• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
1 2 3 4 5 … 11 Dalej »
[11.09.72] Teatr dla gojów

[11.09.72] Teatr dla gojów
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#11
17.03.2026, 00:07  ✶  
Domyśliłem się, że babcia nie krzyczy. Można się zorientować również po braku wykrzykników na końcu jej dialogów. Kiedy piszę o krzyku, nie mam na myśli dosłownego wydzierania pizdy, a odbieraniu sytuacji z perspektywy Louvaina. Dla niego sposób prowadzenia rozmowy przez Philomenę czyli stanowczy ton i wyraźnie nastawiony na wyciągnięcie z niego konkretnych deklaracji jest formą presji, którą odbiera jak podniesiony ton. Coś kiedy będąc dziećmi dostawaliśmy opierdol od starszych, wtedy też w skrócie myślowym mówiło się, że ktoś na nas "nakrzyczał", choć nikt nawet nie uniósł głosu. Rozumiem, że bardzo zależy ci na kreowaniu babci jako chłodnej jednostki, natomiast moja postać nadal może interpretować jej zachowanie tak, jak je odbiera. To po prostu drobne złośliwości w narracji Louvaina, a nie próby przypisania charakteru twojej postaci. Wierzę że dasz radę to dźwignąć.

Przyjął jej słowa z obojętnością pozbawioną sprzeciwu. Tak jak przyjmuje się stal przyłożoną do gardła  z pełną świadomością, że nie należy wykonywać gwałtownych ruchów. Philomena mówiła długo, metodycznie rozplatając jego myśl, aż została z niej sama konstrukcja, odsłonięta i wystawiona na ocenę. Nie było w tym ani złośliwości, ani litości. Raczej chirurgiczna dokładność starego umysłu, który od dziesięcioleci rozbierał cudze idee na części pierwsze. I właśnie ta sprawność zaczęła w nim budzić niepokój. Z każdą kolejną uwagą Philomeny Louvain coraz wyraźniej odczuwał, jak przestrzeń między nimi się kurczy. Jakby jej słowa nie były jedynie argumentami, lecz ścianami, które powoli przesuwają się ku sobie, zostawiając mu coraz mniej miejsca na manewr. Rozbijała kolejne warstwy jego retoryki z niemal bezwysiłkową precyzją, tak naturalnie, że aż zastraszająco. Nie nadążał. Własne myśli zaczęły wyprzedzać się nawzajem; ledwie zdążył sformułować jedną linię obrony, już widział, jak w jego wyobraźni Philomena rozkłada ją na części. Fale idei, które jeszcze chwilę temu wydawały się zwarte i pewne, teraz rozbijały się o żelazną logikę nestorki niczym woda o skałę. Na moment poczuł coś, czego nie doświadczał często, impuls wycofania. Myśl, że być może będzie musiał ustąpić, przemknęła przez niego gwałtownie, niemal fizycznie. Puls odezwał się w gardle, wyraźny, ciężki, jakby serce próbowało wyrwać się z klatki piersiowej i uciec zanim padnie kolejny argument. Ale równie szybko pojawiło się coś silniejszego. Nienawiść. Nie była gwałtowna ani dzika; była gęsta, lepka i znajoma, jak ciemna rzeka płynąca pod powierzchnią wszystkiego, co robił. Wobec niej strach był tylko chwilowym skurczem mięśnia.

