26.12.2025, 23:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.03.2026, 23:13 przez Aaron Andrew Moody.)
Przechadzka po Dolinie Godryka
– ...A jeśli ktoś dziś zapyta nas o nazwisko, powiedz po prostu pierwsze, które wpadnie ci do głowy – mruknął, nachylając się ku Lorien, niby to niechcący musnąwszy ustami jej ucho. – Ale, przysięgam, jeśli będzie to nazwisko kogoś poszukiwanego listem gończym... Uznam to za osobistą zniewagę.
Uśmiechnął się lekko, z aktorskim zacięciem podkręciwszy wąsa, jak na rasowego aurora działającego pod przykrywką przystało. Nieco rozbawiony był masakradą, jakiej właśnie się dopuszczali. Od czasu zaręczyn poszukiwali małego domku na wsi, ale nie chcieli, aby wieść o tym rozniosła się po ludziach. Paranoja Aarona robiła swoje... Ale przecież nie możemy kupić w ciemno, przekonywał Lorien, która zachwycała się każdą wymagającą gruntownej renowacji ruderą porośniętą bluszczem. Domagał się, żeby obejrzeli osobiście każdą wystawioną na sprzedaż lokację, i miał rację. Lorien wysłuchiwała prezentacji agentów nieruchomości, podczas gdy Aaron latał z różdżką jak poziomnicą, podskrobał paznokciem tynk, opukiwał ściany nośne... Tylko po to, żeby potem pokręcić z dezaprobatą głową. Tworzyli naprawdę dobrą drużynę. Odwiedzili już ze trzy posiadłości, wszystkie pod Londynem, zanim padł pomysł przeniesienia się jeszcze dalej od miejskiego zgiełku... A czy istniało bardziej sielskie miejsce niż Dolina Godryka? Zabrał Lorien na przechadzkę, żeby obejrzała sobie osadę na spokojnie. Sam bardzo dobrze znał te okolice, bo przecież za dzieciaka często gościł w Warowni, bawił się w okolicznych lasach, bujał się z Woodym i resztą przyjaciół po miasteczku.
Aaron spojrzał na swoje odbicie w witrynie malutkiego sklepiku położonego w blisiim sąsiedztwie kościoła. Przez moment naprawdę nie rozpoznał człowieka, który odwzajemniał jego spojrzenie. Eliksir wielosokowy naprawdę robił robotę. Obcy kształt szczęki pokrytej zarostem, zaskakująco prosta linia nosa, rozmierzwione jak u młokosa włosy, jak gdyby dopiero zszedł z miotły...
– A niech cię wszyscy diabli porwą! – Usłyszeli nagle przekleństwo. Aaron uniósł brwi. Przed budynkiem plebanii stało bowiem auto z podniesioną maską, a obok niego, zaaferowany mężczyzna w sutannie. Skrzywił się, słysząc jak próbuje odpalić silnik. Na początku zarzępolił straszliwie, a potem zaczął dziwnie piszczeć... W myślach ocenił, na ile czasu mniej więcej wystarczy im eliksiru wielosokowego, gdy ksiądz potykając się, wypadł z auta, klnąc na czym świat stoi.
Nie spodziewał się, że ktoś go w takim stanie zobaczy.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Pan nasz i zbawiciel, niech mu będą dzięki. Syn Boży, co stał się człowiekiem, ukrzyżowany również i za mnie, zesłał mi tych, co pomogą mi krzyż mój ponieść... – Przywitał się, ledwo dech łapiąc. – Dzień dobry, dzień dobry, drogie dzieci. Czy wyście moi parafianie, czy nie moi? – spytał dobrodusznie proboszcz, przecierając chusteczką spocone pod czapką czoło. Odsunął się od na wpół rozbebeszonego auta, które stało na podjeździe plebanii. Zaplótł przed sobą ręce na lekko wybrzuszonej sutannie, jak gdyby szykował się do modlitwy, choć dostojnym gestem próbował po prostu zatuszować swoje zakłopotanie. Zapomniał jednak o tym, że ręce usmarowane ma smarem, którego plama zdobiła również niewielkie okulary, osadzone na mięsistym, księdzowskim nosie. Kryły się za nimi przenikliwe oczy o przyjacielskim wejrzeniu. – Dużo się ostatnio tutaj do nas ludzi sprowadza. Młodych małżeństw... Miło mi zawsze witać w naszej małej wspólnocie... A może wy na zapowiedzi przyszliście? O panienko przenajświętsza – westchnął cienko ksiądz, gdy światła auta znowu zamigotały, i zgasły. Porzuciwszy dumną pozę, ucisnął nasadę nosa, widocznie doprowadzony na skraj wytrzymałości.
