- Układ. - Powtórzyłem bezwiednie, gdzieś pomiędzy oddechem a śmiechem. - Tak, jasne. Informujemy się, kiedy przestajemy udawać, brzmi uczciwie, dopisuj, co chcesz… Tylko nie pisz drobnym drukiem, okej? Rysuj mi… Hieroglify, obrazki. - Nie byłem pewien, czy mówiłem do niej, czy do tej drugiej dziewczyny sprzed lat, zarysy twarzy nakładały się na siebie jak dwa zdjęcia w jednym kadrze - jedna była tu, pochylona nade mną, z krwią na palcach, wepchnąłem jej chustę w palce, bo była ciepła, a jej dłonie zbyt zimne, druga śmiała się kiedyś w śniegu, na tarasie wieży, pod gwiazdami.
Słyszałem ją, ale jednocześnie słyszałem kogoś innego - tak bardzo moja i jednocześnie nie moja - ten sam ton, ta sama nuta w głosie, to samo „Wish”, raz w górach, raz pod gwiazdami, gdy śnieg był romantyczny, a nie śmiertelny. Dwie linie czasu nachodziły na siebie jak źle spasowane mapy.
Poczułem jej dłoń. Przesunęła się po mnie i nagle zrobiło się… Całkiem mokro. Ciepło przestało być przyjemne. Zmarszczyłem brwi, próbując się skupić. Świat miał dziś zbyt wiele kolorów - białe góry, granatowe niebo, czarne gałęzie w oddali i ten jeden, natrętny odcień czerwieni, który nie chciał zniknąć, choć mrugałem uparcie. Byłem tu i jednocześnie nie byłem.
- Zawsze byłaś dobra w dopisywaniu aneksów - Mruknąłem tonem nastolatka, którym już dawno nie byłem. - Ja nigdy nie czytałem drobnego druku. - Chciałem się uśmiechnąć, ale uśmiech ugrzązł w połowie drogi, jakbym zapomniał, jak się to robi. Złapałem się tej umowy jak czegoś stałego, choć czułem, że grunt pod spodem mięknie, słowa docierały do mnie z opóźnieniem, jak przez wodę, a jednak rozumiałem je wszystkie. Sójka i myszołów, krążenie, czekanie, bzmiało sensownie, nawet pięknie, jak plan na życie rozpisany ołówkiem, który łatwo zetrzeć, ale i tak się go pamięta.
Ciepło narastało, a jednocześnie coś ciągnęło mnie w dół, ciężkie, lepkie, jakby noc próbowała mnie wessać.
Zrobiło się zamieszanie, poczułem nagły ruch i chłód powietrza, gdy rozsuwała mój płaszcz - to było niewygodne, nic więcej, na pewno nic więcej.
- Hej… - Mruknąłem odruchowo, z cieniem uśmiechu. - Nie trzeba się aż tak spieszyć z rozbieraniem mnie po pierwszej randce. Nigdzie się nie wybieram, mamy umowę. - Chciałem unieść rękę, pomóc, zrobić cokolwiek sensownego, ale kończyny miałem ciężkie, jakby należały do kogoś innego, palce tylko drgnęły, zahaczając o jej rękaw. Czułem jej dłonie, konkretne, fachowe, jedna przytrzymywała mnie w miejscu, druga rozsuwała płaszcz - bez flirtu, bez gry, tylko cel.
Obraz znowu się rozwarstwił - jej twarz była ostra, napięta, skupiona, tamta miała miękkie oczy i zawsze marzła. Parsknąłem pod nosem, bo to było absurdalne, że mój mózg uznał to za zabawne. Znów się pomieszało, góry zniknęły, pojawiła się wieża, kamień pod plecami był zimny, a gwiazdy wydawały się bliższe, jakby ktoś je przesunął ręką. Ten sam chłód, ten sam zapach zimy.
Imię przecięło mnie na pół - Wish był chłopakiem, który krążył. Mężczyzna leżący w śniegu był kimś innym, a jednak obaj podnieśli głowę w tym samym momencie.
- Wish… Zabawne. Dawno nikt mnie tak nie nazwał. - Wymamrotałem, to jedno słowo wbiło się we mnie ostrzej niż cokolwiek w innego, aż się skrzywiłem - Wish był kimś sprzed lat. Wish był tym, który nie wracał na czas. Tym, który zawsze krążył. Tym, w którym…
- Nie teraz. - Mruknąłem defensywnie, chociaż nie do końca zdawałem sobie z tego sprawę. - Nie mieszaj tego.
Ale mieszało się samo.
- Nie… Odpływam. - Wymamrotałem z uporem, który znałem u siebie aż za dobrze, to było kłamstwo niskiej jakości, mówione bardziej dla niej niż dla mnie. - Wszystko jest okej. - Dodałem szybciej, niemal dziecinnie. - Naprawdę, robiłem to już mnóstwo razy. Zawsze wygląda gorzej, niż jest. - Mój język nagle zrobił się ciężki, obcy, ale mówiłem dalej, bo zamilknięcie byłoby gorsze, tym bardziej, skoro przecież sam jej powiedziałem, że nie było moim stanem naturalnym. Mówiłem, bo mówienie scalało, a kiedy przestawałem, linie się rozjeżdżały. Odchrząknąłem, ni to śmiejąc się, ni to dusząc, niemal od razu kaszlnąłem, tym razem już na serio, metaliczny smak w ustach był zbyt wyraźny, żeby go ignorować.
- Ej… - Wychrypiałem. - To chyba nie jest… Normalne, co? - Zmarszczyłem brwi, w końcu coś zaczęło do mnie docierać, powoli, niechętnie, jak spóźniona myśl. Śnieg pod jej dłonią zrobił się niemal nienaturalnie czerwony. Zobaczyłem to kątem oka i parsknąłem cicho, nieadekwatnie, jak dzieciak przyłapany na czymś głupim. - Widzisz. - Powiedziałem miękko, prawie rozbawiony, chociaż to rozbawienie nie było zbyt naturalne, nawet jak na mnie, wydawało się krzywe. - Umowa. Informujemy się, kiedy przestajemy udawać. Chyba właśnie przestałem. - Parsknąłem krótko, z niedowierzaniem podszytym irytacją, po czym spróbowałem unieść rękę, ale ciężar okazał się zbyt duży, moje palce opadły bezwładnie w śnieg.
Leżałem jeszcze chwilę w tej dziwnej ciszy, która nie była ciszą, tylko czymś pomiędzy, śnieg tłumił dźwięki, a głowa robiła swoje, tasowała obrazy bez ładu i składu, oddychałem płytko, bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby. Czułem jej obecność bardzo wyraźnie, ciepło przy sobie, ciężar dłoni, które mnie trzymały przy tym świecie, ale wciąż nie potrafiłem tego przypiąć do jednego imienia, jednej historii.
Przymknąłem oczy, potem znowu je otworzyłem, jej twarz była tuż nade mną, wyraźna i jednocześnie jak zza szyby. Zmarszczyłem lekko brwi, jakbym próbował sobie coś przypomnieć, coś oczywistego, co właśnie umykało.
- Hej… - Mruknąłem cicho, z tym samym półuśmiechem, który wcześniej przychodził mi łatwiej. Teraz był bardziej odruchem niż decyzją. - Poczekaj. - Uparcie uniosłem dłoń tylko na tyle, na ile pozwalało ciało, palcami zahaczyłem o powietrze przy jej policzku, jakbym chciał sprawdzić, czy naprawdę tu była, czy to kolejny obraz, który zaraz się rozsypie. - Głupie pytanie - Dodałem, zupełnie poważnie, jak gdyby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. - Ale… Jak ty masz właściwie na imię? - Nie było w tym prowokacji ani flirtu, raczej szczere zdziwienie, dziecięca konsternacja kogoś, kto nagle odkrywał lukę w opowieści. Patrzyłem na nią uważnie, czekając, jakby odpowiedź miała wszystko ustawić na właściwych torach, połączyć rozsypane kawałki. Westchnąłem cicho, trochę rozbawiony, trochę zmęczony.
- Wiesz… - Dodałem po chwili, tonem kogoś, kto dzielił się sekretem. - Normalnie pamiętam takie rzeczy, naprawdę, tylko dziś… Dziś wszystko mi się jakoś… Rozjechało. - Opuściłem rękę, moje palce znowu wbiły się w śnieg. Nadal byłem przekonany, że to miało sens, pytanie było na miejscu, zaraz usłyszę imię, które coś we mnie uspokoi, nazwie tę chwilę, nada jej ramy. Nie orientowałem się, że już je znam, nie łączyłem kropek, dla mnie wciąż była kimś pomiędzy, cieniem z teraźniejszości i echem z przeszłości, a oba te obrazy były równie prawdziwe.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)