Rzeczą ludzką było doświadczać, błądzić i na błędach się uczyć, by wyciągnąć właściwe wnioski. Christopher miał za sobą niezbyt udany epizod, ale wyglądało na to, że wszystko, co powinien z tego wynieść – wyniósł. Victoria rzeczywiście nie była tak temperamentna, była spokojna… a przynajmniej pozornie, a już na pewno w kontraście do panny Avery. Jeśli już chciało się mówić o przypisaniu żywiołu, to pasował do niej ten, który opisywał jej znak zodiaku – ziemia. Lestrange twardo stąpała po ziemi, była realistką, nie była nadmierną ryzykantką i zdecydowanie nie wybuchała emocjami, które spalały ją jak supernową. Była zdecydowanie stabilna i nie poddawała się humorkom drugiej strony – znosząc z anielską cierpliwością na ten przykład wahania nastroju Sauriela i jego wieczne niezdecydowanie i chimeryczność. To znaczy miała coś z ognia – tego, który czaił się w jej genach, tego, który sobie ukochała, że traciła cierpliwość bardzo szybko, gdy jej na kimś lub na czymś nie zależało, ale zdenerwować ją nie było tak prosto. W przeciwieństwie do Cressidy.
– Jeśli to cię uspokoi, to nigdy nie umawiałam się z żadnym z twoich bliższych znajomych – proszę, oto szybka ankieta i jeszcze szybsza odpowiedź, ale to rzeczywiście była prawda, że z nikim z bliskiego otoczenia Christophera się nie umówiła. To jest: z własnej woli, bo wiadomo, pozostawała kwestia jego kuzyna i przymusu ze strony rodziny, ale z jego obecności Lestrange ulatniała się gdy tylko mogła, unikała go ile się dało i nie pozwalała się nawet złapać za dłoń, nie było więc o czym mówić.
Słyszała, że mówił coś o Rookwoodzie, ale docierało to do niej jak zza ściany wody – zniekształcone, nieco odległe, gdy ona wpatrywała się w kobietę, która postawiła cały jej organizm w system wczesnego ostrzegania i taką panikę – percepcja potrafiła być prawdziwą suką, zwłaszcza jak nie działała za dobrze. Nie myślała o tym, jak to musi wyglądać na zewnątrz, w ogóle o niczym nie myślała. Dopiero dotyk na dłoni sprawił, że dość mechanicznie przeniosła spojrzenie na Christophera i patrzyła na niego z zagubieniem i bezradnością. Wydawała się równie nie rozumieć co się dzieje, jak wtedy, gdy na balu nagle wybiegła na zewnątrz po tym, jak dopiero co wrócili na salę. Dopiero pytanie Chrisa sprawiło, że cokolwiek do niej dotarło. Mrugnęła i obraz się wyostrzył, przez kilka sekund patrzyła tak na niego, nim tę drugą dłoń, której nie dotykał, przesunęła po stoliku i przyłożyła sobie do czoła.
– Przepraszam – odparła, odetchnęła i spróbowała się uśmiechnąć. – Wystraszyłam cię? – nie bardzo chciała wychodzić, nie. Trochę się bała, że nogi się pod nią ugną, miała wrażenie, że przez tę chwilę świat bardzo się zawęził i zresztą jak znowu spojrzała za ramię Chrisa, to z zaskoczeniem przyjęła, że nie widziała już kobiety, która wprawiła ją w takie osłupienie.
Czy ona naprawdę traciła rozum? Przecież babci tu nie mogło być, tak? Ale skoro razem z kuzynem widziała jej odbicie w stawie, to chyba nie była szalona?
– Nie chcę wychodzić. Coś mi się… przywidziało – chciała powiedzieć, że to nic takiego, ale choć nie lubiła ludzi martwić niepotrzebnie, to nie chciała też umniejszać Rosierowi. – Wybacz, co mówiłeś wcześniej?