantów i stażystów. Zapowiadało się na to, że wykreowana przez niego sytuacja w końcu zacznie ocierać się o konkret. On testował ją, ona testowała jego — choć oboje podejrzewali, co znajdą za fasadą.
— Nie pochwalam przemocy wobec ludności cywilnej. — Oto i pierwsze fasadowe kłamstwo. Mogła podejrzewać, jakie poglądy krążyły po głowie Louvaina i do jakiej bramki ów paniczyk gra, lecz nie była lekkomyślna: Philomena Mulciber drobiazgowo dbała o to, aby nie zastawiać na siebie zbędnych pułapek. — To, co się wydarzyło, to wielka tragedia, do której nigdy nie powinniśmy byli dopuścić. — I mówiła to bez wcześniejszej sugestywnej nuty porozumienia między wierszami, z jaką pozwoliła sobie krążyć wokół tematu kwiatowych metafor. Wszystko, co zamierzała mu powiedzieć, gotowa była powtórzyć i publicznie. Były to starannie podobierane słowa, wykalkulowane tak, aby nie było jej na czym przyskrzynić. — Nie mogę jednakże nie myśleć o tym, do jak dramatycznego stanu pozwoliliśmy doprowadzić nasze społeczeństwo, iż zebrała się wśród ludzi grupa, która poczuła się tak przyparta do muru, że aż zmuszona do poczynienia podobnego kroku. Nie zamierzam nikgo usprawiedliwiać, lecz należy pamiętać, że przemoc zawsze ma źródło. Ci ludzie, którzy przygotowali atak, byli gniewni z konkretnego powodu. Pierwsi doświadczyli krzywdy i to ta krzywda była punktem zapalnym dla ich radykalizacji. Obcy weszli do naszych domów, do naszych instytucji. Ludzie stracili poczucie bezpieczeństwa, gdy na czele Ministerstwa zasiadł pan Leach. Ojcowie wzburzyli się, gdy łajdacy z mugolskich domów z roku na rok coraz liczniej zaczęli bałamucić ich córki. Widzę więc w tej nocy desperacki ruch. Nie wiem, czy i ja nie wolałabym spalić własnego domu niż codziennie oglądać panoszącego się po nim pysznie intruza. Więcej w tym godności niż w pokornym spuszczeniu głowy.


głosujcie na mnie, bo nie macie innego wyjścia
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#5
03.08.2025, 01:53  ✶  

Zgnite jajo, pełna popielniczka, rozkładające się mięso. Do czegokolwiek by ten zapach nie przyrównać, to nie on wśród czarodziejów wzbudzał tak alergiczne reakcje. Fakt, najpierw w nozdrza uderzał drażniąca woń, a dopiero potem zaczynała działać wyobraźnia. Wprawieni aurorzy pewnie potrafili nawet rozróżniać intensywność śladów czarnej magii w powietrzu. Zawsze jednak był to realny dowód na to, że zrodziły się złowrogie intencje. Dla Louvaina od całkiem niedawna przestał być już to nawet swąd. To słodki aromat słusznego gniewu. To przejaw ciężkiej, organicznej pracy u podstaw. Śmieci nie wynoszą się z domu same, nawet jeśli je poprosić, a ktoś przecież musiał to robić. Od siedzenia w fotelach brudna krew nie wyniesie się poza margines społeczny, tam gdzie jej miejsce. Czarownice i czarodzeje jeszcze może tego nie rozumieją, ale przyjdzie czas, kiedy tak właśnie będzie się mówiło o śmierciożercach. Jak o bohaterach.

Mąż, czy synowie, dalej potrzebowała mę*zczyzny do ugruntowania swojej pozycji w świecie, w którym chciała brylować. To właściwie smutne. Pracować aż tyle, nie na swoje, a na cudze. Włożyć tak potężny nakład pracy swoim dorobkiem intelektualnym, merytorycznym, a nawet pedagogicznym przy odchowaniu tych męskich łachudrów. Duncan, Donald czy inny Dupek, przyszli na gotową markę i logówke, kiedy kto inny włożył wysiłek. Lou potrafił dostrzec takie rzeczy, wszak w jego rodzinie nie było wcale inaczej. Dorinda ciągnęła na swoich barkach nie tylko szpital Munga, ale stworzyła przy nim prestiżową akademię, ale i odchowała trzech testosteronowych kaszojadów. Do tego nestorka Lestrangów była nawet starsza niż Philomena. Była tak stara, że możliwe, iż pamiętała jak Mucliberowie nie byli jeszcze tak okropnymi kurwiskami.

