• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[07.10.1972, Ostoja dla zwierząt] Czas płynął, a deszcz nie przestawał padać

[07.10.1972, Ostoja dla zwierząt] Czas płynął, a deszcz nie przestawał padać
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, skórę koloru kawy z mlekiem i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie pochodzi z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#1
03.03.2026, 22:50  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.05.2026, 14:10 przez Guinevere McGonagall.)  

Musiała to przyznać: nie podobała jej się jesienna pogoda w Anglii. Pal licho temperatury (chociaż ciągłe noszenie płaszcza nie należało do najwygodniejszych), ale to ten ciągły deszcz nie polepszał sytuacji. Kałuże na podwórku Ostoi dla zwierząt i błoto były do przeżycia tylko na chwilę, ale prawda była taka, że McGonagall była przyzwyczajona do nieco innych warunków; do morderczego słońca palącego w kark, do gorącego, parzącego wręcz piasku pod podeszwami, wsypującego się pod ubranie.

Ale tę paskudną pogodę rekompensowały spotkania z rodziną – co prawda małą, ale rodziną. Ginny wracała z Walii do Pangbourne kiedy tylko mogła, by pomagać ze zwierzakami, których było tutaj trochę zbyt dużo jak na trzy osoby pracujące i mieszkające tu na stałe (a teraz nawet nie sypiające na miejscu, przez tę cholerną runę, która nie pozwalała im spać – Gin wracała więc na noc do Walii, a te ciągłe podróże przypłacała bólem brzucha, więc… nie było ich tez znowu aż tak dużo).

Dzisiaj okazało się, że lwia część pracy odbywała się na zewnątrz. Malcolm McGonagall robił coś w szopie, pewnie wbijał drewniane karmniki, paśniki albo domki, które miały być później umieszczone w pokojach zwierząt, zamieniając te zużyte. Halsey McGonagall, żona Malcolma, kręciła się w domu i przygotowywała podwieczorek (i obowiązkową herbatę, a także dzbanek parzonej mięty z jej własnych zapasów przydomowych ziółek), a Ginny…

Cóż, Ginny, a raczej śliczny miedzianorudy kot, krążyła właśnie tam i z powrotem za szopą, pod zadaszeniem, gdzie trzymano drwa do napalenia w kominku, skryta przed deszczem, ale wyraźnie nań nie zwracająca uwagi – bo złote oczy wpatrzone były w jakiś punkt na stercie. Maszerowała cicho na tych swoich łapkach, dochodziła do końca składziku i zawracała, łeb ciągle uniesiony był w górę – wyglądało to tak, jakby kot w charakterystyczny dla siebie sposób wykonywał te wszystkie skomplikowane w głowie obliczenia, szukając najlepszego dla siebie miejsca, by wskoczyć wyżej.

