• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence

[12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#11
16.01.2026, 13:36  ✶  

To nie działo się celowo. Nie wchodziła mu w drogę, bo chciała uprzykrzać mu życie, wiązało się to przy okazji z uprzykrzaniem życia jej, nie robiła tego świadomie, ale jakoś zawsze do tego doprowadzali. Trafiali na siebie dokładnie wtedy, kiedy tego nie chcieli, zresztą, czy istniały momenty, gdy faktycznie chcieliby swojego towarzystwa? Nie do końca. Oczywiście, że nie ułatwiało tego to, że przyjaźnił się z jej bratem, przez co nawet podczas wakacji mogli spodziewać się tego, że od czasu do czasu pojawią się w swoim otoczeniu. Musiał mieć świadomość tego, że wizyta w ich domu będzie niosła ze sobą to, że będą musieli spędzić ze sobą chociaż chwilę, bo Penny pilnowała wspólnych posiłków. Z drugiej strony nie przyznawała się do tego, że czekała na te momenty, że obserwowała ich z okna swojej sypialni szukając przede wszystkim tej charakterystycznej, nieco za długiej ciemnej czupryny. Czekała na niego, nawet jeśli wmawiała sobie, że było zupełnie inaczej. Wiedziała, że nie powinna patrzeć, ale jakoś nie umiała odwrócić wzroku. To był odruch. Tak samo jak w tej chwili nie odrywała na moment od niego swojego spojrzenia, mogła mówić, że chodziło tylko o rękę, o przypadek medyczny, to wydawało się całkiem niezłym wytłumaczeniem, chociaż wiedziała, że nie chodzi tylko o to.

- Nie zawsze, nawet ja nie mam tak optymistycznego podejścia. - Nadal mówiła lekkim tonem, wiedziała swoje, widziała więcej, niż mógłby się spodziewać, może nie znała jego, ale znała swoją wnuczkę. Znajdowali się w jej domu, Prue tutaj nie siliłaby się o wymuszoną uprzejmość, czy przejmowała tym, co wypada. Nie miała co do tego wątpliwości. - Łatwo znajdujesz odpowiedzi, chociaż nie widzisz tych najprostszych. - Odezwała się jeszcze zdawkowo, nie sądziła, że powinna się wtrącać w to, co działo się między młodzieżą, jednak nie do końca potrafiła być zupełnie obojętna. Wiedziała swoje, myślała swoje, ale nikt nie zamierzała zbyt wiele mówić na temat swoich obserwacji. Czasem warto było pomóc zagubionym duszom, ale to nie był jeszcze ten moment, wolała myśleć o tym, że kiedyś zrozumieją, kiedyś podejdą do tego inaczej.

- Dokładnie tak, ludzie się dużo bardziej skomplikowani niż widać na pierwszy rzut oka. - Powtórzyła za nim, dobrze, że zdawał sobie sprawę. Nic nie było takie proste, jak mogłoby się wydawać. Nie kontynuowała tego tematu, nie chciała wychodzić na wścibską, czy przemądrzałą, mimo, że mogłaby się odezwać. Zresztą miała swoje przeczucia, a jej przeczucia rzadko kiedy ją myliły. Jej intuicja była niezawodna, w swoim życiu miała do czynienia z najróżniejszymi ludźmi, zaczęła więc bez problemu czytać większość z nich.

- Załatwimy sprawę szybko, jeśli nie będziesz zbytnio oponował, to jest ta lepsza wiadomość. - Być może nie tak szybko, jak zrobiłby to sam, ale na pewno bardziej profesjonalnie i dokładnie, dzięki czemu jego ręka szybciej wróci do pełnej sprawności. Było to całkiem proste i logiczne, przystał jednak na to, więc nie było sensu dalej go przekonywać do tego, by pokazał im swój uraz.

Znaleźli się w salonie, w którym pojawiła się i Prue oddelegowana wcześniej po apteczkę. Mieli tylko obejrzeć jego rękę, zrobić coś z tym, aby rana się nie babrała, to nie było nic skomplikowanego, za chwilę będą mogli się rozejść każde w swoją stronę, przestać na siebie patrzeć, to było całkiem optymistyczną wizją. Dzięki temu, że znalazła się tutaj z babcią, mogła mieć pewność, że nic takiego mu się nie przytrafiło, że nie było tak źle. Wpatrywała się w bandaż który odwijał, dotarło do niej wtedy, że mogło być gorzej, niż zakładała, zresztą nie powinno jej to dziwić, krew, która sączyła się z tego prowizorycznego opatrunku nie brała się znikąd, niby on mówił o tym, jakby to nie było coś wielkiego, ale miał tendencje do lekceważenia swojego stanu zdrowia, od zawsze, pewnie nigdy nie miało się to zmienić.

- Nie wiem w jaki sposób mam Ci wytłumaczyć, że gapię się na Twoją rękę, a nie Ciebie. - Mruknęła cicho, bo nie podobało jej się to, co właśnie sugerował. Tak, wyglądał dobrze, było na czym zawiesić wzrok, jednak nie mogła pogodzić się z tym, że wmawiał jej, że patrzyła na niego, na pewno nie w ten sposób, nie w tej chwili. Być może tak ją to gryzło, bo faktycznie zdarzało jej się to, być może miał szansę ją na tym przyłapać, ale na pewno nie chciała, żeby o tym wiedział.

- Nie wątpię w to, jednak chcemy obdarzyć Cię jak najlepszą opieką, oczywiście nie pozwolimy też na to, żebyś czuł, że tracisz czas, standardy będą zachowane. - Nie zasugerowała, że ta niepotrzebna dyskusja również powodowała, że tracili czas, gdyby się tak nie bronił przed tym, żeby to Prue go opatrzyła, to już by zaczęli, zresztą babcia Bletchley nie zamierzała zmienić zdania. Skoro już się tutaj znalazła i uczestniczyła w tym przedstawieniu i mogła mieć na nie jakikolwiek wpływ, to sobie tego nie odpuściła. Całkiem zabawnie było patrzeć, jak bardzo próbowali udowodnić, że nie chcą znajdować się obok siebie. Nie umykały jej wymieniane przez nich komentarze, nie reagowała na nie, tylko uważnie się w nie wsłuchiwała mając swoją własną opinię na ten temat.

- Mógłbyś się zdecydować, najpierw nie chcesz delikatności, a teraz narzekasz na jej brak. Określ się, Rookwood. - Irytował ją, denerwowało ją jego zachowanie. Naprawdę chciała po prostu mieć to z głowy, zobaczyć rękę, zdezynfekować ją, a później zastanowić się nad tym, co dalej, chociaż babcia już wiedziała, że powinna skorzystać z maści Penny, więc na pewno tak było.

- Nie wątpię, że sam byś przyszedł, na pewno. - Chyba w innym życiu. Nie zabrał ręki, kiedy złapała go za nadgarstek, co spowodowało, że mogła zająć się tym, po się tutaj znaleźli. Podchodziła do sprawy poważnie, jak zawsze, być może było to tylko zadrapanie, całkiem głębokie zadrapanie, ale nie chciała, żeby coś poszło nie tak. Właśnie dlatego bardzo powoli przesuwała gazik po ranie, ostrożnie, delikatnie, ale też precyzyjnie. Mógł sobie myśleć co chciał o jej drobnych dłoniach, mógł sugerować, że były one przeszkodą, ale zamierzała mu udowodnić, jak bardzo się mylił. Mogłaby się na nim wyżyć, mogłaby złapać go mocniej, robić to na odwal się, ale kiedy Prudence już w coś się angażowała, to zawsze całą sobą. Tak było i tym razem, chodziło o uraz, nie o to, kto przed nią siedział. Tak, jasne, gdyby to było takie proste. Nie dawała jednak poznać po tym, co robiła, że czuła się niekomfortowo dotykając jego ręki, kiedyś to było dla nich całkiem naturalne, nie mieli problemu z gestami, od lat jednak nie czuła pod opuszkami palców ciepła jego skóry.

Uniosła głowę znad jego ręki, kiedy się odezwał. Zmrużyła na moment oczy, już miała mu odpowiedzieć, ale stwierdził, że to było nieważne. Mimo wszystko się odezwała. - Tak, zawsze muszę być taka dokładna, powinieneś to wiedzieć. - Nie było to przecież nowego, zawsze i we wszystkim tak już miała. Być może o tym zapomniał i musiała mu o tym przypomnieć. Nie powinno jej to przecież dziwić, na pewno teraz pamiętał o przyzwyczajeniach innej osoby, nie jej, nie znaczyła dla niego przecież już nic.

Dostrzegła, że jego palce odrobinę się poruszyły, nie zdążyła tego skomentować, sam to zrobił. - Przecież widziałam, panuj nad swoimi odruchami. - Nie, żeby jakoś specjalnie jej to przeszkodziło, to był tylko drobny odruch, ale kto wie, czy nie zwiastował czegoś większego, dobrze, że sam się na tym złapał i pamiętał o tym, że nie powinien tego robić. - Moja definicja słowa szybko niesie ze sobą też dokładność, nie sądzę, że dałoby się to zrobić szybciej z taką precyzją. - Oczywiście, że coś musiało mu nie pasować, musiał skomentować jej działanie, spowodować, że znowu czuła się niepewnie.

- Jeszcze tylko bandaż, eliksir powinien niedługo zacząć działać. - Odłożyła słoiczek z maścią na stół i sięgnęła po bandaż, to była już końcówka jej działań. Przyłożyła początek materiału do jego ręki i zaczęła bardzo powoli owijać ranę, żeby go to nie piekło bardziej niż powinno, mogła mieć do niego niezbyt pozytywne nastawienie w tej chwili, ale nie powodowało to tego, że chciała, aby cierpiał bardziej niż to było konieczne, naprawdę starała się, aby jej gest niosły ze sobą jak najmniejszy ból, co wcale nie było proste w przypadku dosyć głębokiej rany.