- Wciąż jednak jesteśmy my, wciąż można odrobić to co utracone. Odrzekł szybko, nie czekając na jej pauzę i swoją kolej do wypowiedzi. Samokrytyka to nie było coś to najbardziej na świecie kręciło Lestranga. Zamiast o utraconych szansach, wolał rozważać o nadchodzących okazjach i planowaniu nowych szans na zmiennie czegoś. - Tworzą ostre kolce, żeby żaden bluszcz ich nie obrósł. Rosną ciasno, żeby nie zostawiać miejsca dla chwastów. Ale przede wszystkim mają głębokie i rozbudowane korzenie, by trwać na swim miejscu latami. Może to faktycznie kwestia wieku, lub różnica pokoleniowa, jednak za tą młodą twarzą kryła się szczera chęć do zmian, pokłady niespożytkowanej energii do działania. Powstrzymywał się ładnymi manierami, choć czuł jak z każdym zdaniem kiełkuje w nim ekscytacja. Kwiatowych alegorii nasłuchał się w Maida Vale, że mógł je recytować niczym wiersze. To wszystko budowało w nim poczucie wyjątkowości i determinację w dążeniu po swoje. Nawet nie musiał ubierać tego w ironie, ani podszytą kłamstwem paszę dla starych bab, byle wkupić się w łaskę pani adwokat, bo akurat coś od niej potrzebował. On sam wierzył w te wyniosłe hasełka i metafory, bo ich dziedzictwo było namacalne.

A potem zamilkł na dłuższą chwilę wsłuchując się w długą wypowiedź Philomeny. Był skupiony. Skupiony na tyle, by nawet odbiec od niej wzrok gdzieś w bok, byle tylko wsłuchać się intensywnie w jej słowa. Nie było dla niego to niczym odkrywczym, to co miała mu do przekazania. Gdyby nie wiedział, że przychodzi do starej, nie przez wiek, ale przez poglądy magirasistki nie trudziłby się z tymi wszystkimi podchodami. - Nie musi się madam przy mnie tak miarkować. Chyba zgodzimy się razem, że mugolaki od dobrego traktowania psują się jak ryba na słońcu, racja? Uśmiechnął się szeroko i cynicznie. Swój swojego pozna, nawet jeśli miał w rezydencji cały album powodów do wzgardzania nią i wszelakiego złorzeczenia jej. Nawet uroczo jak na babcię brzmiała z tym kłamstwem, że nie popiera przemocy wobec ludności cywilnej. Zgadywał, że gdyby upić ją nieco dobrym winem, z pamięci rdzeniowej wyszłyby gesty i zawołania na cześć Grindewalda, za które kiedyś wsadzali bez wyroku. Ten potok słów, choć nieco zachowawczych i zbyt zrównoważonych jak na jego temperament, był tak naprawdę bardzo trafną diagnozą tego w jakim punkcie znalazło się ich społeczność. Uśmiechnął się tylko pod nosem na wzmiankę o bałamuceniu dziewcząt, bo to tekst, który przypisałby raczej sobie, niż jej. O tym jaką wartość dla wysokich rodów i ich dorobku kulturowego mają czystokrwiste szparki, najlepiej rozmawiało się z kolegami przy kartach i szkockiej. Nie spodziewał się, że usłyszy to akurat w tym gabinecie.

- To nie źli czarodzieje tworzą ciężkie dla nas czasy. Ciężkie czasy tworzą złych czarnoksiężników. Zawsze znajdzie się kolejny Grindewald i kolejny Voldemort. Odparł z rozciągniętym na twarzy grymasem dezaprobaty i rozczarowania światem, nad którym sobie tak dywagowali. I tutaj musiał już w sposób oczywisty dla siebie skłamać, bo nie było, nie ma i nigdy więcej nie będzie nikogo bardziej potężnego od Czarnego Pana. Jednak epistemologiczny sens tego aksjomatu był dostępny jedynie w poznaniu empirycznym. Nawet ktoś z dziejową mądrością jak Philomena nie była na to w całości gotowy. - Skoro tak szybko przyszło nam znaleźć wspólny język, dlaczego nie moglibyśmy zacząć mówić jednym głosem? Pora dobijać do brzegu. Poznali się już od ideologicznej otoczki, chociaż to było wiadome od początku. Poświecili sobie nieistniejącymi pagonami, rozpoznali po mundurach. Można chyba przejść już dalej. - My dobrze wiemy czemu, ale tam, na zewnątrz, są tysiące osób, które nie wiedzą dlaczego i po co to wszystko. Jeśli nie przyjdziemy im z odpowiedzią, zrobi to Ministerstwo w swój najbardziej nieudolny sposób jak zwykle. Nie powiedział nic konkretnego, ale sugerował dość mocno. Zanim przyjdą zbiory, trzeba dobrze obsiać silnym ziarnem.

adwokat diabła
They will eat from the ground
beneath my throne
wiek
93
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
publicyska, prawniczka
Szczupła kobieta w podeszłym wieku, która swój wysoki wzrost (177 cm) podkreśla chętnie obcasami, nie pozwalając byle komu patrzeć na siebie z góry. Całą swoją prezencją zwraca uwagę: upinaną w wymyślne kształty fryzurą z siwych włosów, eleganckim i drogim strojem, ciężką biżuterią.

