02.03.2026, 13:53 ✶
Poruszenie Jessiego z jednej strony sprawiło, że Hannibal poczuł się trochę lepiej (bo nie on jeden był jak się okazuje na krawędzi), ale z drugiej zadziałało wręcz przeciwnie (bo to, że nawet zaprawiony zapewne w podobnych bojach klątwołamacz był wystraszony, raczej nie wróżyło dobrze). Humor znikł i pozostało tylko to paskudne poczucie, że są obserwowani, intensywniej i bardziej dogłębnie, niż Hannibal kiedykolwiek czuł na jakiejkolwiek scenie.
- T…tak, słyszałem, że niektórym zalecają rytuały w Mabon, więc chyba… uhh, chyba tego spróbuję, to w końcu już niedługo - mówił, cały czas zerkając niepewnie na boki - Co? Na szyi? A, tak… to znaczy nie!.. To znaczy… chodźmy stąd!
Wolną ręką złapał drugiego chłopaka za nadgarstek i pociągnął w stronę wyjścia.
Stłoczyli się przy drzwiach, które szczęśliwie otworzyły się bez problemu, ale za to pożegnały ich złowróżbnym łomotem mimo, że Selwyn wcale nie zamknął ich szczególnie gwałtownie. Oparł się o nie przedramieniem, na którym na chwilę złożył czoło, oddychając głęboko.
- Merlinie! Uff, przysięgam, za każdym razem jest gorzej! - odwrócił się do Kelly’ego, odzyskując trochę rezonu - Dzięki za pomoc, tak, czy owak.
Z ulgą opuścili kamienicę, teraz już obaj naznaczeni sadzą i noszący na twarzach ślady niedawnego przestrachu. W dziennym świetle Hannibal mógł wyraźnie dostrzec odciski palców na gardle kolegi.
- Że też musi każdego obmacać… - mruknął, przewracając oczami.
Prawy nadgarstek Jaspera również nosił ślad dłoni, tym razem - selwynowej. Hannibal na chwilę zatrzymał na nim wzrok.
- To czarne gówno schodzi ze skóry i ubrań, tylko w samym mieszkaniu jest niezmywalne - zapewnił.
Ruszyli w dół ulicy, próbując lekką rozmową zatrzeć swój niepokój. Na wszelki wypadek, nie oglądali się na okna kamienicy, którą zostawiali za sobą.
- T…tak, słyszałem, że niektórym zalecają rytuały w Mabon, więc chyba… uhh, chyba tego spróbuję, to w końcu już niedługo - mówił, cały czas zerkając niepewnie na boki - Co? Na szyi? A, tak… to znaczy nie!.. To znaczy… chodźmy stąd!
Wolną ręką złapał drugiego chłopaka za nadgarstek i pociągnął w stronę wyjścia.
Stłoczyli się przy drzwiach, które szczęśliwie otworzyły się bez problemu, ale za to pożegnały ich złowróżbnym łomotem mimo, że Selwyn wcale nie zamknął ich szczególnie gwałtownie. Oparł się o nie przedramieniem, na którym na chwilę złożył czoło, oddychając głęboko.
- Merlinie! Uff, przysięgam, za każdym razem jest gorzej! - odwrócił się do Kelly’ego, odzyskując trochę rezonu - Dzięki za pomoc, tak, czy owak.
Z ulgą opuścili kamienicę, teraz już obaj naznaczeni sadzą i noszący na twarzach ślady niedawnego przestrachu. W dziennym świetle Hannibal mógł wyraźnie dostrzec odciski palców na gardle kolegi.
- Że też musi każdego obmacać… - mruknął, przewracając oczami.
Prawy nadgarstek Jaspera również nosił ślad dłoni, tym razem - selwynowej. Hannibal na chwilę zatrzymał na nim wzrok.
- To czarne gówno schodzi ze skóry i ubrań, tylko w samym mieszkaniu jest niezmywalne - zapewnił.
Ruszyli w dół ulicy, próbując lekką rozmową zatrzeć swój niepokój. Na wszelki wypadek, nie oglądali się na okna kamienicy, którą zostawiali za sobą.
Koniec sesji