- No, całkiem nieźle poszło. - Dodała Ellie, która obserwowała ich poczynania całkiem uważnie, jednak się w nie nie wtrącała, widziała, że Prue świetnie sobie radzi, nie było więc powodu do interwencji, zresztą od początku wiedziała, że nie będzie. - Mamy chwilę zanim Aloysius będzie mógł dołączyć do chłopaków, nie będziemy siedzieć w ciszy, prawda? - Nie czekała na to, aż zaczną oponować, sięgnęła po swoją torebkę, w której zaczęła czegoś bardzo intensywnie poszukiwać.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#12
17.01.2026, 03:10  ✶  
Przeniosłem ciężar ciała, z nogi na nogę, czując pulsowanie rany, ale ignorując je jak zwykle, przy czym zerknąłem kątem oka na Ellie, bo mówiła rzeczy, które trafiały odrobinę nazbyt precyzyjnie, jak na mój gust, nawet jeśli były wypowiadane łagodnym tonem - brzmiały trochę za prawdziwie, żeby było mi wygodnie, zbyt mądrze, żebym mógł to zignorować, a to mnie strasznie rozdrażniało, nawet jeśli byłem dla niej kulturalny.
- Widzi pani, najprostsze odpowiedzi zwykle są podejrzane. - Rzuciłem lekko, starając się nie dać po sobie poznać, że to wszystko zaczynało mnie denerwować. Słuchałem tego z tym swoim półuśmiechem, który zwykle ratował mnie w sytuacjach, w których nie chciałem powiedzieć za dużo, ani pokazać jeszcze więcej, bo babcia Prudence miała tę irytującą zdolność mówienia rzeczy, które trafiały zbyt blisko, zdecydowanie próbując wyłapać reakcję, a ja nie zamierzałem jej tego ułatwiać. - Za często okazują się niepełne. - Było w tym trochę przekory, trochę obrony, zawsze miałem ten odruch, żeby nie dawać ludziom satysfakcji z trafienia w czuły punkt.
Skinąłem głową, kiedy dodała, że załatwią sprawę szybko, jeśli nie będę oponował. Zerknąłem na Prudence, a raczej… Pozwoliłem sobie na krótką, kontrolowaną sekundę spojrzenia - taką, której nikt nie powinien uznać za znaczącą, jakby to była tylko uprzejmość, albo zaciekawienie jej reakcją, albo irytacja z powodu tego, że jednak została, chociaż dawałem jej wszelkie przesłanki i preteksty do tego, by się wycofała.
- Dobrze, nie oponuję. - Dodałem, całkiem ugodowo i posłusznie, jak na mnie, nie dlatego, że mi to pasowało, tylko dlatego, że nie widziałem żadnej innej opcji, w której mógłbym jak najszybciej się stąd ulotnić. - Widzę, że zostałem przegłosowany. Demokracja w praktyce. „Respectus legis maioritatis”. - Przekrzywiłem lekko głowę, opierając się wygodniej na jednej nodze, jakby to był tylko wyjątkowy moment trzeźwości umysłu, a nie coś, co ciągnęło mi myśli w zupełnie niepotrzebnych kierunkach, po czym kiwnąłem, ruszając w kierunku salonu. Nijak nie skwitowałem tego, co powiedzieliśmy na temat „skomplikowanych ludzi” - nie przez to, że uważałem temat za zamknięty, tylko wręcz przeciwnie - wcale nie chciałem go rozwijać, mając wrażenie, że nie powinienem tego robić, nie przy starszej pani, która wyraźnie widziała trochę zbyt wiele, bym czuł się komfortowo. Z zewnątrz nigdy bym się do tego nie przyznał, ale wewnątrz trochę zbyt mocno zdawałem sobie sprawę z tego, że nie byłem dziś w formie na podobne wyzwania, nawet jeśli zazwyczaj było trudno doprowadzić mnie do wycofania się z dialogu. To było wszystko, co zamierzałem powiedzieć, bo przyznanie, że coś mnie dekoncentruje, czyjaś obecność miesza mi w głowie, tak, że jedno, odrobinę zbyt intensywne spojrzenie potrafiło skutecznie mnie wybić z rytmu, byłoby… Niebezpieczne - więc zamiast tego byłem ironiczny, cyniczny, opanowany, jak zawsze, przynajmniej z pozoru, bo szedłem też na większe ugody, byleby tylko jak najszybciej stąd zniknąć, wcale nie czułem się tu komfortowo.
Moment później siedzieliśmy już w salonie, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie, a nie coś, co miało w sobie więcej napięcia niż niejedna kłótnia. Prue wróciła z apteczką, Ellie krzątała się obok, a ja odwijałem materiał powoli, czując na sobie szczególnie to jedno spojrzenie - intensywne, skupione, nieodpuszczające - i, jasne, mógłbym udawać przed sobą, że to mnie nie rusza, że to tylko spojrzenie, ludzie zazwyczaj patrzą, ale Prudence nie patrzyła jak ludzie, ona patrzyła jak… Ona. Mimo to nie drgnąłem, dalej odczepiałem prowizoryczny, koszulkowy bandaż od ręki, powoli, z tym udawanym spokojem, który zwykle ratował mnie z sytuacji, w których nie chciałem niczego tłumaczyć - materiał ciągnął się nieprzyjemnie, odrywając się w sposób daleki od komfortu, bo skóra pod nim była nadwrażliwa, a krew, której wolałbym nie widzieć w takiej ilości, mówiła więcej niż ja bym kiedykolwiek powiedział. Rana była głębsza, niż bym chciał przyznać, brzydka, nierówna, nieestetyczna, częściowo spuchnięta, bo ręka pod nią zdecydowanie została stłuczona, w dodatku całkiem mocno. To nie był lekki uraz, chociaż zdecydowanie nie zamierzałem się nad tym użalać - cud, że jeszcze nie dostałem żadnego pytania o jego pochodzenie, zdecydowanie nie chciałem wysłuchiwać żadnego „co się stało?” - w zupełności wystarczyło mi, że zamiast wyjść z tego bokiem, musiałem przyznać się do słabości, której nie dało się zignorować jednym machnięciem podbródka. Syknąłem cicho, ale udawałem, że ten dźwięk wcale nie opuścił moich ust.
Czułem na sobie wzrok Prue, intensywny, skupiony, jakby próbowała rozgryźć mnie bardziej, niż mógłbym sobie tego życzyć, rozłożyć moje ciało na części, nie tylko przeskanować tę cholerną ranę, nie musiałem nawet unosić podbródka i patrzeć jej w oczy, po prostu podświadomie to wiedziałem - wiedziałem, że mnie obserwuje, analizuje, zawsze miała do tego skłonność. Kiedyś było to urocze, teraz było… Irytujące.
Dopiero po chwili przekrzywiłem głowę lekko, patrząc na nią spod rzęs, tak, jak zawsze, gdy nie chciałem, żeby ktoś zajrzał mi głębiej pod maskę. Kiwnąłem głową powoli, z przesadną powagą, jakby właśnie wyjaśniła mi coś naprawdę skomplikowanego, a nie oczywistość, w którą chyba oboje nie do końca wierzyliśmy, patrząc na pozostałości wcześniejszego rumieńca na jej policzkach. Nie skomentowałem tego wtedy, nie skomentowałem teraz, zamiast tego przesunąłem spojrzenie na własne przedramię, jakbym dopiero teraz sobie przypomniał, że tam faktycznie coś jest, a potem znów na nią - krótko - za krótko, żeby można było to nazwać wpatrywaniem się, wystarczająco długo, żeby na pewno było to dla niej irytujące.
- Oczywiście. - Mruknąłem w końcu, oparłem się wygodniej, chociaż rana pulsowała, jakby chciała mi przypomnieć, że nie jestem z żelaza. - Wybacz, że na moment pomyślałem, że to ja przyciągam uwagę, nie dziura w strukturze moich tkanek. Strasznie próżne z mojej strony. - Brzmiałem pewnie, a przynajmniej tak chciałem, pewność siebie była moim najstarszym trikiem, nauczyłem się jej wcześnie, bo świat był znacznie łatwiejszy, kiedy wyglądało się na kogoś, kto zawsze wie, co robi. - To błąd poznawczy, zdarza się nawet najlepszym, prawda? - Rzuciłem, jakby od niechcenia. - Naprawdę nie mam aż takiego ego. - Przeniosłem wzrok na ranę, jakbym naprawdę się nad nią zastanawiał, jakby była czymś fascynującym, a nie po prostu efektem mojego idiotycznego zderzenia z rzeczywistością, po czym wzruszyłem ramionami. - Zdaję sobie sprawę, że świat nie kręci się wokół mnie, nawet jeśli technicznie, to moja ręka. - Dodałem, trochę bardziej cynicznie, to była półprawda - wiedziałem, że nie kręci się wokół mnie, ale też wiedziałem, że ja kręcę się wokół niej bardziej, niż bym chciał, i czasami naprawdę… Miło… Byłoby nie być rozpatrywanym wyłącznie pod kątem bycia obiektem poznawczym do badań nad patologiami, podczas gdy wszystkie moje patologiczne i niepatologiczne tkanki zachowywały się, jakby ogłupiały na odrobinę niechcianego dotyku.
Widziałem, że Ellie nie zamierzała ustąpić, miała ten błysk w oku, który oznaczał „już zdecydowałam, a teraz możesz się z tym pogodzić”, i chociaż zazwyczaj walczyłem z takimi rzeczami do końca, tym razem… Nie chciało mi się, może byłem zmęczony, może po prostu nie miałem już energii na kolejną rundę albo może… Zreflektowałem się, nawet jeśli odrobinę za późno, jak bardzo nie chciałem zasugerować, że problem zupełnie nie był w opatrunku - problem był w tym, kto miał go zrobić, ale nie przez specyfikę urazu, małe dłonie naprawdę nie miały zbyt wiele związku z tym, dlaczego wolałbym, aby to babcia Bletchley odpowiadała za zajmowanie się moim urazem.
Zerknąłem na Prudence, krótko, jakby przypadkiem, udając, że to nic nie znaczyło - to nie było to samo spojrzenie, które kiedyś znaczyło wszystko, wcale a wcale. Przesunąłem palcami po krawędzi kanapy, zdrową dłonią, jakbym się czymś bawił.
- Skoro już ustaliliśmy, że dostanę pełen pakiet premium. - Odezwałem się, znów do Ellie, nie do Prue. - To chyba nie wypada mi protestować. - Brzmiałem lekko, prawie swobodnie, jakbym nie był spięty od karku po palce. - Poza tym - dodałem - byłoby niegrzecznie odrzucać tak troskliwą opiekę. - To też było prawdą, tylko że nie tą najważniejszą, bo prawda była taka, że ta „niepotrzebna dyskusja” wcale nie była o czasie, ani o standardach, ani o tym, kto ma lepsze kwalifikacje - to była wojna nerwów, a moje były napięte i w stanie alertu, jakbym miał zaraz walczyć z niedźwiedziem, nie być bandażowanym przez dziewczynę metr pięćdziesiąt, czterdzieści-kilka kilo. - Skoro już tu jestem, to róbcie, co trzeba. - Rzuciłem, jakby to była formalność, z której później ktoś miałby mnie rozliczać - to wcale nie było aż tak dalekie od prawdy, moi rodzice pewnie mieli się o tym dowiedzieć, raczej nie rozpatrując tego pod kątem troski, tylko długu wobec tej rodziny - to też nie pomagało mi być najbardziej spokojnym. - Nie chcę, żeby ktoś potem powiedział, że marnowałem wasz czas. - Znowu półuśmiech, znowu maska, a w środku miałem chaos. Patrzyłem gdzieś w bok, na krawędź stołu, na cień kwiatka, na wzór rzucany na podłogę przez skąpaną w słońcu firankę, na cokolwiek, byle nie na dziewczynę, która czekała aż wyciągnę ku niej dłoń, by móc złapać mnie za rękę, traktując mnie jak nieposłusznego pacjenta. Nie byłem wobec niej miły, nie byłem też naprawdę złośliwy, krążyłem gdzieś pomiędzy - w tym bezpiecznym obszarze, gdzie nie trzeba się było przyznawać do niczego konkretnego. W rzeczywistości… Chciałem, żeby się starała, chciałem, żeby jej zależało, i jednocześnie chciałem, żeby przestało, bo to było najgorsze - to, że jej dotyk był jednocześnie problemem i rozwiązaniem. To było absurdalne, że potrafiła mnie tak rozbroić zwykłą ostrożnością.
Parsknąłem cicho, kiedy kazała mi się określić - oczywiście, że kazała, zawsze to robiła, jakby świat był czarno-biały, a ja miałem obowiązek wybrać jedną z opcji i się jej trzymać do końca życia. Spojrzałem na nią spod opuszczonych rzęs, kiedy rzuciła to swoje „określ się, Rookwood”, i… Zapomniałem się, kompletnie, to był ten moment, kiedy mózg nie zdążył zatrzymać języka - to było jak odruch, kichnięcie, jak coś, czego nie da się cofnąć, kiedy już wyleci z ust.
- Wiesz… - Mruknąłem, wbijając w nią wzrok i nawet nie próbując mrugać. Spojrzałem na jej dłonie na mojej ręce, potem z powrotem na jej twarz. - Odrobina dyskomfortu nigdy nie była dla mnie problemem. Wiesz, że lubię, jak jest… Intensywnie. - To zdanie zawisło w powietrzu dokładnie tak, jak nie powinno - zorientowałem się sekundę za późno, ale zamiast się wycofać, poszedłem w to dalej, bo przecież to ja, zamiast to naprawić, oczywiście… Pogorszyłem. - Ale skoro tak bardzo przeżywasz tę kwestię, to może po prostu ustalmy hasło bezpieczeństwa. Na wypadek, gdybyś się za bardzo wczuła. - Dodałem z tym moim bezczelnym półuśmiechem. - Jak powiem „dość”, to przestajesz, czy potrzebujesz czegoś, co jest bardziej… Wyrafinowane? - To było zbyt dużo, bo ta granica rozejmu między nami od dawna była cienka jak papierowa ścianka, a ja właśnie po niej przejechałem jak walec, doskonale o tym wiedziałem, ale też… Nie zamierzałem przepraszać. Uniosłem brew, patrząc na nią spokojnie, jakbym absolutnie nie powiedział nic dwuznacznego, jakbym był niewinną ofiarą własnej elokwencji - nie powinienem lubić niebezpiecznych rzeczy aż tak bardzo.
Gdy jej palce zamknęły się na moim nadgarstku, przez ułamek sekundy miałem odruch, żeby się cofnąć, jak zawsze, kiedy robiło się zbyt blisko, zbyt prawdziwie, zamiast tego zostałem.
- Tak, oczywiście. - Mruknąłem, z cieniem uśmiechu, który miał udawać rozbawienie. - Wiesz - rzuciłem lekko, tym tonem, który brzmiał jak żart, ale nie do końca nim był - są różne sposoby, żebym sam przyszedł. Ale skoro już dałem ci rękę, to głupio byłoby ją teraz zabierać.
Za późno, żeby się wycofać, za późno, żeby udawać, że nic się nie stało. Czułem każdy jej ruch, przesunięcie gazika, każde muśnięcie - nie było w tym nic dramatycznego, żadnych gwałtownych reakcji, żadnego jęku, żadnego spektaklu, ale napięcie siedziało we mnie jak drzazga wbita naprawdę mocno w strukturę mojego ciała - gdyby ktoś mnie teraz zapytał, czy boli, odpowiedziałbym, że nie, byłoby to kłamstwo tylko w połowie. Odchyliłem lekko głowę, wbijając wzrok w sufit, jakbym liczył pęknięcia w tynku, to było bezpieczniejsze niż patrzenie na nią, kiedy była tak blisko.
- Tak, pamiętam. - Rzuciłem, kiedy wspomniała o swojej dokładności. - Zawsze byłaś nieznośnie perfekcyjna. - Nie chciałem być złośliwy, naprawdę, ale kiedy mówiła do mnie tym tonem, tym skupionym, profesjonalnym, jakby była całkowicie odcięta od wszystkiego, co między nami było, coś we mnie się buntowało. Czułem jej dłonie na swojej skórze, chłodne, skupione, dokładne, to mnie rozwalało bardziej niż sam ból - to, że była taka… Profesjonalna, jakby to nie była moja ręka, to nie byłem ja, jakbyśmy nie mieli za sobą dwóch lat bycia wszystkim dla siebie i jednego roku udawania, że papier wystarczy, jakby zapomniała, że teraz jesteśmy w trybie wojennym, ale nie na rzecz bycia w trybie „wszystko jest w porządku, damy radę”, tylko tej wyrachowanej obojętności.
Poczułem, jak moje palce drgnęły, zupełnie odruchowo, i natychmiast się na tym złapałem - zatrzymałem je, to był niewłaściwy gest, który mógł wszystko zepsuć.
- Wybacz, to się nazywa „bycie żywym”. -  Powiedziałem kąśliwie, kiedy uniosła podbródek i mnie skarciła, i tylko przekrzywiłem lekko głowę. - Wiesz, biologia, reakcja organizmu, odruchy bezwarunkowe, takie tam sprawy, nie wszystko da się kontrolować. - Brzmiałem rzeczowo, jakbym mówił o czymś neutralnym, a nie czuł tego dziwnego napięcia w klatce piersiowej. - Przepraszam, że nie jestem martwy. - Dorzuciłem sucho. - Jeśli chcesz pacjentów, którzy się nie ruszają, nie oddychają i nie reagują, to może powinnaś rozważyć pracę z trupami. Tam raczej nikt się nie wierci. - Przez moment patrzyłem na nią w milczeniu, a potem westchnąłem cicho, bardziej nosem niż ustami. - Spróbuję przestać mieć układ nerwowy. - Zawiesiłem na niej krótkie spojrzenie, potem odwróciłem wzrok, jakby mnie to wcale nie obchodziło. - Dla twojego komfortu. - Nie powiedziałem tego złośliwie, może trochę, dobra - bardzo, ale głównie defensywnie. Serio, nawet ja potrafiłem się opanować, jeśli sytuacja tego wymagała. Pozwoliłem jej robić swoje, ale nie zamierzałem milczeć, nigdy nie byłem dobry w milczeniu, zwłaszcza przy niej, siedziałem jednak spokojnie, jakby to było najnormalniejsze na świecie, chociaż w środku miałem istną orkiestrę dysonansów. Oddychałem wolniej, niż zwykle, kontrolowanie, żeby przypadkiem nie dać jej satysfakcji z jakiejkolwiek reakcji, nie syknąłem, nie drgnąłem, nie skrzywiłem się, mógłbym, pewnie nawet powinienem, ale nie zamierzałem. Wbiłem wzrok w bandaż, gdy kończyła go owijać, śledząc każdy obrót materiału, jakby od tego zależało coś więcej niż tylko to, czy będzie trzymał. Byłem zbyt skupiony na tym ruchu, na rytmie jej dłoni, na tym, jak starannie dociskała końcówkę, żeby w pierwszej chwili podnieść oczy.
A potem podniosłem - trafiłem prosto w jej spojrzenie.
Zobaczyłem te drobne plamki w tęczówkach, ten odcień brązu, który w tym świetle był bardziej miodowy niż mój, ciepły, nieprzyzwoicie łagodny, przez sekundę zapomniałem, co miałem powiedzieć, zapomniałem, że powinienem mieć gotową jakąś ripostę, coś ironicznego, coś bezpiecznego.
- Dzięki. - Wymamrotałem w końcu, ciszej, niż zamierzałem, zawiesiłem się, naprawdę, zbyt długo, zbyt prozaicznie, bez żadnej z tych masek, które zwykle nakładałem odruchowo. Przesunąłem czubkiem języka po wardze, jakbym próbował się ocknąć, potem przygryzłem policzek od środka, mocno, aż poczułem lekki ból - to było dobre, przywracało mnie do rzeczywistości, przypominało, że nie powinienem się tak gapić. Odchrząknąłem, jakby to miało mnie uratować, i opuściłem wzrok na bandaż, znowu udając zainteresowanie materiałem.
- Jest… W porządku. - Skomentowałem głupio, jakbyśmy rozmawiali o pogodzie. Uśmiech nie miał prawa się pojawić, więc go zdusiłem. - Wygląda… W porządku. - Dodałem, wskazując na bandaż, udając, że to był temat, o którym faktycznie myślałem. To było kłamstwo, nie myślałem o bandażu, myślałem o tym, że miała kilka piegów na bladej skórze, dokładnie tam, gdzie światło, które wpadało przez okno, idealnie je podkreślało. Myślałem o tym, że pamiętam je z dawniej, chociaż nie byłem pewien, czy naprawdę je pamiętam, czy tylko chcę pamiętać.
Za szybko więc dodałem:
- Nie umniejszając, oczywiście, nadal uważam, że trwało to wieki. - Uśmiechnąłem się półgębkiem. Materiał był równy, staranny, za ciasny, za luźny, nie umiałem tego ocenić, bo myśli miałem zupełnie gdzie indziej. Zamilkłem na pół sekundy, co było naprawdę niepokojące, nawet dla mnie. Przesunąłem zdrową dłonią po kolanie, jakbym chciał się wygodniej usadowić, ale tak naprawdę próbowałem zająć ręce czymkolwiek, żeby nie wracały myślami do tego, co właśnie się wydarzyło.
Dopiero, kiedy Ellie zadeklarowała, że „nie będziemy siedzieć w ciszy”, uniosłem lekko brew - znałem ten ruch, to nie był przypadkowy gest, to było „mam plan, jak zająć nam czas, i zaraz się o nim dowiesz”. Sięgnęła do torebki z takim zdecydowaniem, jakby właśnie wyciągała broń - to był ten moment, w którym należało wyjść, zniknąć, zostawić to wszystko za sobą - nie zdążyłem.
- Och, nie, nie trzeba, posiedzę na zewnątrz, na werandzie. - Powiedziałem od razu, automatycznie, zanim jeszcze cokolwiek wyciągnęła. Za dobrze ją już zdążyłem poznać, zwłaszcza w ciągu tych kilku minut, by nie wiedzieć, że tacy ludzie nie wyciągają z torebki cukierków. Już otwierałem usta, żeby rzucić jakimś bardziej konkretnym komentarzem, kiedy zobaczyłem róg kart. Tarot - oczywiście. Westchnąłem cicho nosem, niezupełnie prześmiewczo, bardziej jak ktoś, kto właśnie zorientował się, że wpadł w zupełnie nową kategorię kłopotów. Mimowolnie zerknąłem kątem oka na Prudence - chciałem sprawdzić, czy też uważa to za absurd, czy wręcz przeciwnie - zaraz potem, prawie od razu odwróciłem wzrok, jakby to było przypadkowe.
- Uprzedzam, pani Ellie, nie wierzę w przeznaczenie. - Stwierdziłem od razu, zanim babcia Bletchley zdążyła coś powiedzieć. Brzmiałem na tym polu wyjątkowo pewnie, jakbym to miał przećwiczone. - Ani w gwiazdy, znaki z kosmosu, ani w linie na dłoniach, ani w to, że herbata wie, co zrobię jutro, a kawałki kartonu wiedzą o mnie więcej niż ja sam. - Nie wierzyłem w przeznaczenie, nigdy, uważałem je za wygodną wymówkę dla ludzi, którzy bali się przyznać, że dokonują własnych wyborów. Wolałem myśleć, że wszystko, co mi się przydarza, jest wynikiem moich decyzji, nawet tych głupich, zwłaszcza tych głupich. - Niech mnie pani źle nie zrozumie. - Dodałem uprzejmie, bo wychowanie to wychowanie. - Nic osobistego, ale ja raczej nie wierzę, że kilka kart jaśniej zasugeruje mi drogę, niż moi właśni krewni. - Spojrzałem na talię, jakby była potencjalnie niebezpieczna. - Serio, całe życie podejmuję złe decyzje samodzielnie. Nie potrzebuję do tego pomocy. - Przeniosłem wzrok na Prue, jakbym szukał w niej sprzymierzeńca, ale nie powiedziałem nic. Za to odchrząknąłem cicho. - Chociaż… Niech zgadnę… I tak mnie pani nie zapyta, czy chcę w tym uczestniczyć. - Nie pytałem, tylko stwierdzałem fakt, po którego wypowiedzeniu oparłem się wygodniej na oparciu kanapy, skrzyżowałem nogi i spojrzałem na Ellie z lekkim rozbawieniem, ale i wyraźnym dystansem, podczas gdy starsza kobieta już wyraźnie szykowała sobie swoje stanowisko do wróżenia.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#13
17.01.2026, 16:31  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.01.2026, 19:19 przez Prudence Fenwick.)  