Philomena Mulciber
#6
30.08.2025, 23:47  ✶  
Philomena Mulciber nawąchała się przez blisko sto lat tylu czarnoksiężników siadających po drugiej stronie biurka, że zapach czarnej magii nie czynił na starej najlichszego wrażenia. Nie oznaczało to, że ów swąd zgniłych jaj, mięs czy popiołów uważała za przyjemny — przykładając dużą wagę do estetyki, preferowała zapachy schludniejsze; optymalnie zaś brak naturalnych odorów, który wypełnić można było eleganckimi perfumami. Zasada ta miała zastosowanie zarówno w przypadku ludzi, jak i wnętrz. Kwestia tego, jak zgniłe były sumienia i moralność cuchnących delikwentów, stanowiła dla staruchy zmartwienie drugorzędne.
Choć sama zdolna była do okrucieństwa, wolała czynić je w białych rękawiczkach, z tego pogardzanego przez Louvaina fotela. Wierzyła głęboko, że jej metody pozostają dalece bardziej skutecznymi niż przemoc i brutalność, które rozwiązywały problem doraźnie: tylko dopóki ciemiężeni widzieli nad sobą bat dzierżony twardą ręką. Mulciberowa nie wierzyła, że można trwale zmienić społeczeństwo poprzez szastanie Avadą na wszystkie strony świata, że można przemocą ułożyć hierarchię klas tak, jak nakazywała tradycja. Czarodzieje nie powinni bać się Voldemorta i Śmierciożerców. Powinni bać się szlam. Ofiary przyciągały zbyt wiele współczucia. Należało nieprawokrwistych uczynić uznanym wrogiem, intruzem, obcym, który puka do drzwi tubylców, aby zbezcześcić wszystko to, co dla domowników święte. Strach stanowił doskonałe podłoże dla hodowania gniewu i nienawiści. Powinien być lokowany rozsądnie, a tego taktycznego rozsądku Philomena odnaleźć w planie Lorda Voldemorta nie potrafiła. Widziała jedynie narcystycznego chłopaczka zaślepionego pogonią za osobistą potęgą, który szczęśliwym trafem i okruchami charyzmy zdołał przekonać elity, że robi to w ich imieniu i dla ich wspólnej sprawy. Śmiechu warte. Ale potencjalnie pożyteczne.
— Wciąż jesteśmy i zawsze będziemy — przytaknęła Lestrange’owi powściągliwie. Czarodziejska arystokracja była wieczna (choćby umarł król, niech żyje król!), obawa Philomeny dotyczyła jej kondycji, która w przeciągu wieku znacząco osłabła. — Pięknie brzmi pańska wizja róż. Życzyłabym sobie, aby to wyłącznie bluszcze i chwasty były zagrożeniem. Aby odbudować potęgę, pożądana byłaby pierwej jedność wśród naszych braci krwi. — Odrzuciła kwiatową metaforę, która, pociągnięta za daleko, zaczęłaby ujmować klarowności przekazu. Na tym etapie owijanie w bawełnę stało się zbędne i niepotrzebnie uciążliwe. — Tego brak. Nie rośniemy wystarczająco ciasno, jeśli posłużyć się pańskimi słowami.
W przeciwieństwie do niego widziała wartość w dostrzeganiu błędów własnych i cudzych, choć tylko te drugie wypowiadała na głos. Najsurowszą samokrytykę pozostawiała dla wąskiego grona najbardziej zaufanych. Podobnie jak wszystkie te nieprawomyślne gesty i zawołania czy sączenie prymitywnego jadu niegodne pozycji kogoś, kto przedstawiał się publice jako człowiek chłodnego rozsądku i stalowej logiki, wróg emocjonalnego podejścia do spraw wszelakich. Zacietrzewioną, nienawistną starą jędzą mogła być w wąskim kręgu, do którego pierwszy lepszy chłopaczek od Lestrange’ów w żadnym razie nie zaliczał się i zaliczyć się nigdy nie miał. Zbytnio Philomena dbała o nienaganny wizerunek, aby choćby rozważyć zachętę do porzucenia fasady wystosowaną przez Louvaina. Nie zamierzała samoobciążać się przed nim ze swoim ziejącym prostacką pogardą wnętrzem, klepała więc wciąż niestrudzenie te mdłe, zdystansowane polityczne formułki z zawodowym uśmiechem ślepym na jego cyniczne grymasy i prowokacje:
— Awans społeczny osób pochodzenia mugolskiego stanowi w rzeczy samej zjawisko wysoce niepożądane, panie Lestrange, lecz nie o ich zepsucie troszczę się w pierwszej kolejności. Za to, że oduczono mugolaków pokory, płacimy bowiem wszyscy. Są imigrantami w naszym świecie, nie pojmują go z biegłością równą czarodziejom z rodzin magicznych, więc nie powinni bezwarunkowo otrzymywać równych im praw. — Sens pozostawał ten sam, co w jego wypowiedzi, więc śmiało założyć można było, że rzeczywiście się zgodzili, mimo że na około.
Bardziej od samych czystokrwistych szparek, interesowały natomiast Philomenę czystokrwiste macice. Niechby i panienki miały wskakiwać do łoża z podludźmi dla zabawy, niech mają, tak długo jak dzieci z tego nie było i dziewuchy okazywały wystarczająco wstydu, aby nie wystawiać swoich zdrożnych przygód na widok publiczny. Tego, co czarodzieje robią prywatnie za zamkniętymi drzwiami, i tak nie sposób było kontrolować, zdawała sobie z tego sprawę, lecz pielęgnowanie wstydu i publiczne piętnowanie potrafiło przynosić przyzwoite efekty.
Słusznie Louvain skłamał o znaczeniu dziejowym Voldemorta i rzeczywiście gładko weszło Mulciberowej to jego kłamstwo; podążało zresztą idealnie po linii jej poglądów — i to się liczyło. Czarny Pan był nikim więcej jak kolejnym wybitnie utalentowanym czarnoksiężkiem; kilku takich złotych chłopców wydawało każde stulecie, nic nadzwyczajnego. Tom Riddle umrze, czysta krew obejdzie się bez niego. I choć Lestrange trafił z doborem prezentowanych poglądów, to ten frazes o ciężkich czasach pociągnął kącik ust staruchy nieco do góry w pobłażliwym uśmiechu.
Bawiła ją ta wizyta w pewnych aspektach, choć nie mogła nie docenić inicjatywy Louvaina. Trzeba mu było oddać tę zasługę, że nie siedział wyłącznie po kątach Ministerstwa i innych pracowni, realizując swoje specjalne zainteresowania i patrząc na politykę niechętnie zza przymrużonych powiek, jak za karę. Takich młodych ludzi jak on czy Arista Black trzeba było, aby nowe pokolenie konserwatystów nie zatonęło w tłumie progresywnej, mugofilskiej propagandy.
Philomena złożyła dłonie na biurku, nie spuszczając wzroku z Louvaina. Jego ekspresyjne grymasy i sposób wypowiedzi w połączeniu z rozbuchaną pewnością siebie odstręczały starą. Nie zamierzała jednakże wybrzydzać, skoro były w Lestrange’u chęci do społecznej krucjaty i miał odrobinę oleju w głowie.
— Anglii doskonale znany jest mój głos. Im więcej wybrzmiewa obok niego innych rozsądnych, tym lepiej dla sprawy — rzekła łaskawie, aby od samego wstępu podkreślić, że o zmianie jej programu nie ma mowy. — Oczywiście, Ministerstwo udzieli odpowiedzi prostej, która zadowoli masy. Karmią lud tym, o czym wierzą, że lud chce usłyszeć. Na tym polega ten rząd. W demokracji ktoś musi przekupywać jednych, obiecując, że będzie uciskał drugich. Nie jest ważna sprawiedliwość i prawda, lecz aby jak najwięcej osób poczuło się dobrze. — Cóż począć, otaczało ich morze wygodnickich idiotów. — Z czym zatem pan do mnie przychodzi? Fundacja? Stowarzyszenie?