Ze środka sterty drewna dobiegały jakieś odgłosy…

szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#2
05.03.2026, 16:20  ✶  
W domu, w którym Helloise dorastała, od małego poznawało się szacunek do zwierzęcia. Czarownica zawsze miała go więc również do tych, którzy zwierzętami się opiekowali — piękny to gest wziąć pod swoje skrzydła potrzebującą istotę. W idee, w które raz uwierzyła, była bardzo zaangażowana. Naturalne więc było dla niej zaoferować swoją pomoc Ostoi — darmo tworzyła leki dla zwierząt i wykonywała od czasu do czasu inne drobne zadania, jeśli tylko leżały w jej mocy. Wpisywała się w definicję wolontariusza, ale nie myślała tak o sobie. Helloise pomagała, ale nie postrzegała tego jako oddawania jakiejś pracy.
Po Spalonej Nocy długo jej tu nie było, lecz po Mabon — gdy wstąpiły w nią nowe siły — zjawiła się ponownie. Już poprzedniego tygodnia zaszła do McGonagallów raz, aby posłuchać wieści i dowiedzieć się, czego trzeba. Teraz wracała — frunęła na miotle obciążonej koszykiem potrzebnych mikstur oraz świecami na bezsenność, o które nikt jej po prawdzie nie prosił, lecz słyszała wystarczająco o runie, aby przyszło jej do głowy je dołożyć.
Godzina lotu w deszczu przemoczyła pelerynę czarownicy: mimo kaptura warkocz był ciężki od wilgoci, a dookoła głowy powstała aureolka odstających spuszonych kędziorów. Tak oto zmokła Helloise wylądowała na podwórzu Ostoi — i cóż z tego, że wylądowała w sam środek kałuży? Spod warstw zaschniętego błota i tak nie widać było, że te kozaki z zadartymi noskami zrobiono oryginalnie z czerwonej skóry. Zaklęcie maskujące miotłę zamigotało i zgasło, gdy kobieta odczepiła od niej kosz i zagłębiła się w podwórze. Słyszała odgłosy pracy w szopie, ale nie tam skierowała się najpierw. Zamierzała wstąpić do domu McGonagallów, oddać kosz i dopiero bez tego ciężaru włóczyć się dookoła w poszukiwaniu zajęcia.
Nigdy nie trzeba jej było jednak wiele, aby zmienić plany. Wystarczył choćby… kotek. Rzadko ostatnimi czasy widywała koty. Niemal wszystkie zniknęły z Doliny. Żadne przybłędy nie wnosiły już do jej chaty mysich trupków ani nie gapiły się podejrzliwie na kurczaki.
Ten rudy kot odznaczał się wśród szaroburego deszczowego krajobrazu, więc od razu ściągnął ją w swoją stronę. Czarownica odstawiła cichutko pod zadaszeniem miotłę i koszyk, nie spuszczając zwierzątka z oczu. Potrafiła rozpoznać, kiedy koty się na coś czaiły. Robiły się wtedy skupione, wykalkulowane i szalenie cierpliwe. Helloise również potrafiła być cierpliwa. O ile jeszcze kota nie spłoszyła, kucnęła na krawędzi wiaty, przy stercie drewna, żeby lepiej jej było obserwować kocie łowy. Ręką bezwiednie sięgnęła w tył, poza schowek, przeczesała trawę i odnalazła pod palcami sztywną, długą łodyżkę koniczyny zakończoną białym kwiatkiem. Zerwała ją tuż przy ziemi. Jeśli przypadkiem spłoszyła swoją obecnością niedoszłą ofiarę rudzielca, mogła zaoferować mu zaraz w zamian inne łowy.


dotknij trawy
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, skórę koloru kawy z mlekiem i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie pochodzi z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#3
08.03.2026, 16:06  ✶  

Większość animagów nie miała jak wybrać zwierzę, w które się zmieniali – to się po prostu działo przy pierwszej przemianie i później już nie dało się tego zmienić, ale prawda była taka, że ten wybór był możliwy, tylko trzeba było wiedzieć, jak się do tego zabrać. McGonagall wiedzieli o tym doskonale, wynosząc transmutację na zupełnie inny poziom, jakby ich forma była tylko plasteliną, którą można było wepchnąć w formę. Wiedzieli o tym również specjaliści z Uagadou, gdzie normalnie na lekcjach w szkole uczono dzieci animagii. Nadal niewielu się to udawało, ale odsetek i tak był większy niż w innych częściach świata. Wybór kociej formy był dla Guinevere całkowicie przemyślany. Koty były świętym zwierzęciem w starożytnym Egipcie, były symbolem, a te były dla panny McGonagall ważne odkąd tylko pamiętała. Miesiącami przyglądała się kotom, studiowała ich anatomię, nawet rysowała je – w miejscu, czy w ruchu, uczyła się ich zachowania, zwyczajów i była gotowa na pierwszą przemianę w kota. Była zresztą jej preferowaną, chociaż tak całkowicie najczęściej można było zaobserwować niepełne, pośrednie formy, jak chociażby kocie oczy w zupełnie ludzkiej formie.

Więc zupełnie jakby była prawdziwym kotem, a nie tylko udawańcem, krążyła koło sterty drewna. To, co właśnie robiła, mogłaby pewnie zrobić też za pomocą magii, ale część magicznych stworzeń (w tym szkodników) inaczej reagowała widząc czarodzieja, a inaczej widząc… kota. I z tego właśnie powodu skończyła w kociej formie, drepcząc i kombinując jak wyłowić cholernego chochlika, który chichocząc i brzęcząc skrył się pomiędzy drewnem. Czuły koci słuch wyłapał zbliżające się doń kroki, a gdy Helloise pojawiła się w zasięgu wzroku, to i złote oczy na momencik się na nią przesunęły… ale nie zawołała jej po imieniu (a do Ginny nie od razu dotarło, że Hela chyba nigdy nie widziała jej w tej formie), na co kot lekko przekrzywił głowę… ale szybko wróciła spojrzeniem do drewnianych beleczek, wśród których ukrywał się szkodnik. Widziała go, a dokładniej to koci wzrok rejestrował te drobne ruchy, które wykonywał mały, złośliwy ludzik, który chyba zauważył, że kot to już nie jest jego jedyny problem…