Powoli pozwolił sobie na delikatne zgięcie karku, jakby rozluźniał napięte ścięgna szyi. Gest był drobny, niemal niezauważalny, lecz przyniósł ulgę. Powietrze wypełniło płuca głębiej. Jeszcze raz zebrał wszystkie myśli, te, które ocalały z jej rozbiórki. I złożył je w nową konstrukcję. Już prostszą, już twardszą. Dopiero wtedy podniósł głowę. - Ma pani rację - powiedział bez ociągania. - Hasło było nieprecyzyjne. Uniósł lekko podbródek. - Nie będzie więc “pokoju przez ustępstwa”. Będzie pokój przez przywrócenie porządku. Zrobił krótka pauzę. - Ministerstwo ustąpi. Nie przed Voldemortem, a przed rzeczywistością, którą samo stworzyło. Przed faktem, że ich porządek nie działa. Że wojna trwa, bo ich system nie potrafi jej zakończyć. Przesunął ciężar ciała nieznacznie, jakby dopiero teraz przechodził do sedna. - Mówiła pani o gniewie ludzi. O strachu i frustracji. Ma pani rację także i w tym. Społeczeństwa w takim stanie potrzebują prostego wyjaśnienia świata i prostego winowajcy. Podniósł spojrzenie. - Otrzymają go. Nie rozwijał tej myśli od razu; pozwolił jej wybrzmieć. - Idea kulturowego monolitu świata magii jest starsza niż każdy rewolucjonista zliczony razem do kupy. Starsza niż Ministerstwo, starsza niż ta wojna. Przez stulecia była fundamentem naszego porządku. To Ministerstwo ją naruszyło. Jego ton odzyskiwał swój własny chłód. - Otworzyli drzwi domu, który nie był ich własnością. Zatarli granice między tym, co jest nasze, a tym, co zawsze było obce. A kiedy porządek pękł, próbowali utrzymać władzę, wpychając całe społeczeństwo w konflikt, który nigdy nie powinien dotyczyć większości czarodziejów. Uniósł dłoń tylko na chwilę. - To nie jest wojna między Voldemortem, a społeczeństwem. To walka rządzących z rządzonymi. Konflikt zgniłych elit z suwerenem o kształt świata magii. Ministerstwo uczyniło z obywateli zakładników tej walki. Wciągnęło ich w spiralę brutalności, która przypomina już bardziej krąg rodzinnej przemocy, niż wojnę polityczną. I tak długo jak ten dom pozostanie otwarty dla tych, którzy nie traktują go jak własnego, ta spirala nie ustanie. Jeszcze jedna krótka pauza na złapanie oddechu. - Jeśli ludzie są gniewni, wskażemy im przyczynę chaosu. Nie kolejnego mściciela. Nie abstrakcyjne idee. Jego spojrzenie pozostało nieruchome. - Mugolaków. Ludzie potrzebują porządku. A porządek zaczyna się od granicy. Dopiero teraz po wyłożeniu swojej perspektywy na ułożenie wektorów tego konfliktu wrócił do wcześniejszego wątku. - Pax Magicka nie obieca pokonania Voldemorta. Obieca coś bardziej realnego. Zakończenie chaosu poprzez odbudowę porządku społecznego, który istniał zanim Ministerstwo uznało, że może go dowolnie przebudowywać. Wyprostował się nieco. - Ministerstwo ustąpi. System zostanie naprawiony. Granice zostaną przywrócone. A wtedy wojna przestanie mieć sens. Nie dlatego, że ktoś ją wygra. Dlatego, że zniknie powód, dla którego w ogóle wybuchła. Spojrzał na nią spokojnie raz jeszcze, z tym samym błyskiem w oku typowym dla młodej krwi. - To jest droga do pokoju. Segregacja poprzez status krwi, dodatkowe uwierzytelniania, ograniczanie swobód wypowiedzi, ograniczanie reprezentacji na stanowiskach publicznych. To zagwarantuje coś więcej, niż zażegnanie konfliktu. Zapobiegnie wybuchowi kolejnych. Milczał jeszcze chwilę, jakby rozważał, czy powiedzieć coś więcej. W końcu uniósł lekko brwi nie w geście wyzwania, lecz w niemal chłodnym uznaniu.

- I dlatego właśnie przyszedłem do pani. Jego głos pozostał spokojny, lecz tym razem było w nim coś wyraźniej szczerego. - Sposób, w jaki rozbiera pani argumenty, jest… bezlitosny. Nie pozostawia nawet cienia przestrzeni na myślową lukę. Właśnie dlatego nikt nie nadaje się lepiej do pilnowania przekazu. Nie była to pochlebcza nuta; raczej stwierdzenie faktu. - Jeśli Pax ma istnieć jako coś więcej niż kolejna efemeryczna inicjatywa polityczna, potrzebuje kogoś, kto będzie kształtował jej język z taką samą surowością, z jaką pani przed chwilą rozebrała mój. Uniósł lekko dłoń, wskazując przestrzeń między nimi, jakby tam właśnie materializował się przyszły projekt. - Redaktor naczelnej, który nie pozwoli, by przez nasz przekaz prześlizgnęło się choćby jedno zdanie pozostawiające pole do niebezpiecznej interpretacji. Teraz spojrzał na nią już zupełnie wprost. - Pani Mulciber, nie przyszedłem tu tylko po aprobatę. Przyszedłem po pani udział. Ktoś musi pilnować, żeby nasz dom był zbudowany z kamienia, nie z papieru.