głosujcie na mnie, bo nie macie innego wyjścia
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#7
08.09.2025, 00:51  ✶  

Gdyby tylko nie wiedział, że w Philomenie tyle z krwi Mulciberów co pcheł na kundlu po kąpieli, rzekłby, że zaklinanie rzeczywistości mają głęboko w genach. Jednak zdolność owijania faktów w iluzję była niczym zaraza i zatruwała myślenie wszystkim, którzy zbyt długo obcowali z nimi. W przypadku pani starszej trwało to tak długo, że aż popadła w konfabulację, myśląc, że rodowe insygnia należą się jej niczym przyrodzone. Jednak w jedno byłby naprawdę skłonny uwierzyć. W to, że przemoc w jej mniemaniu nie jest dobrym rozwiązaniem. Co samo w sobie jest dość dziwaczne, a może nawet niepokojące, bo w konserwatywnych rodzinach kary cielesne były modne nawet dzisiaj, a co dopiero w zeszłym tysiącleciu. Ponoć w dziewiętnastym wieku ciężko było o prosty pogrzebacz przy kominku, a sytuacja czystkokrwistych była zdecydowanie lepsza niż obecnie. Oczywiście nie będzie wypominał prababce podeszłego wieku, bo mógłby się ostro przeliczyć, a przy okazji to mało taktowne. Tutaj mogła pomóc już tylko mugolska metoda datowania radiowęglowa. Może gdyby Potterówna nie szczędziła razów w wychowaniu synów oraz wnuków miałaby ich kilku więcej. Na przykład wybiłaby im z głowy głupie decyzje oraz niezdrowe nawyki. Tak brzydko mówiła i myślała o Czarnym Panu, że aż swędział go wąż w czaszce pod rękawem koszuli, by pokazać jej jak bardzo nietrzeźwe jest jej myślenie. Udowodnić, że pociąg odjechał, a ona została sama na stacji Idiotyzm Główny. Ukazać jak jej wnuka może przywołać do siebie jak psa jedną komendą i to uniformie mrocznej sługi. Jednak co smutne było niezmiernie, nie chodziło o jego własne ego, a o coś znacznie większego. Pragmatyzm ponad dumę.

- Brak należytej pokory wśród szlam traktuje jako wadę, zepsucie właśnie. Zachowanie do przewidzenia, skoro od tak dawna nikt nie postawił im wyraźnej, bolesnej granicy, której nie powinni przekraczać. Odparł wyraźniej. Wciąż mówili o tym samym, jednak dalej jakby pani prawnik usilnie szarpała się z faktami, że dotychczasowe poczynania nie przynosiły zbytnich efektów. Jednak tak to już było z osobami starszymi i postępującą demencją. Czasem trzeba było przyznać rację babci i po prostu podać leki.

