29.12.2025, 12:26 ✶
Tego wieczoru Robert położył się spać z dziwnym poczuciem, że nie był w pokoju sam. W perspektywie całego dnia, paranoja ta nie wykwitła w nocy. Cały dzień towarzyszył mu nieuzasadniony bliżej lęk. Częściej podnosił wzrok znad papierów, odwracał się, gdy wracał z Ministerstwa do rezydencji rodziców. Myślał, czy może wezwać aurorów lub BUM-owców do ochrony. Nie chciał się jednak narażać na plotki w Ministerstwie. Jeśli jego lęki okazałyby się nieuzasadnione… Konserwatyści by go zjedli na śniadanie. Od czasu wpuszczenia mugoli do atrium podczas Spalonej Nocy, niejednokrotnie starano się przedstawić go jako osobę niespełna rozumu. Nie mógł w żaden sposób pokazać sobą, że mogliby mieć rację. Robert zrzucił więc winę na niemal permanentny stres i starał się działać tak jak zazwyczaj. Byle poprawnie.
A jednak, gdy już leżał pod pierzyną, umyty i w świeżej piżamie, wciąż wydawało mu się, że coś jest nie tak. Nie odczuwał tego u rodziców. Zjedli z nim kolację, tak jak zazwyczaj. Starali się nie rozmawiać z nim o pracy, więc dyskutowali o Ekstazie Merlina. Nic wielkiego. Ich skrzat też nie wydawał się zaniepokojony, a zawsze czuwał nad bezpieczeństwem domu. Czyli to było subiektywne wrażenie Roberta.
Sen zmorzył go zaskakująco szybko. Musiał być strasznie zmęczony. Tylko czekał, aż praca odbije się na jego zdrowiu. A im dalej w las, tym gorzej. Zbliżał się już przecież do czterdziestki. Nerwy podobno skracały życie.
Nie meandrował w pustce własnych myśli. Nie układał sobie w głowie scenariuszy. Przeniósł się w przestrzeń snu od razu. Nie wydawała się ona wyobrażona, lecz zaskakująco realna. Stał w atrium Ministerstwa Magii, czuł ten chłód czarnych ścian, magicznie wentylowane powietrze. Więcej: nosił ciężką szatę, krawat odrobinę za mocno się zaciskał, kołnierz koszuli drapał go w szyję. W nosie miał nawet zapach swojej wody kolońskiej.
Stał na podwyższeniu, na mównicy. Odbywała się konferencja prasowa, jednak gościli na niej nie tylko dziennikarze. Wyglądało na to, że zeszło się całe Ministerstwo. Atrium zapełniło się całkowicie, prawie tak jak podczas Spalonej Nocy. Robert miewał dawniej takie sny, ale osobliwe było, że tym razem miał na sobie ubrania.
Na podeście rozłożono kartki z przemówieniem. Robert rozpoznał, że spisała je jego własna ręka. No tak! Ustawa o pomocy mugolakom. Jego wielkie osiągnięcie, które dotychczas istniało jedynie w sferze marzeń. Chodziło o wyrównanie szans, zapewnienie tym mniej uprzywilejowanym przestrzeni do rozwoju. Zniwelowanie niewidzialnej ściany, która oddzielała ich od czystokrwistych.
Rozpoczął przemowę. Składała się z gładkich, choć silnych słów. Omawiał strategie wyrównywania szans, wyjaśniał, czemu one służyły. Patrzył w dal, w tłum. Starał się nie pochwycić niczyjego spojrzenia. Wtedy na pewno by się zdekoncentrował.
Jego głos niósł się po atrium wzmacniany zaklęciem. Samonotujące pióra skrobały, kiedy dziennikarze zapisywali jego słowa. Niektórzy szeptali między sobą, inni słuchali z uwagą. Ktoś przeciskał się pomiędzy nimi. Robert kątem oka zauważył to poruszenie, człowieka, który przepychał się do pierwszego rzędu. Na razie mignął mu tylko czubek łysawej głowy. Może był to ktoś, kto słabiej słyszał? Robert uznałby to za pewne, gdyby nie ten niepokój, który złapał go za gardło. Zrobił pauzę, przestał na chwilę mówić. Rzucił pojedyncze spojrzenie stojącym nieopodal aurorom i BUM-owcom.
A jednak, gdy już leżał pod pierzyną, umyty i w świeżej piżamie, wciąż wydawało mu się, że coś jest nie tak. Nie odczuwał tego u rodziców. Zjedli z nim kolację, tak jak zazwyczaj. Starali się nie rozmawiać z nim o pracy, więc dyskutowali o Ekstazie Merlina. Nic wielkiego. Ich skrzat też nie wydawał się zaniepokojony, a zawsze czuwał nad bezpieczeństwem domu. Czyli to było subiektywne wrażenie Roberta.
Sen zmorzył go zaskakująco szybko. Musiał być strasznie zmęczony. Tylko czekał, aż praca odbije się na jego zdrowiu. A im dalej w las, tym gorzej. Zbliżał się już przecież do czterdziestki. Nerwy podobno skracały życie.
Nie meandrował w pustce własnych myśli. Nie układał sobie w głowie scenariuszy. Przeniósł się w przestrzeń snu od razu. Nie wydawała się ona wyobrażona, lecz zaskakująco realna. Stał w atrium Ministerstwa Magii, czuł ten chłód czarnych ścian, magicznie wentylowane powietrze. Więcej: nosił ciężką szatę, krawat odrobinę za mocno się zaciskał, kołnierz koszuli drapał go w szyję. W nosie miał nawet zapach swojej wody kolońskiej.
Stał na podwyższeniu, na mównicy. Odbywała się konferencja prasowa, jednak gościli na niej nie tylko dziennikarze. Wyglądało na to, że zeszło się całe Ministerstwo. Atrium zapełniło się całkowicie, prawie tak jak podczas Spalonej Nocy. Robert miewał dawniej takie sny, ale osobliwe było, że tym razem miał na sobie ubrania.
Na podeście rozłożono kartki z przemówieniem. Robert rozpoznał, że spisała je jego własna ręka. No tak! Ustawa o pomocy mugolakom. Jego wielkie osiągnięcie, które dotychczas istniało jedynie w sferze marzeń. Chodziło o wyrównanie szans, zapewnienie tym mniej uprzywilejowanym przestrzeni do rozwoju. Zniwelowanie niewidzialnej ściany, która oddzielała ich od czystokrwistych.
Rozpoczął przemowę. Składała się z gładkich, choć silnych słów. Omawiał strategie wyrównywania szans, wyjaśniał, czemu one służyły. Patrzył w dal, w tłum. Starał się nie pochwycić niczyjego spojrzenia. Wtedy na pewno by się zdekoncentrował.
Jego głos niósł się po atrium wzmacniany zaklęciem. Samonotujące pióra skrobały, kiedy dziennikarze zapisywali jego słowa. Niektórzy szeptali między sobą, inni słuchali z uwagą. Ktoś przeciskał się pomiędzy nimi. Robert kątem oka zauważył to poruszenie, człowieka, który przepychał się do pierwszego rzędu. Na razie mignął mu tylko czubek łysawej głowy. Może był to ktoś, kto słabiej słyszał? Robert uznałby to za pewne, gdyby nie ten niepokój, który złapał go za gardło. Zrobił pauzę, przestał na chwilę mówić. Rzucił pojedyncze spojrzenie stojącym nieopodal aurorom i BUM-owcom.