Musiała to przyznać: nie podobała jej się jesienna pogoda w Anglii. Pal licho temperatury (chociaż ciągłe noszenie płaszcza nie należało do najwygodniejszych), ale to ten ciągły deszcz nie polepszał sytuacji. Kałuże na podwórku Ostoi dla zwierząt i błoto były do przeżycia tylko na chwilę, ale prawda była taka, że McGonagall była przyzwyczajona do nieco innych warunków; do morderczego słońca palącego w kark, do gorącego, parzącego wręcz piasku pod podeszwami, wsypującego się pod ubranie.
Ale tę paskudną pogodę rekompensowały spotkania z rodziną – co prawda małą, ale rodziną. Ginny wracała z Walii do Pangbourne kiedy tylko mogła, by pomagać ze zwierzakami, których było tutaj trochę zbyt dużo jak na trzy osoby pracujące i mieszkające tu na stałe (a teraz nawet nie sypiające na miejscu, przez tę cholerną runę, która nie pozwalała im spać – Gin wracała więc na noc do Walii, a te ciągłe podróże przypłacała bólem brzucha, więc… nie było ich tez znowu aż tak dużo).
Dzisiaj okazało się, że lwia część pracy odbywała się na zewnątrz. Malcolm McGonagall robił coś w szopie, pewnie wbijał drewniane karmniki, paśniki albo domki, które miały być później umieszczone w pokojach zwierząt, zamieniając te zużyte. Halsey McGonagall, żona Malcolma, kręciła się w domu i przygotowywała podwieczorek (i obowiązkową herbatę, a także dzbanek parzonej mięty z jej własnych zapasów przydomowych ziółek), a Ginny…
Cóż, Ginny, a raczej śliczny miedzianorudy kot, krążyła właśnie tam i z powrotem za szopą, pod zadaszeniem, gdzie trzymano drwa do napalenia w kominku, skryta przed deszczem, ale wyraźnie nań nie zwracająca uwagi – bo złote oczy wpatrzone były w jakiś punkt na stercie. Maszerowała cicho na tych swoich łapkach, dochodziła do końca składziku i zawracała, łeb ciągle uniesiony był w górę – wyglądało to tak, jakby kot w charakterystyczny dla siebie sposób wykonywał te wszystkie skomplikowane w głowie obliczenia, szukając najlepszego dla siebie miejsca, by wskoczyć wyżej.
Ze środka sterty drewna dobiegały jakieś odgłosy…