- Demokracji? Powtórzył za nią pytająco, nie ukrywając zaskoczenia. Przez chwilę wahał się poważnie, czy dobrze usłyszał, czy dobrze zrozumiał. Czy aby wciąż mówili o tym samym społeczeństwie, czy może Philomena już za bardzo odleciała z fantazjami. Panujący system miał sporo problemów i wadliwych mechanizmów, ale jedno co było w nim lepsze to zdecydowana władza wewnątrz jednego organu. Ministerstwo nie miało w sobie zbyt wiele z trójpodziału władzy. Właściwie Wizengamot był sądowniczą, ustawodawczą oraz jednocześnie nosił wiele znamion wykonawczej również. No i co najważniejsze wybór ministra, czy innych oficjeli nie był równy, ani powszechny. To wiedza, którą wynosiło się jeszcze z Hogwartu. Właściwie nie tak dawno razem z Lorien, ironizowali sobie nad stanem prawnym magicznego systemu w podobnym tonie. Dziwne, że tak proste pomyłki zdarzały się tak słynnej prawniczce jak Philomena. Nie mniej, jednak uznał to za niezbyt fortunnie dobrany skrót myślowy i nie zamierzał wchodzić jej w kompetencje. W końcu w świecie prawa był jedynie asystentem na stażu.

- Proponuję konsolidację merytoryczną. Stworzenie ośrodka analitycznego wraz z cyklicznym wydawnictwem. Platforma, dzięki której nie tylko my, ale również inni z racjonalnym oglądem, będą w stanie mówić jednym, spójnym głosem. Głosem krytykującym Ministerstwo i nawołującym do pokoju przez ustępstwa. Pax Magica. Próbował być chłodny i zdystansowany, tak jak Potter lubiła, jednak ostatni zwrot wyrwał z jego cynicznej duszy kąśliwy uśmieszek. Wszyscy chcieli spokoju, powrotu do normalności najszybciej jak to możliwe. No może nie wszyscy, ale przynajmniej ci którzy w tej wojnie płacili największą cenę i znoszenie kolejnych trudów przychodziło im z coraz większym wysiłkiem. Należało przypomnieć, że pokora to klucz od porządku i ładu.

adwokat diabła
They will eat from the ground
beneath my throne
wiek
93
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
publicyska, prawniczka
Szczupła kobieta w podeszłym wieku, która swój wysoki wzrost (177 cm) podkreśla chętnie obcasami, nie pozwalając byle komu patrzeć na siebie z góry. Całą swoją prezencją zwraca uwagę: upinaną w wymyślne kształty fryzurą z siwych włosów, eleganckim i drogim strojem, ciężką biżuterią.