- Tak, są najbardziej podejrzane, trzeba mieć sporo odwagi, aby im zaufać. - Widziała po reakcji, że nie powinna dłużej ciągnąć tego tematu. Nie chciała, aby ich gość czuł się w ich towarzystwie niekomfortowo, czasem jednak trzeba było zwrócić uwagę na drobne rzeczy, które od siebie odsuwali, szczególnie kiedy chodziło o młodych ludzi. Tacy jak ona przeżyli już swoje, zaczynali dopuszczać do siebie różne możliwości, wierzyć w to, że to co najprostsze nie zawsze musi być nieprawdopodobne. - Z czasem można znaleźć w tym głębie, tylko bez pośpiechu, wystarczy dać szansę na to, aby wszystko toczyło się swoimi własnym torem. - Nie sądziła, że jej słowa będą miały w tej chwili dla niego większe znaczenie. Młodzi już tak mieli, wiedzieli swoje, musieli popełniać własne błędy, aby z czasem dotarło do nich, że można było tego wszystkiego uniknąć, nie wydawało jej się to szczególnie szkodliwe, droga do celu bywała bardzo wyboista, grunt, aby nie przestać nią podążać.

Coś musiało się wydarzyć w przeciągu tych kilku ostatnich lat, że reagowali na siebie w ten sposób. Nie miała pojęcia dokładnie co, ale ludzie nie zmieniali do siebie podejścia tak mocno bez powodu, oby poszli po rozum do głowy, bo nawet jej, widzącej te interakcję przez krótką chwilę wydawało się to być strasznie przerysowane, jakby i on i ona próbowali udowodnić sobie nawzajem, jak bardzo za sobą nie przepadają. Wiele w swoim życiu wiedziała, i dostrzegała tutaj te intensywne spojrzenia, które niosły ze sobą więcej niż tylko niechęć. Kiedyś powinni to zrozumieć, oby nie było zbyt późno, oczywiście wolała założyć bardziej optymistyczną wersję, jednak życie potrafiło być naprawdę przewrotne.

- Prawda, demokracja w praktyce, nie ma sensu z tym walczyć, nie warto. - Doszli do względnego porozumienia, co do tego, że zerkną na jego uraz, opatrzą go, dzięki czemu chłopiec będzie mógł dołączyć do swoich kolegów. Ellie uznała to za swój sukces, zresztą mało kto potrafił jej odmawiać, miała w sobie sporo uroku osobistego i odpowiednie argumenty, po które nie bała się sięgać. W tym przypadku nie mogło być inaczej.

Znaleźli się wreszcie w salonie, gdzie mogli zająć się problemem. Prudence wróciła do nich z apteczką, gotowa do działania. Czekała na to, aż Loys zacznie odwijać swój prowizoryczny bandaż, przeczuwała, że jest z nim gorzej niż sugerował, oczywiście, że się nie pomyliła, nie mogło być inaczej. Nie, żeby ją to jakoś zdziwiło, pomimo tego, że od jakiegoś czasu nie byli ze sobą blisko, to pewne odruchy się nie zmieniły, nadal miał w sobie coś z tego chłopca, który był jej całym światem, którego znała jak nikogo innego. Jedną z charakterystycznych jego cech było bagatelizowanie swojego stanu zdrowia.

