22.04.2026, 19:43 ✶
9.09
Po godzinie 3:00
Londyn powoli dogasa
Po godzinie 3:00
Londyn powoli dogasa
Thomas był opatrywany, Erik był pogadany i kopnięty w detektywistyczne dupsko do wypytywania ludzi, czy czego im trzeba. Moody w tym czasie, ubrana w nadpalone, pokryte sadzą absolutnie mugolskie ciuchy, krążyła między ludźmi z wielkim garem ciepłego naparu, coby przynieść im odrobine nadziei i dać popić ten obrzydliwy…
KHE HKE HKE KHKE KHKE KHKEKHKE
Symfonia chrupnięć, pardon - symfonia kaszlnięć, to wypełniało klubokawiarnie, która przemieniła się w prowizoryczne miejsce dla ocaleńców. Zakonnicy incoguto uwijali się jak mróweczki, wchodząc i wychodząc, przynosząc do niepisanej bazy kolejnych ludzi wyciągniętych z płonących kamienic, przegrupowując się, przekazując dane i tak dalej i tak dalej. Praca. Niekończąca się praca, jak we wróżbie, którą zobaczyła dla samej siebie w kubku.
Młot i kowadło…
…i kaszel.
Samej Moody udało się jakoś tego uniknąć, może to kwestia mokrej szmaty, którą zasłoniła ryj, może jakiegoś wspomagającego pączka smakującego spalenizną, bo obecnie wszystko tak smakowało. Cukiernia Nory pokryta była czarną sadzą, podobnie jak większość ludzi, ale chuj z tym. Wszyscy żyli i lizali rany.
KHE KHE KHE KHekhKEHKKRKGE
Tak, to dochodziło z kąta do którego jeszcze nie dotarła. W kociołku jeszcze miała resztki wody, jak rasowa kelnerka (w brudnym T-shircie i podartych dresach) podeszła do gnębionego przez popiołowi suchoty mężczyzny.
- Pan se życzy… dzisiaj w karcie jakieś zioła, co je znalazłam pod ladą - zaproponowała zawadiacko, niemal nonszalancko, bo sama była trochę szalona, więc szaleństwo okoliczności czyniło ją nawet zabawną.
A skoro o szaleństwie mowa…
!Strach przed imieniem