To był moment. Ciche pyknięcie zrywanej koniczyny – przenikliwy pisk przypominający papuzi szczebiot – kocie ciałko naprężyło się i skoczyło w górę, lądując na górze sterty, odwróciła się niema od razu, a wyciągnięta, prawa łapka już miała uderzyć w szparę i wtedy właśnie chochlik postanowił salwować się ucieczką, wylatując przez szparę i śmiejąc się w bardzo irytujący sposób. Był jeden, one były dwie… poleciał więc w inną stronę, najpewniej się skryć. A kot? Kot mrużąc oczy odprowadzał go spojrzeniem i dwoma mocniejszymi uderzeniami ogona o drewniany klocek, nim głośniej wypuścił powietrze przez nos i… do głowy Ginny wpadło właśnie coś absolutnie fantastycznego, skoro Helloise jeszcze się nie zorientowała, że nie ma do czynienia z prawdziwym kotem!

Zeskoczyła na podłoże, po którym jeszcze przed chwilą krążyła i bez cienia żalu, złości czy jakiegokolwiek strachu zbliżyła się do kucającej czarownicy, witając ją cichym „miau?”. Patrzyła na nią, nie na kwiat koniczyny.

szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#4
15.03.2026, 13:29  ✶  
Papuzi pisk chochlika był nie do pomylenia — od razu go rozpoznała. Gdy kot stuknął łapką, czarownica sięgnęła odruchowo po przypiętą na pasku różdżkę, lecz nim zdążyła ją wyciągnąć, stworek odleciał już na ważkowych skrzydełkach i próżno byłoby ciskać za nim zaklęcia. Helloise podzieliła kocie rozczarowanie, lecz trwało to krótko. Nie zwykła długo płakać nad rozlanym mlekiem, szczególnie gdy mleko nie było jej.
— Może następnym razem — pocieszyła kota, wsuwając różdżkę z powrotem w pętelkę przy pasie. — Co ty byś z nim zresztą zrobił? Są bardzo silne, a ty…? — Wyciągnęła do kota dłoń wierzchem do góry i zatrzymała ją tuż nad łebkiem, jakby pytała zwierzę, czy może pogłaskać. — Wyniósłby cię złośliwie na dach. Za ogon — przestrzegła.
Skoro kot nie uciekł, czarownica położyła dwa przebarwione na zielono, zimne od lotu palce na miedzianym kocim łebku i przesunęła je za uszko, żeby krótko ściętymi paznokciami podrapać lekko kicię. Futerko kociej towarzyszki było mięciutkie i gładkie, inne w dotyku od grubszego futra dzikiego lisa, do którego ostatnio przywykła Helloise. Nie prowadziła może własnej Ostoi, lecz gdy trafiła pod lasem na popatrzonego po pożarach nieszczęśnika, przygarnęła go do siebie i pomogła zagoić rany — i tak lis z nią został.
Koty były delikatniejsze od psowatych, smuklejsze, obdarzone większą gracją — śliczne. A jednak Helloise nigdy z kotami nie miała bliskich relacji, mimo że zdarzało jej się dokarmiać bezdomniaki. I koty, i ona chadzały własnymi ścieżkami, i choć te ich ścieżki czasem się przecinały, a koty mogły liczyć wówczas na sympatyczne powitanie, to zdecydowanie lepiej wiedźma spod Kniei układała się z tymi istotami, które po oswojeniu wiernie za nią podążały krok w krok.
Nie przeszkadzało to jej jednak w tym, aby dopieścić i wymiziać rudą delikwentkę. Pociągnąć dłonią wzdłuż kręgosłupa po sam ogon, podrapać za oboma uszyskami, wygłaskać kark i szyję — wszędzie, gdzie tylko kot jej się wystawił. Siedziała z nim tak w kucki pod wiatą, międląc w palcach koniczynkę, nieświadoma, że ma przed sobą Ginny.


dotknij trawy
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, skórę koloru kawy z mlekiem i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie pochodzi z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#5
19.03.2026, 20:17  ✶  

