Zmierzchać będzie.
With shorter days and longer nights.
The wheel has turned, the time will change,
The darker side of the earth remians.
There's magic in the lunar light,
With intuition at its heigt.
The alchemy of Morher Earth,
From birth to deat, will come rebirth.
Myślosiewnia w Strażnicy przyjmowała w milczeniu wszystkie paskudne słowa, które żabim jadem wyciekły spomiędzy jej warg. Słowo do słowa, każda wątpliwej jakości "przepowiednia" której stała się bramą z powodu... czegoś, kogoś, zaklęcia, klątwy czy innego jeszcze niezidentyfikowanego gówna.
Przyjmijcie ten porządek, a odnajdziecie sens; sprzeciwcie się, a zostaniecie wymazani z kart historii..
Było Mabon i za kilka godzin miała spotkać się w nowej restauracji Bertti'ego z Aaronem i Alastorem. Powiedzieć, że skręcało ją z nerwów w żołądku to mało.
Mój triumf to porządek świata, w którym nie musimy ukrywać naszej magii..
O tym powinna chyba zaraportować Harper i Jonathanowi... Ostentacyjne nawoływanie do najważniejszego prawa czarodziejów może wpłynie na zakonserwowane kodeksami puszki. Chociaż czy ingerowanie w Ministerstwo miało taki sens? Gdyby nie Jonathan, najprawdopodobniej zakładałaby się bardzo ochoczo, że tam już wszyscy są Śmierciożercami łącznie z Jenkins.
Wasz ból jest bramą do prawdy. Uczyńcie z mojego imienia kompas i podążajcie za słowem, które niesie się ustami Londynu..
Największa bzdura. Imię, którego nie mogła wymówić, a które miało być kompasem.
– Pierdolony Voldekurwamord – wycedziła składając ostatnie ze wspomnień do zakonowej myśliodsiewnej.
Ale spotkanie z Morpheusem nie miało odbywać się tutaj. Papcio Morfina miał parę spraw do załatwienia w swojej ruderze, nazywanej szumnie posiadłością czy zameczkiem. Moody nie oponowała. Jego obecność i tematy, które mieli podjąć skutecznie odsuwała od niej myśl o rodzinnym spotkaniu. Chciała przyjść punktualnie, żeby nie robić przykrości Bertiemu, ale jakoś nie wierzyła, żeby mężczyźni z jej familii podeszli do sprawy z taką samą dbałością.
Zamiast ciężko wzdychać, zamiast rozpaczać, płakać, odwoływać wszystko, wyszczerzyła zęby w uśmiechu, rzuciła coś o tym, że zjeb Voldemort nie będzie jej ruchać twarzy i przeskoczyła z Morpheusem do jego włości.
– A wiesz, śniło mi się dzisiaj wyjebanie dużo śniegu. Nie wiem czy się tak napatrzyłam na ten pierdolony czarnomagiczny opad, że mi się to skojarzyło, ale tym razem padał na mnie prawdziwy śnieg. Nadzieja. Nowe możliwości. Moja głowa zwykle dopierdala mi koszmarami, a teraz... nie wiem, jakoś tak mi było lekko. I potem wzięłam gigantyczną szuflę, większa ode mnie, i zaczęłam ten śnieg odgarniać. – Ton miała lekki, choć takie sny bardzo ją stresowały. Odbiegały od normy. Były... niosły posmak nadziei, że może krew Trelawneyów wciąż gdzieś w niej wrzała. Wciąż miała znaczenie. Może była późno zakwitającym kwiatkiem. Pierdolonym kwiatkiem lotosu. – No i tak się umęczyłam tym odśnieżaniem, że rano jak się obudziłam to bolały mnie łapska. Nieźle nie? A ciągle padało i padało. Pizdyliard śniegu. Nigdy nie widziałam tyle tego gówna, co w moim śnie. – Czy to miało aż takie znaczenie? Rozpaczliwie chciałaby pozbyć się problemów, przełamać bariery, mieć poczucie, że jej praca nad sobą, nad zakonowymi sprawami ma sens. Chociaż może nie miała? Może to, że ciągle padało...
Potrząsnęła głową odganiając złe myśli i poprawiła chyba basiliusowy szalik. A może thomasowy? Wsadziła nos w wełnę i z pewnym zakłopotaniem zdała sobie sprawę z tego, że nie umie powiedzieć.