…a na jego liście znalazł się nawet Dumbledore, chociaż Brenna podejrzewała, że tutaj jednak sobie żartował. Żartował, prawda?
- …więc to po prostu wpisywało się w ogólne tendencje.
Sama nigdy nie próbowała. Chyba najpierw długo wierzyła, że Erik znajdzie sobie kogoś sam. Potem… potem zaczęła może mieć pewne podejrzenia, ale nigdy nie spytała, a teraz… Teraz pewnie powinna z nim pogadać o tym wszystkim, gdy znalazł się w oku cyklonu. I tę rozmowę będzie trzeba przeprowadzić na trzeźwo. Erik obrywał ostatnio od życia na wielu różnych poziomach i przynajmniej musiała spróbować jeśli nie pomóc, to z nim pogadać.
– Mówiłam, spotykamy się jakiś miesiąc… znaczy, teraz już z półtora – odparła Victorii, zgodnie z prawdą zresztą, bo chyba ciężko było wliczać do spotykania się te sytuacje z wygrażaniem sobie nawzajem na trawniku czy na Nokturnie. Zaprosiła go na tę plażę, a on ją na koncert pod koniec sierpnia, więc wydawało się jej względnie sensowne, skoro Victoria chciała znać daty… – Rosierowie… zamiana nici w złoto, taka trochę metaforyczna. Mam chociaż nadzieję, że nie jest śmiertelnie nudny.
Trochę miała wrażenie, że większość osób o tym nazwisku taka właśnie jest: nudna. Co było paradoksalne, bo mody samej w sobie Brenna za nudną nie uważała. Z drugiej strony Basilius miał bodaj matkę z Rosierów, a on był zabawny i ślizgońsko sprytny, może więc to ci nudni byli wyjątkami?
– Jeden albo dwa – skwitowała odnośnie listów. Ewentualnie dziesięć. – Czy ja wiem? Mam wrażenie, że zarządzanie leży i kwiczy, skoro nawet ludzie mający szukać danej osoby czasem nie wiedzą, że jest poszukiwania i za co – podsumowała dość krótko, wzruszając ramionami. Tkwiło w tym więcej rzeczy, choćby fakt, że czuła, że prędzej czy później albo będzie musiała opuścić Zakon, albo Brygadę, ale w tej chwili… w tej chwili i tak pozostawało po prostu sprzątać po Spalonej Nocy.
I czekać.
Czekać, co będzie dalej.
Beltane i Samhain, dwa bieguny, dwie strony tej samej monety. Chyba wszyscy spodziewali się, że coś się wtedy stanie: pytaniem pozostawało tylko co… i co jeszcze stanie się wcześniej, bo ciężko było mieć nadzieję, że czeka ich parę tygodni spokoju.
Sięgnęła tym razem po herbatę, by rozlać ją do kubków: słońce utonęło ostatecznie w morzu, niebo przybrało ciemną barwę, tylko na zachodzie jeszcze płonąc śladem pomarańczu i czerwieni, a na wschodzie już migotały pierwsze gwiazdy, i zaczynało robić się coraz chłodniej.