Aloysius nie zająknął się, kiedy pozbywał się swojego opatrunku, chociaż musiało go to boleć, krew gdzieniegdzie zaczęła już zasychać, rana była bardzo głęboka, nadal jednak zachowywał się tak, jakby go to wcale nie ruszało, jakby nic wielkiego się nie wydarzyło, jakby to było nic takiego. Nie miała pojęcia, co musiałoby mu dolegać, żeby zaczął się skarżyć, czy nad sobą rozczulać. Nie przyjmował jednak chyba takich ewentualności pod uwagę, być może chodziło o to, że to ona przed nim stała. Na pewno nie była osobą przed którą mógłby okazywać jakąkolwiek słabość, sama starała się tego przed nim nie robić, bo taka już była ich teraźniejszość.

Reakcje jej ciała mówiły jednak same za siebie, pokazywały, że nie był jej tak bardzo obojętny jakby chciała, mimo, że starała się, żeby było inaczej. Wiedziała, że nie do końca nad tym panuje, mimo, że zależało jej na tym, aby nie patrzeć na niego w ten sposób. Nie potrafiła nic z tym zrobić, nie kiedy znajdował się tak blisko. To było skomplikowane, okropnie skomplikowane zważając na to, jak wyglądał ich stosunek do siebie. Była jednak wobec tego bezsilna, wiedziała, że to jest niewłaściwe, a jednak dosyć często wracała do tamtych dni gdy wszystko między nimi układało się w najlepszym porządku. Brakowało jej tego, pogodziła się jednak z tym, że to już nie wróci, powinna zapomnieć o przeszłości, tylko, że należała do tych osób, które nie mogły zapomnieć. Zresztą, czy na pewno chciałaby zapomnieć? Czasem dobrze było wrócić do momentu, w którym istniał ktoś, kto faktycznie się nią przejmował, kto o nią dbał, mimo, że nie miało to żadnego przełożenia na teraźniejszość, zresztą nigdy nikogo nie dopuściła tak blisko do siebie, jak wtedy jego. To też mówiło samo za siebie.

- Dobrze, że zdajesz sobie z tego sprawę, szkoda, że o tym tak często zapominasz, ale to chyba nie do końca Twoja wina. Dla Was to normalne, takie poczucie wyjątkowości. - Skomentowała jeszcze, może nie powinna, może wypadało, aby się w końcu zamknęła, ale dalej ją prowokował, dalej brzmiał tak, jakby pozjadał wszystkie rozumy, denerwowała ją ta pewność siebie. Wiedziała, że to, co powiedział było wymuszone przez jej komentarz, miała dość tej interakcji, one zawsze były okropnie męczące. Musiała wyjątkowo się skupiać, sięgać po odpowiednie słowa, aby nie pozwolić mu mieć ostatniego słowa. Był jedną z nielicznych osób, która potrafiła jej dorównać w potyczkach słownych, to sprawiało, że chętniej wchodziła w te konwersacje, bo musiała nieco się gimnastykować, jednak teraz były wakacje, oni znajdowali się w jej domu, nie miała na to siły, nie w tym miejscu, nie przy babci, która siedziała obok i udawała, że ją to nie interesuje.

Ellie uśmiechnęła się do niego ciepło. Cieszyło ją to, że chłopak nie walczył na siłę. Zgodził się na jej propozycję, mimo tego, że z początku mu się nie spodobała. Najwyraźniej była całkiem przekonująca, to tylko połechtało jej ego. Lubiła stawiać na swoim i w tym przypadku jej się to udało. - Byłoby odrobinę niegrzeczne, a jak mniemam jesteś bardzo dobrze wychowany, więc cieszę się, że postanowiłeś przystać na tę propozycję, dzięki temu wszyscy będą zadowoleni. - Tak, na pewno będą zadowoleni, już widziała ten entuzjazm na twarzach dzieciaków, nie mogła jednak odmówić sobie postawienia ich w takiej sytuacji, była ciekawa, jak rozwinie się ich rozmowa, jak wiele iskier jeszcze się tutaj pojawi. Naprawdę bawiło ją obserwowanie tego spektaklu.

- Tak, od dawna masz dziwne zapędy, nie zamierzam jednak pomagać Ci spełniać tych dziwnych fantazji. - Czuła na sobie jego wzrok, przez co policzki ponownie zaczęły ją palić, znowu przekraczał granicę, jak zawsze nie miał z tym żadnego problemu, nie przeszkadzał mu ani czas, ani miejsce, ani to, że za chwilę miała wsadzić palce w jego świeżą ranę. - Nie będzie nam potrzebne hasło bezpieczeństwa, bo na pewno się za bardzo nie wczuję. - Dodała jeszcze bardzo pewnym tonem głosu. Znała siebie, wiedziała, że jeśli w końcu będzie mogła spojrzeć na tę rękę, ocenić szkody, a później się nimi zająć to uda jej się to zrobić jak najmniejszym kosztem. Skupi się na ręce, a nie na nim i na tym palącym spojrzeniu, którym ją obdarzał. - Nie będziesz musiał nic mówić, znam Cię, na pewno wyłapię moment, w którym przestaniesz być zadowolony. - Jego komentarze, słowa brzmiały bardzo dwuznacznie, sama nie wiedziała, czy chce uczestniczyć w tej rozmowie, szczególnie przy swojej, własnej babci, jednak nie do końca spasowała, nie umiała tak po prostu zamilknąć, nie przy nim.

- Sama ją sobie wzięłam. - Zauważyła jeszcze, on nie do końca był do tego przekonany, nie zapominała o tym. - Zazwyczaj, jak czegoś chcę, to to dostaję. - Nie było to prawdą. Fakt, jeśli Prue na czymś bardzo zależało to nie miała problemu z tym, aby po to sięgać, czasem jednak pojawiał się strach, wahanie, szczególnie, gdy chodziło o niego. Z nikim, ani niczym innym nie miała tego problemu. W tej chwili też oczywiście, że chodziło o niego, bo niby chciała być daleko, a jednak gdy była blisko czuła te wszystkie emocje. Sama nie potrafiła do końca się określić.

- Jakoś mnie nie dziwi, że akurat Ty możesz uznać perfekcję za nieznośną, raczej nikt tego nie robi. - Nie było to wcale takie oczywiste. Miała swoje naleciałości, zależało jej na tym, żeby wszystko co robi było jak najbliższe idealnej wersji, po prostu wydawało jej się, że świadczy to o niej dobrze, a wbrew pozorom nie była taka obojętna na to, co mówili inni.

- Ty nie potrafisz czegoś kontrolować? - Zapytała, bo wiedziała, jakie to było dla niego ważne, zdawała sobie sprawę, że z niektórymi odruchami nie dało się nic zrobić, jednak kto jak kto, ale on raczej nigdy się do tego nie przyznawał. - Rozważę pracę z trupami, tam przynajmniej nikt nie będzie negował moich umiejętności i mnie rozpraszał. - Oczywiście, że miała zupełnie inny plan na siebie, na pewno to pamiętał, bo od początku swojej edukacji zależało jej na tym, aby zostać uzdrowicielem i pomagać ludziom, uwielbiała rozwiązywać problemy, których nie dało się rozwiązać. Liczyła na to, że kiedyś uda jej się zostać prawdziwą naukowczynią, prowadzić badania dzięki którym coś w świecie się zmieni, niekoniecznie miało to dotyczyć trupów. Łatwo się przy nim jednak rozpraszała, zbyt łatwo, za bardzo też pozwalała mu na uderzanie w jej pewność siebie. Nie wiedzieć czemu jego słowa nadal miały dla niej znaczenie, może nawet zbyt wielkie.

Nie przestawała jednak owijać jego rany bandażem, robiła to bardzo dokładnie, mimo, że chyba nie do końca mu się to podobało, nie miała zamiaru zmieniać swoich standardów przez to, że Loys gardził jej perfekcyjnością. Fakt, to był jego uraz, ale kiedy się za coś brała, to robiła to z ogromnym zaangażowaniem i tak działo się też teraz. Starała się wyważyć to, w jaki sposób materiał ściskał jego ranę, nie chciała, aby sprawiał mu dyskomfort, ale też mógł zostać zawiązany zbyt luźno, bo nie przetrwałby kolejnych godzin. Nie wątpiła w to, że ten uraz nie będzie dla niego przeszkodą, aby kontynuować zabawę z chłopakami, myślała o przyszłości, starała się przewidywać ewentualne komplikacje i działać tak, aby do nich nie dochodziło.

Jego podziękowanie zabrzmiało szczerze. Prue przeniosła więc spojrzenie na jego twarz, jakby chciała upewnić się w tym, czy jej się nie wydawało, widziała, że jej się przyglądał. Nie miała pojęcia o czym myślał, pewnie o tym, że chciałby już się podnieść i wynieść z tego salonu jak najszybciej. - To nic takiego. - Dodała jeszcze lekko, może nawet zbyt lekko, bo przecież to było coś, dawno nie pozwolili sobie być tak blisko siebie, unikali podobnych sytuacji, łatwo było przywyknąć do tego, że to mogłoby tak wyglądać. Byli kompatybilni, on pakował się w kłopoty, ona mogłaby przychodzić mu z pomocą, tyle, że to nie było im już pisane.

- Mhm, pewnie jak nabiorę wprawy, to będę działać szybciej. - W końcu były to jej początki, nie była demonem szybkości, ale naprawdę starała się wypaść jak najlepiej, oczywiście, że musiał to skomentować, nie mogło być inaczej.

- Lepiej dla Ciebie jeśli przez chwilę nie będziesz się ruszał. - Poniekąd była to prawda, odległość do werandy niby nie była zbyt wielka, ale jednak babcia Bletchley nie miała zamiaru go jednak póki co stąd wypuścić. Nie, kiedy sięgnęła już po swoje karty, taka okazja mogła się już przecież nie powtórzyć, więc chciała ją wykorzystać.

- Nie musisz w nie wierzyć chłopcze. - Znała wielu, którzy uważali, że są panami własnego losu, którzy nie wierzyli w to, że przyszłość da się przewidzieć, często życie to weryfikowało, nie wydawała się być szczególnie poruszona jego słowami. - Nie zawsze krewni wiedzą, co jest dla nas najlepsze, zresztą nie chodzi o to, że karty mają za Ciebie decydować, mogą nieco podpowiedzieć. - Ellie wyciągnęła talię ze swojej torebki, przygotowywała się do wróżenia, czy Loys tego chciał, czy nie, to został wciągnięty w plan starszej pani, mimo swojej niechęci. - Akurat mamy chwilę, żebym mogła zobaczyć, co mają Wam do przekazania.

Prue dostrzegła, że Aloysius chyba liczył na to, że pomoże mu wyperswadować babci ten pomysł, jednak tego nie zrobiła. - Będę pierwsza, jeśli się boisz. - Dodała jeszcze, próbując rzucić mu wyzwanie, wiedziała, że jeśli chodzi o niego, to ten sposób działania był najlepszy. Dziewczyna usiadła na dywanie, po turecku, wyciągnęła pięć kart, po czym ułożyła je na stole, a później spojrzała na swoją babcię, czekając na to, co ta miała jej do powiedzenia.



