To był spokojny, zimowy wieczór. Do domu Gio przybyła sowa, całkiem przeciętna i niewyróżniająca się płomykówka zwyczajna. W pierwszej chwili mógł jej nie poznać, wszak ten gatunek i umaszczenie były raczej pospolite; dopiero po głębszej obserwacji mógł zdać sobie sprawę, że skądś ją kojarzy. Tylko skąd? Wiadomość, którą przyniosła była napisana niewyraźnie, choć wszystko wskazywało na to, że autor bardzo stara się pisać zrozumiale i czytelnie. Giovanni bez problemu mógł domyślić się, czyje to pismo. List był lakoniczny i nie wyjaśniał wiele, a powodów dla których Danielle poprosiła mężczyznę o spotkanie mogło być multum.
Sowa cierpliwie poczekała, aż Giovanni przeczyta wiadomość. Nawet wystawiła łapkę, jakby oczekiwała, że otrzyma odpowiedź zwrotną, którą będzie mogła dostarczyć do nadawcy. Nie była jednak w żaden sposób natrętna - jeżeli mężczyzna nie zdecydował się na odpowiedź, po prostu zmierzyła go oceniającym wzrokiem i z cichym skrzeknięciem wyleciała przez okno.