Guinevere – a raczej miedzianorudy kot – przekrzywiła lekko głowę, patrząc na Helloise z jakimś takim… zrozumieniem do wypowiadanych słów. Koty ogólnie były niezwykłe w okazywaniu emocji, zwłaszcza ich właściciele bywali nieźle wytrenowani z rozumienia kociego: a to po kształcie oczu, wielkości źrenic, kierunku ustawienia wibrysów, nastroszenia futra, ruchu ogona, ułożenia łapek, intensywności spojrzenia, by skończyć na mnóstwie rodzajów odgłosów, jakie z siebie wydawały. Ginny-kot co prawda ograniczyła się do klasycznego „miau”, bardzo zresztą eleganckiego i krótkiego, ale spojrzenie, jakie rzucała Heli było niemalże inteligentne. Być może dlatego, że doskonale rozumiała, co się do niej mówi, w końcu nie była przemieniona zaklęciem przez kogoś, a animagiem, który zachowywał pełną świadomość w zwierzęcej formie. Fuknęła zresztą cicho w odpowiedzi na „…a ty?” – bo miała kilka różnych pomysłów co zrobić z biednym chochlikiem, jak już go dorwie i pewnie niebieski stworek bardzo by się zdziwił, gdyby nagle zmieniła się w człowieka, niestety zwiał. A potem miauknęła dwa razy (co, gdyby tylko Helloise przebywała z nią częściej i nauczyła się jej kociego, można by uznać za krótki śmiech)  i przymrużyła oczy, nie uciekając przed dłonią, która zbliżyła się na tyle, by pogłaskać ją za uchem.

Ogólnie te wszystkie głaski można było uznać za pewien rodzaj masażu, a że Helloise darzyła pewną sympatią, to i nie uciekła przed tą krótką sesją drapania po grzbiecie i za uszami. Przymrużyła nawet złote, kocie oczy i zaczęła cicho mruczeć. Nie trwało to nazbyt długo, bo ostatecznie uznała, że nie ma sensu przeciągać struny a i tak spodziewała się już, że za moment nastanie ten dziwny moment niezręczności, o który dokładnie jej chodziło, bo czasami zwyczajnie nie umiała się powstrzymać i po prostu czuła wewnętrznie, że musi odrobinkę namącić (zupełnie jak kot, który zrzuca ze stołu solniczkę i zaraz zwala wszystko na psa, którego ogon entuzjastycznie obija się o meble). Odsunęła się więc na kilka kocich kroków i przeciągnęła bardzo po kociemu, po czym przysiadła i zaczęła się przemieniać z powrotem w człowieka.

I jak gdyby nigdy nic, spod półprzymkniętych powiek spoglądała na Helę, poruszała jeszcze karkiem, aż coś jej przyjemnie strzeliło i westchnęła jakże niewinnie.

– Dzięki, tego mi było trzeba. Cześć, Helka – rzuciła przy tym a jej uśmieszek mówił wszystko.

szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#6
07.04.2026, 13:53  ✶  
Być może uderzająca była inteligencja tego kota — to, jak odpowiadał Helloise swoimi kocimi dźwiękami i jak mądrze na nią patrzył — lecz czarownica nie poświęciła temu wiele myśli. Być może gdyby zależało jej na tym, połączyłaby kropki i domyśliła się, że do czynienia ma z animagiem — znała ich przecież wielu i wiedziała, jak działa ta sztuka, czego szukać w zwierzęciu. Po cóż jednak komu nadmierna podejrzliwość tak spokojnego, deszczowego dnia? Niechże się toczy własnym rytmem.
— Tak, tak, chciałabym to zobaczyć, jak sobie radzisz — mruknęła tylko pobłażliwie czarownica, gdy kot ofuknął ją za uwagi o chochliku.
Kot nie pozostał kotem dużo dłużej. Najpierw czarownica zorientowała się, że on jest nią, bardzo ludzką nią, a po chwili rozpoznała Guinevere. Nawet po przemianie i utracie miedzianego futra Ginny nie przestała odznaczać się na tle otoczenia — jej opalona twarz emanowała ciepłem nieprzystającym do angielskiego krajobrazu. Sama Helloise, choć dużo przebywająca na zewnątrz, nie była nadmiernie kolorowa, chyba że liczyć blade zielonkawe tony na twarzy kojarzące się raczej z chorobą.
Jeśli Ginny oczekiwała niezręczności, mogła się rozczarować. Helloise uniosła lekko brwi w zdziwieniu, lecz jej twarz wyrażała przede wszystkim fascynację.
— Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby kontynuować — zaoferowała tajemniczo, choć jej uśmiech zdradzał, że jest to raczej żartobliwa propozycja. — Nie widziałam cię jeszcze z tej strony — westchnęła rozmarzona. — Animagowie, ach.
Czarownica wzięła kosz i przysiadła obok McGonagall.
— Macie problem z chochlikami? — Spojrzała badawczo w podwórze, jakby zaraz zza którego winkla miała wylecieć chmara szkodników. — Ktoś mi opowiadał… — zaczęła powoli, jakby z trudem przychodziło jej się skupić. — Ktoś mi opowiadał, że są takie kraje… zdaje się, że… komuniści. Komuniści robią z chochlików zaprzęgi i całe stada chochlików ciągną komunistom powozy. Wyobrażasz sobie? — Pokręciła głową, jakby nie mogło jej się to w tej głowie pomieścić. — Przyniosłam twoim dziadkom… — zawiesiła rękę nad koszykiem, jakby nie mogła się zdecydować, po co sięgnąć pierwsze — to, o co prosili. I coś małego dla was wszystkich. — Podniosła wzrok na Ginny. — Słyszałam, że źle wam się sypia.