Philomena Mulciber
#8
16.10.2025, 16:58  ✶  
Philomena nie potępiała przemocy samej w sobie, jako doraźnego środka zaradczego, lecz nigdy nie postrzegała jej jako ostatecznego celu. Śniła o społeczeństwie nakręconym niczym tryby najprecyzyjniejszego zegara; takim społeczeństwie, w którym nie ma miejsca na bunt wymagający tłumienia go przemocą. Była perfekcjonistką. Świat winien być uporządkowany tak, jak ona starała się obsesyjnie porządkować wszystko wokół siebie. Przemoc i wojna zaś prowadziły za sobą zawsze nieunikniony chaos, który drażnił staruchę tym, jak łatwo i dynamicznie sprawy wymykały się kontroli. Jako że jednak uważała się przy tym za człowieka rozsądnego, musiała realistycznie oceniać sytuację. Nie przekreślała toteż w imię idealizmu potencjalnie użytecznych okoliczności, nawet jeśli nie zgadzały się w pełni z jej poglądami.
O tym, że Alexander nosi się w czarnych śmierczożerczych mundurach, również Mulciberowa wiedziała. Jakikolwiek pokaz siły Louvaina nie wywarłby więc wrażenia, a z pewnością nie samym elementem zaskoczenia.
— Granica powinna zostać im wskazana. Systemowo — uściśliła Philomena, zawieszając na Louvainie ciężkie spojrzenie. — Głęboko liczę, że nie oddaliliśmy się po ostatnich wydarzeniach od wprowadzenia stosownych zmian do stanu prawnego.
Philomena Mulciber lubiła myśleć, że efektem jej działań był fakt, że nawet jeśli nie wydarzała się spektakularna przemiana, przynajmniej było mniej źle. Dbała o to, aby wciąż przypominać z niezachwianym uporem o tradycji, niczym zacięta płyta obracająca od dziesiątek lat te same hasła. Utrzymywała je przy życiu, aby dychały, póki ona dychała, choćby i licha była to egzystencja.
Temat demokracji i ustroju taktycznie przemilczmy, bo — jak się okazuje — rozmawiamy o nieistniejącym jeszcze systemie politycznym. Louvain debil, ale Philomena też. Tak się zdarza. Zostawmy to na lepsze czasy i skupmy się na nienawiści.
Propozycja złożona przez Lestrange’a była projektem potencjalnie wartościowym. Brakowało w przestrzeni medialnej pisma, które głosiłoby czyste ideowo hasła i nie dawało miejsca niebezpiecznym progresywnym ideologom. Nie był to Prorok, w którym dbali o wydumany pluralizm i drukowali wszystko po kolei. Podobnież sprawa przedstawiała się z Horyzontami Zaklęć. Pozostała zaś prasa była niegodna uwagi.
Piękna idea. Było jedno ale.
— Panie Lestrange. — Staruszka zaniosła się śmiechem, jakby opowiedziano jej właśnie wyborny żart. — Panie Lestrange — powiedziała to pobłażliwie tak, jakby dawała mu szansę, aby wycofał się ze swoich słów i nazwał je nieudanym dowcipem; w jej głosie wciąż rezonowało echo śmiechu. — Pokój przez ustępstwa?
Nie trzeba było wiele spostrzegawczości, aby wywnioskować, że był to punkt, którego nie odpuści. Musiał zniknąć bądź zmienić swoje brzmienie, co stara po chwili rozwinęła, na wypadek gdyby tliła się jeszcze w czarodzieju jakaś wątpliwość.
— Niechże pan mnie wyprowadzi z błędu. Czy przychodzi pan do mnie, prosząc o pomoc w ułożeniu aktu kapitulacji? — Wesołość zniknęła. Ton był surowy i nieustępliwy; Philomena wprost strofowała i pouczała naiwnego paniczyka. — Należy prowadzić narrację promującą siłę czystokrwistych rodów, nie czyniącą z nich bezwolnych wykonawców woli Voldemorta. Czystość krwi to duma i siła. Jakże do tej godności miałoby się odnosić powszechne nawoływanie do ugięcia karku przed terrorystą? — Mentalność niewolnika, chciałoby się rzec. — Od lat chce nam się odebrać naszą godność i pozycję, zdeptać wartości naszego dziedzictwa, a pan śmie sugerować, abyśmy wyrzucili dumę sami i złożyli hołd wywrotowcowi. To absurd — ucięła oburzona.
Czy to właśnie był ów młody człowiek, o którym Lorien wyrażała się tak przychylnie i chciała go mieć przy sobie? Wiele widać było przed Crouchówną pracy, jeśli rzeczywiście planowała uczynić Louvaina Lestrange’a godnym mianowania się jej protegowanym. Philomena zapamiętała, aby koniecznie poruszyć z sędzią ów bulwersujący temat przy najbliższej nadarzającej się okazji.
— Czy doprawdy chce pan być zapamiętany jako człowiek, który sprzedał honor swoich braci krwi? Niezależnie od tego, czy Voldemort służy sprawie, czy też nie, z tym tylko będzie kojarzone pańskie ustępstwo. — Philomena, do tej pory trzymająca złożone dłonie na biurku i przechylona w stronę gościa, cofnęła się teraz i oparła o plecy swojego fotela, unosząc wyniośle głowę. To nie był punkt do negocjacji. Odpowiedzią mogło być wyłącznie tak lub nie.


głosujcie na mnie, bo nie macie innego wyjścia
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#9
07.01.2026, 20:24  ✶  

Było w tym wszystkim coś, co wywołało w Louvainie odrobinę trudnego do ukrycia zażenowania. Ton Philomeny, ten ciężki, protekcjonalny, podszyty przekonaniem, że ma prawo go musztrować jak nierozgarniętego wnuka. Unosił się on w powietrzu niczym kurz wzniecony przez trzaskające po dawnemu meble. Najwyraźniej miała wrażenie, że będzie błądził zawstydzony wzrokiem między połami jej szat niczym uczniak przyłapany na czymś, czego nawet nie zdążył zrobić. Zamiast tego czekał cierpliwie, pozwalając starej babie być starą babą. Krzyki Potterowsko-Mulciberowego straszydła nie miały prawa wzbudzić w nim nawet cienia trwogi. Zacisnął lekko szczękę, ale tylko na ułamek sekundy; był zbyt dobrze wychowany, by pozwolić sobie na wyraźniejszy gest. Staruszka grała rolę, którą uznała za należną jej wieku i pozycji, teatralną, momentami przesadną, podszytą frustracją, której Louvain nie zamierzał szczegółowo analizować. Mógłby uznać to za napad rozdrażnionego klimakterium, wycelowany w niego wyłącznie dlatego, że akurat stał najbliżej.

I w gruncie rzeczy dopuścił tę przestrzeń. Pozwolił jej mówić, wybrzmieć, przetoczyć się przez całą tę falę narzekań i tonów, które miały go ustawić w szeregu, choć nie miał najmniejszego zamiaru się w nim odnajdywać. Wiedział, że gra toczy się o coś znacznie większego niż jej nastrój i jego urażona młodość. Dlatego stał spokojnie, wyprostowany, wpatrzony w nią z pełną, niemal ceremonialną uprzejmością, aż jej potok słów zaczął dobiegać końca, a ona czekała na odpowiedź. Louvain stał przed jej biurkiem niewzruszony, jakby zakotwiczony w podłodze. Nie odpowiadał od razu, czekał, aż to, co w jej głosie najbardziej szorstkie i najbardziej podszyte rozgoryczeniem, odparuje z przestrzeni między nimi. Dopiero wtedy pozwolił sobie odezwać się z właściwą starannością.