Rzut Tarot 1d78 - 70
Siódemka Pucharów

Rzut Tarot 1d78 - 75
Trójka Buław

Rzut Tarot 1d78 - 14
Śmierć

Rzut Tarot 1d78 - 62
Piątka Pucharów

Rzut Tarot 1d78 - 34
Dwójka Pucharów


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#14
17.01.2026, 16:47  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.01.2026, 02:51 przez Benjy Fenwick.)  
Nie spojrzałem na nią od razu, wpatrywałem się w podłogę, w róg dywanu, w cokolwiek, co nie było jej twarzą, bo jej twarz… Drażniła mnie, nie w ten stary, znajomy sposób, który prowokował wszystko we mnie do podjęcia naszej zwyczajowej gry. Tego dnia drażniła mnie tak, że miałem ochotę wstać i wyjść, albo powiedzieć coś za ostrego, albo milczeć, aż atmosfera stanie się nieznośna. Zawsze była taka - mała, niepozorna, ale jednocześnie uparcie idąca do przodu z tym, co sobie postanowiła, jak taran. Jednocześnie jednak pamiętałem ją jeszcze z czasów, gdy była cichsza, bardziej obserwowała niż mówiła, kiedy trzeba było ją ciągnąć za rękaw, żeby w ogóle się odezwała. Wyrobiła się przez lata, teraz była ostra, celna, zawzięta jak diabli. Normalnie, gdyby chodziło o kogoś innego, może nawet uznałbym to za imponujące, przy niej mnie to po prostu drażniło, dzisiaj już szczególnie. Może dlatego, że robiła to w swoim domu, może dlatego, że była tu jej babcia, może dlatego, że siedziałem z prowizorycznym bandażem z koszulki na ręce, unieruchomiony nie tylko fizycznie, ale też… Jakoś inaczej, zbyt świadomy każdego słowa, każdego spojrzenia, każdego ruchu.
Parsknąłem cicho, chociaż tym razem nie było w tym śmiechu, tylko raczej to krótkie, nosowe „ha”, które ucieka, kiedy coś trafia bliżej, niż powinno, a następnie oparłem się wygodniej, jakbym wcale nie siedział w salonie, obok jej babci, z ręką w bandażu i sercem bijącym trochę za szybko jak na kogoś, kto rzekomo niczym się nie przejmuje. Nie patrzyłem na Prue, nie w tym momencie, czułem jednak na sobie jej wzrok, zawsze go czułem, nawet kiedy udawałem, że nie.
- „Wy”. - Powtórzyłem, smakując to słowo, dopiero wtedy na nią spojrzałem, przekrzywiając głowę. Wpatrywałem się w nią przez chwilę bez słowa, pozwalając, żeby cisza zrobiła swoje. - Zawsze mnie to bawiło. - Uniosłem lekko brew, bardziej z przyzwyczajenia niż z faktycznej kpiny. Normalnie by mnie to bawiło, naprawdę, ta jej zawziętość, zadziorne unoszenie podbródka, sposób, w jaki próbowała dorównać mi słowem, jakby to był pojedynek na szpady, a nie rozmowa w salonie przy jej babci. Kiedyś była cicha, ostrożna, bardziej skłonna do milczenia niż do ataku, teraz… Zupełnie nie umieliśmy się dogadać, jednocześnie przez cały czas mówiąc tym samym językiem, tylko wykrzywiając znaczenia słów, jakich używaliśmy, by celniej trafiły i mocniej się odbiły - i nawet nie próbowałem tego zmieniać, nie było takiej potrzeby, dawno wszystko, co dobre, było między nami zamkniętym rozdziałem. Kiedyś może bym jej przyklasnął, powiedziałbym coś w rodzaju „tak trzymaj”, bo nie wierzyłem w bycie zahukanym, ograniczanie się, by pasować do ram cudzych ludzi, tyle tylko, że teraz było teraz, nie kiedyś.
Więc kiedy powiedziała to swoje o wyjątkowości, o „was”, uniosłem wzrok znad bandaża powoli, zbyt powoli, jakbym ważył w głowie każdą możliwą odpowiedź i odrzucał je po kolei.
- Nie mów o mnie w liczbie mnogiej. - Dodałem w końcu spokojnie, ale twardo, bez uśmiechu, bez półżartu. - Nie reprezentuję żadnej grupy. Jestem sobą. - Uniosłem kącik ust, z tym cichym oporem, który zawsze we mnie siedział. - To raczej samotna dyscyplina. - Wzruszyłem ramionami, nie mogąc się powstrzymać przed kolejnymi słowami. - No, o ile nie jest się niczym klonem. - A ona przecież była młodszą siostrą Eliasa, nie musiała wiedzieć, jak to jest być wartością samą w sobie - prawda? Zawsze musiała komuś dorównać… Nie to, że ja nie miałem rodzeństwa, po prostu teraz pomijałem ten fakt.
Opadłem plecami mocniej na oparcie kanapy, jakby to miało coś zmienić, jakby to była zwykła rozmowa, a nie coś, co wwiercało mi się pod skórę. Widziałem kątem oka, że Ellie siedziała obok i udawała, że jej tu nie ma, ale wiedziałem, że słyszy wszystko, to też mnie drażniło, bo ta scena, ten moment, ta rozmowa nie były przeznaczone dla widowni.
Uniosłem brew, kiedy babcia Bletchley wreszcie otwarcie się uśmiechnęła, tym swoim zbyt ciepłym, zbyt zadowolonym uśmiechem, który mówił jedno „wygrałam”, ale wewnątrz poczułem to nieprzyjemne ukłucie w karku, jak zawsze wtedy, gdy ktoś miał nade mną przewagę i nie próbował tego nawet ukrywać.
- Widzę, że moja reputacja mnie wyprzedza. - Odmruknąłem spokojnie. - Dobrze wychowany, grzeczny, uprzejmy. Brakuje tylko, żebym zaczął z wdzięczności całować dłonie mojej uzdrowicielki. Tak to się chyba już nie robi, prawda? - Oczywiście nie zamierzałem tego robić, byłem za bardzo sobą, żeby tak łatwo wchodzić w czyjąś narrację. Zgodziłem się nie dlatego, że któraś z nich mnie przekonała, tylko dlatego, że nie miałem siły się kłócić. A może dlatego, że… Nieważne - ważne, że z zewnątrz wyglądałem, jakbym naprawdę pogodził się z losem, chociaż w środku byłem spięty. Nie walczyłem, to prawda, ale nie dlatego, że byłem taki ugodowy, po prostu wiedziałem, kiedy walka nie ma sensu. Kiedy starsza z kobiet zakończyła swoją wypowiedź słowami o zadowoleniu wszystkich, miałem ochotę parsknąć - nie zrobiłem tego, tylko odchyliłem się nieco na oparcie kanapy, jakby to wszystko było mi całkowicie obojętne. Ellie była jak mur - nie do przeskoczenia, nie do ominięcia, nie do rozbrojenia, Prue też miała w sobie coś z muru, tylko mniejszego i bardziej zadziornego.
Przeniosłem spojrzenie na Prudence na ułamek sekundy, zanim zdążyłem się powstrzymać - wystarczająco krótko, by nie wyglądało to na coś znaczącego, wystarczająco długo, bym wiedział, że to jednak było znaczące. Ten jej ton, ta pewność, z jaką rzucała mi w twarz kolejne zdania, jakby była absolutnie przekonana, że ma mnie rozczytanego do ostatniej linijki, kiedyś mnie to rozczulało, dziś… Słowo dnia - „drażniło” - problem w tym, że jednocześnie wciągało jak bagno.
Zerknąłem na nią spod rzęs, kiedy rzuciła to o „dziwnych fantazjach”, i przez chwilę naprawdę walczyłem z odruchem, żeby nie uśmiechnąć się jeszcze szerzej, jakby to wszystko było tylko kolejną zabawną wymianą zdań, a nie czymś, co powoli, konsekwentnie wbijało mi się pod skórę. Zawsze tak było - Bletchley potrafiła rzucić zdaniem, które niby miało mnie zgasić, a zamiast tego tylko dolewało oliwy do ognia, zresztą, robiła to celowo, doskonale o tym wiedziała, ja też - ta gra trwała od lat, tylko zmieniły się stawki.
- Dziwne zapędy? - Spojrzałem na nią bezczelnie, zbyt długo, zbyt uważnie, jakbym specjalnie sprawdzał, ile jeszcze wytrzyma - wiedziałem, że ją to peszyło, wiedziałem, że mnie to nie powinno bawić, ale wciąż to robiłem. W głowie miałem chaos, ale na zewnątrz byłem opanowany, zbyt opanowany, bo jeśli coś mnie w niej drażniło bardziej niż jej zawziętość, to fakt, że nadal potrafiła mnie wytrącić z równowagi jednym zdaniem. I, niestety, robiła to doskonale. To było niesamowite, jak potrafiła mówić takie rzeczy z absolutną powagą, udając, że naprawdę nie zdawała sobie sprawy, że każde jej słowo tylko pogarszało napięcie panujące między nami. - To bardzo krzywdzące określenie. Ja wolę mówić o… Otwartości na doświadczenia. Zawsze wolałem określenie „wysoko sprecyzowane preferencje”, ale jak tam sobie życzysz. To tylko nomenklatura. - Patrzyłem na nią z tym spokojnym, bezczelnym wyrazem twarzy, który zawsze wyciągałem wtedy, gdy czułem, że ktoś próbuje mnie ustawić pod ścianą, a ja nie zamierzałem się tam ustawić. Przesunąłem zdrową dłonią po krawędzi kanapy, jakbym się zastanawiał, jak daleko mogę się posunąć słowami, zanim Ellie postanowi nas rozdzielić jak dwa walczące koty.
Obserwowałem Prue uważnie, kiedy mówiła o tym, że mnie zna, więc wyłapie moment, w którym przestanę być „zadowolony”. I to było… Niebezpieczne, bo miała rację - znała mnie, znała moje reakcje, moje odruchy, mój sposób milczenia, nawet jeśli od lat starałem się udowodnić jej, że było inaczej, zachowując się zupełnie nieprzewidywalnie, czasami nawet dla siebie - to ona, ona mi to robiła, tym też mnie wściekała. Przesunąłem językiem po dolnej wardze, odruchowo, jakbym się nad czymś zastanawiał. Zerknąłem na jej dłonie - na moment - potem znowu na jej twarz, przesunąłem spojrzeniem wolno, bez pośpiechu, jakbym specjalnie chciał ją speszyć. I, cholera, działało. Widzieć to rumienienie się było jak mały, prywatny triumf, którego nie powinienem czuć, a jednak czułem.
- Ty? Nie wczuć się? - Mruknąłem, mrużąc oczy, jakbym właśnie usłyszał coś absolutnie uroczego. - Prue, Prue, Prue… - Westchnąłem, tonem, którego używałem tylko wobec niej. - Prue, proszę. To brzmi jak oksymoron. Ty zawsze się wczuwałaś. We wszystko. Za bardzo. I oboje o tym wiemy. Naprawdę nie sądzę, żeby ci to przeszło. Nie tobie. - Parsknąłem cicho, ale tym razem nie był to śmiech, tylko raczej krótki wydech powietrza, jakby coś mnie rozbawiło i zirytowało jednocześnie. Znałem ją, zbyt dobrze, a więc i sposób, w jaki się angażowała, czasami nawet do przesady - w ludzi, w sytuacje, w problemy, które nie były jej. Robiła to nawet wtedy, gdy udawała, że jest inaczej, a może zwłaszcza wtedy, zawsze chciała mieć kontrolę - nad sobą, nad sytuacją, nad wszystkim dookoła, nawet, gdy coś ją przerastało, udawała, że to ona pociąga za sznurki, może właśnie dlatego tak bardzo mnie irytowało… I przyciągało.
Czułem jej spojrzenie, tak samo jak ona musiała czuć moje, właśnie dlatego nie odrywałem wzroku, bo jeśli już miała się rumienić, to przynajmniej niech wie, że to nie przypadek.
- Sama ją sobie wzięłaś. - Powtórzyłem spokojnie, kiedy to powiedziała, uniosłem lekko brew, jakbym naprawdę rozważał jej słowa, jakby to był temat do filozoficznej dyskusji, a nie coś, co uderzało we mnie znacznie bliżej, niż powinno, bo kiedyś rzeczywiście tak było - wzięła sobie moją rękę i nie puszczała jej przez całe lata. - Oczywiście. - Brzmiało neutralnie, ale takie nie było.
Lubiłem momenty, w których to, co było w niej poukładane, całkowicie się sypało, lubiłem, gdy nie była taka idealna, gdy coś w niej pękało, odsłaniało to coś bardziej surowego, impulsywnego. Gdy się złościła, jej oczy robiły się ciemniejsze, spojrzenie ostrzejsze, a policzki rumieniły się, zdradzając ją bardziej niż jakiekolwiek słowa. Kiedyś, jako dzieciak, czochrałem jej włosy - robiłem to specjalnie, żeby popsuć jej idealną fryzurę, by zobaczyć, jak próbuje je potem doprowadzić do porządku, mrucząc coś pod nosem - wtedy było to niewinne, żart, przyjaźń.
Teraz… Teraz to było zupełnie inne, było… Złe, bo myśli, które mi przychodziły do głowy, nie miały już nic wspólnego z niewinnością. Zamiast czochrania włosów chciałem je roztrzepać palcami, zamiast prostowania jej świata chciałem go popsuć, rozrzucić, pogiąć, zostawić ślady, pognieść jej idealnie wyprasowane ubrania, pocałować ją tak, żeby zapomniała o całej tej swojej kontroli.
I nienawidziłem siebie za to - za to, że tak myślałem, za to, że w ogóle mi to przyszło do głowy.
- Zawsze mnie bawiło, jak bardzo pchasz tę swoją wersję narracji. - Powiedziałem w końcu, cicho, ale wyraźnie. - Jakby wszystko musiało być równe, czyste, dopięte na ostatni guzik, kontrolowane laboratoryjnie.