dotknij trawy
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, skórę koloru kawy z mlekiem i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie pochodzi z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#7
18.04.2026, 13:52  ✶  

Opalenizna robiła swoja, tak zresztą jak naturalnie ciemniejsza skóra kobiety, wymieszana z genów jej angielskiego ojca i egipskiej matki. Zastanawiała się, jak będzie wyglądała po roku przebywania na angielskiej ziemi, do tego był jednak jeszcze kawałek, bo przyjechała w drugiej połowie kwietnia, a zimniejsze miesiące i krótsze dni miały dopiero nastać.

– Zgłoszę się do ciebie następnym razem jak będzie mnie bolał kark – odparowała bez większego pomyślunku, równie żartobliwie, bo na bolący kark idealnie sprawdzało się zmienienie w kota i kocie rozciąganie w tym znacznie giętszym ciele. – Pod tym względem całkowicie wdałam się w mojego ojca – a więc i do dziadka, obecnej głowy rodziny, którego Helloise bardzo dobrze znała, ale też do jego rodzeństwa – Minervy uczącej w Hogwarcie i Roberta, który zajmował się swoimi sprawami i nieczęsto bywał w Ostoi dla zwierząt. Chodziło jej rzecz jasna o to, że transmutacja była dziedziną magii, która nie sprawiała jej żadnych problemów, miała ją w krwi, a zdolność do zmiennokształtności przeszła i na nią. Zmienianie formy było tak naturalne i proste jak oddychanie.

– Nie jestem pewna. Natknęłam się na niego jak sobie spacerowałam. Może zaplątał się tu przypadkiem… – a może zwiastowało to jakiś większy problem. Na pewno kwestia chochlicza była jeszcze do zbadania i upewnienia się, że ten mały cholernik nie narobi im tutaj problemów. Mieli ich już wystarczająco z runą, która nie dawała domownikom spać. – Chodzi ci o blok wschodni? – podsunęła, kiedy Rowle miała problem z określeniem o jakie kraje jej chodzi. – Wyobrażam sobie – dodała przy tym, rzeczywiście sobie to wyobrażając, bo wyobraźnię miała bujną, co nie zmieniało faktu, że brzmiało to zbyt absurdalnie, by było prawdziwe. Owszem, chochliki były zadziwiająco silne jak na swój mały wzrost, ale ciągnąć zaprzęgi… Może jeszcze te zaprzęgi latały? – Nie wiem czy to prawda – stwierdziła, uśmiechając się do kobiety łagodnie, ale zapamiętała to sobie bardzo dokładnie. I planowała zweryfikować u źródła. – Och – wyrwało jej się, gdy spojrzała na koszyk, jaki Helloise miała ze sobą. – Tak… Właściwie to tutaj niemożliwe. Dziadkowie tymczasowo śpią teraz w Hogsmeade u siostry dziadka, bo jakby to trwało dłużej, to nie wiem ile by jeszcze pociągnęli. Dziękuję, Hella – porzuciła na ten moment swój żartobliwy ton i przeniosła spojrzenie na blondynkę. – Chcesz ze mną pójść do środka? Możesz tam zostawić to wszystko… Babcia upiekła dzisiaj tartę dyniową – a Halsey McGonagall w tych kręgach słynęła ze swoich wypieków i kuchni.

szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#8
19.05.2026, 23:12  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.05.2026, 00:17 przez Helloise Rowle.)  
— Rzeczywiście słyszę czasem o jakimś bloku wschodnim. — Próżno byłoby jednak pytać Helloise, jakie kraje się do niego zaliczały i jakie panowały między nimi relacje. — Może tak. Może to tam. Tak jak Dolohov. Dolohov są ze wschodu, Lestrange z Francji. — Te drobne łańcuchy skojarzeń splotły się i swobodnie wypłynęły z jej ust w nieocenzurowanym strumieniu świadomości. Czarownica zaczęła myśleć o kontynencie w jednym z niewielu kontekstów, jakie znała, czyli skąd która rodzina przywędrowała do Anglii.
W kontraście do Ginny Helloise w transmutacjach odznaczała się nudną przeciętnością. Tyle tylko w tej dziedzinie potrafiła, ile było jej potrzeba do codziennych zadań. Nigdy nie szukała niczego więcej, mimo że Leviathanowi zdarzało się ją czasem pytać, czemu nie wystara się o zgłębienie arkan przemian i nie podąży jego śladem, zostając animagiem. Lecz nie chciała tego dla siebie. Nie czuła, aby jej tych zwierzęcych perspektyw brakowało — czy to ptaka, czy czworonoga, czy innej bestii. Wystarczało jej poznawać świat wyłącznie poprzez wnikliwość własnego spojrzenia. Nie zmieniało to faktu, że animagia była dla czarownicy jedną ze sztuk fascynujących, jak wszystkie te, które pozwalały eksplorować punkty widzenia dla niej niedostępne. Takie jak wróżbiarstwo, o które również zamierzała Guinevre zagadnąć.
— Oby to był przypadek, bo chochlik to utrapienie, a z tą runą już macie niełatwo. Jakby się jeszcze szkodnik dostał do środka, do zwierząt… Nie trzeba nikomu więcej problemów — westchnęła, podnosząc się z miejsca. — Chętnie wejdę. Kuchnia twojej babci to błogosławieństwo. Ach, ona wie, jak wykorzystać dary od Matki i zrobić coś wspaniałego. — Zabrała kosz i powoli zaczęła zmierzać ku domowi McGonagallów. Błądziła spojrzeniem po podwórzu, przelotnie spojrzała na szopę, gdzie pracował pan McGonagall, lecz widocznie coś innego niż wyborna tarta dyniowa zaprzątało głowę Helloise. Na odpowiedź, co też za temat zagnieździł się w jej myślach, nie trzeba było długo czekać, bowiem jeszcze przed przekroczeniem progu domu czarownica wypaliła: — Chciałabym, żebyś mi wróżyła. Szukam odpowiedzi na pytanie, jakie intencje ma wobec mnie moja chata.
Pytanie było co najmniej tajemnicze, lecz początkowo nie zostało rozwinięte w żaden sposób, zupełnie jakby wpisywało się w kanon najnormalniejszych pytań kierowanych do wróżbitów. Takie tuż obok: czy mój mąż mnie zdradza? Oraz: czy czeka mnie finansowa pomyślność? A jakie intencje ma wobec mnie moja chata?


dotknij trawy
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, skórę koloru kawy z mlekiem i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie pochodzi z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#9
01.06.2026, 20:32  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.06.2026, 20:37 przez Guinevere McGonagall.)  

– Z Rosji – powiedziała automatycznie po wzmiance o Dolohovach. – To faktycznie tamte rejony – dodała, bo z kolei ona nie miała najmniejszego problemu z określeniem geograficznym różnych krajów, ale również która rodzina na angielskiej scenie magicznej socjety skąd pochodziła.

Poznawanie świata, może nie innymi zmysłami, bo te zwierzęta miały takie same, ale na inny sposób, pozwalało się zdystansować bardziej i lepiej, niż wyjazd na drugi koniec świata dla innych doznań i nabrania perspektywy. Tutaj wystarczyła zmiana w kota i odczuwanie świata na ten koci sposób: w innej tonacji barw, dźwięków, które były niedostępne dla ludzkiego ucha, z gracją i szybkością, której człowiekowi było raczej brak, nie mówiąc już o możliwości wciśnięcia się w niemal każdą przestrzeń (o ile tylko przejdzie głowa wraz z wibrysami), czy wspinanie po drzewach wbijając weń pazury. Ptasia perspektywa potrafiła być jeszcze inna – tu pole kolorów i widzenia potrafiło się różnic diametralnie, nie mówiąc już o locie, do którego człowiek nie był zdolny tak po prostu.