i got ninety-nine problems but a bitch Mulciber ain't one
adwokat diabła
They will eat from the ground
beneath my throne
wiek
93
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
publicyska, prawniczka
Szczupła kobieta w podeszłym wieku, która swój wysoki wzrost (177 cm) podkreśla chętnie obcasami, nie pozwalając byle komu patrzeć na siebie z góry. Całą swoją prezencją zwraca uwagę: upinaną w wymyślne kształty fryzurą z siwych włosów, eleganckim i drogim strojem, ciężką biżuterią.

Philomena Mulciber
#12
08.04.2026, 16:53  ✶  
Nigdy nie sposób było być pewnym młodych mężczyzn obdarzonych temperamentem podobnym temu młodego Lestrange’a. Bywali zarozumiali, nadmiernie pewni siebie, wrażliwi na krytykę — a jednak Louvain przyznał pani Mulciber rację, co usposobiło do niego staruchę nieco przychylniej. Niechże dowodem onej przychylności będzie chociażby to, jak skinęła głową w geście pochwały, gdy padło sformułowanie o Ministerstwie czyniącym z obywateli zakładników walki. Był to doprawdy obiecujący kierunek.
Wiele zdań, które wypowiedział Louvain Lestrange przypominało to, o czym sama Philomena pisała od dekad. Dołączenie do projektu Pax Magicka w tym kształcie byłoby więc naturalną kontynuacją jej prac; nie zmieniłoby ich toru.
— I czyż mugolacy nie są w rzeczy samej zaczątkiem wszelkich problemów? Ubolewam od lat nad tym, że kwestia mugolacka nie zyskuje wystarczającego posłuchu. Tak długo, jak ci ludzie funkcjonują na równych nam prawach, tak długo nie będzie to kwestia podkreślona wystarczająco. — Przytaknęła mu w tonie takim, jakby publiczne wskazywanie mugolaków jako źródła wszelkich problemów nie było żadną taktyką polityczną, a jedyną słuszną drogą.
Philomena Mulciber była wyrachowana i wszystkie słowa obliczała na zysk polityczny, również te słowa o panoszących się po magicznej Anglii szlamach. Pod tą wykalkulowaną linią programową w szczerości serca nimi pogardzała i nienawidziła tych poślednich istot wartych niewiele więcej niż skrzaty domowe. Widziałaby oba te gatunki w tym samym miejscu: zniewolone pod podłogą jej lśniącej kancelarii, wypuszczane jedynie nocą do najniewdzięczniejszej pracy. Wtedy może mugolactwo poznałoby wartość czystokrwistych czarodziejów. Mugolacy rzuceni na kolana, odarci ze skandalicznego poczucia, że są pod jakimkolwiek kątem równi czarodziejom takim jak Philomena Mulciber. Nie byli równi. Nie będą równi.
Absolutnie nie wierzyła, że mugolactwo stanowi zagrożenie, mimo że zarzekała się o tym na niezliczonych stronicach swoich artykułów. Mugolactwo było zwyczajnie odrażające i nie powinno być dla tej szarańczy miejsca przy czarodziejskim stole.
Projekt Louvaina w tym kształcie był więc czymś więcej niż strategią polityczną — był kolejnym sposobem, aby karaluchy dognieść butem do ziemi.
