Bum. Bum. Bum.
Rytm wwiercał się w uszy Shafiqa i w jego umysł. Osadzał się w pamięci. Przez ostatnie trzy dni nie mógł się od tego dźwięku uwolnić: gdziekolwiek był, cokolwiek robił, jego pamięć absolutna podsuwała mu złośliwie właśnie te dźwięki, przez co trudno mu było skupić się w pełni na chwili bieżącej. I gdy dziś rano zaczął mieć nadzieję, że efekt osłabł… znowu.
– Pieczęcie są całe, więc wszystko w porządku – orzekł tonem bardzo spokojnym, a potem spojrzał na swoją dłoń, ubabraną sadzą. Jego niewielkie mieszkanie, składające się z salonu połączonego z gabinetem i sypialni, całe było nią pokryte. Sadza osiadła na ścianach, na szklanych gablotkach, na szafkach – w większości teraz opustoszałych, bo wyniósł stąd w pudłach, co tylko mógł, w nadziei, że zdoła jeszcze ocalić co cenniejsze książki i pamiątki – na biurku. Na podłodze pozostawały ślady, jakby ktoś się tutaj przechadzał, choć Shafiq był pewien, że nic nie zostało ruszone, więc do środka nie dostali się żadni niechciani goście. – Musisz mi tylko dać chwilę, pójdę do piwnicy, zabiję tego bębniarza i będziemy mogli wracać do Walii – dodał, wciąż bez choćby śladu gniewu w głosie. Brzmiał, jakby prowadził zwykłą konwersację.
Ale chyba niekoniecznie żartował, ponieważ po tych słowach skierował się prosto ku wyjściu, a potem ruszył po schodach na dół, ku wejścia do piwnic kamienicy. Dźwięk jego kroków ginął w odgłosach bębnów.