– Spróbuję się później na niego zaczaić, może go gdzieś wywęszę – stwierdziła nieco może nawet leniwie, ale Helloise miała rację: chochlik raczej nie wróżył niczego dobrego. Te szkodniki potrafiły siać spustoszenie nawet większe od niuchaczy, które po prostu nie mogły się oprzeć błyskotkom, zaś chochliki robiły to po prostu dlatego, że mogły. – To zapraszam – i nawet zrobiła dwa kroki w kierunku wejścia do domu, nim spostrzegła, że Helloise idzie jakoś dużo wolniej, a gdy się do niej odwróciła, dostrzegła, że ta jest jakby… zamyślona. Chyba nie rozmyślała nadal o tym chochliku? – Coś się stało? Nie martw się, poradzimy sobie z chochlikiem – dodała wesoło po drodze, ale rzeczywiście nie musiała długo czekać na to, aż czarownica powiedziała, co dokładnie zaprząta jej myśli.

No cóż, nie była to odpowiedź, jakiej spodziewała się Guinevere. Prawdopodobnie nie była to odpowiedź, jakiej spodziewał się ktokolwiek.

Jakie intencje ma wobec Helloise jej chata?

Nefret zamrugała, no bo jakie mogła mieć te intencje? To pytanie wydało jej się wyjątkowo dziwnym, z drugiej strony… Runa w Ostoi nie pozwalała im spać, a mieszkanie Cathala pełne było sadzy, której nijak nie dało się pozbyć, więc może coś podobnego przytrafiło się chacie Helloise?

Wróżba dotycząca domu z pewnością nie zaszkodzi.

– A co się dzieje z twoją chatą? – zmarszczyła brwi, a kiedy już przekroczyły próg domu, machnęła ręką. – Chodź, w takim razie najpierw ci powróżę, a potem zjemy ciasto – mogłaby jej odczytać jakąś wróżbę z fusów herbaty, ale coś czuła, że to mogło być niewystarczające, więc poprowadziła zielarkę w stronę szerokich, dwubiegowych schodów, by stamtąd dostać się do przestronnego pokoju, bardzo prostego w swoim wystroju. Okrągły stolik z ciemną tkaniną, dwa wyściełane krzesła, półki, a na nich stały różne kamienie, książki, ale też inne przyrządy używane przy wróżeniu. To nie był pokój, w którym Guinevere mieszkała na co dzień – tu nie było żadnego łóżka, nie było tutaj niczego zbędnego. Ba, nie było nawet firan – za to czarne zasłony, które zaraz zasłoniła tak, by w pomieszczeniu było tylko odrobinę światła. – Usiądź, zajrzymy do kuli – i podeszła do regału, by ściągnąć z niego kryształową kulę, która do tej pory leżała sobie na atłasowej poduszeczce – zabrała i ją, by położyć ją na środku stolika, a na niej kulę. – Daj mi moment, muszę ją dostroić – Ginny usiadła na drugim z krzeseł i przyłożyła dłonie do kuli, ale nie dotknęła jej powierzchni. Mętne mleko, jakim była wypełniona poruszyło się leniwie. Trwało to chwilę, w trakcie której Ginevra przymknęła oczy, a jej oddech stał się wolniejszy, ale i głębszy. – A teraz skup się na swojej chacie. Możesz zadać pytanie na głos, zobaczymy co odpowie kula – a raczej magia, absolut, a kula była jedynie jej ustami…


// Wróżbiarstwo III
Rzut Symbol 1d258 - 172
Pistolet (zagrożenie)

Nie trwało długo, a mleczna mgła w kuli ułożyła się w symbol widoczny dla Guinevere. Symbol, który zupełnie jej się nie podobał.

– Cóż… Twoja chata ma niezbyt dobre intencje, chociaż nie jestem do końca pewna, jak to rozumieć. Wyczuwam zagrożenie, Helloise. Wyraźne zagrożenie. W twojej chacie czyha coś złego. Możesz zapytać jeszcze o coś, jeśli chcesz… Związanego z tym tematem, albo innym – zagrożenie. Sama nie myślała tutaj o tym, że to chata ma złe zamiary, no bo przecież to był dom, nie miał swojej własnej świadomości… tak? Ale na Helkę musiało czaić się cos złego… Tylko co dokładnie? McGonagall zmarszczyła brwi.

Czarodziejska legenda
She should be sure in her soul that the most terrifying thing in the forest was her.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wiedźma, która mieszkała w domku stojącym na kurzych nogach. Jadła dzieci na śniadanie — i prawdopodobnie na obiad i do herbaty.

