Drzwi zamknęły się za nim ciężko, z tym charakterystycznym, głuchym kliknięciem, które w pustych korytarzach rezydencji Maida Vale niosło się dłużej, niż powinno. Louvain oparł się na moment o chłodne drewno, jakby potrzebował tej jednej, krótkiej chwili, by upewnić się, że naprawdę jest sam. Że nikt nie patrzy. Że nikt nie będzie zadawał pytań, na które i tak nie miał odpowiedzi. Pokój dziecięcy przywitał go ciszą, nie tą spokojną, lecz pustą, zalegającą w powietrzu, jakby ktoś zamknął ją tu lata temu i zapomniał wypuścić. Kurz unosił się w smugach światła wpadającego przez wysokie okno, a wszystkie meble i zabawki skrywały się pod pożółkłymi prześcieradłami, jak rzędy zapomnianych ciał. To tutaj biegał kiedyś z Lorettą, tu śmiech odbijał się od ścian, tu pierwszy raz uniósł się na miotle, zbyt szybko, zbyt wysoko, aż w końcu przebił szybę i wyleciał na zewnątrz, zatrzymując się dopiero na żywopłocie ogrodu, zadyszany ale za to rozbawiony. Teraz okno było całe, a on czuł się jakby rozbity na kawałki. Przeszedł przez pokój bez celu, z ciężarem w krokach, który bardziej przypominał ciągnięcie się niż ruch. Rzucił płaszcz w kąt i opadł na jedną z dziecięcych leżanek, zbyt krótką i zbyt lekką dla dorosłego mężczyzny. Skrzypnęła pod jego ciężarem, jakby protestowała przeciwko temu, kim się stał. Samhain. Słowo pojawiło się w jego głowie jak zimny dotyk. Niewiele ponad tydzień. Kilkanaście dni do chwili, w której Zimno upomni się o zapłatę. Za Baltane, za to, co zostało naruszone, za porządek, którego nie powinien był dotykać. Miał tyle czasu. I zmarnował go. Nie zamknął żadnej ze spraw, które miały znaczenie. Wszystko tylko bardziej się splątało.
Uniósł butelkę ginu i pociągnął długi łyk. Alkohol palił w gardle, lecz za to przynosił ulgę. Zapalił papierosa. Dym wypełnił płuca ciężko, a potem zaczął gromadzić się pod sufitem, tworząc coraz gęstszą warstwę. Jeden niedopałek zgasł niedbale w pościeli, drugi wylądował obok. Materiał zaczął się tlić. Najpierw ledwie zauważalnie, potem żar rozpełzł się powoli, centymetr po centymetrze. Nie było jeszcze płomienia. Tylko ciepło. Powolne, nieubłagane. Louvain leżał nieruchomo, z jedną ręką zwisającą z leżanki, z drugą zaciskającą butelkę. Patrzył w sufit, gdzie dym rozmywał światło. I dopiero wtedy poczuł to wyraźnie. Nie gniew. Nie wściekłość. Żal. Ogromny, przytłaczający, rozlewający się w nim powoli. Nie miał jednego źródła. Był sumą wszystkiego co już było. Niewypowiedzianych słów, zmarnowanych szans, wyborów, które prowadziły tylko do kolejnych ślepych zaułków. Loretta. Desideria. Cynthia. Baltane. Samhain. Każde z nich było kolejnym pęknięciem, aż w końcu wszystko zaczęło się kruszyć jednocześnie. Powinien był coś zrobić inaczej. Powinien był zatrzymać się wcześniej. Powinien był… Urwał myśl, bo była już bezużyteczna. Z jego oka spłynęła łza. Jedna, potem druga. Cicho, bez ruchu twarzy, jakby ciało działało niezależnie od niego. Wsiąkły w materiał pod głową. Nie próbował ich powstrzymać. Jego dłoń zwisająca z leżanki była chłodna, nienaturalnie chłodna. Nie wziął dziś eliksiru imitującego temperaturę ciała. Zapomniał, a może nie chciał pamiętać. Nie było nikogo, przed kim musiałby udawać. Zimno było szczere. Czuł je teraz wyraźnie, jak przenika przez palce, nadgarstek, wyżej, jakby coś już zaczynało się o niego upominać. Nie gwałtownie. Ale nieuchronnie. Zaciągnął się jeszcze raz papierosem. Żar na materacu przesunął się dalej, cicho pożerając kolejne włókna. Ciepło zaczynało być wyczuwalne pod jego bokiem, kontrastując dziwnie z chłodem jego własnego ciała. Leżał między tymi dwoma skrajnościami. Między żarem, a zimnem i po raz pierwszy od bardzo dawna nie był pewien, które z nich nadejdzie pierwsze.