— Wojny nie ustają wraz z ustaniem ich przyczyn — zauważyła spokojnie Mulciberowa, uważniej przyglądając się reakcji Lestrange’a na to stwierdzenie. — Z pewnością nie tych przyczyn, jakie wodzowie na wojnach mienią swoimi celami. Manifest Voldemorta to nic więcej niż chorągiew, którą on powiewa, aby zwabić myślących podobnie. Choćbyśmy bowiem spełnili jego manifest co do litery, wojna nie ustanie tak długo, jak długo ten człowiek nie otrzyma władzy bądź nie zostanie rozbity. Mam nadzieję, że jest pan tego świadom. — To powiedziawszy, starucha schyliła na moment głowę, aby odnotować coś krótko w dzienniku leżącym na biurku. — Skoro mamy między sobą porozumienie na tej płaszczyźnie — powróciła spojrzeniem do Louvaina, odkładając pióro — pana nowe motto jest, panie Lestrange, dobre. Przez porządek ku pokojowi. Nie będzie pokoju, jeśli nie poukładamy pierwej społecznego ładu w sposób właściwy. Nie ma możliwości, aby Ministerstwo w obecnym kształcie poradziło sobie z kryzysem. Nie będzie natomiast powodów, aby podążać drogą krwawej rebelii, jeśli przemiana dokona się pokojowo. Kto, szanowni państwo, będzie dołączał do zamachu na swój własny dom, kiedy ów dom jest pod jego wyłączną opieką? — Ostatnie pytanie Philomena zwróciła uroczystym tonem niby do niewidzialnej publiki.
Nie obiecywali w tym bezpośredniego pokonania Voldemorta. Nie obiecywali również uznania jego władzy. Głosili jedynie, że nie będzie nikogo wśród nich, czystokrwistych elit, kto by miał chętkę niszczyć ustrój, jeśli przywrócone zostaną dawne układy. To złudzenie kompromisu Philomena była gotowa rozgłosić pod swoim nazwiskiem.
Gdy Louvain wysunął wreszcie oficjalną propozycję, mecenas Mulciber patrzyła nań z właściwą sobie wyższością — miała moc uczynić mu przysługę. Starej nienawistnej jędzy nie pozostało już wiele więcej niż ta wyższość. Jej niegdysiejszego piękna można było już tylko poszukiwać na zdjęciach w archiwach bądź w wyjątkowo barwnej wyobraźni. Została po pięknej kobiecie starucha, której opadały powieki, skóra na szyi wisiała, włosy się przerzedziły. Nie łaknęła już więcej bogactw — życia by jej nie starczyło, aby zużyć to, co zdążyła nagromadzić. Na skinienie palca miała dowolne luksusy. Nie goniła za sławą, gdy niemal wszyscy czarodzieje Londynu znali imię Philomeny Mulciber, nawet jeśli nie budziło ono w nich pozytywnych skojarzeń. Jedyne, czego wciąż łaknęła, to wyższość i władza. Ambicja tego, aby nie tylko swoje prywatne włości ułożyć po swojemu, lecz całemu Londynowi narzucić swój program.
I kimże miał być jej wspólnik? Buńczucznym dzieciakiem, na którym trudno było polegać. Dziś przyznał jej rację, lecz czy przyzna ją i jutro? Gdyby tylko jednak zdołała go pokierować i przejąć nad projektem wystarczająco dużą kontrolę — to mogłoby być dla niej samej oraz rodu Mulciber korzystne.
— Z przyjemnością przyjmę pana ofertę. O ile, to oczywista, w szczegółowym planie projektu nie wynajdę uchybień. Pozostaję tymczasem dobrej myśli, jako że wierzę w pana oddanie właściwej idei — rzekła wreszcie łaskawie, pieczętując wstępnie ich umowę. — Niechby był pan jedynie łaskaw zdradzić mi jedną jeszcze rzecz, panie Lestrange. — W głosie Philomeny pojawił się cień autentycznego zaciekawienia. — Jaka jest w tym przedsięwzięciu pańska rola? Jest pan twarzą Pax Magicka czy cichym właścicielem widniejącym wyłącznie w dokumentach? Czyżby zatęsknił pan za światłem reflektorów i planował rozpocząć karierę w polityce?


głosujcie na mnie, bo nie macie innego wyjścia
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Louvain Lestrange (5040), Philomena Mulciber (4671)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa