Słowa na wietrze niosły moc taką samą, jak rzucone na wiatr ziarna. Dziś zasiane, jutro mogły wyrosnąć z nich mlecze, które inny uznają za chwasty, albo piękne róże, wyciągające płatki do promieni słońca. Jedną z osób, który siewcą był kiepskim, był Atreus Bulstrode. Słodkie i śliczne gadki nigdy nie były jego mocną stroną. To nic! To nic... Nie każdy musiał być we wszystkim dobry, a przecież nie za krasomówczość Laurent go kochał i również - podziwiał. Zazdrościł. Zazdrościł jego siły, jego przebojowości, tego, że potrafi tak chlapnąć coś pod wpływem emocji i tego, że potrafił tak odważnie stanąć w czyjejś obronie, wyciągając różdżkę i własne ciało. Więc tak, siewcą mógł być kiepskim. Nadal - kuzynem był wspaniałym. Jak brat, który był bardziej obecny w jego życiu, niż siostra, która swój czas dzieliła przecież z kimś innym. Nigdy nie wartościował tego, kogo Pandora ma bliżej swojego serca, a mimo to łatwo było wytworzyć oset i cierniste kolce za pomocą własnych myśli. Nawet nie musiały zostać wypowiedziane.
Jak trudno było przebywać wśród tylu ludzi ubranych w czerń? To pytanie wybrzmiewało w jego głowie, kiedy podnosił klarownie czyste, jasne, lazurowe oczęta na Atreusa. Nie chodziło o ubranie fizyczne, nie. Wiedział, że Atreus postrzegał świat i ludzi inaczej. Automatycznie nieco spiął swoje mięśnie, bo popłoch w głowie mówił: ogarnij się. Tak bardzo chciałby przybrać się w tę biel, pudrowy róż, te ciepłe kolory, które go zawsze otaczały. Od dawna tylko ciemniały, szarzały, a inne - blakły. Dziś nie byłyby niczym innym niż brunatną plątaniną. Róże? Brak dziś było róż. Nawet mlecze nie wyrosły. Lecz to tylko dziś, to tylko dzisiaj... Jutro na pewno będzie lepiej.
Chciał wykrztusić z siebie słowo, ale nie bardzo mógł. Jak w mugolskiej bajce o syrenie, której skradziono głos, tak on czuł, że jego gardło jest zaciśnięte. Skinął głową, świadom boleśnie tego, że nie było takiego "ogarnięcia się", które mogłoby z jego strony pomóc Atreusowi. Nie był oklumentą. Nie mógł uchować kuzyna przed samym sobą. I było mu za to tak wstyd, bo to on powinien być mu teraz opoką, że podniósł się ze swojego krzesła, z opuszczoną głową. Wyrwany z tego marazmu, w którym siedział tutaj bez słowa, niemalże bez ruchu, wpatrując się tępo w przestrzeń. Rozejrzał się, mając wrażenie, że jego podniesienie było za szybkie i za gwałtowne, że zaraz każdy będzie na niego patrzył, wytykał go palcami, oskarżał wzrokiem, że "tak nie wypada się zachowywać na stypie". Nic takiego się jednak nie stało. Krzesło prawie nie wydało dźwięku.
- Przepraszam... - Wymamrotał tylko pod nosem, nie mając odwagi na kuzyna spojrzeć. Obrócił się i nerwowym krokiem, nieco poczerwieniały na policzkach z nerwów, skierował do wyjścia z sali. Może to lepiej zrobi? Świeże powietrze.
Róże odżywały, gdy postawić je w promieniach słońca. Tylko że on - nie był różą.