Baba Jaga
#10
02.06.2026, 05:02  ✶  

Mleczna mgła w kuli skłębiła się, formując w symbol którego znaczenie Ginny pochwyciła z łatwością. Zagrożenie. Tak, cokolwiek kryło się w chatce Helloise, cokolwiek się w niej zmieniło, rozsiewało dookoła siebie tę nieprzyjemną aurę, przed którą próbowały ostrzec wywoływane znaki. Ale wróżbitka poczuła coś jeszcze.

Jej trzecie oko mrugnęło. Szybko, jakby coś właśnie w nie wpadło, drażniąc nieprzyjemnie, tylko właściwie jak to było możliwe? Uczucie pochodziło gdzieś ze środka, napawało niepokojem i wreszcie rozlało się po całym jej ciele, na moment odrywając od zaciemnionego pokoiku i Helloise.

Mrugnięcie. Nie, tylko od Helloise. Guinevere wciąż siedziała przy swoim stoliku, z rękoma ułożonymi nad kulą, otoczona ciemnością. Ta wydawała się teraz o wiele głębsza, lejąca niczym aksamit, otulająca ją miękko.

Mrugnięcie. Mgła zawarta w kryształowej kuli zgęstniała. Powoli, z pewnym rozleniwieniem, a z czego wróżbitka zdała sobie sprawę dopiero po chwili. Kształtowało się w niej coś nowego, odwracało się przodem w jej stronę, a Ginny nagle ogarnęło wrażenie, że znajduje się w obecności czegoś bardzo, ale to bardzo starego.

Kolejny trzepot rzęs uzmysłowił jej, że mglisty kształt nie znajduje się już w kuli, a tuż przed nią. A może to ona jakiś cudem przybliżyła do niego twarz? Palec wyciągał się w jej stronę w oskarżycielskim geście. Powyginany, pełen zwyrodnień z długim paznokciem zakończonym ostro. Paznokciem, który zbliżał się powoli, powolutku, prosto do jej oka, a ona nie mogła ani się ruszyć, ani zamknąć oczu.

To było, jakby palec przeszedł przez taflę wody. Miękko i bez oporu, a Ginny nie miała przez moment pojęcia, co ma przed oczami. Mleczna mgła kłębiła się, przylegając do rogówki i próbując wcisnąć dalej, pod otwarte szeroko powieki. Jej stężenie wydawało się zmieniać, jakby miotał ją wiatr, ale w niektórych przebłyskach wróżbitka mogła poczuć… naturę. Leśną gęstwinę, którą widziała w biegu, niczym rozmytą nieco zieloną plamę. Majową polanę. Toczące się po wzgórzu szyszki, które właśnie spadły z drzewa. Kroplę deszczu, która przetaczała się po liściu w promieniach słońca. Stała na granicy uroczyska; olbrzymiego, wiekowego drzewa, które było puste w środku, a jednocześnie wciąż miało intensywnie zielone liście, nawet kiedy dookoła panowała wiosna, lato, jesień, zima… Śnieg zlał się z mgłą i nagłą świadomością, że coś z wnętrza tego pnia na nią patrzyło.

— Nie lubię, kiedy ktoś mnie podgląda — usłyszała ostrzegawczy głos. Chropowaty, jakby ktoś właśnie szurał paznokciami po korze drzewa. McGonnagall poczuła, jak coś próbuje w jej środku zaprowadzić nowe porządki. Przesunąć coś nienaturalnie. Na chwilę, ale co jednocześnie miało stanowić ostrzeżenie.

Zamrugała gwałtownie, strząsając z siebie uczucie nieważkości i odrealnienia. Znowu siedziała w swoim pokoiku w towarzystwie Helloise. Mgła w kuli też wydawała się wrócić do normy, ale gdzieś z tyłu głowy pozostawało uczucie, że nie powinna odpowiadać na kolejne pytania Helloise dotyczące chatki.


[+]Ginny
Ginny; kolejne próby poszukania odpowiedzi na pytania Helloise odnośnie tego, co nawiedza jej chatkę, skończą się nierzetelnymi informacjami z twojej strony. Symbole pojawią się w kuli, ale nawet jeśli na co dzień wiesz co znaczą, tym razem będziesz interpretować je za każdym razem błędnie. Jeśli natomiast chcesz się z nią podzielić właśnie zobaczoną wizją, nic nie stanie ci na przeszkodzie. MG nie kontynuuje rozgrywki.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Baba Jaga (631), Guinevere McGonagall (5317), Helloise Rowle (4142)


Strony (3): 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa