• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[18.09.1972] Chcę, by mi natychmiast, w tej chwili, zwrócono mego ukochanego Mistrza

[18.09.1972] Chcę, by mi natychmiast, w tej chwili, zwrócono mego ukochanego Mistrza
Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#1
30.03.2026, 17:45  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.04.2026, 10:03 przez Lorien Mulciber.)  
[Obrazek: imgproxy.php?id=nhPUKDc.png]
18.09.1972 późny wieczór prawie noc. Mieszkanie Aarona Moody'ego w Camden
Nie do końca miało tak wyjść.
W repertuarze było tylko ewentualne wyskoczenie na jednego drinka po meczu, bo przecież nie liczyło się, że Zjednoczeni jakimś cudem wygrali pomimo dwóch goli wbitych przez kapitana Gargulców. Jutro... Jutro będą musieli iść do pracy, więc należało się położyć wcześniej, ale… no właśnie ale.
Wylądowali w jakiejś mugolskiej knajpce (o dziwo całkiem urokliwej i jak na porę niedzielną pustawej) pomiędzy stadionem, a centrum Londynu, która swojej wódki nie chrzciła, a i niedawno wprowadziła do swojej karty rzecz wręcz niezwykłą - espresso martini. Połączenie kawy i alkoholu brzmiało wspaniale, smakowało jeszcze lepiej. Lorien aż się zaświeciły oczy, gdy znudzona życiem barmanka wymieniała składniki tego zwieńczenia ludzkiego geniuszu Co prawda w połowie trzeciego kawowego drinka (w ogóle jej nic nie siekło!) pani Mulciber zaczęła czuć, że ciepło uderza jej do policzków, a i głowa zaczyna nieco lecieć, ale przecież zaraz wróci do domu i pójdzie spać jak przystało na grzeczną dziewczynkę, prawda? Nieprawda.
Bo pan Moody zapytał czy wie, że ma kota. Nie wiedziała.
Więc zapytał czy chce jego kota zobaczyć. Oczywiście, że chciała. No głupi by tylko chyba nie chciał.
W dodatku kot Aarona nazywał się “Kot” co ją szalenie ubawiło, bo przecież jej własny nosił dumne imię “Le Chat”. Przypadek? Jaka była szansa na taki zbieg okoliczności?
Więc tylko dopiła śmietankowo-kawowy ulepek z trudem trzymając się na nogach, tylko troszkę (całą sobą) wsparta o ramię Aarona, który jeszcze walczył z zatrzaskami jej pelerynki.

Takim oto sposobem pani sędzia wylądowała na kanapie u starszego aurora w jego własnym mieszkaniu, przytulając do siebie rozanielonego sierściucha (kota, nie aurora) i szczebiocząc nad nim wszelkie możliwe czułostki - głównie po włosku.
Przecież przyszła tylko na herbatę. Miętową poprosiła, gdy Moody zapytał na co ma ochotę. Z cukrem? Zawahała się. Niech pan przyniesie cukierniczkę. Tak chyba było prościej. Jakimś cudem dorwała w knajpie najnowsze wydanie Czarownicy, które teraz zajmowało większość jej uwagi. Druga półkula spitego mózgu zastanawiała się czy może kota panu Moody’emu ukraść.
Saoirse Spencer-Moon szczerzyła się do niej z okładki tak paskudnie, że Lorien czuła nieodpartą chęć domalowania jej wąsów i okularów. Gwiazdka współczesnego pożal się bogowie popu reklamowała jakiś quiz dla nastolatek. Miło było czasem zajrzeć do bardziej… odmóżdżającej prasy. Bo o ile Proroka Codziennego, zwłaszcza po pożarach, czytać należało, to niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nie lubił sobie raz na jakiś czas rozwiązać testu w stylu “z którego wielkiego czystokrwistego rodu będzie pochodził twój Twój mąż?”. Wyszedł jej Mulciber, więc nie mogła nic dziennikarskiemu instynktowi pismaków z Czarownicy zarzucić. Ale parę dni później w teście na żonę (wypełnionym tylko z czystej ciekawości naprawdę!) wyszła jej Malfoy. Może Eleonora? Chyba jednak wolałaby szanownego pana Ministra Fortinbrasa… Chłopak dziewczyna normalna rodzina czy coś.

