05.12.2025, 23:50 ✶
30 września 1972, Chimera
Wieczór
Wieczór
Restauracja Chimera była jedną z lepszych - znajdowała się na skrzyżowaniu Pokątnej i Horyzontalnej. Zarówno sam wystrój, jak i obsługa sprawiały, że było to jedno z lepszych miejsc, w których można było porozmawiać na niezobowiązujące tematy. Co prawda wspomnienia, które były skrywane przez to miejsce, nie były dla Rodolphusa zbyt przyjemne, ale ta restauracja jako jedna z niewielu nie ucierpiała podczas pożarów. Latem był tu z Robertem, wtedy jeszcze jego mentorem - a dzisiaj zimnym trupem, gryzącym ziemię tak, jak na to zasługiwał. Był tu także z Victorią, kuzynką, która była tak samo obrzydliwie bogata. Zimną, tą sławną aurorką, na której widok ludzie tutaj szeptali ściszonymi głosami. Wtedy oboje zapomnieli portfeli: teraz więc Lestrange upewnił się, że podobna sytuacja się nie powtórzy. Nie chciałby stracić przed Astorią twarzy i nie chciałby też po raz drugi przeżywać tego irytującego ukłucia, które mu towarzyszyło podczas rozmowy z osobą zarządzającą Chimerą.
Był już wieczór, godzina 7 wieczorem - punktualnie. W środku grała przyjemna dla ucha muzyka, która była jednak na tyle cicha, że nie przeszkadzała w rozmowie. Siedział przy stoliku we wnęce, która znajdowała się na drugim końcu sali. Była odosobniona, zapewniała prywatność i stosunkowy spokój od wścibskich spojrzeń. Przed nim na blacie znajdowała się szklanka z wodą. Po drugiej stronie czekał kieliszek, pusty na razie. Lestrange ubrany był tak, jak zwykle, chociaż tym razem nieco bardziej formalnie, dopasowując strój do miejsca, w którym mieli się spotkać. Szyty na miarę czarny garnitur, śnieżnobiała koszula, brak krawata (bo już bez przesady), wizytowe buty... W teorii ubierał się tak zawsze, lecz teraz wszystko wyglądało na świeże, nowe. Czarne jak smoła włosy zaczesane były w tył. Bladość jego skóry była taka, jak zwykle, lecz tym razem pod oczami nie widać było sińców. Musiał odespać ten trudniejszy, gorszy czas, który ostatnio przechodził każdy z nich. Wpatrywał się w drgający płomień świecy, którą postawiono na stoliku. Dobrze czuł się sam ze sobą, dobrze czuł się we własnym towarzystwie i nie czuł potrzeby, by zająć czymś umysł czy ręce. Mógł oddać się myślom, które nieustannie pędziły przez jego głowę i układały się z chaosu w niemalże idealną układankę. Wciąż zastanawiał się, dlaczego Astoria zgodziła się na tę kolację. I dlaczego on sam postanowił ją zaprosić. Ich relacja była skomplikowana, a im więcej czasu ze sobą spędzali, tym bardziej czuł, że niewidzialna nić tężeje i oplata ich ciała, zmuszając by się zbliżyli. Nie odebrał jeszcze poczty, nie wiedział nic o balu, który organizowano w rezydencji jego rodziny. Mógł się w całości skupić na porządkowaniu innych spraw, które nie dawały mu spokoju. Przybył tu odrobinę wcześniej, by dopilnować, żeby obsługa zaprowadziła Avery prosto do stolika, gdy ta tylko przekroczy próg Chimery.