- Pani Mulciber - zaczął tonem, w którym nie było ani uległości, ani bezczelności. Była tylko uprzejmość, wzmocniona nieoczekiwaną stanowczością. - Gdybym przybył tu w intencji spisywania aktów kapitulacji, nie ośmieliłbym starać się o pani wgląd w ich szkice. Kapituluje ten, kto ma coś do oddania. Uniósł lekko brwi, wykonując zgrabny ruch dłonią, jakby odgarniał z powietrza samą ideę, że mogłaby być zbyt prawdziwa, zbyt ochydna. - A my nie mamy niczego, czego oddać byśmy chcieli. Jego spojrzenie na moment zboczyło ku ścianie, po czym wróciło do Philomeny już bez cienia wcześniejszego zażenowania. Stał teraz pewniej, jak ktoś, kto postanowił odzyskać przestrzeń, którą chwilowo oddał.- Jedyny, kto winien ustąpić, to Ministerstwo wobec tych sprzyjającym nam postulatów. I temu właśnie miała służyć moja propozycja. Nie pokojowi z pozycji prośby, ale pokojowi narzuconemu. Temu, który nie negocjuje, tylko oznajmia. Wsunął dłonie za plecy, zgrabnie, jak ktoś przyzwyczajony do stania przed autorytetami, choć sam nie miał zamiaru ich absolutyzować. - Wiem, co panią tak poruszyło - dodał z odrobiną ostrożności, jakby chciał uniknąć wrażenia tłumaczenia jej jej własnych emocji. - Nie proponuję pochylania karku przed Voldemortem. Tutaj na jego twarzy przemknął cień uśmiechu, nieśmiały, ale szczery. - Choć przyznam szczerze, że kiedy czytałem jego manifest po raz pierwszy, miałem nieodparte poczucie, jakbym obcował z pewną znajomą myślą. Niejedno zdanie brzmiało tak, jakby zostało wyjęte z publikacji Madame. Tyle że... lekko uniósł dłoń, wykonując nią wahadłowy ruch - pióro miał może nieco cięższe. Był to komplement, ale zawieszony w tonie, który pozwalał Philomenie przyjąć go jako stwierdzenie oczywistości, nie pochlebstwo.

Zrobił pół kroku bliżej, nie wchodząc jednak w jej przestrzeń, lecz jedynie podkreślając wagę dalszych słów.- Jeśli mamy stworzyć medium, które sprosta czasom, musi ono mówić językiem ultimatum. Nie lamentu. Nie błagania. Ultimatum. "Pokój" nie ma być prośbą, ma być werdyktem. Ogłoszonym światu przez tych, którzy mają prawo go wydawać. Na koniec stanął znów nieruchomo, dumnie, już całkowicie zrównoważony. - Nie pytam pani o zgodę na ustępstwo - powiedział cicho, wyraźnie, nie śpiesząc się. - Pytam o chęć na to, byśmy wspólnie ustalili, czym jest siła. Dla rodów. Dla tradycji. Dla przyszłego porządku. Stał przed nią z chłodnym spokojem. Mówił bez zachwiania, stonowaną manierą i w sposób dojrzały, choć pozwolił jej chwilę temu zachować iluzję, że nadal mogła go traktować jak chłopca. Emocje nie mogły tu grać żadnej roli. Nie dbał o to czy w tych oczach o dużym zagrożeniu zaćmą, będzie uchodził za dostojnika. Liczyło się tylko dopięcie sprawy do końca.

adwokat diabła
They will eat from the ground
beneath my throne
wiek
93
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
publicyska, prawniczka
Szczupła kobieta w podeszłym wieku, która swój wysoki wzrost (177 cm) podkreśla chętnie obcasami, nie pozwalając byle komu patrzeć na siebie z góry. Całą swoją prezencją zwraca uwagę: upinaną w wymyślne kształty fryzurą z siwych włosów, eleganckim i drogim strojem, ciężką biżuterią.

Philomena Mulciber
#10
27.01.2026, 22:52  ✶  
Babcia Mulciber wcale na Louvaina nie krzyczała. Musisz przestać bezpodstawnie oskarżać moje postaci o podnoszenie głosu, bo wbrew temu, co założyłeś, Hela też ani razu na niego nie nakrzyczała. Z takim nastawieniem pewnie wierzysz, że kobiety są emocjonalne i zaczynałyby wojny?? Ostatnią wywołał Voldemort, może pora zajrzeć mu w majtki. On też na ciebie krzyczy, jak cię poucza??
Fakt, że babuszka Mulciber ma głos dosadny i umie podkreślić elegancko emocje, które chce przekazać w wypowiedzi, nie znaczy że jest histeryczna. I mam na świadka przewagę Występowanie. Więc morda z tym klimakterium. No...