„Jaki jest twój język miłości?”
Zanim spojrzała w ogóle na pytania, zrobiła to co robiła zawsze - zerknęła na odpowiedzi na końcu. W końcu jakiś język mógł jej się podobać bardziej niż inny i wtedy należało nieco nagiąć prawdę.
Spędzanie wspólnie wartościowego czasu - niektórzy przywiązują wagę do spędzania czasu z kimś kto jest w pełni obecny. Lubią kontakt wzrokowy, wartościowe rozmowy oraz uwagę poświęconą tylko i wyłącznie im.
Zastanowiła się przez moment. Oczywiście wartościowe i głębokie rozmowy były czymś co lubiła, ale z drugiej strony… ciężko było spędzać czas z potencjalnym partnerem, kiedy się pracowało tyle co ona.

Słowa afirmacji - osoba, której językiem miłości są słowa afirmacji ceni sobie pisemne lub ustne wyrazy miłości i uznania. Lubi listy miłos…
Nope. Na pewno nie to. Co za bzdura. Mało to człowiek miał spamu i ulotek? Naprawdę niektórzy lubowali się w wyjcach romantyczne serenady? Okropieństwo.
Kontakt fizyczny… Ach seks? Ludzie ci czują się bardziej kochani, gdy okazujemy im “fizyczne uczucia”. Czyli seks. Dotyk jest dla nich potężnym łącznikiem emocjonalnym - lubią przytulanie, trzymanie się za ręce, siedzenie blisko siebie i całowanie. Czyli nie seks.
Akty służby. To brzmiało jak coś co pasowało do Pana Moody’ego, ale z pewnością nie do niej. Ceni sobie uczynność, bez względu na to czy czyn jest duży czy mały. Takim osobom może zaoferować pomoc w obowiązkach domowych czy przygotowaniu obiadu. Zmarszczyła nos. Nie zaproponowała Aaronowi że pomoże mu z herbatą, ale uno - była gościem, due - Kot ułożył się na jej piersiach, mrucząc zaciekle, więc nie mogła go zrzucić, tre - istniała obawa, że jak wstanie to padnie na podłogę. Martini przyjemnie huczało jej w głowie.

Ale został jeszcze jeden język, prezenty. Dla tych osób językiem miłości jest otrzymywanie podarunków. Lubiła prezenty. Nawet bardzo. Nie chodzi tu o wartość prezentu… co za bzdura oczywiście, że chodzi. ale o symboliczny gest i wysiłek, który został włożony w jego przygotowanie. Ktokolwiek to pisał musiał być, jak to mówiła jej dobra przyjaciółka, u b o g i. Przewróciła oczami. Takie osoby czują się szczególnie kochane, gdy prezent pokazuje jak dobrze zna je partner.
Ciekawe czy pan Moody wiedziałby co jej kupić? Trudno było przebić prezent, który sprawił jej wraz z ojcem, gdy miała szesnaście lat… Nie. Po chwili zastanowienia się stwierdziła, że makieta Azkabanu się nie liczy, bo pewnie swojej córce też takie piękne rzeczy na urodziny sprawiał. Zresztą byli tylko znajomymi z pracy, po co miałby jej w ogóle sprawiać jakiś prezent?  No ale mógłby, krzywda by mu się żadna nie stała. Takie na przykład kwiaty. Dawno nie dostała od nikogo już kwiatów...

Westchnęła ciężko, całując koci łebek. Po to były kocie łebki, żeby je całować. Stwierdziła, że sam test zrobi jak już pan Moody wyłoni się z kuchni. Albo lepiej - najpierw zrobi test jemu, a sama sobie dopasuje co powinno jej wyjść. Ciekawe czy wolał kobiety doceniające słowa afirmacji czy może nie stroniące od kontaktu fizycznego… Poczuła jak ciepłe policzki rumienią się na nowo na samą myśl, która wcale nie powinna się w jej głowie pojawić! Wszystko przez ten nieszczęsny alkohol.
Ani myślała się przy tym ruszać z kanapy, więc Aaron zastał ją w półleżącej pozycji pod Kotem, opartą wygodnie o wszystkie poduszki jakie zdołała znaleźć z gazetą w rękach. Z jedną nogą wygodnie wspartą o kolano drugiej, sukienka obsunęła się… no dość znacznie, prezentując prześliczne pończoszki zakończone koronką jakie miała na nogach.
- Jaki jest pana język miłości?- Zapytała, unosząc kota na wyprostowanych rękach. Na aurora nawet nie spojrzała.
Karma police
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
52
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na starszego, aniżeli jest w rzeczywistości: na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki, a pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty – wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja – z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#2
11.04.2026, 06:01  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.04.2026, 17:18 przez Aaron Andrew Moody.)  
Jaki jest pana język miłości?