– Aha. Pewnie byłby dobry, gdyby łożyska w alternatorze nie poszły – odpowiedział bardzo rezolutnie Moody, przestępując z nogi na nogę, jak gdyby zastanawiał się, jak podejść do księdza w pojedynku. Nawyk, którego nie potrafił się wyzbyć po tylu latach pracy jako auror. Spojrzał wymownie na stojącą obok Lorien. – Miło księdza poznać, ale my jeszcze nie parafianie. Chociaż z żoną... – Uniósł lekko ich splecione dłonie, uśmiechając się cwaniacko pod bujnym wąsem. Nie tyle, żeby oszczędzić mugolowi zakłopotania, co żeby się zwyczajnie pochwalić. Czuł wciąż na sobie spojrzenie Lorien, ale tylko splótł ich palce na nowo ze sobą. Może i nie byli jeszcze małżeństwem, ale czemu nie miałby się nie cieszyć, skoro już byli ze sobą po słowie? A nawet gdyby, nie byli tutaj oficjalnie. Nikt nie mógł ich przecież rozpoznać ze zmienionhmi twarzami. – ...Myślimy o przeprowadzce. Spokojna to okolica?
Ale ksiądz już go nie słuchał. Ucieszony kłaniał się Lorien, na co Aaron lekko zmarszczył brwi. Normalnie pogłębiłby tylko nieco charakterystyczną, gniewną zmarszczkę na czole, ale z tą głupią, przesadnie ekspresyjną twarzą młodzika, wyglądał jak naburmuszony kogut, który stroszy pióra. Wyglądający spod płaszcza kolorowy kaftan, do założenia którego namówiła go narzeczona, wcale nie poprawiał sytuacji. Podobnie jak i to, że klecha skomplementował, że Lorien bardzo szykownie wygląda w swoim ulubionym futerku. Wyczuł, skubany księdzowski manipulant jak się wkraść w jej łaski, skwitował w myślach Aaron. Nie ufał z reguły przedstawicielom stanu duchownego, ale kojarzył z widzenia tutejszego plebana, Petera Wolfgoata, który posługę w anglikańskiej parafii w Dolinie Godryka pełnił od wielu lat. Do obcych religii zawsze odnosił się ze stosownego dystansu badacza historii, bo chociaż pozostawał zdeklarowanym antyklerykałem, wychowany został w wierze w Matkę. Nie w żadnego mugolskiego boga, o którym ksiądz gadał z żarliwością właściwą fanatykom... Szkoda, że Moody nie słyszał samego siebie, gdy snuł na głos wizje o podejrzanie przypominającym faszystowską dyktaturę ustroju magicznego państwa policyjnego. Brzmiał wtedy bardzo podobnie.
– ...Czy mógłbym wypożyczyć pani męża? – spytał konspiracyjnym szeptem proboszcz Peter. Popatrzył na zmienione pod wpływem eliksiru wielosokowego twarze Lorien i Aarona z tym specyficznym, duszpasterskim półuśmiechem. Jak gdyby w nawróceniu tych dwóch zbłąkanych owieczek na drogę Pana dostrzegł nagle sens całej swojej posługi. – Wygląda na to, że zna się na autach. Doprawdy, opatrzność mi was zesłała, pani...? Bo ja przecież po biskupa muszę podjechać, z dworca dostojników odebrać. Odpust jutro.
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.