16 września 1972r.
Gabinet Basiliusa Prewetta / Szpital Św. Munga
Kiedy ostatni raz był u uzdrowiciela? Na kompletnych badaniach? Gdyby się tak zastanowił, byłoby to jakiś rok, czy ponad jak nie więcej. Odwlekał wizyty, biorąc jedynie recepty na eliksiry, z jednego prostego powodu. Tamtego czasu, obawiał się wykrycia u siebie mrocznego znaku. Potrzebował czasu, na opanowanie i upewnienie się, że zaklęcie maskujące działa bardzo dobrze i utrzymuje się długo. Z tego też względu, zaczął często ubierać długi rękaw. Nigdy krótki. Rok wystarczył, aby dostosował się do nowych zmian w sobie i w działaniach, które z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, bywały coraz pewniejsze. A póki eliksiry jakie zażywał na swoją chorobę genetyczną, działały, nie widział potrzeby osobistej wizyty u swojego uzdrowiciela.
Do czasu, aż jego sytuacja zdrowotna pogorszyła się.
Zaczęło od męczącego kaszlu po misji w Mauzoleum, gdzie niepotrzebnie dał się namówić wiedźmie na wypicie jakiejś czarnej mazi, która miała wpływ na umysł jak i widocznie, na ciało fizyczne. Eliksiry na serce, także zaczęły tracić na swojej przydatności, mając słabsze działanie. Potrzebował czegoś mocniejszego. A jego kaszel nasilił się poważniej, po ostatnich atakach w Londynie. Być może nie spieszyłby się z wizytą w szpitalu Św. Munga, gdyby nie męczące przypominanie się jego kolegi z pracy oraz siostry.
Dzisiejszego dnia, Nicholas nie został do końca w pracy. Wyszedł wcześniej, na co uzyskał pozwolenie od swojego przełożonego, argumentując potrzebę udania się do uzdrowiciela. Jego kaszel na pewno nie był niezauważony nawet w Departamencie Tajemnic.
Pamiętając, w jakich godzinach zazwyczaj pracował Prewett, starał się pojawić przed końcem jego pracy. Będąc w szpitali, dało się usłyszeć jego kaszel. Otrzymane eliksiry od Rodolphusa, pomagały łagodzić ból gardła i przełyku, minimalizować kaszel, ale nie pozbyć dosłownie. Może gdyby poczekał z wizytą, dałoby to lepszy efekt? Czy może dobrze zrobił, przychodząc z tym od razu, po wczorajszym spotkaniu z Lestrange’m?
Dostrzegając, że jeden z pacjentów wyszedł z gabinetu, nie czekając dłużej, Travers wstał i wszedł do środka.
- Dzień dobry.Przywitał się na wejściu, zamykając za sobą drzwi. Dając tym samym znać o swojej obecności. Jego chłodne jak lód spojrzenie, odnalazło uzdrowiciela znajdującego się przy biurku.