– Angielski? – rzucił podejrzliwie Aaron, marszcząc przy tym lekko brwi. Po alkoholu zawsze zachowywał się z większą swobodą, co widoczne było w jego ruchach, gdy rozsiadł się na kanapie obok Lorien. Oparł wygodnie zgiętą rękę o podłokietnik, obracając się, żeby móc patrzeć na kobietę w przeciwnym kącie kanapy. Osunął się nieco niżej w miejscu, aby porządnie wyciągnąć nogi na podłodze. Wygodnie założył jedną na drugą, po czym odchylił głowę do tyłu, poruszywszy przy tym barkami. Zrobił to bardziej z nawyku niż z realnej potrzeby, dawno już bowiem zniknęło z nich napięcie. Jedynie jego twarz pozostawała ściągnięta w skupieniu, jak gdyby napotkał na jakiś niespodziewany problem, który należy rozwiązać. Wyczuwał jakiś podstęp w tym pytaniu, tylko jeszcze nie wiedział dokładnie jaki. Czasem wystarczyło słowo, aby w jego oczach pojawił się ten charakterystyczny błysk ożywienia. Zwykle spotykało się to z natychmiastowym działaniem, teraz jednak mężczyzna trwał rozwalony na kanapie, zdawałoby się, że bez żadnej troski. Nawet poluzowany kołnierzyk i rękawy koszuli, zawiniętej teraz na przedramionach, żeby było wygodniej, nie miały w sobie tej sztywności, jaka zwykła cechować Aarona. Czy auror kiedykolwiek zdejmował zbroję? Marynarka zwisała z oparcia kuchennego krzesła, porzucona podobnie jak pelerynka Lorien, którą pomógł jej nałożyć, a potem zrzucić z ramion. Tatuaże powoli zaczynały się przeświecać spod nałożonych na skórę zaklęć maskujących. A może to była kwestia postawy, spuszczonej gardy, gdy wolną ręką swobodnie oparł się o wezgłowie. Wystarczyłoby poruszyć nadgarstkiem. Wystarczyłoby nieznacznie przesunąć dłoń,  aby móc powieść palcem wzdłuż opartej o nogę nogi, którą bujała w powietrzu. Przesunął tylko wzrokiem, zaczepiając po drodze o odsłonięte udo, po to aby ostatecznie skupić spojrzenie na twarzy półleżącej Lorien, starannie ominąwszy miejsce, w którym podwijała się jej sukienka. Powstrzymał się przed poprawieniem jej. Palcami poruszył jak gdyby od niechcenia, pozbywając się natrętnej pokusy czającej się tuż pod ich opuszkami. Pokusy nie pozbył się tak do końca. Jak mógłby, skoro wciąż siedziała obok. Sprawiało mu to jednak przyjemność. To, że była na wyciągnięcie ręki. To, że była. Pociągnął łyk piwa z trzymanej butelki, żeby zyskać na czasie.
Nie był pijany. Był w tym perfekcyjnym stanie lekkiego podchmielenia, gdy czuł euforię, ale wciąż był w stanie myśleć w pełni logicznie. Rzadki był to stan. Zwykle chlał wystarczająco szybko, żeby płynnie przejść do tych bardziej upadlających etapów upojenia alkoholowego. Ale czasami potrzebował się trochę upodlić, żeby dalej móc na siebie patrzeć. Żeby móc spokojnie zasnąć w nocy. Dopóki był w stanie wstać w porę do pracy, nie miało to znaczenia.
Nie myślał jednak o tym, gdy poszli do baru, wypełnionego śmiechem, odgłosami rozmów, oraz zapachem likieru kawowego. Nie myślał o tym, gdy robił jej herbatę miętową, którą potem wysłał różdżką na tacy prosto na stolik w salonie, nie został bowiem wystarczająco długo sam na sam ze swoimi myślami. Z lekko uchylonych drzwi na balkon doleciał go zapach jaśminu, który skojarzył mu się z jej perfumami. No i jego kot ją polubił.