To, że to powiedziała, że sama sobie wszystko bierze, powinno mnie rozbawić, w pewnym sensie tak było, tylko że nie w tym lekkim, koleżeńskim sensie, jak kiedyś. Teraz to było coś innego, ostrzejszego, bardziej… Drażniącego. „Drażniło”, słowo dnia, słowo tygodnia, opis całego jestestwa tej dziewczyny. Patrzyłem na nią i widziałem tę wersję, którą zawsze próbowała prezentować światu - opanowaną, zorganizowaną, perfekcyjną, jakby miała na sobie starannie wyprasowaną pelerynę niewidkę, a ja od dawna wiedziałem, że pod nią jest coś zupełnie innego.
Lubiłem, kiedy to wychodziło na wierzch, lubiłem, kiedy się złościła, jej oczy robiły się wtedy głębsze, jakby nagle było w nich za dużo emocji, żeby je wszystkie pomieścić, policzki jej czerwieniały, nie z tego jej kontrolowanego „jestem opanowana”, tylko z prawdziwej frustracji. Kiedy przestawała ważyć każde słowo, a zaczynała mówić szybciej, ostrzej, bardziej impulsywnie, myśli szły mi w miejsca, do których nie powinny.
Zbyt często łapałem się tego, że chciałbym zniszczyć tę perfekcję w zupełnie inny sposób, zmiąć jej starannie ułożony harmonogram radzenia sobie ze światem, sprawić, żeby zapomniała o tym, jak wszystko ma wyglądać, jak powinno być. Chciałbym widzieć ją rozbitą z tej idealnej kompozycji, rozgrzaną emocjami, nie do końca panującą nad sobą. To było… Okropne, nie powinienem tak myśleć, nie o niej, nie po tym wszystkim. Ale myślałem.
- Wiesz, co jest w tym najzabawniejsze? - Odezwałem się dalej, bardzo cicho, niby prowokacyjnie, ale z cieniem czegoś, co było już nie tylko złośliwością. - Ty naprawdę twierdzisz, że perfekcja cię ochroni. - Nie było w tym kpiny, było coś innego, coś bardziej niepokojącego. Zacisnąłem szczękę, kiedy bandaż został naciągnięty trochę mocniej, a może tylko mi się tak wydawało, bo sam się spinałem. - Ale… Mogę się założyć, wewnątrz wcale nie myślisz, że perfekcja jest czymś, do czego każdy „normalny człowiek” chce dążyć. Po prostu chcesz wierzyć, że gdzieś cię to doprowadzi. - Przechyliłem lekko głowę, patrząc na nią uważnie, czując, jak bandaż przesuwa się po mojej skórze, jak jej palce układają wszystko z tą chorą dokładnością, która kiedyś mnie rozczulała, a teraz… Teraz doprowadzała mnie do szału, bo to sprawiało, że miałem ochotę ją rozproszyć, zobaczyć, co się stanie, kiedy przestanie być taka idealna.
To, że straciłem kontrolę, zabrzmiało w jej ustach jak oszczerstwo, mimo że tylko powtórzyła sens moich słów, ale nie zaprzeczyłem - to było nowe, wolałem tego nie analizować.
- Martwe rzeczy są zawsze tam, gdzie je zostawisz. - Rzuciłem spokojnie, ale z cieniem czegoś ostrzejszego w głosie, to nie była prowokacja, bardziej obserwacja, po prostu niezbyt uprzejma, kąśliwa. - Praca z denatami na pewno by cię nie rozpraszała, wiesz, one raczej nie podważają niczyich kompetencji. - Przytaknąłem temu, co wcześniej zasugerowałem, i zerknąłem na nią spod rzęs, uśmiechając się wymownie. Ona chciała, żeby wszystko było bezpieczne, ułożone, kontrolowane. A ja… Ja byłem dokładnym przeciwieństwem tego świata, byłem… Żywy, nieważne, czy tego chciała, czy nie. - Trupy nie będą się ruszać, nie będą zadawać niewygodnych pytań, nie będą psuć harmonii twojego idealnego świata. Nie popsują ci planów. Nie odpowiedzą nie tak, jak trzeba. Nie zrobią nic nieprzewidywalnego. - Wyliczałem, doskonale wiedząc, że nie mówiłem o zaletach umarlaków. Jej świat był poukładany, obsesyjnie dokładnie, pod niewidzialną linijkę w tych brązowych oczach, które wiecznie coś analizowały, tworzyły linie proste między punktami A i B na mapach, ustawiały rzeczy na swoich miejscach, zamykały emocje w szufladkach. Zawsze taka była - idealny zadatek na niespełnionego jasnowidza - próbowała przewidzieć wszystko, zapobiec wszystkiemu, wygładzić każdą zmarszczkę na rzeczywistości, a ja… Zawsze byłem tym, który ten porządek naruszał, przewracał kartki, zanim skończyła je czytać, zadawał pytania, na które nie chciała odpowiadać.
- Leżą, gdzie je położysz. Dokładnie tak, jak chcesz. Zero chaosu. Zero niespodzianek.
Przyglądałem się jej dłoniom - temu, jak owijały bandaż z tą jej obsesyjną dokładnością - każdy ruch był przemyślany, wyważony, precyzyjny. Zawsze taka była, nawet kiedy była wściekła, nawet kiedy się rumieniła, nawet kiedy traciła grunt pod nogami, jej ręce wiedziały, co robić, jakby miały większą kontrolę niż ona sama.
Zawahałem się na ułamek sekundy, zanim dodałem ciszej:
- A ty też nie lubisz, kiedy coś wymyka ci się spod kontroli.
Byłem jej dysonansem, błędem w równaniu, zmienną, której nie dało się przewidzieć, oboje o tym wiedzieliśmy.
- Jeśli pójdziesz do trupów - dodałem, już lżej - będą ci śmiertelnie wdzięczne. Nie będą się odzywać. Nie będą cię kwestionować. - Zatrzymałem wzrok na jej twarzy. - Ale też nigdy nie powiedzą, że jesteś genialna. - I to była prawda, a ja zawsze jej to mówiłem, w jeden albo drugi sposób, nawet wtedy, kiedy nie chciała słuchać.
To „nic takiego” zabrzmiało zbyt lekko, powiedziała je szybko, jakby chciała to zdmuchnąć, zanim zdąży osiąść między nami i  zrobi się z tego coś większego - coś, co będzie trzeba nazwać, to była jej specjalność, zawsze trafiała dokładnie tam, gdzie nie chciałem, żeby trafiała.
Patrzyłem na nią chwilę dłużej, niż wypadało. Nie dlatego, że chciałem ją zawstydzić. Po prostu… Nie potrafiłem przestać, to było jak odruch, którego nie zdążyłem zatrzymać, mózg powiedział „nie”, a oczy i tak zrobiły swoje. Myślałem o tym, żeby wstać, wyjść, wracać do chłopaków, do hałasu, do śmiechu, do wszystkiego, co było proste i nie wymagało analizowania każdego spojrzenia, każdego słowa, każdego oddechu, ale siedziałem, nie ruszałem się, bo w tej chwili wszystko było… Zbyt znajome - jej sposób mówienia, ten lekki ton, który zawsze brał się z próby zbagatelizowania czegoś, co było dla niej ważniejsze, niż chciała przyznać, ten sposób, w jaki unikała zbyt długiego kontaktu wzrokowego, kiedy coś ją ruszało - znałem to na pamięć.
- Wiem. - Powiedziałem w końcu, cicho. - Że to „nic takiego”. - Ale mój głos zdradził mnie od razu, brzmiał spokojnie, ale nie nonszalancko - nie tak, jak zwykle, tylko tak, jakbym mówił coś, co sam próbowałem sobie wmówić. Oparłem się o oparcie kanapy i wbiłem wzrok w bandaż, bo to on był najbezpieczniejszym punktem w tym pokoju.
„Kompatybilni” - to słowo pojawiło się w mojej głowie, zawsze tacy byliśmy, ja pakowałem się w kłopoty, ona wyciągała mnie z nich, często zanim w ogóle zdążyłem zrozumieć, że w coś wpadłem. To była nasza dynamika, nasza rutyna, nasza normalność - może właśnie dlatego teraz to wszystko było takie niewygodne, bo ta wersja „nas” już nie istniała. Nie mogłem już przychodzić do niej z problemami, ona nie mogła już mnie ratować, nawet jeśli wciąż to robiła, nawet jeśli teraz właśnie to zrobiła. Zabawne, jak łatwo było przywyknąć do czegoś, co wydawało się… Stałe - uniosłem na nią wzrok na ułamek sekundy - a przecież kompatybilność nie zawsze wystarcza. Czasem jest właśnie tym, co najbardziej boli, kiedy przestaje mieć znaczenie.
Siedziałem jeszcze chwilę, zanim w końcu przesunąłem się do przodu, jakbym miał zamiar wstać - jakbym naprawdę miał już wyjść, ale nadal siedziałem, to było chyba najbardziej wymowne ze wszystkiego.
Przewróciłem oczami, kiedy usłyszałem, że „lepiej dla mnie”, żebym się nie ruszał, co brzmiało mniej więcej jak groźba owinięta w troskę. Ellie uśmiechnęła się przy tym w ten sposób, który jasno mówił, że decyzja już zapadła, a ja mogę co najwyżej udawać, że mam na nią wpływ. Moje zdanie zostało tu odnotowane… I natychmiast zignorowane. Oparłem się więc wygodniej, korzystając z możliwości udawania, że to była moja świadoma decyzja, a nie fakt, że właśnie zostałem uwięziony między kanapą, bandażem i ambicjami starszej pani.
Nie byłem złośliwy. No… Może trochę, ale bardziej defensywny niż ironiczny. Po prostu nie lubiłem sytuacji, w których ktoś próbował mi coś „pokazać”, „podpowiedzieć” albo „odsłonić”, zbyt dużo w tym było rzeczy, nad którymi nie miałem kontroli. Brzmiało to jak rozkaz, a ja z zasady nie lubiłem rozkazów, nawet jeśli miały sens. A to akurat ich nie miało. Nie wierzyłem w karty - nigdy - przeznaczenie, znaki, los zapisany w symbolach, zawsze wydawało mi się to wygodnym wytłumaczeniem dla rzeczy, których nie chciało się brać na siebie, łatwiej powiedzieć, że „tak miało być”, niż przyznać, że coś się spartoliło. Wiedziałem jednak, że babcia Bletchley nie zamierzała mnie teraz wypuścić, nie kiedy już wyciągnęła karty.
- Nie wierzę w takie „wskazówki”. - Powtórzyłem, bardziej dla zasady, bo to zdecydowanie był ten moment, w którym orientujesz się, że przegrałeś, zanim w ogóle zacząłeś grać. - Już wystarczająco dużo osób w życiu ma pomysły, co powinienem robić. - Dodałem szczerze, zbyt szczerze jak na mnie. - Nie jestem pewien, czy chcę, żeby do tej listy dołączyła talia kart. - Poczułem, jak coś we mnie się napina - to było głupie, irracjonalne - przecież to tylko karty, papier, obrazki, a jednak…
„Będę pierwsza, jeśli się boisz”.
Zacisnąłem szczękę. To było absurdalne - przepowiednie-srednie, przyszłość w obrazkach za trzy sykle - to wszystko było… Głupie. Oczywiście, że się zirytowałem - nie dlatego, że Prue rzuciła mi wyzwanie, do tego byłem przyzwyczajony, zawsze robiła to w ten sam sposób, z tym swoim pozornie niewinnym tonem, który miał mnie sprowokować szybciej, niż zdążyłem pomyśleć. Zirytowałem się, bo to zawsze działało, zawsze. Przez sekundę jeszcze siedziałem na kanapie, jak idiota, patrząc na nią sekundę dłużej niż powinienem - na to, jak siadała na dywanie, po turecku, z tą swoją skupioną miną, jakby właśnie zabierała się do czegoś poważnego - jakby to nie była tylko kolejna scena, w której wciągała mnie w coś, czego nie planowałem.
Spojrzałem na nią spode łba, z tą mieszanką rozdrażnienia i czegoś, co przypominało dawne rozbawienie, ale nie było już tak lekkie jak kiedyś.
- Ja się nie boję. - Burknąłem automatycznie, poprawiając się tak, żeby bandaż mnie nie ciągnął. - Ja po prostu nie wierzę w głupoty dla pannic. - Zadeklarowałem, sam już nie wiedząc, który to raz z rzędu. - Z całym szacunkiem, pani Ellie, wiem, że pani to już nie pannica, tylko babka. - Dodałem, zupełnie nie zastanawiając się nad tym, że jeśli to miało być kulturalne sprostowanie, to raczej marne.
Nie wiedziałem, czy to była duma, czy irytacja, czy po prostu ten stary, głupi odruch, który zawsze kazał mi reagować szybciej, niż powinienem, ale zanim zdążyłem się zastanowić, westchnąłem cicho, bardziej do siebie niż do nich, i zsunąłem się z kanapy na podłogę - nie elegancko, nie powoli - po prostu.
Usiadłem po drugiej stronie niskiego stolika, na wprost Prudence, opierając się jedną ręką o dywan, drugą trzymając ostrożnie przy boku. Spojrzałem na nią spod rzęs, wyraźnie poirytowany, nie zamierzałem nad nią wisieć, nie zamierzałem patrzeć na nią z góry, jakby była dzieckiem, które bawi się w wróżenie. Nie chodziło o wygodę, chodziło o zasadę - jeśli ona siadała na podłodze, to ja też. Oparłem się wygodniej, skrzyżowałem zdrową rękę na piersi i westchnąłem cicho.
- Dobra. - Powiedziałem, bardziej do siebie niż do nich. - Zaskoczcie mnie. - Rzuciłem, pochylając się minimalnie do przodu, jakby dystans fizyczny między nami nie był już wystarczająco skomplikowany. Spojrzałem na rozłożone karty, potem na Prue, jakby właśnie próbowała mi odebrać ostatnie resztki autonomii, moment później unosząc brwi, rozbawiony. - Śmierć? To ci niespodzianka…
Rzut Tarot 1d78 - 49
Królowa Mieczy

Rzut Tarot 1d78 - 3
Kapłanka

Rzut Tarot 1d78 - 76
Trójka Denarów

Rzut Tarot 1d78 - 34
Dwójka Pucharów

Rzut Tarot 1d78 - 76
Trójka Denarów


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#15
21.01.2026, 03:33  ✶  
Siedziałam w salonie mojego syna i synowej, z dwojgiem szesnastolatków, którzy z uporem godnym lepszej sprawy udawali, że są sobie absolutnie obojętni - to było urocze, naprawdę urocze, kompletnie nieskuteczne, bo w praktyce…  Uśmiechnęłam się do siebie, dyskretnie, patrząc na tych dwoje z taką samą mieszanką rozbawienia i cichej, głębokiej satysfakcji, jaką czułam, kiedy patrzyłam na pierwsze kroki moich wnucząt po dywanie wiele lat temu. Nie trzeba było kart, żeby widzieć, że to było coś więcej, ale skoro już miałam je w torebce, nie zamierzałam udawać, że ich nie mam.
Prue sięgnęła po tarota jako pierwsza - zrobiła to z tą swoją cichą determinacją, co do której zawsze miałam nadzieję, że kiedyś obróci się w coś dobrego -  powoli, z powagą, którą miała od małego, kiedy coś naprawdę ją obchodziło. Aloysius zajął miejsce naprzeciwko niej, cały spięty, obrażony na świat i na sam fakt, że ktoś próbuje mu powiedzieć coś o przyszłości - najpierw się boczył, burczał swoje „nie wierzę w głupoty”, próbował udawać, że to go wcale nie rusza, ale w końcu zsunął się na podłogę, chociaż wcale nie musiał tego robić. Nie usiadł elegancko, nie zrobił tego z wdziękiem, po prostu zszedł na jej poziom, bardzo dosłownie, nawet jeśli praktycznie od razu otwierając usta, by się zdyskredytować.
- Och, nie dramatyzuj. - Powiedziałam spokojnie. - To nie jest karta końca w sensie „wszyscy umrzemy”, nie uprzedzajmy faktów, dobrze?
Patrzyłam na nich i musiałam przygryźć wargę, żeby się nie roześmiać na głos - klasyka nastoletniej miłości, która jeszcze nie wie, czy chce się spalić, czy tylko trochę przypiec - ten dobry, ten zły, ten, który cię uratuje, ten, który cię zostawi, ten, który nigdy nie spojrzy w twoją stronę… Ta obojętna, ta wspaniałomyślna, ta zimna, ta zdystansowana, ta zupełnie niezainteresowana tobą… Wszystko naraz. W tym wieku mało kto nigdy nie myślał o tym, by przeżyć coś godnego zapamiętania i, cóż, im więcej czasu spędzałam z tą dwójką, tym bardziej byłam zdania, iż w ich przypadku, te fantazje dostały bardzo konkretne personalia.
Wystarczyło być chociażby odrobinę uważnym, by zauważyć, że moja wnuczka od lat żyła w siedmiu różnych wersjach własnej historii jednocześnie. W jednej była poirytowana gośćmi w domu, w drugiej tęskniła za czymś niekonkretnym, mglistym, nienazwanym, ale z bardzo realnym błyskiem zamyślenia w oczach, w trzeciej udawała, że ma wszystko w nosie, w czwartej… Cóż, klasyczna Prue, zawsze musiała mieć przed sobą wszystkie opcje naraz, zanim wybierze jedną. Siódemka Pucharów na samym początku jej rzędu… Uśmiechnęłam się do siebie w duchu - oczywiście - musiałam przygryźć wewnętrzną stronę policzka, żeby się nie roześmiać na głos. Mnóstwo kielichów, mnóstwo marzeń, mnóstwo wersji rzeczywistości w jednej, skołatanej głowie - wszystkie te czarki stały przed nią, piękne, kuszące i zupełnie puste, bo żaden z nich w rzeczywistości nie był całkowicie tym, co sobie wyobrażała. A ona, biedactwo, nie potrafiła jeszcze zdecydować, który z nich naprawdę zawiera wino.
Nachyliłam się lekko do przodu i spojrzałam na rozkład, wystarczył jeden rzut oka, już wiedziałam, że będzie mi trudno zachować powagę.
- No, dobrze, kochanie… - Zaczęłam spokojnie, zniżając głos tak, żeby tylko ona i Aloysius mnie słyszeli, chociaż przecież w salonie nie było nikogo innego. - Popatrzmy, co karty dzisiaj dla ciebie mają. - Pochyliłam się nad stolikiem, spojrzałam na układ i przez chwilę nic nie mówiłam.
Siódemka Pucharów. Trójka Buław. Śmierć. Piątka Pucharów. Dwójka Pucharów.
- Hmmm… - Mruknęłam, przeciągając to „hm” specjalnie, żeby ich oboje trochę pomęczyć, w rzeczywistości odetchnęłam powoli, żeby nie parsknąć śmiechem, i dopiero wtedy przeniosłam wzrok na wnuczkę.
- No, proszę. - Powiedziałam. - Od razu na głęboką wodę. - Przesunęłam palcem nad pierwszą kartą. Lubiłam ten moment ciszy, kiedy ludzie myślą, że zaraz usłyszą coś wielkiego, a ja mogę im powiedzieć coś małego, ale celnego.
- Siódemka Pucharów. Wiesz, co ona zwykle oznacza? - Zaczęłam spokojnie, stukając palcem w kartonik. Mnóstwo możliwości, mnóstwo wersji tej samej historii, mnóstwo wyjaśnień, które brzmią bardzo rozsądnie… I żadna nie jest do końca prawdziwa. Spojrzałam na nią znacząco.
- To jest karta zamieszania, wyobraźni, czasami przesady. Myślenia o zbyt wielu rzeczach naraz. Widzisz? Tu nic nie jest jednoznaczne. Trochę marzeń, trochę lęków, trochę „a co jeśli”, trochę „to głupie”. To karta ludzi, którzy mówią sobie „to nic takiego”, a potem pół nocy nie mogą zasnąć. Bardzo młodzieńcza. - Dodałam łagodnie, bo ktoś tu zdecydowanie miał tendencję do komplikowania rzeczy, które wcale nie były aż tak skomplikowane.
Kiwnęłam głową, przechodząc dalej - Trójka Buław - i już wiedziałam, że to się ruszyło. Coś w niej już zdecydowało, tylko jeszcze nie powiedziała tego ani wewnątrz, ani na głos. Zerknęłam przelotnie na Aloysiusa, który siedział z założoną ręką i tą swoją miną „nie wierzę w te bzdury”, ale oczy miał utkwione w kartach Prue o wiele uważniej, niż chciałby przyznać. Ona też spoglądała na niego kątem oka, nawet jeśli nie chciała, by to było widoczne.
Przesunęłam palec do drugiej karty.
- To jest karta patrzenia w przyszłość. Taka, co mówi „jeszcze nie teraz, ale już niedługo”. To nie jest karta natychmiastowych rozwiązań, to karta ludzi, którzy stoją i zastanawiają się, czy ruszyć dalej. - Spojrzałam na Prue spod rzęs. - Czasem bardzo długo się zastanawiają. - Odchrząknęłam, niby wyłącznie przez to, że zaschło mi w gardle. - A czasem potrzebują małego… Popchnięcia. - Nie powiedziałam, od kogo, zamiast tego pochyliłam głowę, patrząc na nich jak na dwa kociaki, które syczą na siebie, a jednocześnie nie potrafią przestać krążyć wokół tej samej miski.
Potem dotknęłam trzeciej karty i westchnęłam teatralnie, nawet jeśli serce mi podskoczyło z radości - nie dlatego, że lubiłam dramaty, dlatego, że lubiłam szczęśliwe zakończenia, które kosztowały swoje, bo takie były najszczersze, najbardziej trwałe.
- Spokojnie, nikt tu dziś nie umrze. - Stwierdziłam. - Ta Śmierć, którą tak dramatycznie wypatrzyłeś, mój drogi - zwróciłam się do niego z lekkim uśmiechem - nie oznacza końca, to taka… Jesień, która chociaż poprzedza zimę, ostatecznie tak naprawdę ustępuje miejsca wiośnie. Stare liście opadają, by nowe mogły się rozwinąć wraz z kwiatami. Coś się zamyka, żeby coś zupełnie nowego mogło się otworzyć. Czasem to przerażające, ale najczęściej - wyzwalające.
Spojrzałam na Aloysiusa - siedział sztywno, z tą swoją arystokratyczną miną „ja tu tylko przypadkiem jestem”, ale oczy mu błyszczały. Znałam to spojrzenie - tak samo patrzył dziadek Prudence, kiedy w wieku dziewiętnastu lat oświadczył mi, że zabiera mnie do Londynu, choćby cała moja rodzina poszła do grobu i się tam wywróciła do góry nogami.
- To jest karta zmian. Takich, których nie da się cofnąć. Koniec jednej wersji rzeczywistości i początek innej. Zazwyczaj ludzie się jej boją, bo lubią udawać, że nic się nie zmienia. - Spojrzałam na Prue. - A nic nie stoi w miejscu, skarbie. Nawet jeśli bardzo byśmy tego chcieli.
Śmierć - najpiękniejsza karta w całym tym metaforycznym arsenale, kiedy pojawia się w miłości. Coś musi umrzeć, żeby mogło się narodzić, a ja doskonale wiedziałam, co takiego. Te wszystkie bzdury, które nosiło się na plecach jak zbroję, te „oczekiwania rodziny”, to wszystko musiało zdechnąć, jeśli ten układ miał się kiedykolwiek sprawdzić - i dobrze, bardzo dobrze.
Piątka Pucharów przyszła zaraz po niej - no, tak, oczywiście - ból, żal, poczucie, że coś ważnego zostało rozlane i nigdy nie wróci. Rodzina, nazwisko, pozycja, stare przyzwyczajenia… Coś z tego będzie musiało zostać na zawsze za nimi. Nie da się wejść do nowego domu, trzymając w rękach wszystkie stare klucze.
- Piątka Pucharów. Smutek. Rozczarowanie. Żal. Taka karta, która mówi „coś straciłam i bardzo to przeżywam”. Ale wiesz, co jest w niej ciekawe? - Nachyliłam się. - Że zawsze w tle stoją jeszcze dwa puchary, których ktoś nie widzi, bo patrzy tylko na te przewrócone. - Przesunęłam wzrokiem po obrazku. - To jest karta, która uczy, że czasem człowiek sam sobie dokłada cierpienia, bo nie chce spojrzeć w bok. Skupia się na tym, co poszło nie tak, zamiast na tym, co wciąż stoi.
A potem przesunęłam palec na ostatnią - Dwójka Pucharów - tu już nie byłam w stanie powstrzymać uśmiechu.
- A na końcu - powiedziałam - jeśli już mowa o dwóch pucharach, mamy kartę, którą ludzie na ogół bardzo lubią. - Uniósł mi się kącik ust, bo cokolwiek te karty opisywały, to nie była to historia o samotnym bohaterze, tylko raczej o kimś, kto bardzo chciał udawać, że wszystko robi sam. - To jest karta „ja i ktoś jeszcze”.
Prudence udawała, że była bardziej zainteresowana kartami niż siedzącym przed nią kolegą, Aloysius udawał, że wcale go to nie interesuje, a ja… Ja miałam wrażenie, że oglądam przedstawienie, w którym aktorzy zapomnieli, że publiczność ma oczy.
Kiedy przyszła kolej na jego karty, zerknęłam na rozkład i musiałam powstrzymać się, żeby nie unieść brwi zbyt wysoko, bo już po pierwszym spojrzeniu wiedziałam, że to będzie jeszcze zabawniejsze.
Królowa Mieczy. Kapłanka. Trójka Denarów. Dwójka Pucharów. Trójka Denarów.
Przeniosłam wzrok z kart na ich właściciela -  siedział oparty plecami o kanapę, z tą swoją miną kogoś, kto był gotowy w każdej chwili powiedzieć, że to wszystko jest głupie - uśmiechnęłam się do siebie.
- No, proszę. - Powiedziałam. - Ktoś tu przyszedł z tarczą. - Nie skomentowałam tego bardziej, ale nie wydawało mi się, bym musiała to robić, wszystko było jasne - udawał, że go to bawi, udawał, że go to nie obchodzi, udawał bardzo intensywnie, co samo w sobie było dość zabawne. Nachyliłam się jeszcze bardziej, oparłam łokcie na kolanach i spojrzałam na rozkład z zainteresowaniem, jakby to była zupełnie zwyczajna sprawa, a nie coś, co krzyczało do mnie symbolami.
- To karta „ja sobie radzę”, „nic mnie nie rusza”, „mam wszystko pod kontrolą”. - Zrobiłam krótką pauzę. - Nawet jeśli to nie do końca prawda. - Spojrzałam na niego znacząco, a potem z powrotem na karty, doskonale wiedząc, co to oznaczało w zestawieniu z tym, co wyciągnął w następnej kolejności - Królowa Mieczy i Kapłanka razem… To był ktoś, kto udaje, że nic nie czuje, a potem przeżywa wszystko w samotności.
Przesunęłam palcem na kolejną.
- Kapłanka. - Powiedziałam ciszej. - Tajemnice, rzeczy, które się czuje, ale nie mówi. Emocje, które siedzą głęboko i udają, że ich nie ma. - Uniosłam brew. - To karta ludzi, którzy mają w środku cały ocean, ale pokazują światu szklankę wody. - Znowu zerknęłam na niego. - I są bardzo dumni z tej szklanki. - Zerknęłam w górę, jakby to było tylko luźne skojarzenie. - Królowa Mieczy na zewnątrz, Kapłanka w środku. Bardzo męcząca kombinacja, swoją drogą. - Mówiąc to, poczułam to znajome ukłucie rozbawienia, nie tego lekkiego, tylko tego, które mówiło „och, ty biedne, uparte stworzenie”. Zwykle tacy ludzie są bardzo przekonujący, głównie dla siebie, ale co mi tam wiedzieć…
- Trójka Denarów to jest karta „zrobię”, „naprawię”, „postawię”, „zorganizuję”. - Uśmiechnęłam się. - Bardzo praktyczna. Bardzo konkretna. - Zmrużyłam lekko oczy. - To nie jest karta wielkich deklaracji. To jest karta „zobacz, co robię, a nie co mówię”. - Odchrząknęłam, nie spodziewając się, że to zostanie odebrane przychylnie. Ludzie z tą kartą rzadko mówili, co czują, oni to pokazywali - raczej naprawiali coś, przynosili, pomagali lub po prostu stali obok, gotowi zainterweniować, nawet jeśli nikt by ich o to nie posądzał - no, właśnie, bo czasem ktoś nie rozumiał, że to, co robili, było ich językiem. Oni nie mówili „zależy mi”, oni to okazywali, na swój poplątany sposób.
Dwójka Pucharów - tu już nawet nie próbowałam ukrywać rozbawienia.
- Och - powiedziałam miękko - znowu ta sama karta. - Popatrzyłam na nią przez chwilę, jakby była czymś bardzo ciekawym. - Interesujące, że pojawia się tutaj, pomiędzy kontrolą a budowaniem. Bardzo dziwny zbieg okoliczności. - Przez moment nic nie powiedziałam, lubiłam to napięcie, lubiłam, kiedy młodzi ludzie myśleli, że zaraz powiem coś bardzo mądrego albo bardzo strasznego.
I na końcu znów Trójka Denarów.
- A to już jest wręcz urocze. - Dodałam.
Uśmiechnęłam się do niego bardzo powoli. Siedział na podłodze naprzeciwko niej, z tą swoją miną „ja tu tylko przypadkiem jestem”, a jednak siedział, nadal na podłodze, nie na kanapie, nie wyżej - na tym samym poziomie co ona - z bandażem, z irytacją, z tą swoją dumną szczęką zaciśniętą tak mocno, że aż mu drgał mięsień. Patrzył na karty i patrzył na nią, dłużej niż powinien, znacznie dłużej.
- Bardzo literackie, muszę przyznać. - Powiedziałam cicho, po czym oparłam się wygodniej, zadowolona jak kot, który właśnie strącił coś z półki, ale udawał niewinność. Nie spojrzałam na nikogo konkretnego, to było najlepsze. - Czasami największe niespodzianki zaczynają się właśnie od Śmierci. - Nie zamierzałam mówić więcej, a już zdecydowanie nie o tym, że miałam wrażenie, iż dostałam spektakl, na który nikt mnie nie zapraszał, ale który i tak był dla mnie wystawiany. Prudence udawała, że jest opanowana, Aloysius udawał, że nic go to nie obchodzi, oboje robili to z takim zaangażowaniem, że było to wręcz wzruszające.
- Ale oczywiście, to tylko karty. - Dodałam niewinnie. - Papier, obrazki, symbole. - Wzruszyłam ramionami. - Co ja tam mogę wiedzieć. - I znów bawiło mnie to najbardziej, bo widziałam, jak oboje reagują, chociaż żadne nie chciało dać po sobie poznać, że cokolwiek ich to obchodzi.
A ja miałam ochotę klaskać.

Bard: @Benjy Fenwick
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#16
16.02.2026, 02:14  ✶  
Siedziałem na ziemi naprzeciwko Prudence i patrzyłem na te cholerne karty, jakby były problemem, który mogłem rozwiązać, jeśli tylko wystarczająco długo będę się w nie wpatrywał. Według babci Bletchley były równaniem, nie wyrokiem, ja wolałem wersję, wedle której był to papier, tusz, cudze urojone nadinterpretacje i coś odrobinę obrzydliwego, co powinno natychmiast zniknąć z zasięgu mojego wzroku, a jednak jednocześnie nie potrafiłem przestać słuchać tego, co Ellie miała nam do powiedzenia. O dziwo, nawet nie próbowałem wtrącać w to żadnych własnych komentarzy, nawet jeśli parokrotnie mogłem to zrobić, wbijając szpilę w to, co mówił rozkład Prudence - nie zrobiłem tego, pozwalając Ellie na tę wybujałą, jak na moje standardy, interpretację wyników złego przetasowania.
Mówiła spokojnie, z tą swoją wyważoną pewnością, jakby nie opowiadała o przyszłości, tylko o czymś, co już się wydarzyło - jak gdyby nie zgadywała, tylko wiedziała, „ale oczywiście, to tylko karty”, nie brała za nie odpowiedzialności, klasyka - i o ile to jeszcze jakoś przechodziło, gdy analizowała rozkład swojej wnuczki, o tyle później…
„Ktoś tu przyszedł z tarczą” - parsknąłem cicho pod nosem, bardzo defensywnie, ale jeszcze bardziej odruchowo, chcąc strząsnąć z siebie ten komentarz.
- Zawsze lepiej mieć tarczę niż nie mieć nic. - Mruknąłem, unosząc brwi, i gdybym tylko mógł skrzyżować ręce na piersi, pewnie już zastanawiałbym się, czy tego nie zrobić. - Historia raczej potwierdza tę strategię. - Brzmiało to lekko, prawie żartobliwie, ale czułem, jak coś w mojej szczęce napięło się niemal samoistnie - mięsień drgnął lekko, zupełnie poza moją kontrolą. Nienawidziłem tego, nienawidziłem, kiedy ktoś widział coś, czego nie pokazywałem świadomie. Tak, zdecydowanie trzymałem tarczę, zawsze warto było być przygotowanym na oblężenie, najwyraźniej nawet latem, w salonie przyjaciela.
„To karta ludzi, którzy mają w środku cały ocean, ale pokazują światu szklankę wody”, „Królowa Mieczy na zewnątrz, Kapłanka w środku”, „a to już jest wręcz urocze” - odwróciłem wzrok od kart na sekundę, tylko po to, żeby od razu wrócić do nich z powrotem, jakbym nie chciał, żeby ktokolwiek pomyślał, że mnie to ruszyło. Kolejny raz popatrzyłem na te karty, jakbym mógł je zmusić, żeby przestały istnieć, jeśli tylko wystarczająco długo będę ignorował ich metafizyczne znaczenie - papier, atrament, symbole, nic więcej - nic, co mogłoby mnie dotyczyć. Oczywiście, że to było absurdalne, nie wierzyłem w przeznaczenie, nie wierzyłem w znaki - wierzyłem w wybory, w konsekwencje, w to, że wszystko, co się wydarza, jest wynikiem czyjejś decyzji, a nie ułożenia kart przez czyjąś babcię w salonie pachnącym herbatą i starym drewnem, ale… Chuj, dupa i kamieni kupa - niektóre z tych urojeń brzmiały obrzydliwie trafnie - słuchałem tej samozwańczej metapsychoanalizy w milczeniu, tylko dla zasady, by nie dać po sobie poznać reakcji, z tą samą miną, maską czy tam tarczą, którą zakładałem zawsze, kiedy ktoś próbował zajrzeć pod powierzchnię - lekko znudzoną, lekko rozbawioną, całkowicie obojętną, przynajmniej na zewnątrz. W środku każde słowo trafiało tam, gdzie nie powinno mieć dostępu.
Królowa Mieczy. Kapłanka. Trójka Denarów. Kontrola. Cisza. Działanie zamiast mówienia. Mięsień przy skroni drgnął mi ponownie, zanim zdążyłem go opanować, to nie było właściwe, że ktoś w tak luźny, lekki sposób ubierał w słowa rzeczy, które należały do mnie - rzeczy, które trzymałem zamknięte właśnie po to, żeby nikt ich nie dotykał.
A potem Dwójka Pucharów.
Nie spojrzałem na Prudence, nie od razu, ale poczułem ją - jej obecność, jej ciszę, jej uwagę, której nie musiałem widzieć, żeby wiedzieć, że tam jest.
„Bardzo literackie”, powiedziała Ellie - tak, literackie, kurwa, jak historia, której nikt nie chciał pisać, ale i tak powstała. Milczałem jeszcze przez kilka sekund, patrząc na karty, jakby to one były problemem - jakby to one mnie prowokowały, były winne temu napięciu, które nagle zrobiło się zbyt ciężkie. W końcu wypuściłem powietrze powoli, przez nos, nie poprzez zbyt mocno zaciśnięte zęby, bo chyba bym nimi zazgrzytał z frustracji, i oparłem dłonie o podłogę, unosząc się ostrożnie. Bandaż napiął się na ręce, ból natychmiast dał się we znaki, przypominając mi, gdzie jestem, kim jestem, co tu robię - spojrzałem na Ellie, nie na karty, nie na Prue, unosząc kącik ust w krzywym wyrazie kulturalnej wdzięczności.
- Dziękuję za… Wsparcie. - Powiedziałem spokojnie, z tym swoim uprzejmym, niemal formalnym tonem, który zawsze pojawiał się, kiedy zamykałem coś definitywnie, nie mogąc pozwolić sobie na bardziej impulsywne odniesienie do sytuacji - nie ironicznie, nie złośliwie - szczerze na tyle, na ile potrafiłem. Dopiero wtedy przeniosłem wzrok na Prudence, chociaż tylko na moment, ułamek sekundy, wystarczająco długo, żeby zobaczyć jej twarz - wystarczająco krótko, żeby nie zdradzić nic więcej.
- Ale już dzięki. - Skinąłem lekko głową, bardziej odruchowo niż świadomie, potem odwróciłem się i ruszyłem w stronę wyjścia, bez pośpiechu, bez dramatyzmu, jak ktoś, kto po prostu kończył audiencję, o którą wcale się nie prosił. Dopiero kiedy minąłem próg salonu, pozwoliłem sobie na jeden głębszy oddech, bo to były tylko karty - papier, obrazki, symbole - a jednak wyszedłem tak, jakby powiedziały zbyt wiele i jednocześnie za mało, bym odczuwał chęć zrobienia z tą wiedzą cokolwiek, prócz zduszenia w sobie goryczy.
Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Bard Beedle (2163), Benjy Fenwick (13414), Prudence Fenwick (8176)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa