14.01.2026, 17:23 ✶
Wyprawa w poszukiwaniu magicznych kwiatów i grzybów w szkockich lasach
Noc wciąż jeszcze kłębiła się nad śpiącą Doliną, gdy Helloise powróciła w progi kurzej chaty po spotkaniu z Gabrielem w Maida Vale. Upominało się o wiedźmę zmęczenie — nie zmrużyła od doby oka, a i poprzednie dni swoją nieregularnością rozstroiły jej wewnętrzne rytmy. Ostatni raz naprawdę wypoczęta była przed Spaloną Nocą i zaczynała to odczuwać.
Umysł jednakże — choć zduszony tą ciężką mgłą, obolały niemal — nie potrafił znaleźć spokoju. Jak litanię kobieta powtarzała wykaz składników, które odkryła w miskturze z Maida Vale. Woda różana, kwiaty księżycowej rosy, krew. Nieskomplikowane na pierwszy rzut oka, lecz ileż wariantów należało rozważyć, szczególnie w związku z krwią. Helloise nie potrafiłaby zasnąć, gdyby nie zmapowała ścieżek prowadzących do poznania tej mikstury.
Świt zastał wiedźmę przy migocącym płomieniu świecy, pochyloną nad kuchennym stołem. Rozwlekłym, pochyłym pismem sporządzała kolejne notatki: koncepty receptur, propozycje proporcji, warianty składników. Czy róże powinny być czarne, czy czerwone. Czy księżycową rosę ususzyć i sproszkować, czy z żywego kwiatu przygotowywać wywary. Krew zajęła najwięcej rozważań. Do lepkich blatów kuchennych kleiły się skórzane plecki ksiąg, w których chemiczka sprawdzała interakcje między składnikami, obliczała najlepszy sposób łączenia ich, próbowała przewidywać teoretyczne działanie mikstury. W leżącym przed Helloise atlasie botanicznym kobieta zaznaczyła obszary występowania księżycowej rosy — kilka połaci leśnych terenów w Szkocji otulonych małymi wsiami. Aby uczynić ze swojej teorii użytek, musiała bowiem pierw zdobyć składniki. Róż miała dostatek — zarówno wyniesionych z Maida Vale, jak i klasycznych. Wywróciła wcześniej spiżarnię do góry nogami, lecz nie znalazła ani pół słoiczka drugich kwiatów. Wiedziała, gdzie po nie iść. Wyszłaby od razu, lecz przez całą noc pałętały się wśród jej papierów listy otrzymane dzień wcześniej od Jahnavi. Zobowiązanie.
Zmorzona kolejną falą senności czarownica uniosła karteczkę z skreśloną dłonią koleżanki wiadomością. Zanurzyła pióro w kałamarzu, aby odwołać się, choć czyniła to nie bez żalu, gdy myślała, że w sprawy wiary wprowadzi Pandit niewiadomy człowiek, którego ni intencji, ni kompetencji pewna być nie mogła. Skończoną wiadomość przekazała ptakowi, lecz ptaki Helloise — jak ich pani — bywały opieszałe, toteż kaczka z listem w dziobie krążyła bezcelowo po pomieszczeniu, podczas gdy czarownica pakowała torbę. I dobrze się stało, bowiem wkrótce wiedźma zorientowała się, że żadnej z wytypowanych lokalizacji nie zna na tyle dobrze, aby teleportować się tam bezpiecznie. Tknięta tym olśnieniem dorwała skubiącą spokojnie liść sałaty kaczkę pocztową, siłą odebrała jej list i skreśliła nowy. Nie pozwoliła tym razem ptaszysku lenić się i podjadać w nieskończoność; wyrzuciła krnąbrną kwokę za okno w szary mżysty poranek.
Nie chciała zwlekać, lecz wiedziała, że nim ptak dostarczy list, a ów nienazwany człowiek wspomniany przez Navi zdobędzie odpowiedni świstoklik, minie chwila. Obiecała sobie, że wyjdzie przed dziesiątą, miała więc kilka godzin na odpoczynek. Wyzuta z sił i pomysłów, pozostawiona z bezczynnością Helloise zdecydowała się na drobną przyjemność. Kilka kropelek opium, żeby umilić sobie ten międzyczas, wypocząć lepiej. Wypocząć…
Gdy wybudziła się z zamroczenia było południe. Za oknem wciąż drobnił deszcz, ogień w chacie przygasł, mokra kaczka drzemała w cieple ostatnich płomieni. Helloise zamknęła oczy. Nie potrafiła znaleźć w członkach sił, żeby zwlec się z kanapy. Znów spała na nierozłożonej kanapie, zamiast w łóżku. Od kurczenia się na niej bolał ją kręgosłup. Sen jedynie bardziej ją zmęczył. Między mrugnięciami powiek budzącej się do życia wiedźmy mijały całe kwadranse.
Wstała po pierwszej. Ze zmiętej spódnicy wysypało się skruszałe błoto, które wyniosła z Maida Vale. Do Maida Vale należała również czarna ziemia wbita pod paznokcie. Szata kleiła się do ciała. Helloise wyglądała nędznie i równie nędznie się czuła.
Kąpiel nie była przyjemna, mimo że wanna gorącej wody w chłodne jesienne dni zdawała się remedium na wszystkie troski. Czarownica była zbyt skupiona na tym, żeby nie pozwolić sobie znów odpłynąć. Wiedziała, co rozpędziłoby chmury dociążające głowę i skrystalizowałoby zmysły. Błędne około. Obeszła się smakiem.
Również w wannie spędziła za dużo czasu, nim przebrała się wreszcie i sprytnie wczesała kołtuny w warkocz. W duchu odczuła ulgę, gdy trafiła na spakowaną wcześniej torbę i koszyki. Skupienie myśli na tym, aby teleportować się na to jedno podwórze w Little Hangleton, było bardziej absorbujące niż powinno być, lecz skończyło się sukcesem.
Być może i Helloise kazała Jahnavi na siebie czekać, lecz bynajmniej nie zamierzała dawać po sobie poznać, że kryło się za tym cokolwiek innego niż jej własny kaprys. Przemierzyła podwórko wyprostowana, swobodnie snuła wzrokiem po zakamarkach działki. Na dłużej zatrzymała się przy gęsiach. Nieruchomo patrzyła na wędrówkę gęgających skrzekliwie ptaszysk, jakby wpadła w trans. Wtem jedna z gęsi uderzyła skrzydłami w powietrze, za nią zaś pozostałe rozłożyły białe skrzydła i przebiegły kawałek podwórza, z krzykiem wachlując piórami. Helloise drgnęła, jakby spłoszyło ją to nagłe poruszenie.
Podążyła prosto do drzwi chaty, ciaśniej obciągając ramiona szalem. Do rozlatującego się domu Pandit weszła bez pukania, starannie zamykając za sobą drzwi. Nie baczyła na to, że na swoich kozakach z zadartymi czubami nanosi jej do środka mokrą ziemię.
— Czy jesteś gotowa do drogi? — zapytała od progu.
dotknij trawy