Kot, jak to kot, chociaż był Kotem, a nie takim sobie byle kotem, przepadał za pieszczotami. Zwłaszcza, gdy głaskało się go po łebku. A potem pod łebkiem. A potem jeszcze całowało i drapało za uszami, za co odwdzięczył się, oczywiście, głośnym mruczeniem. Kot lubił, gdy chwaliło się go za bycie ślicznym, bo nie po to przecież codziennie lizał swoje futerko, żeby wyglądać jak jakiś oszemłany dachowiec. Był kotem domowym, i szalenie inteligetnym, chociaż łebek miał foremny, i wcale nieduży, tylko taki w sam raz na całowanie. Ale był kotem o bardzo dużym rozumku, więc od razu zrozumiał, że przed panią, która go całowała, nie należy uciekać. Zwłaszcza, że pachniała trochę podobnie do jego pana. Pani mówiła dużo rzeczy do kota, trochę tak jak pan, gdy nie mógł zasnąć, tylko nie zawsze mógł ją zrozumieć, bo mówiła jakoś dziwnie. Ale Kot wiedział, że mówiła po włosku, bo mówiła z takim samym akcentem, jak gruby kot właściciela lokalnej pizzerii, którego czasem spotykał podczas łazęgi po ulicach. Ale to było wtedy, gdy był jeszcze pospolitym dachowcem, i nikt nie chciał go całować w łebek. Nie, żeby było mu z tego powodu smutno, ponieważ już wtedy był bardzo pięknym kociakiem, po prostu ludzie zwykli zauważać takie rzeczy z opóźnieniem. Ale nie musiał się wcale tak dużo namiauczeć, żeby jego pan zauważył. W każdym razie, może i nie rozumiał tak do końca, co mówiła do niego pani, ale nie było to takie ważne jak to, jak mówiła. A Kot bardzo dobrze wiedział, że to miało większe znaczenie, bo pan cały czas mówił mu, że jest paskudnym grubasem, i nierobem, i leniem śmierdzącym, ale oczywiście wszystko to były żarty, bo bardzo kota kochał, tylko nie umiał wyrażać swoich uczuć w zdrowy sposób. Kot takich problemów nie miał, dlatego rozłożył się pani na brzuszku. No, może czasem miał problemy, bo przed większością ludzi uciekał, i chował się pod łóżkiem, żeby go nie ukradli.  Co było niby w tym domu cenniejszego niż Kot? Usadowiony na ramionach pana Kot przeczytał wiele raportów o zaginionych ludziach, słyszał też, jak pan czyta sobie na głos coś o porwaniach, o torturach... Może dlatego zaczął się ludzi trochę bać. Ale tylko troszeczkę. Po godzince wychodził przecież ze swojej kryjówki pod łóżkiem. No, może po trzech... Pograżając się w kociej drzemce, zignorował kompletnie pana, który zmianę w zachowaniu zwierzęcia zauważył, ale nic nie powiedział.

Aaron zakołysał w zamyśleniu trzymanym w ręku browarem.

– Chociaż umiem podobno wcale udanie naśladować niemiecki akcent – dodał, kryjąc uśmiech za podniesioną do ust butelką piwa.


!Strach przed imieniem


– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#3
11.04.2026, 06:01  ✶  
Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach. Przerażenie narasta w tobie z każdą chwilą, aż nagle wbrew swojej woli wypluwasz z siebie słowa: Kiedy znów przyjdzie dzień sądu, klęknijcie przede mną, albowiem jestem początkiem lepszej drogi..
Karma police
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
52
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na starszego, aniżeli jest w rzeczywistości: na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki, a pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty – wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja – z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#4
11.04.2026, 06:14  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.04.2026, 06:33 przez Aaron Andrew Moody.)  
– Kiedy znów przyjdzie dzień sądu, klęknijcie przede mną, albowiem jestem początkiem lepszej drogi – wykrztusił gardłowo Aaron, przemówiwszy, co prawda, po angielsku, ale z najgorszym niemieckim akcentem, jaki kiedykolwiek miała w swoim życiu usłyszeć Lorien.

Przymknął na chwilę oczy, czując się tak, jak gdyby serce miało mu wyskoczyć z piersi. Odchylił głowę, oparłszy się o kanapę, tak, że widać było tylko jak drgnęła mu nerwowo grdyka, gdy odchrząknął, próbując odzyskać władzę nad aparatem mowy.

Kurwa mać.

Nie wymyślono jeszcze słów, które byłyby w stanie lepiej oddać to, jak się teraz czuł.

Wziął głęboki oddech, zanim z powrotem obrócił twarz w stronę Lorien.