With that being said: zostawiam czwartą ścianę w spokoju i do rzeczy.
Mądre to było ze strony młodego Lestrange’a, że pozostawił starej harpii przestrzeń do swobodnej wypowiedzi. W wybitnie złym tonie było, aby młodszy starszemu przerywał, i tym świętszą była dla Mulciberowej owa zasada, od kiedy przekroczyła pewien wiek. Skończywszy samej mówić, Philomena wysłuchała równie uprzejmie wytłumaczenia młodego gościa, lecz — choć rozjaśniło ono jego pierwotną myśl — wcale jej nie dało satysfakcji. Louvainowi brakowało precyzji w budowaniu przekazu.
— Chce pan ludziom obiecywać pokój, panie Lestrange. Ktoś będzie komuś, w pana uproszczonej narracji, ustępował. Proszę zatem zastanowić się, kto z kim wojuje. Między kim a kim ów pokój. — Zawiesiła na moment głos, niby dając mu czas na odpowiedź, a jednak wcale jej nie oczekując. — Nie interesuje mnie pańska osobista perspektywa na to, jakie istnieją strony konfliktu. Nie, gdy chce pan mówić do ludu. Świat tak jest skonstruowany, że zwracamy się ze swoimi ideami do ludzi w znaczącej większości prostych, którzy nie poświęcą panu słowu drugiej myśli, nie będą poszukiwać niuansu. A w oczach ludu, większości ludu, sprawa ma się następująco: jest Voldemort i są ludzie. To między Voldemortem a obywatelami istnieje konflikt. Reprezentantem ludzi jest dziś, nad czym ubolewam, Ministerstwo Magii. Hasło pokoju przez ustępstwa zinterpretują więc jako ustępstwo własne. Oto sztuka języka — propagandowego, nie dodała. — Należy stanowczo podkreślić, kto będzie ustępował i przed kim, skoro nie rozumie się to samo przez się. W obecnych warunkach politycznych zaproponowane przez pana hasło pozostawiłoby zbyt wiele pola do interpretacji. Interpretacja podawana przez intuicję nie byłaby pańskiemu projektowi sprzyjająca. Ludzie są gniewni, sfrustrowani atakami, przerażeni. Mówienie o zgięciu głowy bez kontekstów nie jest drogą do zbudowania szerokiego poparcia społecznego. Nigdy nie jest.
Philomena urwała na moment ów przydługi wywód, aby — wziąwszy łyk wody — dać gardłu odpocząć. Głos niestety, choć wyćwiczony w przemawianiu, podlegał ograniczeniom wieku.
— Zatem Ministerstwo pójdzie na ustępstwa, tak pan to widzi? Załóżmy, że w rzeczy samej zmienimy podług pańskiego projektu kontekst. Stworzymy trzecią siłę w debacie, która stanie w szranki z Ministerstwem. Wywrze słuszne naciski, doprowadzi do reform, zmiany prawa, rekonstrukcji administracji — wymieniała niemalże znudzona. — Pan jednak oferuje im konkretnie pokój, nie zaś wyłącznie nowy porządek społeczny. Zapytam zatem: w jaki sposób, panie Lestrange? W jaki sposób wdrożenie zmian w funkcjonowaniu rządu, tych zmian słusznych skądinąd, doprowadzi do zakończenia wojny? Voldemort wycofa się, zobaczywszy, że legislacje idą w stosownym kierunku? Wzmocnimy Biuro Aurorów i usuniemy go? Nowa administracja powoła go na Ministra Magii? Proszę mi wytłumaczyć, jak doprowadzi pan do pokoju.
Nie strofowała go już, choć jej ton nie stracił nic ze swojej surowości. Starucha ciekawa była odpowiedzi, jakiej udzieli Louvain Lestrange. Jak się bowiem okazuje, doskonale wiedziała, z kim ma do czynienia i kogo jej gość reprezentuje (thx, alex). Nie miała tym samym złudzeń, że wszelkie naciski, jakie wywrze Pax Magicka, służyć będą samozwańczemu Lordowi, bezpośrednio lub pośrednio. Wzięcie udziału w tym projekcie nie wykluczało jednakże jednoczesnego przysłużenia się sprawie wzmocnienia pozycji klasowej czystokrwistych magów. Jak sam Lestrange zauważył, Philomena Mulciber i Voldemort w wielu kwestiach wypowiadali się jednym głosem. Różniła ich metoda.
— Proszę nie rozumieć mnie źle. Przyszedł pan z kwestią we właściwe miejsce. Ustalenie odpowiedzi na pytanie o drogę do pokoju jest jednak kluczowe ze względu na naszych oponentów, wśród których niewątpliwie znajdzie się ktoś, kto oskarży pana, a więc i mnie, o deklarowanie pustych obietnic bez pokrycia. Oczekiwałabym, abyśmy mieli w kwestii warunków i obrazu tego pokoju spójne stanowisko.


głosujcie na mnie, bo nie macie innego wyjścia
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Louvain Lestrange (5040), Philomena Mulciber (4671)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa