27.01.2026, 20:58 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.04.2026, 15:42 przez Gabriel Montbel.)
Uciekł.
To było jedyne słuszne wyjście.
Koszmary nigdy nie były tak plastyczne, tak dokładne, tak obezwładniająco bolesne, jak ten, który przyszedł od niego tego przeklętego dnia.
To nie było tak, że o tym nie myślał, ale problem nie był aż tak dosadny jeszcze tydzień, dwa temu. Ba! Jeszcze gdy kładł się spać w przygotowanej dlań komnacie opactwa, nie wiedział, że sprawa jest AŻ TAKIM problemem.
Teraz zaś wcisnął się pod krzak przeklętej róży, której gałęzie uginały się pod czernią kwiecia i trząsł się jak osika na wietrze, nie mogąc pojąć, cóż takiego się wydarzyło.
Oczywiście mógł zawsze poddać się hipnozie, aby obmyć swe oniryczne ślepia i zapomnieć. Oczywiście mógł spróbować autohipnozy, o czym z resztą rozmyślał, nieco mimowolnie wyciągając z kieszeni zegarek kopertowy, który nerwowo obracał w palcach.
Róża. Róża. Konstelacja róży.
Nie był pewien, raczej takiej nie było, chociaż przecież była jeszcze przed chwilą, gdy sen dociążał mu powieki.
Nie było jej tak samo, jak nie było pocałunku, jak nie było miękkich drobnych warg rozpłąszczających się na jego wargach, usta do ust, które nigdy nie miały się już z nikim całować, nie w taki sposób, wyzbyty z rządzy krwi, a pełen rządzy... drugiej osoby.
Jak???
Zadarł głowę w górę i przeklął momentalnie londyńską metropolię, która zdawała mu się ukazywać gwiazdy na złość. Wypatrzył te najjaśniejszą i bezmyślnie wyciągnął dłoń ku niebu, odwzorowując gest uczyniony przed chwilą.
Uczyniony we śnie.
Jak mógłby spojrzeć jej teraz w oczy? Nie żeby odpowiedź widmowej Lucienne jakkolwiek go dziwiła, powinien się spodziewać, NAWET jego podświadomość wie, że w tej relacji nie ma miejsca na wzniosłe słowa, na gesty wysycone martwą od dawna nadzieją. Prośbą. Lękiem przed odmową, którą właśnie usłyszał, choć ona nie była prawdziwa.
To był tylko sen.
Powtarzał sobie i powtarzał, nie mogąc z oczywistych względów uchwycić blasku gwiazdy, otulić jej złotem i łzami za pytaniem, które nigdy nie powinno paść. Które szczęśliwie nigdy przecież nie padło.
Poczuł dojmujący żal zaciskający mu klatkę piersiową i zwiesił głowę, podkulając ciasno do siebie nogi, chowając się pod przeklętym krzakiem, który tak bardzo przypominał mu jego przeklęte krzaki. Próbował oddychać i to oddychać powoli i miarowo, nie z potrzeby spokoju, a mantry, którą można było, którą powinno się wypowiedzieć bez słów. Nic finalnie się nie stało, a jakby stało się wszystko. Czy gdzieś w odrębnej domenie, w lustrzanym odbiciu ich świata, czy gdzieś para wampirów razem gotowała, tańczyła na śniegu i całowała się pod setką jemioł przywiązanych do gałęzi drzew okalających opactwo? Czy było to wspomnienie kogoś, kto nie był nim? Nadzieja? Z pewnością nie przepowiednia.
Wzdrygnął się i dźwignął z nóg. Zdawało mu się, że kogoś usłyszał, więc pochylony ruszył w głąb ogrodu, by chyłkiem uniknąć spotkania, chcąc by jedynym towarzyszem jego cierpienia były kwiaty, równie smutne co on.
!Maida Vale
To było jedyne słuszne wyjście.
Koszmary nigdy nie były tak plastyczne, tak dokładne, tak obezwładniająco bolesne, jak ten, który przyszedł od niego tego przeklętego dnia.
To nie było tak, że o tym nie myślał, ale problem nie był aż tak dosadny jeszcze tydzień, dwa temu. Ba! Jeszcze gdy kładł się spać w przygotowanej dlań komnacie opactwa, nie wiedział, że sprawa jest AŻ TAKIM problemem.
Teraz zaś wcisnął się pod krzak przeklętej róży, której gałęzie uginały się pod czernią kwiecia i trząsł się jak osika na wietrze, nie mogąc pojąć, cóż takiego się wydarzyło.
Oczywiście mógł zawsze poddać się hipnozie, aby obmyć swe oniryczne ślepia i zapomnieć. Oczywiście mógł spróbować autohipnozy, o czym z resztą rozmyślał, nieco mimowolnie wyciągając z kieszeni zegarek kopertowy, który nerwowo obracał w palcach.
Róża. Róża. Konstelacja róży.
Nie był pewien, raczej takiej nie było, chociaż przecież była jeszcze przed chwilą, gdy sen dociążał mu powieki.
Nie było jej tak samo, jak nie było pocałunku, jak nie było miękkich drobnych warg rozpłąszczających się na jego wargach, usta do ust, które nigdy nie miały się już z nikim całować, nie w taki sposób, wyzbyty z rządzy krwi, a pełen rządzy... drugiej osoby.
Jak???
Zadarł głowę w górę i przeklął momentalnie londyńską metropolię, która zdawała mu się ukazywać gwiazdy na złość. Wypatrzył te najjaśniejszą i bezmyślnie wyciągnął dłoń ku niebu, odwzorowując gest uczyniony przed chwilą.
Uczyniony we śnie.
Jak mógłby spojrzeć jej teraz w oczy? Nie żeby odpowiedź widmowej Lucienne jakkolwiek go dziwiła, powinien się spodziewać, NAWET jego podświadomość wie, że w tej relacji nie ma miejsca na wzniosłe słowa, na gesty wysycone martwą od dawna nadzieją. Prośbą. Lękiem przed odmową, którą właśnie usłyszał, choć ona nie była prawdziwa.
To był tylko sen.
Powtarzał sobie i powtarzał, nie mogąc z oczywistych względów uchwycić blasku gwiazdy, otulić jej złotem i łzami za pytaniem, które nigdy nie powinno paść. Które szczęśliwie nigdy przecież nie padło.
Poczuł dojmujący żal zaciskający mu klatkę piersiową i zwiesił głowę, podkulając ciasno do siebie nogi, chowając się pod przeklętym krzakiem, który tak bardzo przypominał mu jego przeklęte krzaki. Próbował oddychać i to oddychać powoli i miarowo, nie z potrzeby spokoju, a mantry, którą można było, którą powinno się wypowiedzieć bez słów. Nic finalnie się nie stało, a jakby stało się wszystko. Czy gdzieś w odrębnej domenie, w lustrzanym odbiciu ich świata, czy gdzieś para wampirów razem gotowała, tańczyła na śniegu i całowała się pod setką jemioł przywiązanych do gałęzi drzew okalających opactwo? Czy było to wspomnienie kogoś, kto nie był nim? Nadzieja? Z pewnością nie przepowiednia.
Wzdrygnął się i dźwignął z nóg. Zdawało mu się, że kogoś usłyszał, więc pochylony ruszył w głąb ogrodu, by chyłkiem uniknąć spotkania, chcąc by jedynym towarzyszem jego cierpienia były kwiaty, równie smutne co on.
!Maida Vale