– Po włosku też znam parę słów – dodał ze zbolałą miną. – Wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciw państwu – wyrecytował płynnym włoskim Aaron. – To, i jeszcze buongiorno.

Słowo "dzień dobry", w przeciwieństwie do hasła włoskich faszystów, wymówił z bardzo pokracznym akcentem, jak gdyby używał tego zwrotu o wiele rzadziej.

Szybko wziął kolejny łyk piwa, coby wypłukać zalegające wciąż w gardle zażenowanie.


– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#5
11.04.2026, 17:07  ✶  
- Angielski?
Niegłupia odpowiedź.- Pomyślała czarownica, leniwie wzrok podnosząc znad gazetki. Usłużnie zgięła nieco nogę, gdy usiadł na kanapie, starając się zrobić mu miejsce, kompletnie nie zwracając przy tym uwagi na fakt, że nawet półleżąc zajmowała zaledwie połowę kanapy. Ale liczył się gest, prawda?
Zmarszczyła delikatnie brwi - nie nad aurorem (choć Aaron z pewnością mógł poczuć, że pani Mulciber papuguje jego grymas na twarzy), a nad samą sobą. Nigdy nie piła tyle, żeby poczuć się w towarzystwie swobodnie. Miała wizerunek do utrzymania. Jeden zły ruch, jeden komentarz rzucony w nieodpowiednim momencie, gdy wino rozwiązało język - a jej kariera i reputacja mogły legnąć w gruzach. Zbyt wiele było do stracenia, żeby warte było podejmowanie ryzyka. Piła tylko w towarzystwie najbliższych; ludzi, którym po prostu ufała. Ilu ich było? Dwóch? Trzech? A jednak wylądowała u pana Moody’ego na kanapie, w jego własnej prywatnej przestrzeni, po spotkaniu, które zdecydowanie nie było randką, w sytuacji na tyle dwuznacznej, że sam fakt doprowadzenia do niej wydawał jej się co najmniej absurdalny. Do tego przytulała jego kota, wypijała jego herbatę i zapewne opróżni z połowę cukiernicy.
I wcale nie czuła się z tym źle.
Zdusiła w sobie tą jedną naiwną myśl, że mogłaby tak żyć. Tak po prostu spokojnie żyć. Z nim? Tego nie była już tak pewna.
Kiedy ostatnio czuła się w czyimś towarzystwie tak dobrze? Kiedy miała poczucie bycia słuchaną i rozumianą? Kiedy ktokolwiek pamiętał co plecie, żeby jej wypomnieć ten nieszczęsny "aparat kognitywny"? Dlaczego wcale jej te drobne uszczypliwości nie przeszkadzały? Dlaczego spędzanie z tym człowiekiem czasu było dla niej tak naturalne jak oddech? Dlaczego nie miała nic przeciwko, a może nawet podobało jej się, że taksuje ją wzrokiem, a mimo to zachowuje stosowny dystans? Dlaczego podświadomie czuła, że w jego towarzystwie nic jej nigdy nie zagrozi? Dlaczego mieli tyle tematów do rozmów? No i na bogów, dlaczego ktoś taki jak Aaron Moody pomimo swojego wieku wyglądał tak dobrze z lekko rozpiętą koszulą i podwiniętymi rękawami?! Naprawdę starała się nie patrzeć na tatuaże, które powoli uwalniały się spod prostego zaklęcia.
Przygryzła wnętrze policzka.
Opanuj się kobieto. Nie możesz go rozszarpać. - Zganiła się naraz wyjątkowo zajęta patrzeniem gdziekolwiek indziej niż w stronę aurora.
A w sumie, dlaczego nie? Nigdzie nie było napisane, w żadnym ministerialnym regulaminie, że sędzia Wizengamotu nie może sobie raz na jakiś czas rozszarpać takiego aurora. A przynajmniej ona w aktualnym stanie nie była sobie w stanie przypomnieć takiego zapisu, więc skoro nie pamiętała - to na pewno go nie było! Ta jedna trzeźwa komórka mózgowa powiedziała “nie i basta”, więc z ciężkim sercem Lorien wróciła do zdecydowanie bezpieczniejszego tematu. A konkretnie debilnego testu w Czarownicy.

- Widzę, że jest pan zupełnie nieobeznany z tematem.- Stwierdziła niemal sucho, zupełnie jakby wiedza o językach miłości była wiedzą powszechną i nauczaną od najmłodszych lat w Hogwarcie. W końcu nawet popularne powiedzenie głosi, że “miłość jest najpotężniejszym zaklęciem”. Lorien osobiście uważała, że było to Imperius, ale nikt jej o zdanie nie pytał. Postukała palcem w stronę z artykułem i już otwierała usta, żeby nieszczęśnika uświadomić, że będzie musiał się już teraz zaraz doedukować, bo ona chce wiedzieć czy są kompatybilni, ale zaczął coś mówić o niemieckim akcencie

A potem… Potem z ust pana Moody’ego wyrwało się coś co sprawiło, że czarownica aż zamknęła usteczka i przyjrzała mu się zdecydowanie uważniej.
Wiedziała, że Aaron był radykałem. Ale żeby wynajdować teksty faszystowskie pewnie wyrwane z jakiegoś przemówienia tego tam nazistowskiego mugolskiego przywódcy już na pierwszej randce? A może to było coś… Grindelwalda? Nie daj boże Voldemorta? Nieważne. Kogokolwiek tak namiętnie cytował - trafiło to wprost do serduszka czarownicy, a to zaczęło bić zdecydowanie szybciej niż ustawa przepisuje.
Gdy Moody odwrócił twarz w jej stronę mógł dostrzec, że naraz Lorien zdała się być najtrzeźwiejszą osobą na świecie. Co gorsza, ewidentnie zignorowała to na czym wolał, żeby się skupiła - na znanych jej zasadach włoskiego faszyzmu. Choć sądząc po kąciku ust, który uniósł się, gdy bezgłośnie powtórzyła za nim tutto nello Stato, niente al di fuori dello Stato, nulla contro lo Stato idea zyskała w jej myślach aprobatę. Ale innym razem przyjdzie jej opowiadać o jej dziadku stryjecznym Benito, który kiedyś uratował jednego mugola, a ten obiecał, że nazwie po nim syna.
Nie zaśmiała się ze zmasakrowanego “dzień dobry”, nie westchnęła flirciarsko, że “chyba należy pana Moody’ego podszkolić z języka”, nie zmusiła go do powtarzania słowa raz po raz niczym zrezygnowany belfer. Zamiast tego po prostu na czarodzieja patrzyła.
Odłożyła gazetkę na bok. Tak naprawdę pozwoliła jej spaść na podłogę.
Po co jej test, skoro pan Moody ewidentnie preferował słowa afirmacji, a ona chyba właśnie odkryła, że ją to kręci i może się odwdzięczyć kontaktem fizycznym. Nawet prezentów nie potrzebowała. Ale mógł zdecydowanie pokusić się o akt służby wobec niej.
Trwało to tyle ile może trwać kilka ciągnących się w nieskończoność sekund.
Potem przełożyła Kota na kanapę, pilnując żeby go nie obudzić. Dziwnie ostrożna. Dziwnie zdecydowana na dalszy ruch. Wsparła się o oparcie fotela, niebezpiecznie blisko przesuwając wychudzone przedramię ręki aurora. Osuwający się szeroki rękaw jej szaty odsłonił drobne blizny, którymi zroszona była skóra czarownicy. Przejście z rozwalonej na kanapie pozy do przysiadu na własnych piętach nie było zbyt proste zwłaszcza w jej stanie upojenia, więc spuśćmy zasłonę milczenia na fakt, że pewnie nie był to też pełen gracji manewr i niewątpliwie się przy tym parę razy zachwiała. Suma summarum znalazła się znacznie bliżej swojego gospodarza, nosem o cal od jego nosa. Pan auror niech oceni czy mieszanka jaśminu, alkoholu i kawy mogła zostać uznana za przyjemną.
- A teraz jeszcze raz…- Powiedziała cicho. W jej głosie brakowało tej niemal dziewczęcej nuty, Nie było w nim słodkiej prośby, a jednak brzmiał znajomo - dokładnie tego tonu, pozbawionego wymuszonej uprzejmości, Lorien Crouch czy tam Mulciber używała na salach Wizengamotu.
Nie przerywając kontaktu wzrokowego, poprawiła aurorowi poluzowany kołnierzyk. Nie dotykała go, tak jak harpia nie dotyka swojej dogorywającej ofiary. Miała czas. Miała całą wieczność.
- Jeszcze raz, ale bez niemieckiego akcentu.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Aaron Andrew Moody (1071), Lorien Mulciber (2017), Pan Losu (58)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa